Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 września 2017

Star Trek: Discovery vs Orville, runda 1

W ciągu ostatnich tygodni pojawiły się dwa nowe seriale SF. Jeden wygląda, brzmi i zachowuje się jak Star Trek, drugi ma te dwa słowa w tytule. Dziś przyjrzę się 3 pierwszych odcinkach Orville i 2 pierwszych odcinkach ST:D (to naprawdę zły skrót).

Zacznijmy od Orville, głównie dlatego, że ten serial stanowi dobrą reprezentację tego, czym Star Trek powinien być, ale równocześnie nigdy już być nie może. Dla tych którzy nie wiedzą, Orv to nowy serial Setha MacFarlanea, twórcy Family Guya. To w założeniu parodia seriali Trekowych z lat 90-tych. Opowiada o załodze statku badawczego, podążającego w nieznane.
Słowo parodia jest tu jednak zwodnicze, gdyż o ile pilot serialu jest faktycznie komedią, o tyle drugi odcinek jest znacząco bardziej poważny, a trzeci jest bardzo poważny. Temu trzeciemu odcinkowi poświęcę tu trochę więcej miejsca, bo naprawdę mnie zaskoczył. Załoga Orville staje w nim przed problemem natury etycznej. Nie ma tu żadnego komediowego zwrotu akcji, prawdę powiedziawszy, gdyby wyciąć kilka żartów, to spokojnie mógłby być odcinek TNG lub DS9. I pod wieloma względami Orville jest właśnie kontynuacją ST na którą fani czekali od 2001 roku. Mundury są kolorowe, wnętrze statku jasne i przyjemnie umeblowane, a nasi bohaterowie są odkrywcami na pokojowej misji, którzy swoje problemy rozwiązują inteligencją i dyplomacją. Jeśli to nie jest opis Star Treka, to ja nie wiem, jak takowy miałby brzmieć. Równocześnie serial ten pokazuje, dlaczego nie możemy mieć takiego Star Treka. Ponieważ lata 90-te się skończyły. Ten format budowania narracji, klasyczne wątki i sposoby rozwiązywania fabuły. To wszystko dzisiaj może działać tylko jako parodia. Bo wtedy widz nie zadaje nieprzyjemnych pytań w stylu: jak to się stało, że kosmici przybyli dokładnie w dramatycznie odpowiednim momencie, jakim sposobem nikt nie wiedział, że ich najsłynniejszym pisarzem jest kobieta żyjąca w jaskini itd.

Teraz przejdźmy do STD (faktyczny skrót to DSC, ale to mniej zabawne) i z góry ostrzegam, resztę tego tekstu będzie stanowił nerd rage, jeśli cię to nie interesuje, możesz przeskoczyć do ostatniego akapitu. 
Bądźmy szczerzy, wystarczy spojrzeć na porównanie zdjęć mostka, by zorientować się, w czym tkwi problem. Wnętrze tego statku jest ciemne, mroczne. Mundury są w jednakowym, ciemnym kolorze. Nie ma tu nawet cienia jasnej, optymistycznej wizji przyszłości. Do tego, jako fan Star Treka nie mogę nie zauważyć, że nic tu nie wygląda jak w ST i do tego technologia nie ma sensu. Akcja tej serii ma się dziać w czasach Kirka, mimo to nasi bohaterowie mają holograficzną komunikację, a "Klingoni"używają technologi maskującej. I jasne, rozumiem, że twórcy chcą nowe technologie i nie używają dekoracji w stylu lat 60-tych, to byłoby idiotyczne. Również nie byłoby konieczne, gdyby twórcy nie uparli się, żeby od 17 lat robić tylko i wyłącznie JEBANE PREQUELE!!! Czy jest jakieś prawo, które stwierdza, że historia Star Treka kończy się, kiedy Picard zabija Toma Hardyego? 
I nawet nie chcę zaczynać z Klingonami, bo oni po prostu sprawiają, że jestem smutny. Ogólnie gdyby nie tytuł, nie byłbym w stanie powiedzieć, że oglądam Star Trek, a to samo w sobie jest irytujące. Niemniej warstwa wizualna, to najmniejszy problem. Otóż mamy tu do czynienia z oficerami Gwiezdnej Floty, którzy (teraz trochę spoilerów) chcą strzelać pierwsi do obcego okrętu i mają w tej chęci rację. Całego tego rozlewu krwi dałoby się uniknąć, gdyby nie głupie, pokojowe zasady Federacji. Nawet (w faktycznym Star Treku) pacyfistyczni Vulcanie byli za tym, by zacząć od przemocy. Później dowiadujemy się, że zabijanie jest złe tylko, jeśli stworzy męczennika. I wreszcie mój ulubiony moment, kiedy nasi herosi zaminowują zwłoki poległego żołnierza, by zniszczyć statek który po zakończonej bitwie zbiera swoich poległych. Czy nie ma jakiejś kosmicznej konwencji genewskiej, która zakazuje podobnych działań? Normalnie to byłoby coś, co ci źli zrobiliby, by podkreślić, jak bardzo są źli. Naprawdę w tej sytuacji nie wiem, komu kibicować, ludziom, czy orkom... sorry, Klingonom. Ci drudzy wydają się dużo bardziej honorowi i przyzwoici. 
I to jest obecny stan tej serii. Mamy mhroczny serial, w którym dyplomacja, odkrywanie i inteligencja, ustępują miejsca nakurwianiu, a przemoc jest najlepszą odpowiedzią na każdy problem w galaktyce (nawet w pierwszej scenie, naprawiają studnię strzelając do niej). Oczywiście nie uważam, że Orville jest bardziej odpowiedni, jak mówiłem, ta seria pokazuje, że Star Trek z lat 90 nie może wrócić, chyba, że jako parodia. Niemniej myślę, że istnieje coś po środku. Nowoczesny serial, który prowokuje, stawia przed problemami etycznymi i pokazuje, że da się rozwiązywać problemy w sposób zgodny z ideami, które przyświecały Trekowi od początku. 

Podsumowując, po tych kilku pierwszych odcinkach, STD jest całkiem przyzwoitym serialem sf. Ma ciekawe postacie, fajne sceny akcji i dobrze zapowiadającą się fabułę. Równocześnie, nie jest w najmniejszym nawet stopniu Star Trekiem i chciałbym, by przestali używać tej nazwy. Tymczasem Orv zmusił mnie do analizowania złożonego problemu natury etycznej już w trzecim odcinku. 
Pewnie wrócę do tematu, kiedy obydwie serie dotrą do swoich finałów i wtedy będę miał wyraźniejszą wizję tego, jak wyglądają. Szczególnie STD gdzie po dwóch odcinkach wciąż nie zobaczyliśmy faktycznego okrętu Discovery.

czwartek, 18 września 2014

Hobbit vs Rasizm

Jak powszechnie i bezsprzecznie wiadomo, brać fandomowa to jedna wielka banda seksistowskich rasistów. Bo jaki inny powód moglibyśmy mieć, by interesować się światami opartymi na średniowieczu, ba, czasami wręcz je idealizować. Jak wiadomo, średniowiecze to wstrętny okres, gdy biali mężczyźni okładali się nawzajem mieczami w ogólnej pogardzie dla sztuki i nauki, a kobiet to nie wypuszczano z kuchni. A jak już się wypuściło, to zaraz jakiś zbój porwał i biali mężczyźni mieli okazję do kolejnej przygody, by takową niewiastę, niczym jakiś rekwizyt, ratować z kłopotów. Co za tym idzie, wszyscy którzy lubią Władcę Pierścieni, Grę o Tron, czy (Cthulhu broń) Conana, to jak nic seksistowscy rasiści. Ale na szczęście, coś się w świecie fantasy ruszyło, kampania przeciw rasizmowi, poprowadzona przez jednego z guru współczesnego kina fantasy, Petera Jacksona.

Swego czasu Star Trek przeszedł do historii sceną po prawej. Był to pierwszy pocałunek białego mężczyzny i czarnej kobiety w amerykańskiej tv. Niestety minęły dekady i sf (a w szczególności sam Star Trek) przestało być na pierwszej linii postępu w kwestii równości. Na szczęście pałeczkę przejęła fantasy i oto Hobbit. Pustkowia Smauga zapewnił nam wątek miłości ponad podziałami rasowymi. Tauriel i Kili, dwójka młodych kochanków w świecie, który nie toleruje ich związku. Naprawdę wzruszyłem się w tej sali kinowej i pomyślałem sobie: Jak to dobrze, że już nie ma rasizmu w świecie fantasy. Niestety później przeczytałem komentarze na forach internetowych (robię to rzadko, ze względu na sympatię, jaką darzę swoje szare komórki, niestety tym razem nie dało się uciec) i nie uwierzyłem własnym oczom. Herezja! Hańba! I dużo gorsze słowa padały z wszystkich stron. Przecież wszyscy wiedzą, że elfy i krasnoludy nie mogą mieć wątku miłosnego. I zadałem sobie pytanie: czemu? Przecież nikogo nie oburzało, kiedy inny brodaty jegomość (Aragorn) zapałał odwzajemnioną miłością do elfki. I to księżniczki, a nie zwykłej leśnej panny. Więc jak to? Aragornowi wolno, a Kiliemu już nie? A w czym Kili jest gorszy? Bo niższy, bo krasnolud? Otóż to. Wyszło szydło z worka, człowiekowi wolno, ale krasnolud łapy precz. Toż to jawna dyskryminacja, rasizm, wertykalizm nawet!!! (tak, wertykalizm faktycznie oznacza coś zupełnie innego)
I rozglądam się dalej i co widzę? Krasnoludy do jaskiń, elfy na drzewa! Jawna segregacja rasowa i to na każdym kroku. Krasnolud nie może popijać wina i tańczyć z driadami, a elf sączyć piwa w jaskini, pracując nad wiertłem parowym. A czy ktoś spytał tego elfa i tego krasnoluda, co oni chcą robić i w kim się kochać? Nie! A czemu? Bo elfy i krasnoludy nie istnieją. Co więcej, według mojej wiedzy, nigdy nie istniały. A to oznacza, że mogą robić, co tylko zamarzy się autorowi.
Jasne, ktoś zaraz powie: Ale czy taki niekrasnoludzki krasnolud to nadal krasnolud, czy już niski, brodaty elf? Dobre pytanie, a odpowiedź brzmi: Jest dokładnie tym, czym nazwał go autor, bo ani on, ani krasnoludy, ani elfy nie istnieją. W tym wypadku autorem jest Peter Jackson i on powiedział, że ma być tak. Gdyby trzymał się bardziej wizji Tolkiena, mielibyśmy krasnoludy w kolorowych wdziankach, które popijają wino grając na fletach. Więc w zestawieniu, sądzę, że wyszliśmy zdecydowanie na plus.
Więc, zanim następnym razem powiesz, że coś nie pasuje do elfów czy krasnoludów, pamiętaj: Elfy i krasnoludy nie istnieją! I dobrze, bo w przeciwnym razie fandom fantasy byłby straszną bandą rasistów.

Jeśli o mnie chodzi, to mam do tego wątku całkowicie obojętne podejście. Pasował do historii opowiadanej przez PJ, ale jakoś się nie wybijał. Za to reakcje internautów były i nadal są naprawdę wspaniałe.




To tyle na dzisiaj, od przyszłego miesiąca wrócę do częstszych aktualizacji, wraz z rozpoczęciem sezonu serialowego. W tym roku mamy aż pięć serii na podstawie komiksów więc pewnie będę je podsumowywał na końcu każdego miesiąca.

wtorek, 25 marca 2014

Star Trek vs Gender

Sytuacja na Ukrainie sprawiła, że dyskusja w najważniejszej dla naszego kraju sprawie przycichła. Od kilku już tygodni żaden dewiant nie pokłócił się z żadnym księdzem pedofilem, o to kto gorszy i bardziej winny szerzącego się zepsucia. Tak być nie może, dlatego postanowiłem wrócić do tematu gender. I to w sposób trochę nietypowy. Otóż, jak się okazuje, głos w tej dyskusji (i to jeszcze w mrocznych latach dziewięćdziesiątych) zabrał Star Trek i to głos zaskakująco zgodny z tym, reprezentowanym przez Kościół i środowiska konserwatywne.

 Był 16 marca 1992 roku, kiedy na ekranach telewizorów pierwszy raz zagościł 117 odcinek Star Trek: The Next Generation, o tytule "Outcast" (17 odcinek 5 sezonu). Odcinek który po raz kolejny dowiódł dalekowzroczności tej kosmicznej sagi. Otóż twórcy Star Treka przewidzieli zagrożenie ze strony "ideologi gender"i już wtedy próbowali nas ostrzec. Ale po kolei. W rzeczonym odcinku załoga Enterpise trafia na planetę J'naii której mieszkańcy, jak sami stwierdzają, wyewoluowali ponad płci. Mówiąc prościej, są społeczeństwo obojnaków, choć nie zawsze tak było. Najwyraźniej w którymś momencie mieszkańcy J'naii odrzucili ideę płci. Ale to nie wszystko, otóż okazjonalnie zdarza się, że jakiś przedstawiciel ich gatunku wykształca tożsamość płciową, co J'naii uważają za olbrzymie zagrożenie, dla ich światopoglądu i najgorszą możliwą dewiację. Oczywiście w samym odcinku mamy do czynienia z J'naii które poczuło się kobietą (i momentalnie wskoczyło do łóżka komandora Rikera, głównie dlatego, że kapitan Kirk jest w innej serii). Soren (bo takie nosi "ona" imię) zostaje niestety przyłapana na swojej straszliwej zbrodni, po czym dochodzi do procesu i ostatecznie przeprogramowania jej, z powrotem na jedyną, słuszną bezpłciowość (przepraszam za 22 letnie spoilery). Chyba już bardziej dobitnie nie da się pokazać, do czego prowadzi gender. Co ciekawe, w rzeczywistości odcinek ten, był dosyć dziwną próba stanięcia w obronie środowisk LGBT, która po latach stała się wyjątkowo głupia. Ale to nie wszystko, Star Trek idzie dalej, twardo walcząc o tytuł najbardziej wrogiego wobec homoseksualistów serialu w historii mainstreamowych mediów.

Wiecie ilu gejów jest w Star Treku? 0, zero, nic, żadnego. 12 filmów, 5 seriali, setki godzin materiału, tysiące postaci i ani jednej osoby o orientacji homoseksualnej. Najbliżej była scena po prawej, w której mamy dnie całujące się, seksowne kobiety. Z tym, że są one z rasy, która pamięta swoje poprzednie wcielenia i w poprzednich życiach były małżeństwem, z tym, że jedna z nich faktycznie była wówczas mężczyzną. Poza tym jednym pocałunkiem, obydwie postacie są całkowicie heteroseksualne.
I to nie jest tak, że postacie homoseksualne muszą się ukrywać. Społeczeństwo Federacji jest bardzo tolerancyjne, a okręty Gwiezdnej Floty, to praktycznie Statki Miłości, gdzie wszyscy zaliczają w czasie służby. Co ciekaw, mimo to nigdy też nie słyszymy o napastowaniu seksualnym. Nawet kiedy kapitan Kirk przelatuje jedną podwładną za drugą. Najwyraźniej nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że mógłby on użyć swojej władzy, by wykorzystać te kobiety. No proszę, społeczeństwo w którym wyeliminowano napastowanie seksualne, przemoc seksualną itp. I żadnych homoseksualistów. Nawet jednej sceny, gdzie dwie osoby tej samej płci trzymają się za rękę, gdzieś na drugim planie...
Jak to możliwe? Jedyny wniosek jest taki, że w przyszłości homoseksualizm faktycznie okazał się chorobą, którą wyleczono. Wprawdzie twórcy nigdy nie mówią tego głośno, ale to jedyne logiczne wytłumaczenie.
Star Trek: ostrzega przed "ideologią gender", leczy homoseksualizm i dzielnie podąża tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden mainstreamowy serial.

PS. I zanim ktoś stwierdzi, że w Star Wars też nie ma homoseksualistów, zaznaczę, że w SW nie ma też historii, w których główni bohaterowie przez 40 minut siedzą przy stole i dyskutują o tym, co tak naprawdę oznacza człowieczeństwo (poza tym, Star Wars i Star Trek to i tak ten sam wszechświat).

niedziela, 15 września 2013

Znęcanie się w internecie, czyli o głupocie i wolności słów kilka

Ehh, widzę, że ten temat nie opuści nas w najbliższym czasie, a z jakiegoś powodu naprawdę mnie to denerwuje, więc postanowiłem o tym napisać. Za tydzień postaram się wrócić do standardowej zawartości w postaci postu o Grze o Tron, ale dziś coś odrobinę poważniejszego.

Wygląda na to, że na świat spadła nowa plaga, młodzi ludzie masowo popełniają samobójstwa z powodu internetu! W Wielkiej Brytanii były w ciągu roku 4 (słownie CZTERY!) podobne przypadki. Dla porównania, w 2011 roku na wyspach doszło w sumie do ponad 6 tysięcy prób samobójczych. W tym prawie 200 w grupie 15-19 lat (http://www.samaritans.org/sites/default/files/kcfinder/files/research/Samaritans%20Suicide%20Statistics%20Report%202013.pdf). Mimo to, akurat te cztery konkretne przypadki wymagały reakcji samego premiera Camerona.
Nie zrozummy się źle, nie twierdzę, że śmierć tych ludzi nie była tragedią. Nie twierdzę też, że znęcanie się przy użyciu internetu nie jest problemem. Niemniej istnieje znacząca różnica, między znęcaniem się nad kimś w szkole, czy miejscu pracy, a w internecie. Komputer, można wyłączyć... Wiem, to szokujące, ale prawo faktycznie nie zmusza do posiadania konta na Facebooku czy dowolnym innym portalu społecznościowym. Co więcej, portale te posiadają coś takiego, jak ustawienia prywatności i możliwość zgłaszania przypadków działań niezgodnych z zasadami portalu. Mówiąc prościej, można nie otrzymywać wiadomości od ludzi, którzy są dupkami, lub doprowadzić do zbanowania kont tych ludzi. To naprawdę nie wymaga specjalistycznej wiedzy o informatyce, to podstawowe umiejętności, które powinien posiadać każdy, kto korzysta z portali społecznościowych.
A jak jesteśmy, przy byciu obrażanym przez anonimowych ludzi w internecie, co się stało z przysłowiem:
Sticks and stones will break my bones
But words will never harm me

(Patyki i kamienie połamią moje kości
Ale słowa nigdy mnie nie skrzywdzą)
To bardzo dobre motto i nie jestem pewny, w którym momencie zmieniło się na: Jeśli anonimowy dupek w internecie napisze coś niemiłego to się zabij. I jasne upraszczam sprawę, ale to dlatego, że jest ona zbyt idiotyczna, by jej nie uprościć. Dziewczyna jest prześladowana przez koleżanki ze szkoły które akurat używają dostępnych im środków, czyli między innymi internetu i nagle mamy do czynienia z "terrorem w sieci". Gdyby to było dwadzieścia lat temu prześladowałyby ją używając zwykłych listów, czy wtedy media mówiłyby o "terrorze na poczcie"? Co więcej, wg. artykułu prześladowano ją na Ask.fm, ta strona wymaga, by użytkownicy mieli skończone 13 lat, więc dziewczyna skłamała, by się zarejestrować. To pokazuje, jak zdeterminowana była, by usłyszeć obelgi od przypadkowych ludzi z internetu, bo jeśli dobrze rozumiem przekaz medialny, to chyba główny powód istnienia tej strony.
Przynajmniej tu doszło do faktycznego, długotrwałego i prawdę powiedziawszy zbrodniczego prześladowania, choć internet był jedynie narzędziem. W głośnej sprawie sprzed miesiąca mieliśmy całkowicie idiotyczną sytuację, gdzie dziewczyna zabiła się, bo anonimowi ludzie pisali niemiłe komentarze o jej wyglądzie. Podkreślmy to. Dziewczyna wrzuciła swoje zdjęcie do internetu, ludzie których nigdy w życiu nie spotkała i nie spotka, wyżyli się nazywając ją brzydką i dziewczyna się zabiła. I żeby jeszcze dodać idiotyzmu sytuacji, jej ojciec uczcił jej pamięć zakładając stronę na Facebooku! To tak absurdalnie tragikomiczne, że niemal oczekują, że wszystko okaże się skeczem Monty Pythonów. 
Ludzie nie zabijają się z powodu kilku komentarzy w internecie. Mogą zabić się z powodu długotrwałego prześladowania, w którym internet może być narzędziem, lub ponieważ mają poważne problemy z samym sobą. Podobnie jak ludzie nie urządzają masakry w szkole, ponieważ zobaczyli brutalny film czy zagrali w Call of Duty. Choć oczywiście szukanie wyjaśnienia bardziej skomplikowanego, niż nowe media, które ludzie po czterdziestce średnio ogarniają, wykracza ponad możliwości większości dziennikarzy i polityków. A jak wszyscy wiemy, internet to ZŁO! 
I najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że nikogo nie obchodzą ci ludzie, którzy się zabili. David Cameron ma tą martwą dziewczynę w dupie. Ale to pretekst. Kolejny dowód, że internet musi być kontrolowany przez rządy. ACTA, SOPA i PIPA nie przeszły, bo prawa potężnych korporacji do okradania swoich konsumentów okazały się nie leżeć ludziom na sercu. Ale teraz zły internet zmusza nasze dzieci, by się zabijały. To jest argument, który każdy może poprzeć. 
Na koniec chciałem powiedzieć, że internet to zapewne pierwsze w historii prawdziwe wolne miejsce. Każdy może napisać co chce, niezależnie kim jest, skąd pochodzi, jaką ma władzę i ile pieniędzy. Głos biednego i bogatego ważą tyle samo kiedy opatrzone są jedynie nickiem. I zwykle nie ma konsekwencji za to co napisałeś. To oczywiste, że każdy kto posiada faktyczną władzę (polityczną czy ekonomiczną) jest tym przerażony. Jeśli masz władzę, najgorsze co może cię spotkać, to miejsce, gdzie ona nie działa. Taki ja może napisać ten tekst i taki ty może go przeczytać i pomyśleć o nim co zechce, a później napisać w komentarzu "kutas" (choć byłby to żałosny brak wyobraźni). Wolność po prostu. I w szokujący sposób, wolność ma konsekwencje i wymaga używania mózgu (i najwyraźniej wiąże się z dużą ilością porno). Nie ma tu rządu i mediów, by powiedzieli ci, co masz robić i myśleć i co jest dla ciebie złe. Sam musisz to rozgryźć. Niestety internet nie jest idiotoodporny. I oczywiście ten poziom wolności nie zadziałałby w prawdziwym świecie, społeczeństwo by się rozpadło. Na szczęście, internet można zawsze wyłączyć. 
I jako finałowy pozytyw: codziennie na całym świecie ponad miliard ludzi używa internetu... zdecydowana większość z nas nie popełni z tego powodu samobójstwa. 

środa, 31 października 2012

Star Wars Episode 7, czyli Disney w kosmosie

Raczej nie faktyczny tytuł.
I oto nadszedł dzień, którego wszyscy oczekiwaliśmy (obawialiśmy się). Oto nadchodzi nowa część Gwiezdnych Wojen. Lucas sprzedał swoje największe dzieło Disneyowi za 4 miliardy dolarów. Według mnie dosyć tanio, jak za najpopularniejszą sagę w dziejach sf. Niemniej to oznacza, że jednak dostaniemy nową nową trylogię. I może nawet nie będzie tak zła jak stara nowa trylogia (to wywoła istny koszmar z nazewnictwem). Oczywiście wywołuje to spore kontrowersje. Wystarczy przejrzeć komentarze na necie, by znaleźć całe spektrum mieszanych opinii, często w wersji graficznej.
Oni ewidentnie są za niscy na Szturmowców.

Pomyślałem więc, że też dorzucę swoje przysłowiowe trzy grosze. I oto one:
Zacznijmy od tego, że sama nazwa Disney niczego nie przesądza. Filmy Marvela też są z Disneya i jasno pokazuje to, że studio to ma bardzo rozsądne podejście, jeśli chodzi o ich wielkie serie. Co więcej, szefową projektu ma być Kathleen Kennedy, czyli długoletnia współpracownica Lucasa.
Oczywiście pojawia się ryzyko, że Disney będzie naciskał, by filmy były bardziej familijne... Aczkolwiek bądźmy szczerzy, to już coś, co Lucas i tak sam robił.
W ostatecznym rozrachunku, da się tylko powiedzieć, że właściwie nie da się nic powiedzieć na podstawie tego, że to będzie film Disneya. Co innego odnośnie faktu, że nie będzie to film Lucasa.

Bądźmy całkowicie szczerzy, najlepsza część Gwiezdnych Wojen to Imperium Kontratakuje, czyli ta, z którą Lucas miał najmniej wspólnego. Z drugiej strony mamy starą nową trylogię, w której Lucas miał pełną kontrolę i wszyscy wiemy, jak się to skończyło. Drewnianymi dialogami, kiepskimi postaciami i olbrzymią ilością zdjęć na zielonym tle. Że nie wspomnę o stale irytujących fanów przeróbkach oryginalnej trylogii. Myślę, że wynika to w dużej mierze z faktu, że Lucas uparcie chciał robić filmy dla dzieci, podczas gdy większość jego fanów, już dawno dziećmi nie jest. I tu nowe szefostwo może wyjść filmom bardzo na plus, choć z całą pewnością nie będzie to poważna, dojrzała historia jakiej wielu zdaje się oczekiwać. Gwiezdne Wojny nigdy nie będą Grą o Tron... i chyba nikt faktycznie się tego nie spodziewa.

Pytanie pozostaje, czym więc będzie nowa nowa trylogia?
Wielu ludzi wspomina powszechnie lubianą trylogię Thrawna, książkową serię autorstwa Timothyego Zahna. No cóż, książki były świetne, choć oczywiście można od razu wykluczyć ten pomysł. Po pierwsze, trylogia Zahna toczy się tuż po Powrocie Jedi. To oznacza, że Luk, Han i Leia powinni się postarzeć tylko o kilka lat, nie o kilka dekad. I bądźmy szczerzy, całkowita wymiana aktorów nie wchodzi w grę. Poza tym, trylogia Thrawna ma zdecydowanie za mało widowiskowych scen walki na miecze świetlne. I przede wszystkim, byłaby to adaptacja książek, a możemy być raczej pewni, że twórcy filmu będą woleli opowiedzieć oryginalną historię.
Z tego samego powodu odpada Mroczne Imperium i wszelkie inne historie z EU.
Więc raczej nowa historia z nowymi postaciami, gdzie Harrison Ford pojawi się co najwyżej na krótką chwilę, by symbolicznie przekazać pochodnię nowemu pokoleniu herosów.
I tu trafiamy na kolejny problem, jakim jest właśnie EU. Jakby na to nie patrzeć, spora część przyszłości po Powrocie jest już mocno zagospodarowana. Jeśli twórcy nowego filmu będą chcieli uszanować te wszystkie książki, komiksy i gry, to akcja nowego filmu umieszczona będzie gdzieś między rokiem 45 a 120 po Nowej Nadziei. Co sugeruje, że bohaterami będą raczej wnuki oryginalnych bohaterów.  Co więcej, bądźmy szczerzy, większość widzów nie będzie miała pojęcia o tym, co działo się w książkach i komiksach. A twórcy raczej nie poświęcą zbyt wiele czasu na tłumaczenie, kim są ci cali Yuuzhan Vong i co się działo z galaktyką przez ostatnie pół wieku. Co za tym idzie, większość EU zostanie raczej zignorowana.
Ostatecznie, to wszystko jednak gdybanie. Zapewne więcej konkretów pojawi się na przestrzeni najbliższych tygodni i miesięcy. Mam nadzieję, że twórcy wezmą tu przykład z Petera Jacksona i Georga Martina i postarają się informować fanów na bieżąco.
I ostatecznie, no cóż, raczej nie będzie gorzej niż Mroczne Widmo ani lepiej niż Imperium Kontratakuje. I to jeden konkret który z pewnością mogę podać.
Plus fakt, że będziemy mieli jeszcze więcej seriali, gier i książek, niż tych ze znaczkiem Wojen Klonów. I przede wszystkim, to oznacza, że seria nadal będzie żyć i się rozwijać, a to (prawie) zawsze dobre.

środa, 31 sierpnia 2011

2.5 D, czyli czemu współczesne kino jest do D...

Siedzę więc sobie w kinie. Dopłaciłem za film 3D. Dopłaciłem, bo w wersji 2D nie puszczali, a chciałem film obejrzeć. Co dostałem za wydanie dodatkowych pieniędzy? Niewygodne okulary, od których boli mnie jak cholera nos i ciemny ekran, na którym trudno cokolwiek zobaczyć. Wow, ale kurwa biznes. Naprawdę nie mam nic przeciwko filmom 3D. Pod warunkiem, że są faktycznie w 3D. A nie, jak określił to jeden z moich znajomych (nie mogę sobie przypomnieć który) 2.5 D.
Pamiętam kilka lat temu do kin weszło U2 3D. Jako wieloletni fan irlandzkiej grupy pośpieszyłem do kina... i to co zobaczyłem, było niesamowite. Pałeczki uderzające o perkusję, muzycy biegający po scenie, ujęcia z tłumu pełne głebi. Widziałem ten film dwa razy i dwa razy byłem pod wrażeniem.
Jakiś czas później nadszedł Avatar. I znów zostałem wbity w ziemię. Film był widowiskowy i wyglądał wspaniale w 3D. Wszyscy mówili o początku nowej ery dla kina. O wszechobecnych produkcjach 3D. I faktycznie, pojawiło się sporo, świetnie wyglądających w 3D filmów animowanych. Oraz masa, z braku innego słowa, oddającego moje podejście do tematu, gówna.
Problemem nie jest tu fakt, że kręci się filmy w 3D, problemem jest fakt, że się tego nie robi. Avatara nakręcono w 3D. U2 3D nakręcono w 3D. Transformers 3 nakręcono w 3D (Michael Bay poświęcił 9 miesięcy, na stworzenie bardziej przenośnych kamer 3D, na potrzeby filmu). I te filmy wyglądały świetnie i naprawdę wiedziałem, za co dopłaciłem tą dodatkową kasę.
Conan nie był nakręcony w 3D. Thor nie był nakręcony w 3D. Nowi Piraci z Karaibów ponoć byli, choć ja jakoś tego nie dostrzegłem. Jak więc to się stało, że Conan, Thor czy Clash of Titans weszli do kin w 3D, zmuszając nas do dopłaty i noszenia przez cały film tych cholernych okularów? Postprodukcja. Wspaniały system w którym twórcy nie muszą się męczyć i wydawać dodatkowej kasy, by nakręcić film w 3D. Zamiast tego po prostu poprawiają go po fakcie i sprzedają, jako pełnoprawne 3D. Jeśli mam być całkowicie szczery, dla mnie to oszustwo. To tak, jakby ktoś dosypał do wody trochę cukru i sprzedawał ją jako Coca Colę. Jedna wielka bzdura. Bądźmy szczerzy, Thora (który poza tym, był całkiem przyzwoitym filmem), poza scenami akcji, dało się oglądać bez okularów. W Conanie nawet w scenach akcji, ja w pewnym momencie zdjąłem okulary i prawie nie zauważyłem różnicy. Tylko taką, że pojedyncze elementy scenerii były odrobinę rozmyte. Aha i napisy nie wystawały z ekranu. Oto najbardziej 3D element przeciętnego filmu 3D, napisy na dole, które wystają do przodu i za cholerę nie da się ich przeczytać. Przynajmniej ja zawsze mam z tym problem, więc szybko przestaję zwracać na nie uwagę.
To naprawdę straszne, ale w Transformersach nawet w scenie dialogowej, było szerokie ujęcie pokazujące głębię pomieszczenia i fakt, że jedna postać siedzi wyraźnie bliżej ekranu, niż druga. Poczucie głębi. W Conanie nie było widać głębi nawet w szerokich ujęciach górskiego krajobrazu. Tym większy był mój szacunek do X-Men: First Class (który ogólnie był świetnym filmem), za to, że film ten był w starym dobrym 2D.
Podsumowując, nie mam nic przeciw filmom 3D, tak długo jak są 3D, a nie wielką ściemą. Powinno być jakieś prawo nakazujące twórcom umieszczać na plakatach wielki napis: "3D (tak naprawdę to nie)".
Co ciekawe, najbardziej 3D elementem projekcji Conana, był trailer Bitwy Warszawskiej, która kosztowała 10 razy mniej niż Conan, a mimo to, wygląda na to, że jest prawdziwym, porządnym 3D.

sobota, 30 kwietnia 2011

Różne: Everyday People (czyli kilka słów o postaciach)

Dziś kilka przemyśleń, na temat postaci graczy ze szczególnym uwzględnieniem ich historii. 
Myślę, że powinniśmy zacząć od zastanowienia się, czemu tak właściwie służy historia postaci, co jest jej głównym celem? Dla mnie osobiście odpowiedzi są dwie, jedna dla gracza, druga dla MG.
W pierwszym przypadku, mówi graczowi, kim jest jego bohater. Dla mnie jest to wiedza, bez której nie sposób odgrywać postaci. Skąd się wzięła, czy jest szlachcicem, czy chłopem? Czy ma jakieś wykształcenie, czy kiedyś była w walce? Takie rzeczy wypada o swojej postaci wiedzieć.
Dla MG sprawa ma się trochę inaczej. Jeśli MG nie ma planu na kampanię, to historia postaci może mu bardzo pomóc w budowaniu fabuły. Jeśli ma już jakiś sztywny plan (np. prowadzi kampanię z podręcznika) historia postaci mówi mu, jak wciągnąć BG w swoją historię.
Zasadniczo, w obydwu przypadkach najważniejszą kwestią jest tu MOTYWACJA.
Historia postaci nie musi być długa i zagmatwana. Ja sam kiedyś zwykłem spisywać kilkustronowe teksty, opisując czasami losy rodu bohatera cztery pokolenia wstecz. Dziś już tego nie robię. Nie mam czasu, nie chce mi się i przede wszystkim, nie widzę w tym sensu. Jasne, MG za coś takiego zwykle daje jakieś bonusy na starcie, miło też po latach sobie wrócić i to poczytać, ale tak naprawdę, całość rzadko kiedy ci się przyda. Dziś historię postaci tłumaczę MG twarzą w twarz, albo opisuję w kilku zdaniach. Prostą, jasną i bez zbędnych szczegółów. Podobnej wymagam od moich graczy. Długie i barwne historie postaci są fajne, ale ja jako MG zwykle tylko przeglądam je i notuję sobie kilka istotnych elementów, a resztę momentalnie usuwam z pamięci. To dlatego, że naprawdę czytając ją interesują mnie tylko dwie rzeczy. Motywacja postaci i potencjalne haki fabularne.
Haków fabularnych chyba nie muszę wyjaśniać. Jeśli gracza ktoś ściga to to samo w sobie może być motywem na sesję. Niemniej to jest miły dodatek. Naprawdę liczy się (znowu to słowo) motywacja.
Powiem szczerze, nie lubią sesji, na których ktoś płaci BG by coś zrobili. Zdarza mi się prowadzić takie sesje kiedy mam nową drużynę, ale rzadko. Sam też nie lubię w takie grać. Powód jest prosty. Jeśli graczom się powiedzie, to zarobią na nową zbroję, jeśli nie, to tylko nie dostaną kasy... Gdzie tu dramaturgia? Gdzie wysoka stawka? Oczywiście można to zmodyfikować na: uda wam się, dostaniecie kasę, nie uda, dostaniecie nóż w plecy. Co jest już zabawniejsze, choć mimo wszystko, ja sam zwykle ignoruję pieniądze w kampaniach (o czym kiedy indziej).
Niemniej jeśli BG ma porządną motywację, to już co innego, tu można budować. I to nie musi być skomplikowane, może być proste:
"Moja postać pochodzi z rynsztoka i chce się wybić na bogactwo." Dla mnie to już jest dobra historia postaci. Mówi skąd postać się wywodzi i co chce osiągnąć. Ktoś powie, że to nadal chęć zysku, ale to nie prawda. Ta postać nie chce groszy na nowy miecz. Ona chce luksusów, władzy i uznania. Nie idzie od questa do questa zbierając pieniądze. Ale dąży do konkretnego celu. Ktoś inny szuka sławy, kieruje się honorem, dobrem swego rodu, wiarą, miłością, patriotyzmem. To wszystko są motywacje, na których można budować o wiele lepiej, niż na kilku złotych monetach. I nie wymagają wysiłku.
"Rodzina mojej postaci od pokoleń wiernie służyła królowi. Teraz przyszła kolei na moją postać, by kontynuować rodzinną tradycję i bardziej rozsławić nazwisko rodowe." albo "W dzieciństwie ciężko zachorowałem. Rodzice poświęcili mnie bogu i choroba odeszła. Teraz służę jako kapłan, gdyż wierzę, że ocalił moje życie, bym mu służył." To są dobre historie postaci. Do tego pozwalają na łatwe uzupełnienie w razie potrzeby. I to kolejna kwestia o której chciałem wspomnieć:
Improwizowanie historii postaci. To coś czego świadkiem byłem już kilka razy, samemu też zdarzyło mi się z tego korzystać, ale zdecydowanie za rzadko. O co chodzi? To proste, BG rozmawia z jakimś NPCem, weteranem z wojny. I nagle sam gracz, zaczyna przytaczać historyjki z czasów, kiedy sam był w wojsku. Nie ma tego w jego historii postaci? Co z tego, jeśli jego historia postaci to - "Rodzina mojej postaci od pokoleń wiernie służyła królowi. Teraz przyszła kolei na moją postać, by kontynuować rodzinną tradycję i bardziej rozsławić nazwisko rodowe." – to naprawdę nie można mu zarzucić, że kłamie. Takie improwizowanie historii postaci pozwala nadać sesji więcej dynamiki i na przestrzeni kilku sesji, ta prosta historia postaci powoli się uzupełnia. Oczywiście należy tu liczyć na zdrowy rozsądek graczy, którzy nie będą używać tej zasadny w przesadny sposób: „Kiedyś ocaliłem życie Imperatorowi, teraz jesteśmy na ty... serio.”
Z drugiej strony, to również świetne narzędzie dla MG, który może na szybko wprowadzać nowe elementy i motywacje dla graczy”
„Dopadasz wreszcie bandytę i nagle orientujesz się, że to twój brat Hans, którego nie widziałeś od lat.” albo „Okazuje się, że panem na tym zamku, tym przeciwko któremu spiskują chłopi, jest lord von Knopf, który swego czasu niemal doprowadził twoją rodzinę do bankructwa.”
Coś takiego może w kilka sekund zmienić kierunek sesji o 180 stopni. I postawić graczy przed kilkoma trudnymi decyzjami.

Nom, to tyle teraz. Później jeszcze wstawię krótki tekst o Szarej Straży.

środa, 23 marca 2011

Różne: A gentleman will walk but never run

Kilka przemyśleń po pierwszym weekendzie Dni Fantastyki. Tłumów raczej nie było, ale osobiście uznaję je za sukces. Stowarzyszeniu przybyło dwóch nowych członków, ja po długiej przerwie poprowadziłem znów Warha i udało mi się zagrać świetną sesję Wolsunga u Sildara. Ogólnie zdecydowanie kciuk w górę. A teraz kilka konkretów:
Stary dobry Młotek - Warha poprowadziłem w trybie pełnej improwizacji. O tym kto gra dowiedziałem się na miejscu. Postacie były całkowicie losowe. Z fabuły miałem tylko cel misji - odzyskanie świętej relikwii. Przy okazji zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, motywacją graczy były po prostu pieniądze. Osobiście nie przepadam za takim rozwiązaniem, złote monety to dla mnie za słaby bodziec, by budować na nim motywację postaci, ale to nic, mam już wredny plan na to, co będzie dalej. Więcej o samej sesji napiszę później, bo dopiero w tą sobotę ją kończę. Ale chciałem wspomnieć o jednym elemencie, który jest nie zastąpiony na improwizowanych sesjach. Inicjatywa graczy. Mam takiego jednego gracza, Xenonsa (choć od jakiegoś czasu nazywamy go też Raj, na cześć wiadomej postaci). Xenons to specyficzny gracz, choć chyba każdy kiedyś trafił na podobnego. Xenons ma wiele wad i dwie znaczące zalety (z których jedna bywa też wadą). Po pierwsze wykazuje dużo własnej inicjatywy, po drugie, jakimś niezwykłym sposobem zawsze potrafi wpaść na najgorszy możliwy pomysł w najgorszym możliwym momencie. W połączeniu tworzy to bombę czekającą na wybuch. Nie zliczę ile razy potrafił on zmienić prostą i przyjemną sytuację w dramatyczną walkę o przetrwanie zaledwie kilkoma zdaniami. Ten człowiek potrafi przypadkiem niszczyć królestwa, wywoływać zamieszki i czynić moje życie jako MG znacząco łatwiejszym i zabawniejszym. Zawsze warto mieć kogoś takiego, podczas improwizacji. Gdyby jeszcze nauczył się współpracować z resztą drużyny :P .
Arystokrata w kanale, czyli kilka słów o motywacji - W niedzielę, po raz pierwszy od dłuższego czasu, dane mi było zagrać sesję. I to zagrać w Wolsunga. Nigdy nie zagłębiałem się w ten system, ale lubię jego klimat. Co więcej, lubię swoją postać do niego. William hr. Marlow, obrzydliwie bogaty elficki arystokrata który nigdzie nie rusza się bez lokaja uzbrojonego z filiżankę herbaty. Na ostatniej sesji natknąłem się jednak na pewien problem. Otóż fabuła sesji pchała nas niebłagalnie na niebezpieczną, podziemną wyprawę. I tu w pewnym momencie, chcąc nie chcąc musiałem sobie zadać pytanie "Czemu moja postać to robi?". To groźne pytanie, nieprzyjemne pytanie. I nie mogę nawet winić MG, bo on dał mi dosyć powodów. Socjalistyczny szaleniec próbował obalić święty, odwieczny podział klasowemu. Domagał się praw pracowniczych, związków zawodowych i tym podobnych bzdur, co już samo było powodem, by dać mu nauczkę. Co więcej uprowadził arystokratów, wśród nich kobietę z którą flirtowałem na początku sesji. Dla każdego gentlemana to dosyć powodów, by ruszyć do akcji. Problem w tym, że William którego ja wymyśliłem, był bogatym domatorem, nie lubiącym brudzić sobie rąk. Typowym salonowcem, lubującym się w intrygach, gierkach towarzyskich i brzydzącym jakąkolwiek formą wysiłku fizycznego. William z mojej głowy po prostu wyszedłby z tego tunelu, zadzwonił do swojego dobrego znajomego szefa policji i wysłał tam na dół całą armię, po czym z uczuciem spełnionego obowiązku wsiadł na prywatną wiwernę i poleciał szukać kolejnego przyjęcia. I co zrobiłem? No cóż, mając do wyboru między koncepcją postaci a dobrą zabawą, zawsze wybieram to drugie. I tak William doszedł do wniosku, że jego życie ostatnio stało się trochę nudnawe i może trochę emocji mu nie zaszkodzi. Nawet jeśli te emocje miały być  brudnym tunelu (to chyba najbardziej mi przeszkadzało). Więc poszedłem z innymi, starając się jak najwięcej narzekać na warunki i ograniczać własny wkład do dawania rad i atakowania najmniej groźnych przeciwników. Czemu o tym wszystkim piszę? By przypomnieć coś, o czym ludzie czasami zapominają. Koncepcja postaci nie jest wyryta w kamieniu i NIGDY nie powinna być używana jako usprawiedliwienie dla własnej bierności. Nigdy nie mówcie "Zrobiłbym coś, ale koncepcja postaci mi nie pozwala" albo "Mam pomysł, ale moja postać jest za głupia, by na to wpaść." To bzdura, twoja postać jest po to, by dostarczyć ci zabawę. Jeśli twoja postać powstrzymuje cię przed czerpaniem przyjemności z gry, to to zła postać jest. Zmień ją.