"I żywy stąd nie wyjdzie nikt" to zbiór opowiadań, który właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Zbiór o tyle ciekawy, że wśród 10 tekstów pojawił się również jeden autorstwa mojej skromnej osoby.
Więc, jeśli chcecie zobaczyć, jak mój styl pisania broni się, kiedy piszę prozę, to zachęcam. Opowiadanie nosi tytuł "47.
Oddział Zwiadu Imperialnego" i ponoć jest najsłabszym w zestawieniu, co osobiście uznaję za dowód na to, jak dobre są pozostałe. Więc, miłej lektury.
http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki/i-zywy-stad-nie-wyjdzie-nikt
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 czerwca 2014
piątek, 16 listopada 2012
Najemnik, cz. 1
Dziś coś odrobinę innego. Pierwszy fragment opowiadania, które przyszło mi do głowy jakiś czas temu. Kolejne części z czasem... mam nadzieję.
- Rycerz? - zdziwił się strażnik. - Co to do cholery jest rycerz?
- Ty to głupi jesteś Ziutek. Rycerz to taki wojownik, tylko na modłę zachodnią - pośpieszył z wyjaśnieniem Flavius. - Konno jeździ i z mieczem walczy.
- Mało tu wojowników się kręci? Po cholerę nam jakiś rycerz?
- Bo pan Jonter kazał - stwierdził twardo sierżant. - A jak on karze, to wy głąby macie słuchać.
- Dobra, jak tam wolisz - Ziutek wzruszył ramionami. - Ale jak mamy rozpoznać, tego rycerza. Przecież nie będziemy się pytać każdego zbrojnego, który tu przyjedzie. Jeszcze nam któryś przywali.
Flavius pokiwał głową z niemym poparciem.
- Prawdziwi, kurwa, herosi z was. Od razu się bezpieczniej czuję z taką strażą miejską - zganił ich sierżant, niemniej po chwili zastanowienia najwyraźniej uznał racje swoich podwładnych. - Pewnie będzie miał miecz i konia. I ten, pas rycerski.
- A czym to się różni od zwykłego pasa?
- No, tego, lepszy jest. I jeszcze, tego, ty Flavius jesteś z zachodu, co jeszcze rycerze mają?
Wskazany strażnik wzruszył ramionami.
- Cholera wie, ja tam w życiu może z raz jakiegoś widziałem. Ale chyba powinni mieć zbroje, tarczę i ten, herb.
- No, to takiego właśnie szukajcie, z herbem i tarczą i tym, pasem. Ponoć jeden się kręci po okolicy, to jak go znajdziecie, to skierujcie do pana Jontera.
Sierżant odwrócił się i wrócił do karczmy, torując sobie drogę przez tłum wielkim brzuszyskiem.
Ziutek i Flavius odprowadzili go spojrzeniem, po czym przystąpili do poszukiwań rycerza. Zadanie nie było łatwe, gdyż w dzień targowy miasteczko roiło się od ludzi. Otoczony z trzech stron drewnianymi chatami główny rynek wypełniały dziesiątki stoisk i setki klientów. Wszyscy brodzili w tym samym błocie, wdychając powietrze nasączone śmierdzącą mieszanką wszelkich zapachów, jakie podobne miejsce mogło zaproponować.
- Powiedz mi Flavius, czym się taki rycerz różni, od zwykłego najemnika?
- Bo widzisz rycerze, to są tego... szlachetni.
- Że jacy?
- No tego, wiesz, to znaczy, że dziewki ratują i maluczkim pomagają - Flavius stwierdził z wątpliwym przekonaniem.
- No to tak jak my - zauważył Ziutek, przeganiając jakiegoś żebraka ciosem pałki.
- Ale nam za to płacą.
- A rycerzom to nie płacą?
- Głupi ty. Rycerz to robi dla sławy i honoru. I tych, żeby w pieśniach być.
- Oj, pierdolisz mi tu Flavius, pierdolisz, aż nie miło - oburzył się Ziutek. - Żaden człowiek nie będzie narażał własnej rzyci, dla jakiejś piosenki, czy coś.
- Ja ci tylko mówię, jak mi mama opowiadała. Bo sam, to tylko raz takiego widziałem, jeszcze jak mieszkałem na zachodzie. Zbroję miał i herb i giermków. Ale mówię ci, tacy rycerze to na Rubieże na pewno nie zaglądają. Co by mieli robić, na takim zadupiu?
- Hej, wy! Strażnicy - zawołał ich jakiś mężczyzna. - Gdzie tu można nagrodę odebrać za głowę przestępcy?
- Jakiego przestępcy znowuż? - spytał Ziutek, mierząc rozmówcę wzrokiem.
- Czarnego Olka - przybysz podał im płócienny worek, pokryty zaschniętą krwią. W środku znajdowała się obcięta głowa.
- Oż kurwa - stwierdził niezbyt elokwentnie Flavius, po czym odwrócił się i zwymiotował na własne buty.
- No wygląda jak Olek - przyznał Ziutek, wyglądając, jakby miał zamiar podążyć w ślady towarzysza. - Po nagrodę, to trzeba się zgłosić do sierżanta. Zaprowadzimy.
Odczekali chwilę, aż Flavius doszedł do siebie, po czym ruszyli w kierunku karczmy.
- A pan to z zachodu? - spytał Ziutek. - Bo po akcencie słyszę.
- Z Rion - odparł krótko nieznajomy.
- Aha... I wojownik pan?
- Nie, komediant. Zabiłem tego banitę żartami - ton przybysza był bezbarwny i znudzony. - Co tam się dzieje? - wskazał na klatkę, zawieszoną obok karczmy.
Wewnątrz zamknięto nagą kobietę, ogoloną na łyso i dotkliwie pobitą. W pochmurne, jesienne popołudnie wyglądała na całkowicie przemarzniętą.
- Cudzołożnica - pośpieszył z wyjaśnieniem Ziutek. - U nas na wschodzie, to się niemoralne baby każe.
- A co zrobili jej wspólnikowi?
- Wspólnikowi? - zdziwił się Ziutek.
- Sama z sobą chyba nie cudzołożyła?
- Yyyy, no, nic. Przecie czemu? - strażnik zdawał się całkowicie zaskoczony pytaniem. - To ona, wiedźma jedna, biednego szewca uwiodła, to czemu by my mieli jego karać?
- Kobieta jest występna, tak mówią księgi - mimo zapewnień, Flavius nie sprawiał wrażenia kogoś, kto umiałby czytać.
- A pan to może niewiasty ratuje? - spytał niby mimochodem Ziutek.
- A czemu? Macie jakąś do ocalenia?
- My to nie. Ale tego... szukamy rycerza.
- Rycerza? - nieznajomy przez chwilę przyglądał się im, jakby rozważając coś. - To znaleźliście. Sir Wilhelm Gilbert, rycerz - przedstawił się, lecz coś jego tonie sprawiło, że Ziutek nie był pewien, czy nie pada ofiarą kpiny.
- To tego, oczekują pana w karczmie.
- Tam gdzie nagroda za Olka?
- Tak.
- Świetnie, to chyba już trafię - minął ich i ruszył do drzwi karczmy.
- To niby ma być ten cały rycerz? - zdziwił się Ziutek po jego odejściu.
- Nie wygląda - przyznał Flavius. - Raczej jak jakiś łachudra, albo bandyta nawet.
- Mówiłem ci. Z tym rycerstwem to jakieś pierdolenie jest i tyle.
- Rycerz? - zdziwił się strażnik. - Co to do cholery jest rycerz?
- Ty to głupi jesteś Ziutek. Rycerz to taki wojownik, tylko na modłę zachodnią - pośpieszył z wyjaśnieniem Flavius. - Konno jeździ i z mieczem walczy.
- Mało tu wojowników się kręci? Po cholerę nam jakiś rycerz?
- Bo pan Jonter kazał - stwierdził twardo sierżant. - A jak on karze, to wy głąby macie słuchać.
- Dobra, jak tam wolisz - Ziutek wzruszył ramionami. - Ale jak mamy rozpoznać, tego rycerza. Przecież nie będziemy się pytać każdego zbrojnego, który tu przyjedzie. Jeszcze nam któryś przywali.
Flavius pokiwał głową z niemym poparciem.
- Prawdziwi, kurwa, herosi z was. Od razu się bezpieczniej czuję z taką strażą miejską - zganił ich sierżant, niemniej po chwili zastanowienia najwyraźniej uznał racje swoich podwładnych. - Pewnie będzie miał miecz i konia. I ten, pas rycerski.
- A czym to się różni od zwykłego pasa?
- No, tego, lepszy jest. I jeszcze, tego, ty Flavius jesteś z zachodu, co jeszcze rycerze mają?
Wskazany strażnik wzruszył ramionami.
- Cholera wie, ja tam w życiu może z raz jakiegoś widziałem. Ale chyba powinni mieć zbroje, tarczę i ten, herb.
- No, to takiego właśnie szukajcie, z herbem i tarczą i tym, pasem. Ponoć jeden się kręci po okolicy, to jak go znajdziecie, to skierujcie do pana Jontera.
Sierżant odwrócił się i wrócił do karczmy, torując sobie drogę przez tłum wielkim brzuszyskiem.
Ziutek i Flavius odprowadzili go spojrzeniem, po czym przystąpili do poszukiwań rycerza. Zadanie nie było łatwe, gdyż w dzień targowy miasteczko roiło się od ludzi. Otoczony z trzech stron drewnianymi chatami główny rynek wypełniały dziesiątki stoisk i setki klientów. Wszyscy brodzili w tym samym błocie, wdychając powietrze nasączone śmierdzącą mieszanką wszelkich zapachów, jakie podobne miejsce mogło zaproponować.
- Powiedz mi Flavius, czym się taki rycerz różni, od zwykłego najemnika?
- Bo widzisz rycerze, to są tego... szlachetni.
- Że jacy?
- No tego, wiesz, to znaczy, że dziewki ratują i maluczkim pomagają - Flavius stwierdził z wątpliwym przekonaniem.
- No to tak jak my - zauważył Ziutek, przeganiając jakiegoś żebraka ciosem pałki.
- Ale nam za to płacą.
- A rycerzom to nie płacą?
- Głupi ty. Rycerz to robi dla sławy i honoru. I tych, żeby w pieśniach być.
- Oj, pierdolisz mi tu Flavius, pierdolisz, aż nie miło - oburzył się Ziutek. - Żaden człowiek nie będzie narażał własnej rzyci, dla jakiejś piosenki, czy coś.
- Ja ci tylko mówię, jak mi mama opowiadała. Bo sam, to tylko raz takiego widziałem, jeszcze jak mieszkałem na zachodzie. Zbroję miał i herb i giermków. Ale mówię ci, tacy rycerze to na Rubieże na pewno nie zaglądają. Co by mieli robić, na takim zadupiu?
- Hej, wy! Strażnicy - zawołał ich jakiś mężczyzna. - Gdzie tu można nagrodę odebrać za głowę przestępcy?
- Jakiego przestępcy znowuż? - spytał Ziutek, mierząc rozmówcę wzrokiem.
- Czarnego Olka - przybysz podał im płócienny worek, pokryty zaschniętą krwią. W środku znajdowała się obcięta głowa.
- Oż kurwa - stwierdził niezbyt elokwentnie Flavius, po czym odwrócił się i zwymiotował na własne buty.
- No wygląda jak Olek - przyznał Ziutek, wyglądając, jakby miał zamiar podążyć w ślady towarzysza. - Po nagrodę, to trzeba się zgłosić do sierżanta. Zaprowadzimy.
Odczekali chwilę, aż Flavius doszedł do siebie, po czym ruszyli w kierunku karczmy.
- A pan to z zachodu? - spytał Ziutek. - Bo po akcencie słyszę.
- Z Rion - odparł krótko nieznajomy.
- Aha... I wojownik pan?
- Nie, komediant. Zabiłem tego banitę żartami - ton przybysza był bezbarwny i znudzony. - Co tam się dzieje? - wskazał na klatkę, zawieszoną obok karczmy.
Wewnątrz zamknięto nagą kobietę, ogoloną na łyso i dotkliwie pobitą. W pochmurne, jesienne popołudnie wyglądała na całkowicie przemarzniętą.
- Cudzołożnica - pośpieszył z wyjaśnieniem Ziutek. - U nas na wschodzie, to się niemoralne baby każe.
- A co zrobili jej wspólnikowi?
- Wspólnikowi? - zdziwił się Ziutek.
- Sama z sobą chyba nie cudzołożyła?
- Yyyy, no, nic. Przecie czemu? - strażnik zdawał się całkowicie zaskoczony pytaniem. - To ona, wiedźma jedna, biednego szewca uwiodła, to czemu by my mieli jego karać?
- Kobieta jest występna, tak mówią księgi - mimo zapewnień, Flavius nie sprawiał wrażenia kogoś, kto umiałby czytać.
- A pan to może niewiasty ratuje? - spytał niby mimochodem Ziutek.
- A czemu? Macie jakąś do ocalenia?
- My to nie. Ale tego... szukamy rycerza.
- Rycerza? - nieznajomy przez chwilę przyglądał się im, jakby rozważając coś. - To znaleźliście. Sir Wilhelm Gilbert, rycerz - przedstawił się, lecz coś jego tonie sprawiło, że Ziutek nie był pewien, czy nie pada ofiarą kpiny.
- To tego, oczekują pana w karczmie.
- Tam gdzie nagroda za Olka?
- Tak.
- Świetnie, to chyba już trafię - minął ich i ruszył do drzwi karczmy.
- To niby ma być ten cały rycerz? - zdziwił się Ziutek po jego odejściu.
- Nie wygląda - przyznał Flavius. - Raczej jak jakiś łachudra, albo bandyta nawet.
- Mówiłem ci. Z tym rycerstwem to jakieś pierdolenie jest i tyle.
sobota, 17 grudnia 2011
Szatnia
Po raz pierwszy ktoś faktycznie zrobił ilustracje do mojego tekstu.Opowiadanie Szatnia już na Bestiariuszu:
http://literatura.bestiariusz.pl/opowiadania/1580/szatnia
I odrobina kontekstu. Tekst był zainspirowany pomysłem na system RPG, który dawno, dawno temu mieliśmy z Vladem. Przez jakiś czas nawet trwały nad nim poważne prace w RKF Nawigator, ale ostatecznie projekt upadł. Może jeszcze kiedyś wróci, a na razie Menturion! (drobny żart hermetyczny z dawno zapomnianego konwentu)
http://literatura.bestiariusz.pl/opowiadania/1580/szatnia
I odrobina kontekstu. Tekst był zainspirowany pomysłem na system RPG, który dawno, dawno temu mieliśmy z Vladem. Przez jakiś czas nawet trwały nad nim poważne prace w RKF Nawigator, ale ostatecznie projekt upadł. Może jeszcze kiedyś wróci, a na razie Menturion! (drobny żart hermetyczny z dawno zapomnianego konwentu)
sobota, 14 maja 2011
L5K Scenki z Cesarstwa: O sztuce
Obsada:
Akodo Katsu (Lew) - "Mam plan."
Mirumoto Hotaka (Smok) - "Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem."
Kakita Kintaro (Żuraw) - "Pozwól, że ja z nimi porozmawiam."
Bayushi Rei (Skorpion) - "Powiedz tylko, co trzeba załatwić."
Akodo Katsu (Lew) - "Mam plan."
Mirumoto Hotaka (Smok) - "Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem."
Kakita Kintaro (Żuraw) - "Pozwól, że ja z nimi porozmawiam."
Bayushi Rei (Skorpion) - "Powiedz tylko, co trzeba załatwić."
Zatłoczony targ:
Mirumoto Hotaka zatrzymał się przy stoisku z rysunkami przedstawiającymi sceny erotyczne. Z zaciekawieniem przyglądał się ilustracjom, gdyż nigdy nie widział podobnego przykładu „sztuki”.
- Mirumoto-san, co ty oglądasz?! – obok pojawił się zaskoczony Akodo Katsu.
- Przyglądam się tym rysunkom – stwierdził ze spokojem Smok. – Czy to normalne tu na południu?
- Nie, zdecydowanie nie – Lew zatrzymał spojrzenie na jednym z rysunków. – Wiesz, my samuraje nie powinniśmy oglądać takich rzeczy – stwierdził nie odrywając oczu od ilustracji.
- Hai – przyznał Hotaka. – Dostrzegam, że może to być rozpraszające.
- No proszę – stwierdził Kakita Kintaro podchodząc. – Naprawdę drodzy towarzysze, zaskoczyliście mnie.
- To nie tak jak myślisz Kakita-san – stwierdził Katsu czerwieniąc się.
- A sądziłem, że całkowicie nie macie smaku do sztuki.
- Sztuki? – zdziwił się Lew.
- Tylko spójrz tu, na te linie, te kolory, sposób w jaki autor operuje cieniami na tym rysunku. Wspaniałe.
- Yyy... Tak, sztuka. Rzeczywiście – Katsu powoli odzyskiwał rezon. – I te... krzywizny – stwierdził z uśmiechem.
- Ten najbardziej po lewej jest najciekawszy – odezwał się kobiecy głos za nimi.
Lew odwrócił się nerwowo i zrobi cały czerwony.
- Bayushi-san – stwierdził, wyglądając, jak dziecko przyłapane na kradzieży ciastek. – My właśnie...
- Ostatni po lewej – zauważył Kintaro. – To ten z dwiema kobietami?
- CO!? – Katsu odwrócił się i spojrzał na rysunek. Potem znów na samurai-ko Skorpiona. Nawet spokój Smoka wydawał się trochę zachwiany.
Bayushi Rei uśmiechnęła się tajemniczo, zadowolona z wywartego efektu.
- Powinniśmy chyba ruszać dalej – odwróciła się i odeszła.
Lew w mgnieniu oka opanował się i wyprostował dumnie.
- Tak jest, mamy misję – rzucił ostatnie spojrzenie na rysunek wskazany przez Rei, po czym pomaszerował za nią.
Hotaka wzruszył ramionami i podążył za towarzyszami.
Ostatni odszedł Żuraw, po kilku krokach wrócił, położył na ladzie monetę, wziął kilka rysunków, zwiną w rulon, wsadził do rękawa i ruszył w dalszą podróż.
czwartek, 5 maja 2011
L5K Scenki z Cesarstwa: Poranek
Oki, oto coś co mam nadzieje stanie się serią. Konkretnie serią krótkich opowiadanek, śledzących przygody czwórki młodych samurajów służących jako yoriki dla Szmaragdowego Namiestnika. Na razie mam dwie takie scenki, napisane już jakiś czas temu, ale mam też pomysł na kilka kolejnych, więc pewnie od czasu do czasu będą się pojawiać nowe:
Obsada:
Akodo Katsu (Lew) - "Mam plan."
Mirumoto Hotaka (Smok) - "Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem."
Kakita Kintaro (Żuraw) - "Pozwól, że ja z nimi porozmawiam."
Bayushi Rei (Skorpion) - "Powiedz tylko, co trzeba załatwić."
Obsada:
Akodo Katsu (Lew) - "Mam plan."
Mirumoto Hotaka (Smok) - "Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem."
Kakita Kintaro (Żuraw) - "Pozwól, że ja z nimi porozmawiam."
Bayushi Rei (Skorpion) - "Powiedz tylko, co trzeba załatwić."
Poranek:
Hotaka otworzył oczy czując na twarzy pierwsze promienie słońca. Wstał powoli i rozejrzał się po ogrodzie w którym zwykł sypać. Minęły tygodnie, ale spokój tego miejsca i panująca tu harmonia nadal go zachwycały. Skłonił się głęboko Amaterasu i przystąpił do porannej medytacji, starając się uspokoić umysł i przygotować ducha na nadchodzący dzień.
Katsu otworzył oczy, ziewną głośno i natychmiast zerwał się ze swojej maty. Z typowym dla siebie nadmiarem energii przystąpił do porannej gimnastyki. Skłony, przysiady, pompki. Dopiero po kilkunastu minutach uznał, że jest gotów. Ubrał się szybko i ruszył do dojo na poranny trening.
Rei otworzyła oczy i badawczo rozejrzała się po pomieszczeniu. Szybko i bezszelestnie wstała, wyjęła lustro i pośpiesznie ułożyła włosy, potem zabrała się za dobranie stroju na dziś. W krótkim czasie znalazła coś odpowiedniego, praktycznego, ładnego i odpowiednio dużo odkrywającego. Później zapisała kodem kilka słów w dzienniku i ruszyła na poranny trening.
Kintaro otworzył oczy i przekręcił się na drugi bok. W pokoju obok słyszał ćwiczącego Lwa i wiedział, że nie będzie mu dane dłużej spać. Powoli wstał i zabrał się za poranne przygotowania. Wyjął lustro i zaczął czesać włosy, potem przez kilka minut dobierał odpowiedni struj. Zrozumiał, że czas się zbierać, kiedy usłyszał dudniące kroki Katsu biegnącego korytarzem.
Hotaka wstał, zebrał swoją matę i ruszył do pomieszczenia, które powinno być jego sypialnią. Wszedł do środka złożył matę w rogu i wziął ze skrzyni jedno z trzech, identycznych, prostych kimon. Ubierając się zerknął na zajmujące większość pokoju zwoje, po czym ruszył na trening.
Katsu zapalił świeczkę w kapliczce swoich przodków i przez chwilę modlił się, prosząc ich o przewodnictwo. Dokładnie kiedy skończył, drzwi do dojo otworzyły się.
Rei wkroczyła do dojo cicho i przez chwilę przyglądała się modlącemu się Lwu. Dopiero nadejście Smoka zwróciło uwagę Katsu.
Kintaro spokojnie wkroczył do dojo. Jak zwykle był spóźniony i jak zwykle spotkał się z wyrazem niezadowolenia na twarzy Lwa. Uśmiechnął się tylko przyjaźnie, z aprobatą rzucił okiem na dzisiejszy struj Rei, podniósł boken i zabrał się za trening.
Hataka podszedł do studni, wylał na siebie kilka wiaderek wody, wyuczonymi ruchami ogolił głowę, wrócił do swojego pokoju i czytał do czasu śniadania.
Katsu został w dojo jeszcze długo po tym, jak inni wyszli. Uparcie ćwiczył z niemalejącym zapałem. Dopiero dzwonek wzywający na śniadanie oderwał go od pracy. Wybiegł szybko na dziedziniec, wylał na siebie wiaderko wody i pobiegł jeść.
Rei powolnym krokiem udała się wziąć kąpiel po porannym treningu. Długo leżała w wannie, obmywając się dokładnie, wcierając w skórę wonne olejki. Wyszła dopiero na śniadanie.
Kintaro skończył trening jako pierwszy, jak zawsze. Pośpiesznie poszedł do łaźni. Szybko wziął kąpiel, by zwolnić pomieszczenie dla Rei. Wychodząc dorzucił kilka drewien do ognia, by utrzymać ciepło. Sam udał się do swojego pokoju, wyjął kartkę papieru i zaczął szkicować nowy rysunek. Dopiero dzwonek na śniadanie połączony z burczeniem w brzuchu wyrwały go z zapału twórczego.
sobota, 30 kwietnia 2011
Opowiadanko: Szare Płaszcze i Problemy Matrymonialne
Tekst jest niejako kontynuacją tekstu, który napisałem kilka miesięcy temu, a który niestety jest zbyt długi, by go tu wstawić (36 stron standardowego maszynopisu), gdyby ktoś chciał, zawsze mogę posłać na maila. A na razie, dzielni rekruci z Komandorii 54 stawiają czoła kolejnemu zadaniu:
Ależ mnie boli tyłek – pomyślał Lucius zwlekając się z konia.
- Coś nie tak? – spytał Duncan, sprawnie zeskakując ze swojego.
- Nie, tylko... nie jestem przyzwyczajony.
- W klasztorze zapewne nie było za dużo jazdy konnej – stwierdził Nathaniel patrząc z wysokości swojego rumaka. Zarówno on, jak i Duncan wydawali się wręcz urodzeni w siodle.
Luciusa pocieszał jedynie fakt, że Magnus i Ulgar wyglądali na równie zmęczonych i obolałych. Żaden z nich nie jeździł konno przed wstąpieniem do Straży.
Nowa wioska była drugą co do wielkości osadą w okolicy, prezentowała się jednak o wiele skromniej, niż Nowa Srebrnica. Kilkuset mieszkańców rozlokowało się w niewielkich, otoczonych prymitywnymi ogrodzeniami chatach, dookoła wzgórza, na którym stała duża kamienna sala, pełniąca zarówno funkcję miejsca spotkań, jak i struktury obronnej. Lucius poświęcił chwile, próbując dostrzec jakiś schemat w sposobie rozlokowania poszczególnych domostw. Skutek był mniej niż zadowalający, wyglądało to tak, jakby ludzie po prostu budowali domy akurat tam, gdzie im się podobało, całkowicie ignorując wszelkie względy estetyczne i praktyczne.
- Nie mają nawet palisady – zauważył Ulgar z dezaprobatą. – Z dwudziestoma wikingami, można by zniszczyć całą osadę.
- Więc dobrze, że w okolicy nie ma dwudziestu wikingów – stwierdził Duncan ostro. – Magnus, przypilnuj koni. Reszta za mną. Lucius, wziąłeś książkę?
- Tak – potwierdził Mnich. – Najgrubszą i najstarszą jaką znalazłem. To zbiór podań ludowych na temat grzybów, zabranych z całego Imperium. Autor...
- Nieważne – przerwał mu dowódca rekrutów. – Po prostu trzymaj ją tak, żeby wszyscy widzieli i rób mądrą minę. Ulgar, ty wyglądaj groźnie.
- A czy zdarza mi się wyglądać inaczej? – uśmiechną się Nord, poprawiając uczepione przy pasie topory.
- Nathaniel... ty po prostu się nie odzywaj.
Książe skinął głową, nie powstrzymując się przy tym, od pogardliwego prychnięcia.
Czwórka rekrutów ruszyła na szczyt wzgórza, starając się omijać wszechobecne psy, dzieci i kurze odchody. Jak zwykle, najwięcej brudnych, półnagich wyrostków biegło za Ulgarem. Wiking odstraszał je robiąc groźną minę, choć Lucius miał wrażenie, że zainteresowanie go cieszyło.
W Wielkiej Sali panował przyjemny chłód. Kamienną posadzkę pokrywała słoma i naniesiona z pola ziemia. Podłużne ławy ustawiono pod ścianą, by nie przeszkadzały, kilka kobiet krzątało się obok nich z mokrymi szmatami, czyszcząc pozostałości po wczorajszej uczcie. Jakieś dziecko grzebało patykiem w popiołach wielkiego paleniska, ulokowanego na środku pomieszczenia. Sędzia Adrian siedział na dębowym krześle, na końcu sali. Dookoła stali inni starsi mieszkańcy, jak i trzej potężnie zbudowani synowie sędziego, stanowiąc wioskową milicję.
Duncan podszedł powoli i usiadł na brudnym, rozpadającym się taborecie na przeciwko mieszkańców. Ulgar staną za nim, wyglądając nawet groźniej niż zwykle. Lucius ustawił się po drugiej stronie, starając się wyglądać inteligentnie i trzymać księgę w jak najbardziej demonstracyjny sposób. Nathaniel obrzucił całe pomieszczenie z typowym dla siebie wyrazem dezaprobaty na twarzy, po czym oparł się o jeden z licznych drewnianych słupów, podtrzymujących dach.
Przez chwilę panowała cisza, zagłuszana jedynie przez bawiące się na środku pomieszczenia dziecko.
- Nie ma mowy – zaczął wreszcie Adrian. – Chłopak już jest zaręczony z dziewczyną ze Starego Dębu – sędzia był starym wojakiem, noszącym liczne blizny i nadal postawnym mimo wieku. Żołnierska przeszłość zapewniała mu szacunek miejscowych, ale mimo wieku wyraźnie brakowało mu cierpliwości.
- Mógł o tym pomyśleć, zanim zrobił brzuch Polinie – głos Duncana był całkowicie beznamiętny.
- Nie ma pewności, że to jego. Rozkładała nogi przed jednym, mogła rozkładać przed innymi.
- Dziewczyna twierdzi, że tylko przed nim.
Sędzia prychną.
- A kto by tam jej, kurwie, wierzył – wtrącił się jeden z siedzących obok starców. Inni zgromadzeni poparli go zgodnym pomrukiem.
- Dziewczyna jest z biednej rodziny – przemówił sędzia, uciszając ich ręką. – Nie ma szans na dobry posag, urodą też nie grzeszy. Nie uda jej się złapać takiego chłopaka jak Jokov inaczej, niż jak na brzuch. Jakby była przyzwoita, to by poszła do zielarki i się brzucha pozbyła.
- Kapłani Solara zakazują takich praktyk – stwierdził Duncan, zerkając na wiszący na ścianie krzyż solarny.
- Rozkładanie nóg przed ślubem też. Jak już raz zgrzeszyła, to niech teraz załatwi sprawę – kolejny pomruk aprobaty rozległ się wśród chłopów.
- Jeśli chcesz, Lucius może przeczytać, co na ten temat mówi Kodeks Imperialny.
Sędzia prychną z pogardą, ale mina mu wyraźnie zrzedła. Od ponad stu lat nie widziano tu urzędnika Imperialnego – pomyślał Mnich – a oni nadal czują zabobonny wręcz szacunek do praw ustanowionych przez dawnych Imperatorów. I być może jeszcze większy, przed tym, co było zapisane w księgach.
- Jokov ma miesiąc żeby ożenić się z Poliną, albo znaleźć jej innego męża – zarządził Duncan nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Chcę o tym porozmawiać z Olafem – sprzeciwił się sędzia.
- Olaf wyznaczył mnie, by zajął się tą sprawą. Moja decyzja, jest decyzją Straży.
Adrian przez chwilę mierzył wzrokiem młodszego o dobre trzydzieści lat mężczyznę. Wreszcie pokiwał głową z rezygnacją.
Duncan wstał i bez słowa ruszył do wyjścia.
- Chłopcze – odezwał się za nim sędzia. – Robisz się za dobry w tej grze.
Duncan dopiero teraz pozwolił sobie na uśmiech.
- Nie, to ty robisz się za stary – odpowiedział przyjacielsko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)