Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Who. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Who. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Październik z serialami

Za oknem zimno, ciemno, deszczowo i nieprzyjemnie... Ale od czego są seriale. Sezony rozkręciły się już na dobre i o większości z nich można powiedzieć już coś konkretnego.

Doctor Who powoli zbliża się do końca. Zostały już tylko dwa finałowe odcinki, w związku z czym, możemy chyba wysilić się na pewne podsumowanie tego sezonu (choć faktycznie zrobię to za miesiąc). Niestety nie jest dobrze. Można wręcz powiedzieć, że jest źle. To znaczy Peter Capaldi jest genialny w roli Doctora i zdarzały się w tym sezonie dobre odcinki, ale mam poczucie, że na każdy z nich, przypadał jeden absurdalnie głupi i jeden nijaki. Najlepszym przykładem jest trója: świetny Mummy on the Orient Express, nijaki Flatline i tragiczny Kill the Moon (serio, księżyc to smocze jajo? ehh, choć z drugiej strony it is known... ehhh). Pozostaje mieć nadzieję, że finał podciągnie to wyżej, bo inaczej będzie świetny Doctor z najgorszym sezonem.


Agents of SHIELD zdecydowanie trzyma tytuł serialu, który najbardziej poprawił się pomiędzy sezonami. Wprawdzie nie skorzystali z okazji z Lucy Lawless, ale poza tym, trudno narzekać. Nowe postacie są świetne, stare stały się ciekawsze, nawet Skye i Ward przestali irytować. Fabuła stała się dużo ciekawsza i póki co kolejne odcinki trzymają solidny poziom. Jeśli uda się utrzymać to w kolejnych miesiącach, Agents staną się faktycznie kolejnym świetnym serialem Whedona.

Arrow i Flash czyli dwa seriale DC, jak się okazuje, zapewne nie łączące się z filmami. Pierwszy zaczął trzeci sezon i choć początek wywoływał u mnie pewne wątpliwości, muszę przyznać, że ostatecznie uznaję go za najlepszy z dotychczasowych w tym serialu. Da się poczuć, że świat się powiększył, i miasto Olivera jest tylko małym elementem większej całości. Niestety Flash nie podziela tego poziomu. Po prostu po X-Men: Days of Future Past trudno być pod wrażeniem tego, jak moce Flasha są przedstawione w serialu. Na razie twórcy mogą sobie z tym poradzić stwierdzając, że Barry jest dopiero na początku swojej drogi, ale na dłuższą metę zacznie się to rzucać w oczy. Arrow jest bohaterem na tzw. street level więc nie wymaga widowiskowych efektów, ale Flash może być już krokiem za daleko.

Gotham czyli serial który naprawdę chciałbym lubić. Bo na oko mają wszystko, świetne przedstawienie miasta, genialne postacie (Pingwin wygrywa wszystko), ciekawy wątek walki o władzę wśród mafiozów. Niby wszystko jest na swoim miejscu... poza fabułą. I to dziwne, bo są momenty kiedy wydaje się, że twórcy próbują czegoś bardziej poważnego i dojrzałego, ale w ostatniej chwili tchórzą i uciekają w uproszczenia i wyświechtane rozwiązania. Tak jakby sam serial nie do końca mógł się zdecydować, na ile poważny ma być. Co za tym idzie, ja nie wiem jak poważnie mam go brać. Ogólnie, mam bardzo mieszane uczucia, wahające się między zachwytem i znudzeniem. Jeszcze nie wiem, co wygra.

Constantine to serial o dupkowatym egzorcyście z brytyjskim akcentem. Ani główny bohater, ani fabuła nie są tak fajne jak w komiksach. Poza tym, trudno coś powiedzieć po jednym odcinku. Nie był zły, nie był jakoś szczególnie porywający. Wyglądał trochę jak podróbka Supernaturals. Niestety nasza tv zawiera już Supernaturals, więc nie za bardzo widzę powód, by tworzyć kolejne.

środa, 1 października 2014

Wrzesień z serialami

Oto i zaczął się wrzesień, a wraz z nim nadeszły seriale. To znaczy, część seriali. Część zacznie się dopiero w przyszłym miesiącu, ale nimi zajmiemy się następnym razem. Tymczasem dzisiaj mamy trzy tytuły w tym dwa powroty i jeden debiut. Po kolei więc:

Agenci SHIELD powracają. Powiem szczerze, nie byłem zbytnim fanem pierwszego sezonu. Był nijaki, nudnawy, pozbawiony interesujących postaci. Zapewne nawet nie spojrzałbym na drugi sezon, gdyby nie wydarzenia ostatnich kilku odcinków, pokazujące konsekwencję drugiej części Kapitana Ameryki.
Drugi sezon kontynuuje ten wątek, przedstawiając nam świat, w którym główni bohaterowie są uciekinierami toczącymi tajną wojnę zarówno z Hydrą jak i z amerykańskim rządem. I muszę przyznać, robią to w całkiem niezłym stylu. Tym razem czuć zagrożenie, nieufność i tajemniczość. Widać narastającą desperację naszych bohaterów. To dużo lepszy początek niż mieli w zeszłym roku, pozostaje zobaczyć, czy utrzymają poziom. Dodatkowo w obsadzie pojawia się Lucy Lawless co zawsze liczy się jako zaleta.

Tak konkretnie mówiąc, Doctor powrócił na ekrany jeszcze w sierpniu, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tych pierwszych kilka odcinków z nowym Doctorem zawsze jest trochę dziwnych, ale muszę przyznać, że Peter Capaldi znacząco ułatwił proces przystosowawczy. Jego wersja Doctora jest tak bardzo inna od dwóch poprzedników, a równocześnie na tyle znajoma, że bardzo łatwo się przestawić. Nie do końca rozumiem jego nagłą niechęć do żołnierzy, ale to pewnie wyjaśni się przed końcem sezonu. A tymczasem, jest dobrze. Wprawdzie brakuje mi naprawdę pamiętnych odcinków, jak Blink czy The Time of Angels, ale seria póki co trzyma poziom dając jeden solidny odcinek po drugim. A Capaldi zdecydowanie wnosi świeżość ze swoją eksploracją mrocznej strony Doctora, w czym idzie zdecydowanie dalej, niż jego poprzednicy. Do tego stopnia, że chwilami można zadać sobie pytanie, czy Doctor nadal jest bohaterem, czy może już tylko "mad man with a box".

I wreszcie najbardziej oczekiwana premiera tej jesieni.To trochę zaskakujące, bo początkowo chyba nikt nie wziął tej serii na poważnie. Batman bez Batmana? Ja od razu machnąłem na to ręką. Ale później rozkręciła się machina promująca serial i ludzie w filmikach na YouTubie mówili i pokazywali wszystkie właściwe rzeczy. Tak, że kiedy serial do nas dotarł, miał już u mnie status najbardziej oczekiwanej serii roku. A potem obejrzałem pierwszy odcinek i mówiąc szczerze, miałem mieszane uczucia. Być może spodziewałem się zbyt wiele, ostatecznie po tym jak The Shield i Hannibal wprowadziły nową jakość odpowiednio do historii o policjantach i psychopatycznych zabójcach, miałem prawo oczekiwać czegoś podobnego. Marzyła mi się seria łącząca cyniczne spojrzenie na korupcję systemu z The Wire z mrocznym klimatem Siedem (którego akcja sama, równie dobrze mogłaby toczyć się w Gotham). Oczywiście Gotham nie jest niczym podobnym, niemniej nie oznacza to, że jest gorsze. Choć pierwszy odcinek miał sporą wadę w postaci opowiadanej historii. Fabuła była po prostu słaba, pędziła zbyt szybko i wprowadzała za dużo elementów, w większości przypadków robiąc to dosyć nieporadnie. Ale było też coś, co sprawiło, że przymknąłem na to oczy. Miasto. Gotham Burtona było groteskowe, Schumachera przesadzone, a Nolana nijakie. Na tym tle ta nowa wizja trafiła prosto w dziesiątkę. Gargulce i gotycka zabudowa są na miejscu, ale tkwią w tle, filtry kolorów nadają obrazowi trochę nierealistyczny posmak, Bullock ubiera się jakby tropił Ala Capone i jeździ samochodem ze starego filmu detektywistycznego, a mimo to jest całkowicie na miejscu. To Gotham jest ponadczasowe, realistyczne i oderwane od realizmu równocześnie. A zasiedlające je postacie tylko pogłębiają to wrażenie. Szaleńcy, gangsterzy i skorumpowani gliniarze, wszyscy żyjący w swoim mały ekosystemie, gdzie Don Falcone wydaje się najrozsądniejszą osobą w okolicy. Co więcej, w drugim odcinku, gdzie scena jest już ustawiona, twórcy mogą się skupić na opowiadaniu historii i jak się okazuje, robią to dosyć sprawnie.
W tym momencie jedyny zarzut jaki mam, to sam Jim Gordon. W szalonym świecie pełnym groteskowych postaci przypadł mu niewdzięczny obowiązek bycia ostoją normalności, co już samo w sobie czyni go mniej interesującym niż Bullock czy Pingwin (póki co te dwie postacie całkowicie dominują tę serię), ale co gorsze, wydaje się, że Jim nie może przetrwać choć jednej sceny, bez bicia nas w głowę wielkim młotkiem z napisem: "Jestem jedynym uczciwym gliniarzem w mieście!" Mam nadzieję, że to jedynie punkt wyjścia i z czasem zobaczymy, jak poza odwagą i szlachetnością wykształca on też spryt i zaczyna grać systemem (jak McNulty w The Wire). Inaczej nie mam pojęcia jak uda mu się dożyć nadejścia Batmana.

To tyle na ten miesiąc, w kolejnym swoje premiery mają jeszcze Constantine, The Flash i wraca The Arrow.

czwartek, 20 października 2011

Doctor Who, sezon 6

Sezon szósty Doctora Who dobiegł końca. Był to najlepszy sezon w historii tego serialu, idźcie go obejrzeć. Koniec.
No dobra, odrobina więcej. Sezon ma spójną fabułę (gorzej z jej jakością, ale o tym później), świetne odcinki (Doctors Wife ze scenariuszem Neila Gaimana, jest absolutnie genialne), aż dwa finały (drugi trochę słabszy) i ogólnie, wszystko co najlepsze. Oczywiście, nie jest on doskonały. Główna fabuła jest dziurawa jak sito i ma mniej logiki niż nie jedna sesja wymyślona przeze mnie na poczekaniu. Brakuje też naprawdę dobrego czarnego charakteru. Jasne Silence są świetni, ale pozostają bezosobową siłą, reprezentowaną, przez niezbyt charyzmatyczną starszą panią. Poza tym, jedyna konkretna historia do której mogę się przyczepić, to ta o plastikowych ludziach. Była ciekawa ale zbyt rozwleczona, jeden odcinek w pełni by tam wystarczył. Za to druga połowa sezonu miała kilka odcinków, które aż się proszą o zaadaptowanie na przygodę do Zew Cthulhu. I dużo River Song, to zawsze jest pozytyw dla tego serialu.
Dobra, a teraz odrobina czepiania się z udziałem spoilerów, więc ostrzegam.
Absurd, absurd i jeszcze raz absurd. Na plus mogę powiedzieć, że było lepiej niż w finale poprzedniego sezonu, ale naprawdę trudno będzie twórcom przebić idiotyzm i absurdalność tamtego finału (zbudujmy super pułapkę na Doctora, którą da się otworzyć sonicznym śrubokrętem... co może pójść nie tak? przecież to wcale nie jest jak zbudowanie pułapki na Wolverina, którą da się przeciąć adamantowymi pazurami... a to chyba był najmniej głupi element tamtego odcinka). Mimo wszystko, dobrze też nie było. Ten sezon opierał się na dwóch, połączonych ze sobą wątkach, śmierci Doctora i Melody Pond. Ale w rzeczywistości opierał się na tym, że Silence są bandą niekompetentnych idiotów. Jeśli ich głównym celem było zabicie Doctora, to czemu po prostu go nie zabili? Z zaskoczenia, póki nie wiedział o ich istnieniu? Zamiast tego porwali jego towarzyszkę (przy okazji pozwolili Doctorowi dokonać holokaustu na własnej rasie), uknuli tą super intrygę, by odebrać jej dziecko i zmienić w broń. Przy okazji zużyli olbrzymie ilości zasobów na obronę przed kontratakami Doctora. A wszystko to, by stworzyć jedną pewną okazję do zabicia Doctora, która i tak się nie udała. Jeden mój znajomy stwierdził, że może potrzebny jest Władca Czasu, by zabić Doctora, ale w 4 sezonie Doctor się utopił. Woda w Tamizie chyba nie jest Władcą Czasu. Co więcej, przepowiednia mówi o upadku jedenastego, czy to nie oznacza, że samo zmuszenie go do kolejnej regeneracji powinno ją unieważnić? Co więcej, po całym trudzie włożonym w zrobienie z Melody super zabójcy i tak musieli ją zmusić do ubrania tego skafandra, a nawet wtedy pociągneła za spust tylko dlatego, że w przeciwnym wypadku zniszczyłaby pół wszechświata. Jak dla mnie, to wyjątkowo nie efektywne użycie środków. A przy okazji Melody, jak to jest, że najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa Amy, będąca psychopatycznym Władcą Czasu próbującym zabić Doctora, nie zorientowała się, że Amy żyje przy wyrwie czasowej i jej życie jest bez sensu. Co więcej, jakimś cudem zawsze rozmijała się z Doctorem. Już pominę to, jak Amy magicznie nagle przypomniała sobie wydarzenia ostatniego odcinka wiele miesięcy, a może i lat po tym, jak była świadkiem śmierci Doctora. A wracając do przepowiedni, to równie dobrze można ją odebrać jako zapowiedź śmierci Doctora. Zapadnie cisza to naprawdę niezbyt konkretny opis nadchodzących wydarzeń.
Mógłbym tak jeszcze długo, bo naprawdę jest o czym pisać, ale ograniczę się do jednego. Czasoprzestrzeń jest cholernie głupia, jeśli dała się nabrać na oszustwo Doctora. Serio, można by pomyśleć, że istotą tego stałego punktu w czasie będzie koniec istnienia Doctora. Tym czasem, istotą był fakt, że Doctor i River tam byli i River strzeliła w kierunku Doctora, zabijając (można tu mówić o zabiciu?) maszynę wyglądającą jak Doctor. Tak, to naprawdę prawie to samo.
I żebyśmy się nie zrozumieli źle, jestem w stanie wytknąć temu tak dużo błędów, bo to świetny serial. Gdybym go nie kochał, nie marnowałbym czasu na szukanie tych dziur. Jak dla mnie, tak długo jak same odcinki są świetne, dużą fabułę mogę ignorować. I kto wie, może następny sezon znajdzie jakieś znośne wytłumaczenie, dla tego wszystkiego, poczynając od eksplozji TARDIS. W związku z czym, naprawdę uważam, że temu sezonowi brakowało tylko i wyłącznie jednej rzeczy:

środa, 5 października 2011

Doctor Who dla początkujących, czyli wprowadzenie do serialu

Pierwotnie miałem napisać posta podsumowującego właśnie zakończony 6 sezon. Ale potem pomyślałem, że wielu ludzi może nie kojarzyć tej wspaniałej serii, więc:
Doctor Who to brytyjski serial sf. Co więcej, to najdłuższy serial sf w historii, powstająca między rokiem 1963 a 89, seria dorobiła się ponad 700 odcinków. Ale to nas nie interesuje. Co nas interesuje to rok 2005, ponieważ wtedy BBC wskrzesiło serię, z nowymi postaciami, fabułą i ogólnie, wszystkim. Seria wprawdzie nadal pozostaje kontynuacją dawnych sezonów, ale można ją oglądać bez jakiejkolwiek wiedzy o tym, co przyszło wcześniej (ja tak robiłem). Co więcej, na początku 5 sezonu twórcy, przygotowując się do wejścia na rynek amerykański, dokonali ponownego "resetu", zamykając stare wątki w kilku filmach telewizyjnych i zaczynając sezon z nowym Doctorem, nową fabułą i nowymi postaciami. A o co chodzi w całej serii? To trochę zagmatwane.

Głównym bohaterem serialu jest tytułowy Doctor (po prawej, tak, wiem, że na tym zdjęciu jest 11 facetów, zaraz to wyjaśnię). Wbrew temu, co sugeruje tytuł, nie ma on na imię Who. Doctor Who? to niejako żart, pytanie które często pada, gdy Doctor się przedstawia.
Doctor jest przedstawicielem rasy Władców Czasu. Niezwykle wysoko rozwiniętych form życia, o gigantycznym potencjale intelektualnym, które dodatkowo, jak nazwa wskazuje, mają w zwyczaju podróżować w czasie. Co więcej, Doctor jest ostatnim z Władców Czasu. Reszta została wybita w Wielkiej Wojnie Czasu, toczonej z rasą Daleków. Sam Doctor przeżył, głównie dzięki faktowi, że to on odpowiadał za "śmierć" wszystkich innych uczestników konfliktu. Co więcej, bycie Władcą Czasu sprawia, że Doctor jest wyjątkowo długowieczny. A jeśli zostanie śmiertelnie ranny, zawsze może regenerować się w nowe ciało. Tym sposobem poprzedni Doctor umiera, zastąpiony przez nowego, z tymi samymi wspomnieniami i umiejętnościami, ale nowym wyglądem i osobowością (mówiąc prościej, z nowym aktorem w roli głównej). Kiedy poznajemy Doctora w pierwszym sezonie serii z 2005 roku, właśnie dobiega on tysiąca lat i jest w swoim dziewiątym wcieleniu.
No dobra, ale co właściwie robi ten cały Doctor? No, cóż. A co można robić, kiedy jest się najbardziej rozwiniętą formą życia we wszechświecie i do tego ma się wehikuł czasu\statek kosmiczny (TARDIS po lewej... tak, to niebieska budka policyjna, ale to tylko kamuflaż, bo ona jest "większa w środku")? Przemierzać czasoprzestrzeń i przeżywać przygody! I dużo biegać. Zawsze jest z tym związane bieganie. Oczywiście, przy okazji Doctor ratuje różne planet (najczęściej ziemię) przed najróżniejszymi przeciwnikami, począwszy od hiper-nazistowskich robotów (Dalekowie), poprzez "ulepszających" wszystko cyborgów skończywszy na uwięzionej w czarnej dziurze istocie, podającej się za samego szatana. I robi to wszystko używając jedynie sprytu, uroku osobistego i sonicznego śrubokręta.
Czyli zasadniczo, uniwersalnego urządzenia, które robi wszystko, poza krzywdzeniem istot żywych. Bo Doctor jest, jak przystało na brytyjskiego superbohatera, stroniącym od broni pacyfistą (choć okazyjnie zdarza mu się niszczyć całe cywilizacje, czy zamykać ludzi w lustrach na wieczność... ale zwykle jest mu po tym przykro).
I oczywiście, Doctor nie robi tego sam, bo jaki jest sens ratować wszechświat, jeśli nie ma nikogo, komu to zaimponuje. Dlatego Doctor zwykle zabiera ze sobą towarzyszy. Konkretnie, najczęściej towarzyszki (w zaskakujący sposób, zwykle mówią one z brytyjskim akcentem). Cóż można tu dodać, przez lata trochę się tych towarzyszek nazbierało.
Oczywiście, poza tym są też towarzysze płci męskiej, ale oni zawsze są tylko dodatkiem. To zawsze jest przede wszystkim Doctor i jego towarzyszka.
I tu pojawia się pytanie, dla kogo jest ta seria. Odpowiem dosyć pokrętnym porównaniem. "Czterej Pancerni i Pies". Serial który wszyscy znamy, leci w telewizji tak często, że każdemu zdarzyło się go obejrzeć. Wszyscy kojarzą Rudego 102 i psa Szarika. Podobnie Doctor Who po prawie pół wieku od swojej premiery, stał się częścią brytyjskiej kultury popularnej, ale porównanie to idzie dalej. Czterej Pancerni to serial, który mówi o poważnych sprawach, wojna, okupacja, obozy zagłady się nawet trafiają. Ale robi to z pewną awanturniczą lekkością, sprawiającą, że można go spokojnie oglądać jako kino familijne. Pamiętam, jak ja oglądałem ten serial jako dziecko z całą rodziną. Oglądałem go ponownie jako dorosły i też mi się podobał. Podobnie Doctor, choć ma odcinki poważne, pełne akcji, kryminalne i również, zaskakująco często, takie na podstawie których można poprowadzić sesję Cthulhu (mi się zdarzyło), to zawsze utrzymuje pewną aurę awanturniczo familijnej rozrywki. To nie jest ciężka, klimatyczna historia w stylu BSG czy GoTa. Ale jeśli ktoś chce lekkiej, przyjemnej i świetnie zrobionej rozrywki w klimatach sf, trudno trafić lepiej.
Poszczególne odcinki Doctora Who stanowią zamkniętą całość. Niemniej zwykle jest jakaś większa fabuła, przewijająca się w tle przez cały sezon, by ostatecznie znaleźć swój widowiskowy finał w ostatnim odcinku. Do tego, pomiędzy sezonami zawsze jest Christmas Special. Te odcinki, czy raczej, biorąc pod uwagę długość, filmy telewizyjne, często kierują się specyficznymi regułami, ale zwykle mają swoje konsekwencje w serialu. Do tego, pomiędzy czwartym a piątym sezonem są aż 4 filmy, zamykające historię 10 Doctora, ostatni z nich, End of Time, jest moim osobistym ulubieńcem. 
UWAGA! Jest z tym serialem jeden problem. To znaczy, jego pierwszy sezon. Nie posunę się do stwierdzenia, że jest on zły (choć mógłbym), ale powiem, że ja przebrnąłem przez niego tylko dlatego, że sama postać Doctora ujęła mnie od pierwszego odcinka (który poza tym, był jednym z najgorszych odcinków w całej serii). Z całą pewnością powiem jednak, że każdy kolejny sezon jest po prostu zdecydowanie lepszy. Poziom wzrasta równo i mam nadzieję, że tak zostanie.
A jak jesteśmy przy samym Doctorze, w nowej serii są jego trzy wersje:
Doctor nr. 9 (Christopher Eccleston), niestety w tylko jednym sezonie i to tym najsłabszym. Nie używał gadżetów, często udawał idiotę, nie stronił też od okazywania gniewu i strachu. Równocześnie używał ładunków wybuchowych i zaskakująco często zdarzało mu się pozostawać niewzruszonym, na śmierć zwykłych ludzi. Ogólnie, był dobry, naprawdę sądzę, że zasługiwał na więcej.




Doctor nr. 10 (David Tennant), nie ukrywam, że to mój Doctor. Jest o wiele bardziej sympatyczny i zakręcony, ale nie aż tak nieobliczalny jak jego następca. Używa absurdalnych gadżetów, biega, zawsze jest podekscytowany zagrożeniem, biega, ma ten swój cichy gniew i czy wspomniałem, że biega (to taki gag z 4 sezonu). On też jest Doctorem z End of Time, który dla mnie jest najlepszym "odcinkiem" Doctora.



Doctor nr. 11 (Matt Smith) - Najbardziej szalony, nieprzewidywalny i uzbrojony w najlepszą fabułę (brakuje mu tylko Mistrza). Przebojem wkroczył w pełny kryzys wieku średniego (zwróćcie uwagę, że każda kolejna regeneracja wygląda coraz młodziej). Niemniej to również Doctor, w historii którego twórcy najmocniej zabrali się za wątek ciemnej strony Doctora i konsekwencji jego czynów. Pod wieloma względami, jest on najbardziej przemyślaną psychologicznie wersją tej postaci.



To chyba tyle. Ostatecznie Doctor Who to po prostu wspaniała seria, w której można zobaczyć jak kosmiczny wilkołak atakuje królową Wiktorię, dowiedzieć się, skąd Szekspir wziął pomysł na wiedźmy z Makbeta i zobaczyć koniec wszechświata (oczywiście ludzkość była ostatnią rasą która przetrwała). Czego chcieć więcej? Nie wystawię mu oceny, bo to byłoby bez sensu, jak próba wystawiania oceny Star Trekowi. Osobiście widzę wiele niedociągnięć i błędów tego serialu, ale co z tego? Mają w nim NAJLEPSZĄ postać w dziejach sf (przebija nawet Picarda)... albo co tam, ogólnie w dziejach tv (całkowicie subiektywna opinia). Oczywiście mówię o samym Doctorze... choć Mistrz depcze mu po piętach. I kiedy myślisz, że już nie może być lepiej...
Hello Sweetie