Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 września 2017

Star Trek: Discovery vs Orville, runda 1

W ciągu ostatnich tygodni pojawiły się dwa nowe seriale SF. Jeden wygląda, brzmi i zachowuje się jak Star Trek, drugi ma te dwa słowa w tytule. Dziś przyjrzę się 3 pierwszych odcinkach Orville i 2 pierwszych odcinkach ST:D (to naprawdę zły skrót).

Zacznijmy od Orville, głównie dlatego, że ten serial stanowi dobrą reprezentację tego, czym Star Trek powinien być, ale równocześnie nigdy już być nie może. Dla tych którzy nie wiedzą, Orv to nowy serial Setha MacFarlanea, twórcy Family Guya. To w założeniu parodia seriali Trekowych z lat 90-tych. Opowiada o załodze statku badawczego, podążającego w nieznane.
Słowo parodia jest tu jednak zwodnicze, gdyż o ile pilot serialu jest faktycznie komedią, o tyle drugi odcinek jest znacząco bardziej poważny, a trzeci jest bardzo poważny. Temu trzeciemu odcinkowi poświęcę tu trochę więcej miejsca, bo naprawdę mnie zaskoczył. Załoga Orville staje w nim przed problemem natury etycznej. Nie ma tu żadnego komediowego zwrotu akcji, prawdę powiedziawszy, gdyby wyciąć kilka żartów, to spokojnie mógłby być odcinek TNG lub DS9. I pod wieloma względami Orville jest właśnie kontynuacją ST na którą fani czekali od 2001 roku. Mundury są kolorowe, wnętrze statku jasne i przyjemnie umeblowane, a nasi bohaterowie są odkrywcami na pokojowej misji, którzy swoje problemy rozwiązują inteligencją i dyplomacją. Jeśli to nie jest opis Star Treka, to ja nie wiem, jak takowy miałby brzmieć. Równocześnie serial ten pokazuje, dlaczego nie możemy mieć takiego Star Treka. Ponieważ lata 90-te się skończyły. Ten format budowania narracji, klasyczne wątki i sposoby rozwiązywania fabuły. To wszystko dzisiaj może działać tylko jako parodia. Bo wtedy widz nie zadaje nieprzyjemnych pytań w stylu: jak to się stało, że kosmici przybyli dokładnie w dramatycznie odpowiednim momencie, jakim sposobem nikt nie wiedział, że ich najsłynniejszym pisarzem jest kobieta żyjąca w jaskini itd.

Teraz przejdźmy do STD (faktyczny skrót to DSC, ale to mniej zabawne) i z góry ostrzegam, resztę tego tekstu będzie stanowił nerd rage, jeśli cię to nie interesuje, możesz przeskoczyć do ostatniego akapitu. 
Bądźmy szczerzy, wystarczy spojrzeć na porównanie zdjęć mostka, by zorientować się, w czym tkwi problem. Wnętrze tego statku jest ciemne, mroczne. Mundury są w jednakowym, ciemnym kolorze. Nie ma tu nawet cienia jasnej, optymistycznej wizji przyszłości. Do tego, jako fan Star Treka nie mogę nie zauważyć, że nic tu nie wygląda jak w ST i do tego technologia nie ma sensu. Akcja tej serii ma się dziać w czasach Kirka, mimo to nasi bohaterowie mają holograficzną komunikację, a "Klingoni"używają technologi maskującej. I jasne, rozumiem, że twórcy chcą nowe technologie i nie używają dekoracji w stylu lat 60-tych, to byłoby idiotyczne. Również nie byłoby konieczne, gdyby twórcy nie uparli się, żeby od 17 lat robić tylko i wyłącznie JEBANE PREQUELE!!! Czy jest jakieś prawo, które stwierdza, że historia Star Treka kończy się, kiedy Picard zabija Toma Hardyego? 
I nawet nie chcę zaczynać z Klingonami, bo oni po prostu sprawiają, że jestem smutny. Ogólnie gdyby nie tytuł, nie byłbym w stanie powiedzieć, że oglądam Star Trek, a to samo w sobie jest irytujące. Niemniej warstwa wizualna, to najmniejszy problem. Otóż mamy tu do czynienia z oficerami Gwiezdnej Floty, którzy (teraz trochę spoilerów) chcą strzelać pierwsi do obcego okrętu i mają w tej chęci rację. Całego tego rozlewu krwi dałoby się uniknąć, gdyby nie głupie, pokojowe zasady Federacji. Nawet (w faktycznym Star Treku) pacyfistyczni Vulcanie byli za tym, by zacząć od przemocy. Później dowiadujemy się, że zabijanie jest złe tylko, jeśli stworzy męczennika. I wreszcie mój ulubiony moment, kiedy nasi herosi zaminowują zwłoki poległego żołnierza, by zniszczyć statek który po zakończonej bitwie zbiera swoich poległych. Czy nie ma jakiejś kosmicznej konwencji genewskiej, która zakazuje podobnych działań? Normalnie to byłoby coś, co ci źli zrobiliby, by podkreślić, jak bardzo są źli. Naprawdę w tej sytuacji nie wiem, komu kibicować, ludziom, czy orkom... sorry, Klingonom. Ci drudzy wydają się dużo bardziej honorowi i przyzwoici. 
I to jest obecny stan tej serii. Mamy mhroczny serial, w którym dyplomacja, odkrywanie i inteligencja, ustępują miejsca nakurwianiu, a przemoc jest najlepszą odpowiedzią na każdy problem w galaktyce (nawet w pierwszej scenie, naprawiają studnię strzelając do niej). Oczywiście nie uważam, że Orville jest bardziej odpowiedni, jak mówiłem, ta seria pokazuje, że Star Trek z lat 90 nie może wrócić, chyba, że jako parodia. Niemniej myślę, że istnieje coś po środku. Nowoczesny serial, który prowokuje, stawia przed problemami etycznymi i pokazuje, że da się rozwiązywać problemy w sposób zgodny z ideami, które przyświecały Trekowi od początku. 

Podsumowując, po tych kilku pierwszych odcinkach, STD jest całkiem przyzwoitym serialem sf. Ma ciekawe postacie, fajne sceny akcji i dobrze zapowiadającą się fabułę. Równocześnie, nie jest w najmniejszym nawet stopniu Star Trekiem i chciałbym, by przestali używać tej nazwy. Tymczasem Orv zmusił mnie do analizowania złożonego problemu natury etycznej już w trzecim odcinku. 
Pewnie wrócę do tematu, kiedy obydwie serie dotrą do swoich finałów i wtedy będę miał wyraźniejszą wizję tego, jak wyglądają. Szczególnie STD gdzie po dwóch odcinkach wciąż nie zobaczyliśmy faktycznego okrętu Discovery.

wtorek, 25 marca 2014

Star Trek vs Gender

Sytuacja na Ukrainie sprawiła, że dyskusja w najważniejszej dla naszego kraju sprawie przycichła. Od kilku już tygodni żaden dewiant nie pokłócił się z żadnym księdzem pedofilem, o to kto gorszy i bardziej winny szerzącego się zepsucia. Tak być nie może, dlatego postanowiłem wrócić do tematu gender. I to w sposób trochę nietypowy. Otóż, jak się okazuje, głos w tej dyskusji (i to jeszcze w mrocznych latach dziewięćdziesiątych) zabrał Star Trek i to głos zaskakująco zgodny z tym, reprezentowanym przez Kościół i środowiska konserwatywne.

 Był 16 marca 1992 roku, kiedy na ekranach telewizorów pierwszy raz zagościł 117 odcinek Star Trek: The Next Generation, o tytule "Outcast" (17 odcinek 5 sezonu). Odcinek który po raz kolejny dowiódł dalekowzroczności tej kosmicznej sagi. Otóż twórcy Star Treka przewidzieli zagrożenie ze strony "ideologi gender"i już wtedy próbowali nas ostrzec. Ale po kolei. W rzeczonym odcinku załoga Enterpise trafia na planetę J'naii której mieszkańcy, jak sami stwierdzają, wyewoluowali ponad płci. Mówiąc prościej, są społeczeństwo obojnaków, choć nie zawsze tak było. Najwyraźniej w którymś momencie mieszkańcy J'naii odrzucili ideę płci. Ale to nie wszystko, otóż okazjonalnie zdarza się, że jakiś przedstawiciel ich gatunku wykształca tożsamość płciową, co J'naii uważają za olbrzymie zagrożenie, dla ich światopoglądu i najgorszą możliwą dewiację. Oczywiście w samym odcinku mamy do czynienia z J'naii które poczuło się kobietą (i momentalnie wskoczyło do łóżka komandora Rikera, głównie dlatego, że kapitan Kirk jest w innej serii). Soren (bo takie nosi "ona" imię) zostaje niestety przyłapana na swojej straszliwej zbrodni, po czym dochodzi do procesu i ostatecznie przeprogramowania jej, z powrotem na jedyną, słuszną bezpłciowość (przepraszam za 22 letnie spoilery). Chyba już bardziej dobitnie nie da się pokazać, do czego prowadzi gender. Co ciekawe, w rzeczywistości odcinek ten, był dosyć dziwną próba stanięcia w obronie środowisk LGBT, która po latach stała się wyjątkowo głupia. Ale to nie wszystko, Star Trek idzie dalej, twardo walcząc o tytuł najbardziej wrogiego wobec homoseksualistów serialu w historii mainstreamowych mediów.

Wiecie ilu gejów jest w Star Treku? 0, zero, nic, żadnego. 12 filmów, 5 seriali, setki godzin materiału, tysiące postaci i ani jednej osoby o orientacji homoseksualnej. Najbliżej była scena po prawej, w której mamy dnie całujące się, seksowne kobiety. Z tym, że są one z rasy, która pamięta swoje poprzednie wcielenia i w poprzednich życiach były małżeństwem, z tym, że jedna z nich faktycznie była wówczas mężczyzną. Poza tym jednym pocałunkiem, obydwie postacie są całkowicie heteroseksualne.
I to nie jest tak, że postacie homoseksualne muszą się ukrywać. Społeczeństwo Federacji jest bardzo tolerancyjne, a okręty Gwiezdnej Floty, to praktycznie Statki Miłości, gdzie wszyscy zaliczają w czasie służby. Co ciekaw, mimo to nigdy też nie słyszymy o napastowaniu seksualnym. Nawet kiedy kapitan Kirk przelatuje jedną podwładną za drugą. Najwyraźniej nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że mógłby on użyć swojej władzy, by wykorzystać te kobiety. No proszę, społeczeństwo w którym wyeliminowano napastowanie seksualne, przemoc seksualną itp. I żadnych homoseksualistów. Nawet jednej sceny, gdzie dwie osoby tej samej płci trzymają się za rękę, gdzieś na drugim planie...
Jak to możliwe? Jedyny wniosek jest taki, że w przyszłości homoseksualizm faktycznie okazał się chorobą, którą wyleczono. Wprawdzie twórcy nigdy nie mówią tego głośno, ale to jedyne logiczne wytłumaczenie.
Star Trek: ostrzega przed "ideologią gender", leczy homoseksualizm i dzielnie podąża tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden mainstreamowy serial.

PS. I zanim ktoś stwierdzi, że w Star Wars też nie ma homoseksualistów, zaznaczę, że w SW nie ma też historii, w których główni bohaterowie przez 40 minut siedzą przy stole i dyskutują o tym, co tak naprawdę oznacza człowieczeństwo (poza tym, Star Wars i Star Trek to i tak ten sam wszechświat).

poniedziałek, 27 lutego 2012

Star Trek dla początkujących, część druga czyli seriale i filmy

Space... the Final Frontier. These are the voyages of the starship Enterprise. Its continuing mission: to explore strange new worlds, to seek out new life and new civilizations, to boldly go where no one has gone before.
kapitan Picard

Skoro mamy już podstawy, teraz zerknijmy na konkrety. Star Trek składa się z 5 seriali i 11 filmów. Większość z nich da się oglądać osobno, bez znajomości reszty uniwersum, zwłaszcza w przypadku seriali. Więc, bez zbędnych dodatków:


Star Trek: The Original Series (TOS) 1966-1969
W połowie 23 wieku załoga okrętu kosmicznego USS Enterprise przemierza galaktykę w poszukiwaniu nowych cywilizacji. Każdy odcinek serialu jest osobną historią, na ogół utrzymaną w konwencji przygodowej. Dzisiaj scenografia i efekty specjalne mogą wydawać się dosyć zabawne, również sposób prezentowania przez serial niektórych zagadnień naukowych bywa bardzo naiwny. Niemniej, mimo upływu lat, TOS nadal ma to coś. Z tego serialu pochodzi kilka niezaprzeczalnie najlepszych historii w dziejach sf. Szczególnie takie odcinki jak The City on the Edge of Forever czy Balance of Terror, które nawet dziś wbijają w ziemię i pozostają oryginalnie świeże. Do tego sam serial nie stronił od poruszania ciężkich i jak na swoje czasy bardzo kontrowersyjnych tematów. I wprowadzał wiele z późniejszych symboli serii, oraz pamiętnych postaci, takich jak Mr Spock. Co więcej, serial stworzył zasadę, że zły odpowiednik bohatera musi mieć bródkę (odcinek Mirror, Mirror):




Star Trek: The Next Generation (TNG) 1987-1994
W połowie 24 wieku nowy okręt stawia czoła nowym wyzwaniom. USS Enterprise D, pod dowództwem kapitana Picarda wyrusza na kolejną misję. Wiele się jednak zmieniło w porównaniu z TOSem. Podczas gdy Kirk był radosnym awanturnikiem, Picard staje raczej na pozycji myśliciela, rozważnego przywódcy, kontrolującego sytuację ze swojego fotela na mostku. Nie oznacza to, że TNG ma mniej akcji niż TOS, ale zdecydowanie jest w nim więcej myśli. Więcej głębi. Co więcej, to właśnie TNG wprowadza nas w świat 24 wieku, który w dużej mierze zdominował Star Trek. W tym serialu również pojawia się Borg (że nie wspomnę o słynnym Picard facepalm).


Star Trek: Deep Space Nine (DS9) 1993-1999
Najbardziej nietypowy spośród seriali ze znaczkiem Star Trek. Jako pierwszy, nie opowiada o przygodach załogi Enterprise, choć pojawia się w nim kilka postaci z TNG, dwie nawet w stałej obsadzie. Akcja tym razem toczy się na stacji kosmicznej DS9 pod dowództwem kapitana Sisko, co za tym idzie, wątek eksploracji kosmosu schodzi na drugi plan. Na pierwszy zaś wysuwają się polityka, religia, rasizm i wojna. Co za tym idzie, pierwsze sezony nie są zbyt porywające, ale przygotowują one tło dla tego, co nadchodzi. Czyli złożonej, rozbudowanej fabuły z masą postaci pobocznych, dramatycznymi bitwami i zwrotami akcji o zasięgu galaktycznym. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że każdy kolejny sezon jest coraz lepszy, choć przy tym coraz mroczniejszy. I chyba coraz mniej Star Trekowy, w klasycznym ujęciu tej serii. Nawet mundury w późniejszych sezonach zmieniają barwy na mroczniejsze, czarno fioletowe.


Star Trek: Voyager (VOY) 1995-2001
Serial powstawał mniej więcej w tym samym czasie co DS9 i przedstawia wydarzenia tego samego okresu. Tylko gdzieś bardzo daleko. Otóż tak się składa, że okręt Voyager, pod dowództwem kapitan Janeway, zostaje w pierwszym odcinku przeniesiony na drugi koniec galaktyki. Reszta serialu polega zasadniczo na tym, że jego załoga dzielnie wraca z miejsca, do którego nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Mimo średniego początku, VOY osiąga całkiem niezły poziom w okolicach 4 sezonu. Otwierający go dwuodcinkowy Scorpion opowiada jedną z najlepszych historii w całej sadze. Niestety ostatnie dwa sezony cierpią już na wyraźne zmęczenie materiału. Wciąż trafiają się świetne odcinki, ale całość skręca w kierunku wyraźnej wtórności. Osobiście nie mogę również nie zarzucić Voyagerowi, że zepsuł Borga. W TNG Borg był pochłaniającym wszystko żywiołem. Jeden okręt Borga stawał przeciw całej Federacji, a mimo to pokonanie go zawsze przychodziło z wysoką cenę. W VOY to jeden okręt Gwiezdnej Floty stawiał czoła całemu kolektywowi Borga i za każdym razem odnosił zwycięstwo. To było ciekawe i emocjonujące w Scorpionie, później staje się nudne i sprowadza do: Zobaczmy jakim sposobem Janeway pokona złą królową Borga tym razem.


Star Trek: Enterprise (ENT) 2001-2005
Po zakończeniu Voyagera twórcy zadali sobie pytanie: Co dalej? Niestety odpowiedź była okropna. Czasami zdarza się, że fani jakiegoś serialu zbierają się i tworzą petycje, by ocalić serial, który ma zostać zdjęty z anteny. W przypadku Entka, fani wystosowali petycję, by zdjąć go z anteny! Był tak zły. Czemu? Co było w nim okropne? Już wyjaśniam.
Akcja Entka toczy się w 22 wieku, sto lat przed kapitanem Kirkiem i kilkanaście przed powstaniem samej Federacji. W teorii twórcy chcieli uzyskać tego ducha wczesnych podróży, pokazać pierwsze kroki ludzkości w kosmos. I tu pojawił się problem, bo każda "nowa" rasa spotykana przez załogę Enterprise, była starą rasą dla każdego, kto wie cokolwiek o Star Trek. Z wyjątkiem tych, które były zupełnie nowe, ale to było jeszcze gorsze, bo prowadziło do pytania: Jakim cudem nie widzieliśmy tych gości w żadnej z późniejszych serii, jeśli żyją o rzut beretem od ziemi? Co gorsza, twórcy na każdym kroku gwałcili kanon, wykazując całkowity brak szacunku dla materiału źródłowego i fandomu. A co najgorsze, cały serial był wtórny, nudny i pozbawiony jakichkolwiek śladów głębi czy ciekawych postaci. Nieliczne dobre odcinki w większości są prostym zerżnięciem z wcześniejszych seriali. Wyjątkiem jest tu ostatni, czwarty sezon. Składa się on głównie z dwu i trzy odcinkowych historii. Wszystko jest w nim zgodne z kanonem, fabuła kipi od akcji i skupia się na tym, czego chcieli fani, narodzinach Federacji i konflikcie z Romulanami (a przynajmniej wstępie do tych wydarzeń). Ogólnie, 4 sezon Entka to jedyny, który mogę polecić, zwłaszcza historię In A Mirror, Darkly. Niestety w ostatecznym rozrachunku najbardziej pamiętnym elementem Enterprise była postać T'Pol, i nie dlatego, że tak dobrze ją napisano:

A teraz trochę o filmach:
Star Trek: The Motion Picture (1979) czyli pierwszy film z serii. Kapitan Kirk powraca w nim z oryginalną załogą i odnowionym Enterprisem, by znów ocalić ziemię. Nakręcony na fali popularności Star Wars w pamięci potomnych zapisał się głównie tym, jak bardzo jest zły. I nie chodzi mi o fabułę, bo ta nie była tak tragiczna, chodzi o całą resztę. Długie, nudne sceny, kiepskie efekty specjalne itp. itd. Ten film naprawdę może być bolesny do oglądania.

Star Trek II: The Wrath of Khan (1982) uznawany za jeden z najlepszych w całej serii. Zasłyną też słynną sceną, w której Kirk wykrzykuje imię swojego przeciwnika. Jest to również pierwsza część swoistej trylogii. Sama fabuła kręci się wokół genetycznie ulepszonego megalomana i broni masowej zagłady. Doskonała mieszanka.

Star Trek III: The Search for Spock (1984) kontynuacja wątków z poprzedniej części. I właściwie wszystko co o nim powiem odnośnie fabuły, będzie spoilerem zakończenia drugiej części. Dlatego stwierdzę tylko, że film jest przeciętny. Nie rewelacyjny, ale również nie tragiczny.

Star Trek IV: The Voyage Home (1986) ostatnia część trylogii i rzadki przypadek historii o podróży w czasie, która nie wywołuje u mnie odruchu wymiotnego (wyjątkiem jest tu też cały Dr Who). Co więcej film jest utrzymany w stylu komedii familijnej i działa świetnie. Zawiera rozbrajające dialogi, świetne sceny i cudowny klimat. Spory sukces kasowy tej części był również odpowiedzialny za powstanie serialu TNG.

Star Trek V: The Final Frontier (1989) niezaprzeczalnie najgorsza część w dziejach Star Treka i ogólnie okropny film. Omijać z daleka! Jedyny dobry element, to starcie Kirka z Bogiem.

Star Trek VI: The Undiscovered Country (1991) ostatnia część opowiadająca o losach oryginalnej załogi. I odeszli w dobrym stylu. Ten film ma wszystko czego można wymagać od Star Treka, przygodę, intrygę, humor i cytujących Szekspira Klingonów. Czego chcieć więcej?

Star Trek Generations (1994) film którym na scenę wkracza nowe pokolenie. Akcja toczy się po wydarzeniach z TNG i jest swego rodzaju przekazaniem pochodni. Pojawia się tu wprawdzie kapitan Kirk, ale to Picard i jego załoga są w centrum uwagi. Film nie jest zły, ale zdecydowanie zawiera jedną z najgorszych scen śmierci herosa w dziejach.

Star Trek: First Contact (1996) moim zdaniem najlepsza część w serii i ogólnie jedna z najlepszych historii w całym Star Trek i ogólnym sf. Kapitan Picard i jego załoga stawiają czoła Borg w wybuchowej, naładowanej akcją i emocjami walce o przetrwanie Federacji. Po prostu wyborny.

Star Trek: Insurrection (1998) podobnie jak część trzecia i siódma, ten film jest po prostu przeciętny. Niby ma akcję i trudne wybory, ale całościowo wypada dosyć, no cóż, przeciętnie.

Star Trek Nemesis (2002) ostatni film o Picardzie i równocześnie ostatni z pierwotnej serii. I niestety jeden z trzech najsłabszych. Do dziś uwielbiam scenę walki kosmicznej którą zawiera, ale niesty absolutnie nic poza tą walką w nim nie ma.


Star Trek (2009) Nowe otwarcie, nowa seria, nowy Kirk i ogólnie, wszystko nowe. Ten film można spokojnie oglądać bez jakiejkolwiek wiedzy o wcześniejszych tytułach, choć jest w nim również sporo mrugnięć do fanów i zabawnych nawiązań do wcześniejszych tytułów. Całość ma trochę potknięć na polu logiki i spójności fabuły, ale nadrabia tempem i humorem. Również nowe wersje oryginalnych postaci zdają egzamin (Kirk jest nawet lepszy), choć nie da się ukryć, że Spock bez głosu Leonarda Nimoya to nie to samo.

I to tyle. W tej chwili trwają zdjęcia do kolejnej części, ma ona wejść do kin w maju 2013, a do obsady ma dołączyć (zapewne w roli czarnego charakteru) Benedict Cumberbatch (Sherlock Holmes z serialu Sherlock).

niedziela, 26 lutego 2012

Star Trek dla początkujących, część pierwsza czyli świat

Kosmos. Ostateczna granica.

Dziś postanowiłem sięgnąć po absolutnego kolosa. Prawdziwego krakena sf. Star Trek. 11 filmów, 5 seriali, 1 kreskówka, niezliczone książki, komiksy (w tym kilka dziwnych) i gry. Jedna z największych sag w dziejach. I to jest jej główny problem. Często zdarza mi się słyszeć od ludzi, że chętnie sięgnęliby po Star Trek, ale nie mają pojęcia od czego zacząć, a sama ilość tytułów ich przytłacza. Stąd pomyślałem, że ułatwię trochę sprawę. Niemniej kiedy zabrałem się za konkrety, okazało się, że jest tego za dużo jak na jeden wpis. Dlatego będą dwa, w tym wyjaśnię ogólnie, o co chodzi, skąd się to wzięło i z czym się to je. A w następnym wezmę się za szczegóły i przybliżę kolejne filmy i seriale, podzielę się również moją opinią na temat tego, które należy obejrzeć, a których należy się wystrzegać. Więc, na początek odrobina historii:

Początek
Był rok 1966 kiedy w NBC zadebiutował Star Trek. Pierwszy serial, później znany jako The Original Series (TOS). Było to dzieło Genea Roddenberrego (po prawej), człowieka, który uznawany jest za Georgea Lucasa Star Treka. Serial od początku był czymś innym, nowym. Opowiadał o podróżach kosmicznych statku Enterprise, pod dowództwem kapitana Kirka. W rzeczywistości jednak, pod warstwą awanturniczości i (dziś dosyć zabawnych) efektów specjalnych, kryła się wspaniała i niezwykle optymistyczna wizja przyszłości w 23 wieku, gdzie głód, wojny i rasizm są już za nami. Wizja dosyć kontrowersyjna, zwłaszcza jeśli zauważymy, że wśród głównych bohaterów znalazła się czarnoskóra kobieta i Rosjanin (w połowie lat 60 nie do pomyślenia). Serial przetrwał zaledwie 3 sezony, ale zapisał się w pamięci fanów, a powtórki cieszyły się niesłabnącą popularnością przez lata.
W roku 1973 powstał nawet serial animowany (The Animated Series lub TAS), ale nie zapisał się on niczym szczególnym w pamięci potomnych.
Dopiero w roku 1979 Star Trek powrócił i to w wielkim stylu. Star Trek: The Motion Picture zagościł na ekranach kin, przywracając starą załogę i zapisując się w historii jako jedna z najgorszych części w całej sadze. Później było już jednak z górki, kolejne lata to kolejne świetne filmy, prowadzące prosto do nowego serialu.

Złoty Wiek
W roku 1987, na fali sukcesów kolejnych filmów, postanowiono wreszcie zabrać się za kolejny serial. Tak narodził się Star Trek: The Next Generation (TNG) rozpoczynając nową epokę w historii serii (i niekończący się spór o to, kto był lepszym kapitanem Kirk czy Picard). Akcję przeniesiono niemal sto lat w przyszłość w porównaniu z TOSem, a na fotelu dowódcy nowego Enterpirisea zasiadł kapitan Picard. W kolejnych latach powstawały kolejne filmy i seriale. Deep Space Nine (DS9) i Voyager (VOY) umieściły swoją akcję mniej więcej w tym samym czasie co TNG, i znacząco rozbudowały wszechświat Star Treka, oddalając się od przygód załogi Enterpisea i pokazując inne okręty Gwiezdnej Floty.

Martwy jak Star Trek
Niestety już w Voyagerze dostrzegalne stało się zmęczenie materiału, coraz niższy poziom prezentowały również filmy, na tym etapie skupiające się głównie na załodze z TNG. Ostatnią salwą był tu Enterprise (ENT), serial który zasłyną między innymi tym, że sami fani Star Treka wystosowali petycję z prośbą o zamknięcie serialu, by nie niszczył dłużej ich ulubionej sagi. W 2005 roku wyemitowano ostatni odcinek Enterprisea i wszystko wskazywało na to, że historia Star Treka dobiegła końca.

Nowy Początek
W 2009 roku do kin trafił nowy, 11 już film z serii, nazwany po prostu Star Trek. Nie jest to jednak kontynuacja. Akcja cofa nas w czasie do samego początku, pierwszej misji oryginalnej załogi pod dowództwem kapitana Kirka, niemniej równocześnie tworzy całkowicie nową wersję rzeczywistości. Mówiąc prościej, to zupełnie nowy wszechświat, nowa seria, nowy styl i ogólnie, wszystko nowe. Taki Star Trek na miarę XXI wieku.
Na ten moment Star Trek to 726 odcinków w 30 sezonach i 11 filmów. Oraz nowy, 12 już film w drodze.

Wszechświat
Przyszłość w świecie Star Treka maluje się w bardzo jasnych barwach. Ziemia stała się centrum Zjednoczonej Federacji Planet, potężnego bytu polityczno militarnego, zrzeszającego tysiące planet i setki inteligentnych gatunków. Główną siłą Federacji jest Gwiezdna Flota, zdominowana przez ludzkość organizacja militarno naukowa, zajmująca się obroną Federacji, odkrywaniem nowych planet, nawiązywanie kontaktów z nowymi cywilizacjami, badaniem dziwnych zjawisk i ogólnie, wszystkimi najciekawszymi zajęciami w kosmosie. Oczywiście bohaterami Star Treka są właśnie oficerowie Gwiezdnej Floty, najczęściej ci służący na jej flagowym okręcie U.S.S. Enterpirise.
Oczywiście podróże kosmiczne nie byłyby możliwe bez odpowiedniej technologii. I tu mamy prędkość Warp pozwalającą na podróże z prędkością nad-świetlną, replikatory zdolne tworzyć jedzenie, ubrania itp. praktycznie z powietrza (czyniąc gospodarkę pieniężną bezsensowną, bo wszystko czego potrzebujesz możesz zreplikować w domu), teleporter pozwalający przenieść się na dużą odległość i zginąć na absurdalnie dużo niezwykłych sposobów, fazer który zabija lub ogłusza, trikorder czyli podręczny zestaw wszelkich skanerów, komunikator czyli jak wyobrażano sobie telefon komórkowy w latach 60 (byli zastanawiająco blisko) i oczywiście holodek, czyli pomieszczenie gdzie możesz spęnić wszystkie swoje marzenia przy pomocy fizycznych hologramów (lub zginąć na masę różnych sposobów, bo to urządzenie psuje się niemal tak często jak teleporter).

A teraz, na zakończenie kilka najważniejszych zagadnień i gatunków kosmitów:

 Kirk vs Picard. Spór niemal tak zły, jak Star Wars vs Star Trek. Oczywiście Kirk to klasyczny dowódca Enterprisea z lat 60 i późniejszych filmów. Picard dowodził w TNG i ostatnich 4 filmach oryginalnej serii. Każdy ma swoje zalety i wady. Sam nie będę się wypowiadał, bo nie ma o czym... to oczywiste, że Picard :P


Deflektor. W teorii jest to urządzenie, służące do spychania z drogi okrętu kosmicznych śmieci, które przy dużych prędkościach mogłyby uszkodzić kadłub. W praktyce deflektor to magiczna odpowiedź na każdą sytuację w galaktyce. Po prostu nie istnieje problem, którego nie dałoby się rozwiązać, przekalibrowując deflektor. To tak jak soniczny śrubokręt Doctora, po prostu działa, nie pytaj jak.

Red Shirts. W pierwszym serialu z lat 60, oficerowie ochrony na okrętach Federacji nosili czerwone mundury. Zwykle, kiedy główni bohaterowie ruszali na misję, zabierali ze sobą jednego lub dwóch takich oficerów "dla ochrony". Oczywiście w większości przypadków pojawiał się moment, kiedy twórcy chcieli podkreślić niebezpieczeństwo i w tym celu zabijali bezimiennego pana w czerwonym mundurze. Tak narodziło się określenie Red Shirt, oznaczające nieistotną postać, która towarzyszy bohaterom, no cóż, by zginąć. W późniejszych seriach kolory mundurów zmieniły się (czerwień przypadła szefostwu), ale określenie pozostało.

Eksplodujące konsole. Bitwy gwiezdne zawsze były problemem dla Star Treka. Jeśli zwrócimy uwagę, że najlepsze serie powstawały w latach 60 i pod koniec 80 to jasne stają się ograniczenia w efektach specjalnych, zwłaszcza w serialu telewizyjnym. Dlatego twórcy wymyślili pewną sztuczkę. Kiedy statek zostaje trafiony, kamera się trzęsie, a ekrany komputerów zaczynają iskrzyć czy wręcz eksplodować. Tym sposobem widz widzi poziom uszkodzeń i dramatyzm walki, mimo, że na ekranie cały czas widać tylko sam mostek okrętu. Jest to zrozumiały zabieg,co nie umniejsza jego efektu komicznego, zwłaszcza w wersji z lat 60.

Wolkanie i Romulanie. Wolkanie i ich tradycyjne powitanie (po lewej) to chyba jeden z najbardziej ikonicznych obrazów ze Star Treka. Rasa kierujących się logiką myślicieli i naukowców o elfickich uszach, reprezentowana przez Mr Spocka, stała się niejako symbolem serii. I również jedną z ras założycielskich Federacji. Romulanie są niejako złą wersją Wolkan. Są podstępni, bezwzględni, używają urządzeń maskujących, by podstępnie atakować z ukrycia i ogólnie dybią na terytorium i dobrobyt Federacji.

Klingoni i ich czoła. Kolejna z ikonicznych i najważniejszych ras wszechświata Star Trek. Imperium Klingońskie to państwo brutalnych, ale honorowych wojowników. Obdarzonych co więcej własnym, autentycznym językiem. Lecz nie zawsze tak było. W oryginalnym TOSie, Klingoni byli głównymi czarnymi charakterami. Pozbawionymi skrupułów i moralności odpowiednikami ZSRR, toczącymi ciągłą Zimną Wojnę z Federacją. I co gorsza, ich czoła wyglądały całkowicie ludzko i normalnie. Dopiero z czasem dodano im makijaż i całą wojowniczo honorową kulturę. Pozostał jednak jeden problem. Słynny problem Klingońskiego Czoła. Bo jak wyjaśnić, że cała rasa zyskała nagle kościane zgrubienia na czaszce? Teorii było multum, a dyskusji jeszcze więcej. Ostatecznie wszystko wyjaśnił Enterprise, i była to chyba jedna z niewielu rzeczy, które temu serialowi wyszły. Choć oczywiście wielu fanów nie uznaje za kanoniczne niczego, co powiedziano w tamtej serii, więc dyskusja trwa.

Ferengi. Po raz pierwszy pojawiają się w TNG, ale na pierwszy plan wysuwają się dopiero w DS9. Wielkousi kombinatorzy, wiecznie starający się zarobić na wszystkim. Ferengi szybko stali się postaciami typu comic relief, co nie zmienia faktu, że stanowią jedną z ciekawszych ras w serii.


Borg.
Jesteśmy Borg. Zostaniecie zasymilowani. Opór jest daremny.
Po raz pierwszy wprowadzeni w TNG, Borg stali się najmroczniejszym elementem wszechświata Star Trek. To rasa cybernetycznych zombie, podłączonych do jednej wielkiej świadomości, zwanej Kolektywem Borg. Nie uznają indywidualizmu, nie potrzebują świadomości jednostki. Co gorsza, potrafią asymilować inne istoty do swego kolektywu, zmieniając ludzi w kolejne, pozbawione indywidualizmu człony. Borg, to całkowite przeciwieństwo typowej dla Star Treka idei, że postęp technologiczny przynosi głównie dobre rzeczy. Technologiczny koszmar, który rozprzestrzenia się po całej galaktyce. Ich jest legion. Oni nie wybaczają. Oni nie zapominają. Możesz zniszczyć tysiące okrętów, ale sam kolektyw przetrwa. Odrobi lekcję. Wykorzysta doświadczenia tych członów, które zginęły i powróci potężniejszy i lepiej przygotowany. Nie można pokonać Borg. Można tylko go opóźniać i liczyć na cud. Niemniej, jako plus, po odczepieniu tych wszystkich mechanicznych elementów, niektóre człony wyglądają tak:


I to tyle w tym temacie. Następnym razem zerkniemy na konkretne tytuły, seriale i filmy z logo Star Treka. A tymczasem coś na poprawę humoru: