Dotarliśmy do końca sezonu 2016/17. Przed nami wakacje z Grą o Tron, i kilka innych zaległych serii, którym będę musiał się przyjrzeć. Tymczasem podzielę się moimi przemyśleniami na temat naszych standardowych serii.
Zacznijmy od Agentów Hydry. Muszę przyznać, że to była ciekawa przejażdżka po alternatywnej rzeczywistości. Trochę jak House of M, co zawsze jest pozytywnym skojarzeniem. Choć całość sprawiała trochę gorsze wrażenie w porównaniu, kiedy zaczęły ukazywać się numery Secret Empire, nowego eventu Marvela w którym Kapitan Ameryka podbija USA i wprowadza dyktaturę Hydry. Nawet Inhumans są tam wrogiem publicznym numer jeden, z tym, że przypadku komiksu dzieje się to naprawdę, a nie w matrixie i w historię uwikłani są faktyczni herosi Marvela. Niemniej odkładając na bok podobne porównania, podobała mi się większość tej fabuły. Role które przyjęły poszczególne postacie w rzeczywistości Hydry, rozwój intrygi, praktycznie wszystko do momentu kiedy się uwolnili. Po tym miałem poczucie, że seria trochę się gubi. Motywacja Aidy, sprowadzona do zazdrości, wydawała się wręcz idiotyczna. Rozumiem, że uczucia to dla niej coś nowego, ale przejście od chęci odkupienia, do morderczego szału w jednej scenie to spora przesada. Niemniej Ivanov nadrabiał jako czarny charakter i samo finałowe starcie z Ghost Riderem w roli głównej wystarczyło, by zostawić mnie z na tyle pozytywnymi odczuciami, bym wrócił do tej serii za rok i sprawdził, jak potoczą się przygody agentów w kosmosie.
Przejdźmy do Gotham, serialu, który w tym sezonie postanowił skakać od świetnego do okropnego, bez żadnych wyraźnych powodów. Tych kilka ostatnich odcinków było prawdziwym maratonem wszystkiego najlepszego i najgorszego, co twórcy mieli do zaoferowania. Kończąc dziwacznie zagmatwanym finałem w którym cała masa postaci próbowała zabić inne postacie i o ile się nie mylę, ponosząc porażkę w każdym możliwym przypadku. Wymienianie wszystkich pozytywów i negatywów zajęło by raczej zbyt długo i jest ich mniej więcej po równo, dlatego skupię się na najważniejszych. Z negatywów to wszystko, co dotyczyło Gordona i wirusa. Z pozytywów: Bruce stał się zaczątkiem Batmana, dostaliśmy zapowiedź faktycznej Catwoman i Ra's al Ghul dla odmiany był grany przez aktora o właściwym kolorze skóry (i to świetnego Alexandra Siddiga). Ostatecznie, z całą pewnością wrócę do tej serii w przyszłym sezonie i mam nadzieję, że tym razem jej poziom będzie bardziej wyrównany.
Tymczasem Flash walczy z samym sobą z przyszłości, który jest kimś innym, ale jest tym samym... To było debilne. Bądźmy szczerzy, Savitar był najbardziej idiotycznym przeciwnikiem, jakiego do tej pory mieli. I gdyby Flash zrobił tę sztuczkę ze zniszczeniem zbroi pół sezonu temu, zaoszczędziłby nam sporo idiotycznych dziur w fabule i logice. Do tego zabili jedną z moich ulubionych postaci, natychmiast zastępując ją inną wersją. I po tym jeszcze mieli czelność wciskać to niedorzecznie długie pożegnanie z Barrym, jakby nie miał wrócić zapewne już w kolejnym odcinku. I tu muszę zaznaczyć, że mimo całego tego narzekania, nadal lubię ten serial i wrócę do niego po wakacjach. Ale mam wrażenie, że jestem jeden debilny paradoks czasowy od dania sobie spokoju.
Muszę przyznać, finał Arrow był naprawdę udany. Niestety nie można tego powiedzieć, o odcinkach prowadzących do tego finału. Zacznę więc od tego co nie do końca zadziałało i to standardowo było zbytnie rozciągnięcie fabuły, na zdecydowanie zbyt dużo odcinków. I biorąc pod uwagę, z jaką łatwością wszyscy przeciwnicy dostają się do tego bunkra, naprawdę trudno mi uwierzyć, że Oliver nie mógł się z niego wydostać.
Niemniej wracając do samego finału, był świetnie zrobiony, dokończył wreszcie flashbacki, przywrócili Daethstroka (choć jego parada zdrad była przesadą) i masę innych postaci. Same plusy. Poza tym, że nawet przez sekundę nie wierzę, że zabili wszystkich. Nie wierzę nawet w to, że zabili Merlyna. Co całkowicie zabija emocjonalne uderzenie tego odcinka. Ale za to, teraz Oliver potrzebuje nowej drużyny, a Team Flash jest bez przywódcy... przypadek? Ogólnie jestem gotów wrócić za rok, choćby tylko z ciekawości.
I to prowadzi nas do Supergirl. I podobnie jak z Legends w zeszłym miesiącu, nie dotrwałem do końca. Próbowałem, ale po prostu nie dałem rady. Sam finał też nie zachęcił mnie do wrócenia po wakacjach. Miło zobaczyć, że Cat Grant wróciła na swoje miejsce, ale poza tym... Ta seria starała się być znacząco bardziej ambitna, niż pozwalał jej budżet. Walka z Supermanem rozczarowywała i miała durny powód (czy ten srebrny kryptonit był jednorazowego użytku?), Daxamici mieli prawie identyczne kostiumy co Guardian, jestem pewny, że duże stężenie ołowiu w atmosferze miałoby duże konsekwencje dla całej planety itd. itp. Mógłbym wymieniać dalej, ale szczerze mówiąc, po prostu nie mam wystarczającego zainteresowania tą serią, by poświęcać jej więcej miejsca. I dlatego też, raczej nie wrócę do niej po wakacjach.
I to tyle w tym sezonie, ale przed nami lato z Grą o Tron.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serialowy Miesiąc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serialowy Miesiąc. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 czerwca 2017
czwartek, 13 kwietnia 2017
Marzec z serialami
Marzec był okresem przerwy dla Gotham i AoS, zostały nam więc tylko seriale CW, z których jeden dotarł do finału, a pozostałe do punktu przystankowego, przed zrobieniem przerwy w kwietniu. Zacznijmy więc od Flasha i Supergirl. Zaliczyli oni odcinek muzyczny... który był głęboko rozczarowujący. Od razu zaznaczę, że standardem tutaj jest dla mnie odcinek musicalowy w Buffy... To nie było to. Tylko dwie oryginalne piosenki, z których tylko jedna była naprawdę na temat... Cytując prezydenta Trumpa #SAD. Tymczasem w latach 90-tych, Lois Lane, Superman i Herkules łączą siły, by pokonać Supergirl. Będę szczery, o ile miło było zobaczyć tych aktorów w tej serii, całość wydawała się średnio ciekawa. Historia miłosna Kary i Mon-Ela jest po prostu przewidywalna i nudna. Większość rzeczy dziejących się dookoła wydaje się dużo ciekawsza.
Niemniej jest też jeden element, który naprawdę mnie irytuje, to fakt, że DEO nadal jest tajną organizacją. To znaczy, że rząd USA przyznał, że kosmici istnieją, zwykła policja ma wydział zajmujący się ich sprawami, ale rząd federalny oficjalnie nie ma nic. To głupie i nie mam pojęcia, z czego wynika, bo fabularnie wydaje się absolutnie nic nie robić.
Tymczasem Oliver ma kryzys tożsamości. A my dowiadujemy się, że twórcy tego serialu nie wiedzą, jak działa Sarin. Również, ten odcinek z atakiem chemicznym był szokująco na czasie. To było dziwne patrzeć, jak głupiutki wątek z serialu, nagle stał się faktyczną tragedią.Poza tym ten serial robi dokładnie to, co robił od początku. Tylko teraz wprost przyznaje, że główny bohater jest seryjnym zabójcą. I bądźmy szczerzy, na przestrzeni tych pięciu sezonów, on musiał zabić ponad setkę ludzi. To absurdalne. Niemniej poza tym, nadal bardzo lubię jego nową drużynę.
I to prowadzi nas do Legends of Tomorrow i będę szczery, nie dotrwałem do końca. A raczej przeskoczyłem kilka odcinków i przeszedłem prosto do końca i obejrzałem dwa finałowe odcinki. Nie były złe, motyw z odwróconym House of M, był nawet całkiem ciekawy, niemniej całościowo, ten sezon po prostu nie dał mi powodu, by się przejmować. Pod koniec najlepszą częścią był Legion, ale oni zostali pokonani i chyba już nie wrócą. Zakończenie daje nadzieję dla kolejnego sezonu, niemniej jeśli nie zajdą spore zmiany w sposobie funkcjonowania tej serii, to raczej sobie ją odpuszczę. I przy okazji, grożenie, że zmieni się rzeczywistość nie działa, kiedy w tej rzeczywistości rozgrywają się dwa inne, popularniejsze seriale, które na pewno się nie zmienią.
wtorek, 7 marca 2017
Luty z serialami
Luty przyniósł dosyć sporo nowych odcinków w większości seriali o superbohaterach. Było trochę dobrego, trochę złego i trochę brzydkiego. Po kolei więc:Kończy mi się cierpliwość do Legends of Tomorrow. Mam coraz mniej sympatii dla tych postaci, a sposób w jaki wewnętrzna logika serii zapada się w sobie z każdym kolejnym odcinkiem, zaczyna mnie poważnie irytować. Potrafię wybaczyć coś takiego Doctorowi Who, bo tamten serial jest świetny, ale tutaj. Choćby sam odcinek o Camelocie, nic w nim nie wygląda właściwie do epoki w której byli. Nic! Wszystkie kostiumy, lokacje i idee które się przewijają, są o jakieś osiemset do tysiąca lat późniejsze, niż punkt historii w którym byli nasi bohaterowie. I najgorsze, że oni sami zwracają na to uwagę, po czym najwyraźniej całkowicie zapominają, że są w środku aberracji rozmiarów całego królestwa. Jeśli ktoś cofnie się do starożytnej Grecji, stworzy armię metaludzi i urządzi sobie Iliadę, to też uznają, że nie ma problemu, bo przecież tak było w micie? To głupie i niestety coraz mniej zabawne, więc na tym etapie naprawdę nie wiem, czy wrócę do tej serii w 3 sezonie.
Supergirl wywołuje u mnie coraz bardziej mieszane uczucia. Z jednej strony mam coraz więcej sympatii dla tych postaci i zdarzają się całkiem porządne odcinki, jak ten z białymi marsjanami. Z drugiej, mamy ostatni odcinek z ojcem Denversów, w którym większość postaci zachowuje się jak banda debili i z jakiegoś powodu tylko Mon-El przejawia jakiekolwiek ślady inteligencji. Rozumiem, do czego dążyli twórcy, ale coś takiego całkowicie burzy zawieszenie niewiary. I nie sposób nie zauważyć, że Mr. Mxyzptlk w żaden sposób nie przypominał swojej oryginalnej wersji.
Arrow tymczasem stał się zaskakująco polityczny. I to na więcej niż jeden sposób. Z jednej strony polityka zaczęła odgrywać naprawdę dużą rolę w fabule, kładąc większy nacisk na Olivera jako burmistrza. Z drugiej, pojawiły się bardzo politycznie naładowane wątki, jak dostęp do broni, ochrona prywatności czy wolność prasy. I twórcy radzą sobie z nimi w zaskakująco przyzwoity sposób. To dobrze, że pomiędzy całym szaleństwem podróży w czasie, telepatycznych goryli i amantów piątego wymiaru, jest też miejsce dla serialu, którego bohaterowie radzą sobie z bardziej realistycznymi problemami. I naprawdę polubiłem nową ekipę, co też jest zasługą dobrych odcinków z ich udziałem. Jedyny zarzut jaki mam, to fakt, że ludzie ciągle atakują budynki i limuzyny wypełnione superbohaterami, po czym udaje im się uciec. To trochę dziwne, ale poza tym, po małym spadku formy, ta seria znów trzyma się na najlepszym poziomie od drugiego sezonu.Flash w międzyczasie wreszcie zajął się tym, czym powinien, innymi wymiarami. I jasne, plan Grodda był dosyć głupi (nie wiem, co jego armia miała ze swoimi dzidami poradzić, jak zjawiłaby się Gwardia Narodowa z bronią palną i czołgami), ale przynajmniej w fajny sposób. Do tego kolejny speedster w drużynie, dwóch Wellsów, miasto goryli, to był naprawdę dobry miesiąc dla drużyny z Central City. Jedyny zarzut jaki mogę mieć, to fakt, że w komiksach Flash przefazował cały samolot, co było znacząco bardziej widowiskowe niż pociąg, ale sama scena nadal robiła wrażenie.
Muszę przyznać, dostrzegam oszczędność w tym, że czarne charaktery są grane przez tych samych aktorów, co główni bohaterowie. I będę szczerzy, ostatnich kilka odcinków AoS raczej nie zachwycało, ale pojawiła się nadzieja. Ostatni odcinek, z ucieczką z bazy (czy oni znów wysadzili swoją piwnicę? Czy to znaczy, że dostaniemy nowe plany zdjęciowe?) był zdecydowanie lepszy. I zakończenie sprawiło, że naprawdę mam ochotę na więcej. Ta alternatywna rzeczywistość przypomina mi House of M, co zawsze jest dobrym skojarzeniem. I znaleźli sposób, by przywrócić choć na chwile Warda (mam nadzieję, że nadal jest czarnym charakterem). Więc, zasadniczo, nie było dobrze, ale pod koniec podbili formę i teraz czekam na kwietniowy powrót serii.
środa, 8 lutego 2017
Styczeń z serialami (Dirk Gently's Holistic Detective Agency)
Mamy nowy rok, więc czas wrócić do standardowego programu. Prawdę powiedziawszy, w przypadku Arrowverse nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Większość tych serii miała przez te dwa miesiące tylko po dwa odcinku i mimo wyraźnych chęci twórców, niewiele się w nich wydarzyło. Co innego z Agents of SHIELD i Gotham, gdzie wydarzyło się całkiem sporo. Ale po kolei.
Więc Arrow znów zabija, a potem znów nie zabija. Pojawia się nowa Black Canary, potem następna nowa Black Canary. Szkoda, bo ten sezon był póki co zdecydowaną poprawą, ale teraz znów zdaje się gubić drogę. I w ramach ciekawoski, nowa Black Canary to wersja postaci ze Złotego Wieku, która w komiksach była matką, poprzedniej Black Canary... naprawdę zastanawiam się, na ile jeszcze sposobów zdołają odgrzać tego kotleta.
Tymczasem Legends... Będę szczery, nadal lubię tą drużynę i doceniam cały motyw z Georgem Lucasem i nawet Wilhelm Scream Johna Barrowmana. Ale w tym momencie, to wszystko czym ten serial jest, fajnymi momentami, dryfującymi na morzu bezsensu. Nawet same postacie zauważają, jak głupie jest to, co dzieje się dookoła. I do tego walczą z przeciwnikami, którzy zostali już pokonani w przyszłości we wcześniejszych sezonach innych seriali. To znaczy, że albo wymarzą tamte sezony, albo już wiemy, jak skończy się ta historia. Obydwie opcje są równie słabe.
A jak jesteśmy przy fajnych postaciach, których fabułę zaburzają podróże w czasie, zaczynam mieć dosyć Flasha. To uniwersum już ma jeden serial o podróżach w czasie, i to jeden za dużo. Czemu Flash nie może się skupić na multiwersum? To nieporównywalnie ciekawsze, niż Barry po raz setny zmieniający historię i jakimś cudem nie wywołujący aberracji.
Tymczasem Supergirl... jest zaskakująco solidnym serialem. Bez jakiś fajerwerków, ale trzyma poziom, i jest sto razy lepsze, niż w pierwszym sezonie (którego nie dało się oglądać, bez straty poczytalności). Więc, tak trzymać.
Tymczasem Gotham zaliczyło pełne 180 stopni, jeśli chodzi o poziom. Po koszmarnie debilnym półfinale (w momencie, kiedy ten nóż wpadł do jeziora, byłem gotów zrezygnować z dalszego oglądania), postanowili wrócić do podstaw i dać nam czarny charakter. I Jerome, jest właśnie tym, jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się temu sezonowi. Jego rozmowa z Leslie była perfekcyjna, i nawet Gordon na chwilę przestał być irytujący. I do tego Bruce. On jest Batmanem, jasne, trzeba mu jeszcze trochę treningu, ale ewidentnie w tych odcinkach myślał, działał i brzmiał jak Batman. Ostatecznie nawet zmanipulował i pokonał Jokera. Po słabej pierwszej połowie, tu mamy powrót do formy sprzed roku.
W Agents of SHIELD faktycznie sporo się wydarzyło, przez te dwa miesiące. Przede wszystkim, najwyraźniej obcięli im budżet, bo kosztowny Ghost Rider zniknął, a fabuła sprawia wrażenie, jakby kręciła się wokół tych samych 4 pomieszczeń i jednego korytarza. Co za tym idzie, jestem pod wrażeniem, jak udaje im się utrzymywać poziom w gorszych warunkach. Jasne, są pewne kwestie, których mogę się czepić. Na przykład tego, że po obowiązkowej rozmowie na temat tego, czy roboty mają dusze, bohaterowie po prostu zaczęli je palić, bez żadnych wątpliwości moralnych. I ewidentnie na końcu pomylili Coulsona z postacią Stana Lee. Bo jeden z nich faktycznie stoi w tle zawsze kiedy coś się dzieje, a drugi nie był istotny przy dużych wydarzeniach od lat.
Dirk Gently's Holistic Detective Agency, to jeden z lepszych seriali, jakie widziałem w ostatnim czasie. Seria oparta jest na książkach Douglasa Adamsa (twórca Autostopem przez Galaktykę), i choć nie jest faktyczną adaptacją, a jedynie nową fabułą opartą na pomysłach i postaciach tego autora, to Max Landis z pewnością oddał styl Adamsa. Serial opowiada o bardzo niekonwencjonalnym, prywatnym detektywie, który... Będę szczery, trudno opisać o czym jest ten serial i jak działa jego tytułowy bohater. Pierwszy odcinek zaczyna się od postaci Elijah Wooda w roli przeciętnego, niezbyt szczęśliwego, trochę nieudolnego (bądźmy szczerzy, w tej roli co zawsze) pracownika hotelu. W ciągu zaledwie kilku pierwszych minut zasugerowane zostają podróże w czasie i morderstwo z rekinem jako narzędziem zbrodni, a później z każdą sceną robi się coraz dziwniej.
Do punktu w którym faktycznie pojawia się podróżujący w czasie, steam-punkowy, rycerz rewolwerowiec. I to nie jest nawet najbardziej osobliwy element tego konkretnego odcinka.
Niemniej przy całym tym szaleństwie, fabuła prowadzona jest w dosyć jasny, zrozumiały i naprawdę zabawny sposób.
Główną siłą serii są jednak zdecydowanie postacie. I tutaj muszę pochwalić szczególnie Samuela Barnetta w tytułowej roli, który odwala kawał świetnej roboty, grając całkowicie niekompetentną i wiecznie przestraszoną wersję Doctora.
Choć postacią, która zdecydowanie najbardziej zapada w pamięć jest Bart (Fiona Dourif), holistyczna zabójczyni, wierząca, że jej życiowym celem jest zabicie Dirka.
Ostatecznie trudno jest powiedzieć o tej serii coś więcej, nie zdradzając szalonych zwrotów akcji, na których opiera się fabuła. Niemniej to fantastyczna, przepełniona humorem jazda bez trzymanek.
Więc Arrow znów zabija, a potem znów nie zabija. Pojawia się nowa Black Canary, potem następna nowa Black Canary. Szkoda, bo ten sezon był póki co zdecydowaną poprawą, ale teraz znów zdaje się gubić drogę. I w ramach ciekawoski, nowa Black Canary to wersja postaci ze Złotego Wieku, która w komiksach była matką, poprzedniej Black Canary... naprawdę zastanawiam się, na ile jeszcze sposobów zdołają odgrzać tego kotleta.
Tymczasem Legends... Będę szczery, nadal lubię tą drużynę i doceniam cały motyw z Georgem Lucasem i nawet Wilhelm Scream Johna Barrowmana. Ale w tym momencie, to wszystko czym ten serial jest, fajnymi momentami, dryfującymi na morzu bezsensu. Nawet same postacie zauważają, jak głupie jest to, co dzieje się dookoła. I do tego walczą z przeciwnikami, którzy zostali już pokonani w przyszłości we wcześniejszych sezonach innych seriali. To znaczy, że albo wymarzą tamte sezony, albo już wiemy, jak skończy się ta historia. Obydwie opcje są równie słabe.A jak jesteśmy przy fajnych postaciach, których fabułę zaburzają podróże w czasie, zaczynam mieć dosyć Flasha. To uniwersum już ma jeden serial o podróżach w czasie, i to jeden za dużo. Czemu Flash nie może się skupić na multiwersum? To nieporównywalnie ciekawsze, niż Barry po raz setny zmieniający historię i jakimś cudem nie wywołujący aberracji.
Tymczasem Supergirl... jest zaskakująco solidnym serialem. Bez jakiś fajerwerków, ale trzyma poziom, i jest sto razy lepsze, niż w pierwszym sezonie (którego nie dało się oglądać, bez straty poczytalności). Więc, tak trzymać.
Tymczasem Gotham zaliczyło pełne 180 stopni, jeśli chodzi o poziom. Po koszmarnie debilnym półfinale (w momencie, kiedy ten nóż wpadł do jeziora, byłem gotów zrezygnować z dalszego oglądania), postanowili wrócić do podstaw i dać nam czarny charakter. I Jerome, jest właśnie tym, jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się temu sezonowi. Jego rozmowa z Leslie była perfekcyjna, i nawet Gordon na chwilę przestał być irytujący. I do tego Bruce. On jest Batmanem, jasne, trzeba mu jeszcze trochę treningu, ale ewidentnie w tych odcinkach myślał, działał i brzmiał jak Batman. Ostatecznie nawet zmanipulował i pokonał Jokera. Po słabej pierwszej połowie, tu mamy powrót do formy sprzed roku.
W Agents of SHIELD faktycznie sporo się wydarzyło, przez te dwa miesiące. Przede wszystkim, najwyraźniej obcięli im budżet, bo kosztowny Ghost Rider zniknął, a fabuła sprawia wrażenie, jakby kręciła się wokół tych samych 4 pomieszczeń i jednego korytarza. Co za tym idzie, jestem pod wrażeniem, jak udaje im się utrzymywać poziom w gorszych warunkach. Jasne, są pewne kwestie, których mogę się czepić. Na przykład tego, że po obowiązkowej rozmowie na temat tego, czy roboty mają dusze, bohaterowie po prostu zaczęli je palić, bez żadnych wątpliwości moralnych. I ewidentnie na końcu pomylili Coulsona z postacią Stana Lee. Bo jeden z nich faktycznie stoi w tle zawsze kiedy coś się dzieje, a drugi nie był istotny przy dużych wydarzeniach od lat.
Dirk Gently's Holistic Detective Agency, to jeden z lepszych seriali, jakie widziałem w ostatnim czasie. Seria oparta jest na książkach Douglasa Adamsa (twórca Autostopem przez Galaktykę), i choć nie jest faktyczną adaptacją, a jedynie nową fabułą opartą na pomysłach i postaciach tego autora, to Max Landis z pewnością oddał styl Adamsa. Serial opowiada o bardzo niekonwencjonalnym, prywatnym detektywie, który... Będę szczery, trudno opisać o czym jest ten serial i jak działa jego tytułowy bohater. Pierwszy odcinek zaczyna się od postaci Elijah Wooda w roli przeciętnego, niezbyt szczęśliwego, trochę nieudolnego (bądźmy szczerzy, w tej roli co zawsze) pracownika hotelu. W ciągu zaledwie kilku pierwszych minut zasugerowane zostają podróże w czasie i morderstwo z rekinem jako narzędziem zbrodni, a później z każdą sceną robi się coraz dziwniej.
Do punktu w którym faktycznie pojawia się podróżujący w czasie, steam-punkowy, rycerz rewolwerowiec. I to nie jest nawet najbardziej osobliwy element tego konkretnego odcinka.
Niemniej przy całym tym szaleństwie, fabuła prowadzona jest w dosyć jasny, zrozumiały i naprawdę zabawny sposób.
Główną siłą serii są jednak zdecydowanie postacie. I tutaj muszę pochwalić szczególnie Samuela Barnetta w tytułowej roli, który odwala kawał świetnej roboty, grając całkowicie niekompetentną i wiecznie przestraszoną wersję Doctora.
Choć postacią, która zdecydowanie najbardziej zapada w pamięć jest Bart (Fiona Dourif), holistyczna zabójczyni, wierząca, że jej życiowym celem jest zabicie Dirka.
Ostatecznie trudno jest powiedzieć o tej serii coś więcej, nie zdradzając szalonych zwrotów akcji, na których opiera się fabuła. Niemniej to fantastyczna, przepełniona humorem jazda bez trzymanek.
wtorek, 6 grudnia 2016
Listopad z serialami
Ten miesiąc został zdominowany przez DC. Agents of SHIELD miało przerwę, więc poczekam na więcej odcinków. Tymczasem serie CW zderzyły się w wielkiej, czteroodcinkowej historii, którą opiszę osobno. Po kolei więc:
W przypadku Gotham, chcąc nie chcąc, muszę zacząć od końca. Ta ostatnia scena była po prostu niesamowita w tym, jak bardzo była zła. Naprawdę niewyobrażalnie wręcz głupia. I jeszcze na końcu nóż wpada do wody i odpływa... czy oni zatrudnili twórców Mody na Sukces do pisania tych scenariuszy? I jak to jest, że tylko Gordon zauważa ludzi zakażonych tym debilnym wirusem? To nie jego umiejętności detektywistyczne, bo tych zdecydowanie nie posiada, więc musi być potęga fabuły. I na czym tak właściwie polegał plan tego lekarza? To wszystko jest po prostu tak boleśnie głupie. W poprzednim sezonie postać Gordona coś robiła, w tym najwyraźniej cały pomysł sprowadza się do tego, że ma cierpieć.
Ale jest pozytyw, kiedy ten serial nie zanudza nas przygodami Gordona, mamy pozostałe dwa wątki (przygody młodego Bruce'a i jego ekipy, oraz konflikty rządzących Gotham szalonych przestępców) i te faktycznie trzymają poziom. Jeśli ten serial oleje Gordona i skupi się na reszcie postaci i ich trwającym lub nieuniknionym starciu z Trybunałem Sów, druga połowa sezonu, wciąż może być całkiem udana.
Serie CW omówię pokrótce, zanim przejdę do Inwazji! Szczerze mówiąc, niewiele się w nich działo, w sensie dużej fabuły. Do tego stopnia, że teraz trudno mi sobie przypomnieć co się działo w tych trzech, które nie są Flashem. To znaczy pamiętam, że Legends byli na dzikim zachodzie a Arrow walczył z gościem, który ośmielił się zabijać przestępców (mimo, że sam Oliver został określony przez własną drużynę, seryjnym zabójcą), ale żadna z tych rzeczy nie wydaje się mieć wpływu, na główną fabułę (jak co roku, głównym problemem tych seriali jest zbyt duża ilość odcinków, prowadząca do masy fillerów). W Supergirl (tak, nadal to oglądam) jest trochę lepiej, Guardian okazał się fajnym dodatkiem i w sumie cały serial jest naprawdę szokująco lepszy, niż w zeszłym roku.
Tymczasem Flash... zdołał wrzucić kilka naprawdę przyzwoitych odcinków. Żadnego manipulowania czasem, ani podobnych bzdur, tylko porządna, staromodna fabuła o super-bohaterach. I nawet Kevin Smith wrócił, by wyreżyserować bardzo dobry odcinek o Killer Frost. Swoją drogą, DC naprawdę pcha ostatnio tą postać. W komiksach nawet awansowali ją z Suicide Squad do JLA. Co sprawia, że trochę boję się, że filmy po nią sięgną, i serial znów będzie musiał odstrzelić postać, bo stała się zbyt popularna... Coś jeszcze? Aha, tak. Draco Malfoy okazał się czarnym charakterem. Najbardziej rozbawiło mnie, że zrobili z tego ważną scenę, jakby ktokolwiek we wszechświecie miał być zaskoczony. Ehh... Przynajmniej nowy HW jest fajny.
A teraz przejdźmy, do głównego wydarzenia miesiąca. Inwazja inspirowana jest komiksem z końca lat 80-tych. W którym armia kosmitów zwanych Dominatorami, atakuje ziemię na czele koalicji obcych ras. I tu od razu trzeba zwrócić uwagę na pewną kwestię. Dominatorzy są żółci, mają karykaturalnie długie zęby i flagę Japonii na czole. To czyni ich dosyć dziwnym wyborem na wrogów w latach osiemdziesiątych i jeszcze dziwniejszym w 2016. Ale przejdźmy do samej historii, przedstawionej w serialach.
Zacznijmy od pierwszego problemu, czyli faktu, że ta czteroczęściowa opowieść, ma tylko trzy części. Rozpoczynający ją odcinek Supergirl, nie ma absolutnie nic wspólnego z czymkolwiek. Poza ostatnią sceną, która i tak zostaje powtórzona we Flashu. W Inwazji nie biorą też udziału, żadne postacie z Supergirl, poza samą Karą (głównie dlatego, że zostają we własnym wszechświecie). Przez chwilę myślałem, że nasi herosi użyją zabijającego kosmitów gazu, z tego odcinka Supergirl, ale nie, ten odcinek po prostu nie miał nic wspólnego z samym eventem.
Więc faktyczna fabuła zaczyna się we Flashu i to chyba też najlepszy jej fragment. Porządny superhero team-up. Później zaczyna być już trochę gorzej. Zwłaszcza środkowy odcinek Arrow za bardzo skupia się na postaciach z tej serii, ignorując trochę główną fabułę (częściowo dlatego, że był to równocześnie setny odcinek Arrow).
I jak jesteśmy przy negatywach, to podstawowym jest brak postaci. Nawet z Legends do pomocy, nasi herosi nie są zbyt liczebni i nie grzeszą też siłą. Supergirl jest potężniejsza, niż wszyscy inni bohaterowie razem wzięci. Flash i Firestorm są w stanie w pewnym stopniu dotrzymać jej kroku, ale wszyscy inni zostają w tyle. Co za tym idzie, finałowa walka faktycznie sprowadza się do tych trzech postaci ratujących świat, podczas gdy reszta (w większości) zwykłych ludzi, urządza sobie ustawkę z kosmitami na jakimś przypadkowym dachu.
Nie pomaga też fakt, że to nadal serial telewizyjny z telewizyjnym budżetem, próbujący pokazać nam trzygodzinną, epicką historię o superbohaterach walczących z inwazją kosmitów. Nie ma szans, by wyglądało to naprawdę dobrze.
Teraz trochę pozytywów. Przede wszystkim, to jest porządny, komiksowy team-up. W filmach podobne uczucie miałem tylko oglądając po raz pierwszy Avengers. Tyle, że w filmach to pojedyncze przygody, regularnie prowadzące do wspólnej zabawy. Tutaj mamy grupę postaci z własnymi regularnymi seriami, które tylko raz na 20 odcinków działają razem. I to jest bardzo komiksowe. Naprawdę oglądanie interakcji tych wszystkich postaci sprawiło mi dużo frajdy, i jasno pokazało, że Arrowverse ma własną Trójcę z Arrowem, Flashem i Supergirl w rolach odpowiednio Batmana, Supermana i Wonder Woman.
Co tu dużo mówić, była masa wspaniałych momentów, jak Firestorm używający swojej mocy na maksimum, czy starcie Supergirl kontra reszta postaci.
Co więcej, ta historia perfekcyjnie uchwyciła styl tych seriali, więc jeśli ktoś lubi seriale CW, nie spodziewa się za dużo i potrafi wyłączyć myślenie i po prostu dobrze się bawić, to Heroes v Aliens (widzę, że DC już permanentnie porzuciło s w vs w tv i filmach) jest sposobem na przyjemne spędzenie dwóch godzin.
W przypadku Gotham, chcąc nie chcąc, muszę zacząć od końca. Ta ostatnia scena była po prostu niesamowita w tym, jak bardzo była zła. Naprawdę niewyobrażalnie wręcz głupia. I jeszcze na końcu nóż wpada do wody i odpływa... czy oni zatrudnili twórców Mody na Sukces do pisania tych scenariuszy? I jak to jest, że tylko Gordon zauważa ludzi zakażonych tym debilnym wirusem? To nie jego umiejętności detektywistyczne, bo tych zdecydowanie nie posiada, więc musi być potęga fabuły. I na czym tak właściwie polegał plan tego lekarza? To wszystko jest po prostu tak boleśnie głupie. W poprzednim sezonie postać Gordona coś robiła, w tym najwyraźniej cały pomysł sprowadza się do tego, że ma cierpieć.
Ale jest pozytyw, kiedy ten serial nie zanudza nas przygodami Gordona, mamy pozostałe dwa wątki (przygody młodego Bruce'a i jego ekipy, oraz konflikty rządzących Gotham szalonych przestępców) i te faktycznie trzymają poziom. Jeśli ten serial oleje Gordona i skupi się na reszcie postaci i ich trwającym lub nieuniknionym starciu z Trybunałem Sów, druga połowa sezonu, wciąż może być całkiem udana.
Serie CW omówię pokrótce, zanim przejdę do Inwazji! Szczerze mówiąc, niewiele się w nich działo, w sensie dużej fabuły. Do tego stopnia, że teraz trudno mi sobie przypomnieć co się działo w tych trzech, które nie są Flashem. To znaczy pamiętam, że Legends byli na dzikim zachodzie a Arrow walczył z gościem, który ośmielił się zabijać przestępców (mimo, że sam Oliver został określony przez własną drużynę, seryjnym zabójcą), ale żadna z tych rzeczy nie wydaje się mieć wpływu, na główną fabułę (jak co roku, głównym problemem tych seriali jest zbyt duża ilość odcinków, prowadząca do masy fillerów). W Supergirl (tak, nadal to oglądam) jest trochę lepiej, Guardian okazał się fajnym dodatkiem i w sumie cały serial jest naprawdę szokująco lepszy, niż w zeszłym roku.
Tymczasem Flash... zdołał wrzucić kilka naprawdę przyzwoitych odcinków. Żadnego manipulowania czasem, ani podobnych bzdur, tylko porządna, staromodna fabuła o super-bohaterach. I nawet Kevin Smith wrócił, by wyreżyserować bardzo dobry odcinek o Killer Frost. Swoją drogą, DC naprawdę pcha ostatnio tą postać. W komiksach nawet awansowali ją z Suicide Squad do JLA. Co sprawia, że trochę boję się, że filmy po nią sięgną, i serial znów będzie musiał odstrzelić postać, bo stała się zbyt popularna... Coś jeszcze? Aha, tak. Draco Malfoy okazał się czarnym charakterem. Najbardziej rozbawiło mnie, że zrobili z tego ważną scenę, jakby ktokolwiek we wszechświecie miał być zaskoczony. Ehh... Przynajmniej nowy HW jest fajny.
A teraz przejdźmy, do głównego wydarzenia miesiąca. Inwazja inspirowana jest komiksem z końca lat 80-tych. W którym armia kosmitów zwanych Dominatorami, atakuje ziemię na czele koalicji obcych ras. I tu od razu trzeba zwrócić uwagę na pewną kwestię. Dominatorzy są żółci, mają karykaturalnie długie zęby i flagę Japonii na czole. To czyni ich dosyć dziwnym wyborem na wrogów w latach osiemdziesiątych i jeszcze dziwniejszym w 2016. Ale przejdźmy do samej historii, przedstawionej w serialach.
Zacznijmy od pierwszego problemu, czyli faktu, że ta czteroczęściowa opowieść, ma tylko trzy części. Rozpoczynający ją odcinek Supergirl, nie ma absolutnie nic wspólnego z czymkolwiek. Poza ostatnią sceną, która i tak zostaje powtórzona we Flashu. W Inwazji nie biorą też udziału, żadne postacie z Supergirl, poza samą Karą (głównie dlatego, że zostają we własnym wszechświecie). Przez chwilę myślałem, że nasi herosi użyją zabijającego kosmitów gazu, z tego odcinka Supergirl, ale nie, ten odcinek po prostu nie miał nic wspólnego z samym eventem.
Więc faktyczna fabuła zaczyna się we Flashu i to chyba też najlepszy jej fragment. Porządny superhero team-up. Później zaczyna być już trochę gorzej. Zwłaszcza środkowy odcinek Arrow za bardzo skupia się na postaciach z tej serii, ignorując trochę główną fabułę (częściowo dlatego, że był to równocześnie setny odcinek Arrow).
I jak jesteśmy przy negatywach, to podstawowym jest brak postaci. Nawet z Legends do pomocy, nasi herosi nie są zbyt liczebni i nie grzeszą też siłą. Supergirl jest potężniejsza, niż wszyscy inni bohaterowie razem wzięci. Flash i Firestorm są w stanie w pewnym stopniu dotrzymać jej kroku, ale wszyscy inni zostają w tyle. Co za tym idzie, finałowa walka faktycznie sprowadza się do tych trzech postaci ratujących świat, podczas gdy reszta (w większości) zwykłych ludzi, urządza sobie ustawkę z kosmitami na jakimś przypadkowym dachu.
Nie pomaga też fakt, że to nadal serial telewizyjny z telewizyjnym budżetem, próbujący pokazać nam trzygodzinną, epicką historię o superbohaterach walczących z inwazją kosmitów. Nie ma szans, by wyglądało to naprawdę dobrze.
Teraz trochę pozytywów. Przede wszystkim, to jest porządny, komiksowy team-up. W filmach podobne uczucie miałem tylko oglądając po raz pierwszy Avengers. Tyle, że w filmach to pojedyncze przygody, regularnie prowadzące do wspólnej zabawy. Tutaj mamy grupę postaci z własnymi regularnymi seriami, które tylko raz na 20 odcinków działają razem. I to jest bardzo komiksowe. Naprawdę oglądanie interakcji tych wszystkich postaci sprawiło mi dużo frajdy, i jasno pokazało, że Arrowverse ma własną Trójcę z Arrowem, Flashem i Supergirl w rolach odpowiednio Batmana, Supermana i Wonder Woman.
Co tu dużo mówić, była masa wspaniałych momentów, jak Firestorm używający swojej mocy na maksimum, czy starcie Supergirl kontra reszta postaci.
Co więcej, ta historia perfekcyjnie uchwyciła styl tych seriali, więc jeśli ktoś lubi seriale CW, nie spodziewa się za dużo i potrafi wyłączyć myślenie i po prostu dobrze się bawić, to Heroes v Aliens (widzę, że DC już permanentnie porzuciło s w vs w tv i filmach) jest sposobem na przyjemne spędzenie dwóch godzin.
czwartek, 3 listopada 2016
Październik z serialami (Luke Cage)
Liście spadają z drzew, słońce zachodzi o makabrycznie wczesnej porze, wszyscy dookoła kaszlą, a mnie codziennie dopada deszcz. To znaczy, że niezawodnie zaczął się sezon serialowy. Wszystkie komiksowe serie wróciły na swoje miejsce, i mamy ten cudowny moment, kiedy wszystko jest możliwe, każda z nich może być świetna. Uczucie to zniknie w okolicach kwietnia, kiedy poszczególne serie zbliżą się do finałów, ale na razie cieszmy się tym, co mamy.
Zacznijmy od Gotham, które w zeszłym roku było moim ulubieńce. I niestety nie wiem, czy utrzyma tytuł. Początek tego sezonu, był po prostu słaby. Wątek potworów (na szczęście szybko zakończony) był beznadziejny. Szalony Kapelusznik jest ciekawą postacią, ale nie jest czarnym charakterem na miarę Hugo Stranga czy Galavana. I to jest chyba główny problem tego sezonu, jest w nim masa wątków, które zdają się biec donikąd i absolutnie nic ich nie łączy. Brakuje tego jednego, głównego zagrożenia, które spinałoby to wszystko w całość. Przynajmniej Pingwin nadal trzyma poziom i prawdę mówiąc, jego przygody to w tym momencie główny powód, by oglądać. I jak przy tym jesteśmy, mam nadzieję, że bibliotekarka okaże się być Clayfacem. I mam problem z postacią Ivy. Ten serial w jej wątku, dosłownie stwierdza, że jeśli dziewczyna wygląda na starszą, to nie ma znaczenia, że naprawdę ma 14 lat. Mam wrażenie, że próbują ściągnąć Polańskiego, jako reżysera.
Tymczasem w Arrowerse... Jest w sumie całkiem dobrze. Arrow ma całkiem przyzwoity początek sezonu (jak zresztą zawsze), nowa drużyna jest fajna, nawet retrospekcje tak mi nie przeszkadzają. Jeden problem jaki mam, to fakt, że co odcinek wałkują wątek: Oliver nie ufa nowej drużynie. Ile można?
Supergirl... Jest zaskakująco lepsza, niż w pierwszym sezonie. Spodziewałem się, że znów obejrzę pierwsze dwa odcinki i zwątpię, a tu proszę, cztery odcinki a ja wciąż oglądam. Żeby nie było, wciąż mam zastrzeżenia do tej serii, ale potrafię docenić drastyczną poprawę. I dostaliśmy Supermana, który zachowywał się jak bohater, a nie zagubiony bóg. Do tego motyw z barem dla kosmitów, Lena Luthor, więcej postaci z komiksów. Tak jakby ten serial wreszcie wylądował w rękach kogoś, kto wie, co robi.
Nie można niestety powiedzieć tego o Flashu. Ehh... Jeśli jeszcze raz będę musiał oglądać, jak mama Flasha umiera, to chyba dam sobie spokój z tą serią. Ile można? I później Barry tworzy Flashpoint, który jest pod niemal każdym względem lepszą wersją rzeczywistości, ale nie wszystko idzie dobrze... Więc Barry w praktyce morduje własną matkę, by przywrócić gorszą wersję rzeczywistości, i okazuje się, że ta też jest zepsuta, wiec postanawia znów cofnąć czas... Ta historia naprawdę stała się parodią samej siebie. A najgorsze, że kiedy twórcy nie próbują bawić się z czasem, wychodzi im całkiem przyzwoity serial. Mam tylko nadzieję, że Draco Malfoy nie okaże się głównym złym. To byłby już trzeci sezon z rzędu, kiedy główny zły jest kimś, kto współpracuje z Flashem.
Tymczasem Legends... Będę szczery, lubię tą drużynę, to fajny zestaw postaci. I Stowarzyszenie Sprawiedliwości było fajnie przedstawione. Ale fabuła tej serii jest tak niedorzecznie irytująca. Już pominę to, że podróże w czasie w tej serii działają zupełnie inaczej, niż w Flashu i że wyjaśnienia tego co się dzieje, z każdym odcinkiem są coraz głupsze. Więc ogólnie, muszę przyznać, że mam bardzo dwojaki stosunek do tej serii, z jednej strony uwielbiam postacie i ich interakcje, z drugiej, nie znoszę fabuły.
A przenosząc się na Marvelową stronę podwórka, Agenci zaliczyli całkiem udany początek. Wprawdzie fabuła wymagała kilku odcinków na wskoczenie na właściwy tor, ale teraz idzie całkiem sprawnie. Ghost Rider jest świetnym dodatkiem, fabuła inhumans podąża dalej, sokovia acords pchnęły nowe życie w samą organizację i jej rolę w świecie. Twórcy wreszcie mogą wrócić do historii, o agentach SHIELD, a nie grupie uciekinierów. Ogólnie, dobry początek, zobaczymy, czy starczy im paliwa na cały sezon.
Tymczasem Netflix dodał nową postać do swojej rodziny. Niestety jest to najsłabsza z Marvelowych serii Netflixu, choć wciąż trzyma niezły poziom. Jak wszyscy poprzednicy, cierpi na chorobę zbyt wielu odcinków, ta seria byłaby dużo lepsza z 10. Tak było sporo powtarzania się, a odcinków 7 - 9 mogłyby w ogóle tam nie być i nic by się nie zmieniło. Czarne charaktery też nie zachwyciły, Cottonmouth jeszcze trzymał poziom, ale Diamondback sprawiał wrażenie karykatury. I nie mogę uwierzyć, że zrobili serial, w którym prawie wszystkie postacie są czarne i mieli tylko dwóch aktorów z The Wire... i jeden z nich był biały.
Ale przejdźmy do pozytywów. Po pierwsze, świetna muzyka. Ta seria ma zdecydowanie najlepszą muzykę z wszystkich serii Marvela. Poza tym, podobało mi się, że zrobili z Łukasza Klatki takiego ludowego bohatera, zwłaszcza pod koniec. To miła odmiana po zamaskowanym mścicielu i olewającej wszystko pani detektyw. Sama fabuła, tam gdzie nie rozwlekała się na za dużo odcinków, też trzymała dobry poziom.
Ogólnie, to przyzwoity serial, który niestety ma swoje problemy i mocno traci przy ponownym obejrzeniu.
Zacznijmy od Gotham, które w zeszłym roku było moim ulubieńce. I niestety nie wiem, czy utrzyma tytuł. Początek tego sezonu, był po prostu słaby. Wątek potworów (na szczęście szybko zakończony) był beznadziejny. Szalony Kapelusznik jest ciekawą postacią, ale nie jest czarnym charakterem na miarę Hugo Stranga czy Galavana. I to jest chyba główny problem tego sezonu, jest w nim masa wątków, które zdają się biec donikąd i absolutnie nic ich nie łączy. Brakuje tego jednego, głównego zagrożenia, które spinałoby to wszystko w całość. Przynajmniej Pingwin nadal trzyma poziom i prawdę mówiąc, jego przygody to w tym momencie główny powód, by oglądać. I jak przy tym jesteśmy, mam nadzieję, że bibliotekarka okaże się być Clayfacem. I mam problem z postacią Ivy. Ten serial w jej wątku, dosłownie stwierdza, że jeśli dziewczyna wygląda na starszą, to nie ma znaczenia, że naprawdę ma 14 lat. Mam wrażenie, że próbują ściągnąć Polańskiego, jako reżysera.
Supergirl... Jest zaskakująco lepsza, niż w pierwszym sezonie. Spodziewałem się, że znów obejrzę pierwsze dwa odcinki i zwątpię, a tu proszę, cztery odcinki a ja wciąż oglądam. Żeby nie było, wciąż mam zastrzeżenia do tej serii, ale potrafię docenić drastyczną poprawę. I dostaliśmy Supermana, który zachowywał się jak bohater, a nie zagubiony bóg. Do tego motyw z barem dla kosmitów, Lena Luthor, więcej postaci z komiksów. Tak jakby ten serial wreszcie wylądował w rękach kogoś, kto wie, co robi.
Nie można niestety powiedzieć tego o Flashu. Ehh... Jeśli jeszcze raz będę musiał oglądać, jak mama Flasha umiera, to chyba dam sobie spokój z tą serią. Ile można? I później Barry tworzy Flashpoint, który jest pod niemal każdym względem lepszą wersją rzeczywistości, ale nie wszystko idzie dobrze... Więc Barry w praktyce morduje własną matkę, by przywrócić gorszą wersję rzeczywistości, i okazuje się, że ta też jest zepsuta, wiec postanawia znów cofnąć czas... Ta historia naprawdę stała się parodią samej siebie. A najgorsze, że kiedy twórcy nie próbują bawić się z czasem, wychodzi im całkiem przyzwoity serial. Mam tylko nadzieję, że Draco Malfoy nie okaże się głównym złym. To byłby już trzeci sezon z rzędu, kiedy główny zły jest kimś, kto współpracuje z Flashem.
Tymczasem Legends... Będę szczery, lubię tą drużynę, to fajny zestaw postaci. I Stowarzyszenie Sprawiedliwości było fajnie przedstawione. Ale fabuła tej serii jest tak niedorzecznie irytująca. Już pominę to, że podróże w czasie w tej serii działają zupełnie inaczej, niż w Flashu i że wyjaśnienia tego co się dzieje, z każdym odcinkiem są coraz głupsze. Więc ogólnie, muszę przyznać, że mam bardzo dwojaki stosunek do tej serii, z jednej strony uwielbiam postacie i ich interakcje, z drugiej, nie znoszę fabuły.A przenosząc się na Marvelową stronę podwórka, Agenci zaliczyli całkiem udany początek. Wprawdzie fabuła wymagała kilku odcinków na wskoczenie na właściwy tor, ale teraz idzie całkiem sprawnie. Ghost Rider jest świetnym dodatkiem, fabuła inhumans podąża dalej, sokovia acords pchnęły nowe życie w samą organizację i jej rolę w świecie. Twórcy wreszcie mogą wrócić do historii, o agentach SHIELD, a nie grupie uciekinierów. Ogólnie, dobry początek, zobaczymy, czy starczy im paliwa na cały sezon.
Tymczasem Netflix dodał nową postać do swojej rodziny. Niestety jest to najsłabsza z Marvelowych serii Netflixu, choć wciąż trzyma niezły poziom. Jak wszyscy poprzednicy, cierpi na chorobę zbyt wielu odcinków, ta seria byłaby dużo lepsza z 10. Tak było sporo powtarzania się, a odcinków 7 - 9 mogłyby w ogóle tam nie być i nic by się nie zmieniło. Czarne charaktery też nie zachwyciły, Cottonmouth jeszcze trzymał poziom, ale Diamondback sprawiał wrażenie karykatury. I nie mogę uwierzyć, że zrobili serial, w którym prawie wszystkie postacie są czarne i mieli tylko dwóch aktorów z The Wire... i jeden z nich był biały.
Ale przejdźmy do pozytywów. Po pierwsze, świetna muzyka. Ta seria ma zdecydowanie najlepszą muzykę z wszystkich serii Marvela. Poza tym, podobało mi się, że zrobili z Łukasza Klatki takiego ludowego bohatera, zwłaszcza pod koniec. To miła odmiana po zamaskowanym mścicielu i olewającej wszystko pani detektyw. Sama fabuła, tam gdzie nie rozwlekała się na za dużo odcinków, też trzymała dobry poziom.
Ogólnie, to przyzwoity serial, który niestety ma swoje problemy i mocno traci przy ponownym obejrzeniu.
czwartek, 2 czerwca 2016
Maj z serialami
I oto dotarliśmy do finału wszystkich seriali. Przed nami cztery miesiące przerwy, zanim powrócą. A tymczasem, mamy aż dwa miesiące do nadrobienia. Zacznijmy więc od Agentów TARCZY, którzy pozostali na stanowisku sami, jako ostatni serial Marvela poza Netflixem.
Tych ostatnich kilka odcinków kręciło się już wyraźnie wokół Hive i jego wpływu na Inhumans, szczególnie Sky/Daisy. Muszę przyznać, że z jednej strony, to pokazało, że ta seria potrafi robić epickie, komiksowe historie, z drugiej, przez większość czasu zadawałem sobie pytanie "Czy nie powinni wezwać Avengers?" Jasne, w międzyczasie rozegrała się Wojna Domowa, ale i tak Vision mógłby załatwić ten cały problem dużo szybciej i sprawniej.
Patrząc jednak na całość sezonu, AoS faktycznie z każdym rokiem robi się coraz lepsze. Gorzej, że staje się też coraz bardziej ignorowane przez MCU. To tworzy dziwne rozbicie, które narasta wraz z rozwojem wątków tego serialu. I trochę mnie to martwi. Ale jestem ciekaw sytuacji wyjściowej. Kto jest nowym dyrektorem? Co kombinuje Radcliffe (który pod koniec stał się jedną z moich ulubionych postaci, nie ma to jak porządny, szalony naukowiec)? I zastanawiam się, czy przywrócą Bobbi i Huntera po tym, jak ich własny serial nie wypalił. No, cóż, zobaczymy w następnym sezonie. Ogólnie, z tych 5 seriali które tu opisuję, dałbym AoS w tym sezonie drugie miejsce.
Tymczasem gdzieś w czaso-przestrzeni. Ehh... Od początku mówiłem, że LoT nie powinno mi się podobać, aż tak bardzo. I wreszcie przestało. Lubiłem ten serial, kiedy podróże w czasie były jedynie tłem, kiedy stały się głównym tematem, całość wpadła w pułapkę bycia całkowicie debilną, słabą i pozbawioną choć cienia logiki czy oryginalności. I jeszcze ta scena z poświęcaniem się. To było koszmarne. "Ja się poświęcę. Nie to ja się poświęcę. Nie, to jednak ja to zrobię." Niech ktoś z was w końcu umrze! Bo ta scena staje się coraz bardziej niedorzeczna. I po całym sezonie, kiedy nie mogli go zabić, na końcu po prostu zabili go 3 razy. Bo czemu nie. Po czym tak, właśnie tak... Ktoś znów spróbował się poświęcić! Te postacie cierpią na poważny kompleks mesjański. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak teraz wygląda historia. Bo zabili gościa trzy razy, w trzech różnych punktach historii i mimo to, najwyraźniej wciąż zdołał on podbić świat sto lat po swoich trzech różnych śmierciach. I zabić rodzinę Huntera, co czyni całą tą wyprawę całkowitą porażką. A najgorsze, że nadal polubiłem te postacie na tyle, żeby sięgnąć w przyszłym roku po kolejny sezon. I dzięki temu (i scenie z olbrzymim robotem, która na szczęście dla DC wyszła przed Civil War) daję im 3 miejsce.
Ehh... Flash, ty debilu. Ale po kolei. Naprawdę chcę lubić Flasha. Ten serial ma olbrzymi potencjał, świetne postacie i momentami jest naprawdę dobry. Jak choćby odcinek w którym Barry ląduje wewnątrz Speed Force.
Niestety obok tego są odcinki, w których Barry oddaje swoją moc. I z jakiegoś powodu Zoom nie zabił ich wszystkich tam i wtedy. Ten sezon w całości miał po prostu tyle zapychaczy miejsca i idiotycznych momentów. I do tego wszystkiego dochodzi finał. To było naprawdę bolesne. Więc Flash i Zoom postanawiają, że rozwiążą swój konflikt wyścigiem... Wyścigiem! Przez chwilę naprawdę spodziewałem się, że kiedy Flash ściągnie maskę, zobaczymy łysą głowę Vina Diesla. "Nie mam przyjaciół. Mam rodzinę." I to zakończenie... Ta scena sprawiła mi fizyczny ból. Dosłownie czułem, jak moje szare komórki popełniają samobójstwo, bo to była najbardziej debilna rzecz, jaką widziałem w telewizji w tym sezonie serialowym. A widziałem kilka odcinków Supergirl. I czy Barry zaledwie dwa odcinki wcześniej nie doszedł do wniosku, że odpuści sobie wreszcie wątek swojej matki, bo po dwóch sezonach wszyscy mamy już dosyć.
Ale to nic, powiedzmy sobie o pozytywach. Prawdziwy Jay Garrick był miłym gestem, zwłaszcza, że ten aktor faktycznie był pierwszym Flashem. I scena w której Barry poświęca się, by ocalić Multiwersum była dokładnym odwzorowaniem sceny z Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach, co też było ładnym gestem. Ogólnie, jak mówiłem przez cały sezon, mam bardzo mieszane uczucia i do tego to zakończenie. 4 miejsce.
Arrow tymczasem... nie miał złego zakończenia. Powiedziałbym wręcz, że te ostatnie odcinku były moją ulubioną częścią sezonu. Jasne, było to dalekie od doskonałości i wielu elementów mógłbym się czepić (pamiętacie, jak w drugim sezonie ARGUS było w stanie otoczyć całe miasto wojskiem, taka siła ognia byłaby zdecydowanie przydatna tutaj), ale było też sporo dobrego. Zdecydowanie więcej, niż złego. I doceniam żarty ze Star Treka i tym podobne popkulturowe odniesienia, od których ostatnio zaroiło się też we Flashu. I niemal oczekiwałem, że ktoś powie "Merlyn znów jest po naszej stronie, najwyraźniej to koniec sezonu." Mam nadzieję, że teraz już będą się tego trzymać we wszystkich sezonach. Ostatecznie, Arrow jest tym, czym jest. I nie ułatwiają im naciski WB, które między innymi doprowadziły do usunięcia wątku Suicide Squad i (wg plotek) również śmierci Black Canary, która ma pojawić się w filmowym uniwersum. W takich warunkach twórcy Arrow faktycznie z każdym sezonem muszą robić coraz więcej, mając coraz mniej. Mimo to, muszę oceniać efekt, na podstawie tego, jaki jest i dlatego niestety Arrow jest najsłabszym z tych pięciu seriali.
Tymczasem Gotham pozostaje najlepszym serialem w tym sezonie. Po prostu nie mogę powstrzymać zachwytów nad tą serią. I nie tylko w zestawieniu z 4 pozostałymi, ale tak ogólnie. To cholernie dobry serial. Jasne, wątek uniewinnienia Gordona był trochę nagły, ale pojawienie się super-przestępców, eksperymenty Strangea, Azrael i w końcu Trybunał Sów., w pełni to naprawiają.
I strasznie podoba mi się, że w tej wersji historii, eskalacja idzie od przestępców. U Nolana to Joker i jemu podobni byli reakcją, na pojawienie się Batmana. Ale wygląda na to, że tutaj będzie na odwrót. Tutaj to Bruce inspiruje się swoimi wrogami (co bardzo fajnie pokazali z Azraelem) i ostatecznie stanie się jakby reakcją obronną miasta. Naturalną konsekwencją tego całego szaleństwa. I bądźmy szczerzy, już w tym momencie jestem w stanie uwierzyć, że w świecie przedstawionym nam przez tą serię, ktoś może wpaść na pomysł przebierania się za nietoperza i mieszkańcy Gotham po prostu to zaakceptują. Mało tego, to nie będzie nawet najdziwniejsza rzecz, jaka zdarzy się w tamtym tygodniu. Zwłaszcza teraz, po ucieczce tych wszystkich potworów. Jestem ciekaw, czy twórcy podbiją stawkę i w kolejnym sezonie pójdą w bardziej nadnaturalne wątki, w stylu Gotham by Midnight. Tak czy inaczej, przez cały sezon to był ten serial, na który najbardziej czekałem i ani razu się nie rozczarowałem. Postacie, wątki, kreacja świata (ta wielka, Burtonowaska bomba, była świetna), wszystko trzymało poziom. Dlatego też, uznaję Gotham za najlepszy serial tego sezonu i naprawdę bije on konkurencję na głowę.
Tych ostatnich kilka odcinków kręciło się już wyraźnie wokół Hive i jego wpływu na Inhumans, szczególnie Sky/Daisy. Muszę przyznać, że z jednej strony, to pokazało, że ta seria potrafi robić epickie, komiksowe historie, z drugiej, przez większość czasu zadawałem sobie pytanie "Czy nie powinni wezwać Avengers?" Jasne, w międzyczasie rozegrała się Wojna Domowa, ale i tak Vision mógłby załatwić ten cały problem dużo szybciej i sprawniej.
Patrząc jednak na całość sezonu, AoS faktycznie z każdym rokiem robi się coraz lepsze. Gorzej, że staje się też coraz bardziej ignorowane przez MCU. To tworzy dziwne rozbicie, które narasta wraz z rozwojem wątków tego serialu. I trochę mnie to martwi. Ale jestem ciekaw sytuacji wyjściowej. Kto jest nowym dyrektorem? Co kombinuje Radcliffe (który pod koniec stał się jedną z moich ulubionych postaci, nie ma to jak porządny, szalony naukowiec)? I zastanawiam się, czy przywrócą Bobbi i Huntera po tym, jak ich własny serial nie wypalił. No, cóż, zobaczymy w następnym sezonie. Ogólnie, z tych 5 seriali które tu opisuję, dałbym AoS w tym sezonie drugie miejsce.
Tymczasem gdzieś w czaso-przestrzeni. Ehh... Od początku mówiłem, że LoT nie powinno mi się podobać, aż tak bardzo. I wreszcie przestało. Lubiłem ten serial, kiedy podróże w czasie były jedynie tłem, kiedy stały się głównym tematem, całość wpadła w pułapkę bycia całkowicie debilną, słabą i pozbawioną choć cienia logiki czy oryginalności. I jeszcze ta scena z poświęcaniem się. To było koszmarne. "Ja się poświęcę. Nie to ja się poświęcę. Nie, to jednak ja to zrobię." Niech ktoś z was w końcu umrze! Bo ta scena staje się coraz bardziej niedorzeczna. I po całym sezonie, kiedy nie mogli go zabić, na końcu po prostu zabili go 3 razy. Bo czemu nie. Po czym tak, właśnie tak... Ktoś znów spróbował się poświęcić! Te postacie cierpią na poważny kompleks mesjański. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak teraz wygląda historia. Bo zabili gościa trzy razy, w trzech różnych punktach historii i mimo to, najwyraźniej wciąż zdołał on podbić świat sto lat po swoich trzech różnych śmierciach. I zabić rodzinę Huntera, co czyni całą tą wyprawę całkowitą porażką. A najgorsze, że nadal polubiłem te postacie na tyle, żeby sięgnąć w przyszłym roku po kolejny sezon. I dzięki temu (i scenie z olbrzymim robotem, która na szczęście dla DC wyszła przed Civil War) daję im 3 miejsce.
Ehh... Flash, ty debilu. Ale po kolei. Naprawdę chcę lubić Flasha. Ten serial ma olbrzymi potencjał, świetne postacie i momentami jest naprawdę dobry. Jak choćby odcinek w którym Barry ląduje wewnątrz Speed Force.
Niestety obok tego są odcinki, w których Barry oddaje swoją moc. I z jakiegoś powodu Zoom nie zabił ich wszystkich tam i wtedy. Ten sezon w całości miał po prostu tyle zapychaczy miejsca i idiotycznych momentów. I do tego wszystkiego dochodzi finał. To było naprawdę bolesne. Więc Flash i Zoom postanawiają, że rozwiążą swój konflikt wyścigiem... Wyścigiem! Przez chwilę naprawdę spodziewałem się, że kiedy Flash ściągnie maskę, zobaczymy łysą głowę Vina Diesla. "Nie mam przyjaciół. Mam rodzinę." I to zakończenie... Ta scena sprawiła mi fizyczny ból. Dosłownie czułem, jak moje szare komórki popełniają samobójstwo, bo to była najbardziej debilna rzecz, jaką widziałem w telewizji w tym sezonie serialowym. A widziałem kilka odcinków Supergirl. I czy Barry zaledwie dwa odcinki wcześniej nie doszedł do wniosku, że odpuści sobie wreszcie wątek swojej matki, bo po dwóch sezonach wszyscy mamy już dosyć.
Ale to nic, powiedzmy sobie o pozytywach. Prawdziwy Jay Garrick był miłym gestem, zwłaszcza, że ten aktor faktycznie był pierwszym Flashem. I scena w której Barry poświęca się, by ocalić Multiwersum była dokładnym odwzorowaniem sceny z Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach, co też było ładnym gestem. Ogólnie, jak mówiłem przez cały sezon, mam bardzo mieszane uczucia i do tego to zakończenie. 4 miejsce.
Arrow tymczasem... nie miał złego zakończenia. Powiedziałbym wręcz, że te ostatnie odcinku były moją ulubioną częścią sezonu. Jasne, było to dalekie od doskonałości i wielu elementów mógłbym się czepić (pamiętacie, jak w drugim sezonie ARGUS było w stanie otoczyć całe miasto wojskiem, taka siła ognia byłaby zdecydowanie przydatna tutaj), ale było też sporo dobrego. Zdecydowanie więcej, niż złego. I doceniam żarty ze Star Treka i tym podobne popkulturowe odniesienia, od których ostatnio zaroiło się też we Flashu. I niemal oczekiwałem, że ktoś powie "Merlyn znów jest po naszej stronie, najwyraźniej to koniec sezonu." Mam nadzieję, że teraz już będą się tego trzymać we wszystkich sezonach. Ostatecznie, Arrow jest tym, czym jest. I nie ułatwiają im naciski WB, które między innymi doprowadziły do usunięcia wątku Suicide Squad i (wg plotek) również śmierci Black Canary, która ma pojawić się w filmowym uniwersum. W takich warunkach twórcy Arrow faktycznie z każdym sezonem muszą robić coraz więcej, mając coraz mniej. Mimo to, muszę oceniać efekt, na podstawie tego, jaki jest i dlatego niestety Arrow jest najsłabszym z tych pięciu seriali.
Tymczasem Gotham pozostaje najlepszym serialem w tym sezonie. Po prostu nie mogę powstrzymać zachwytów nad tą serią. I nie tylko w zestawieniu z 4 pozostałymi, ale tak ogólnie. To cholernie dobry serial. Jasne, wątek uniewinnienia Gordona był trochę nagły, ale pojawienie się super-przestępców, eksperymenty Strangea, Azrael i w końcu Trybunał Sów., w pełni to naprawiają.
I strasznie podoba mi się, że w tej wersji historii, eskalacja idzie od przestępców. U Nolana to Joker i jemu podobni byli reakcją, na pojawienie się Batmana. Ale wygląda na to, że tutaj będzie na odwrót. Tutaj to Bruce inspiruje się swoimi wrogami (co bardzo fajnie pokazali z Azraelem) i ostatecznie stanie się jakby reakcją obronną miasta. Naturalną konsekwencją tego całego szaleństwa. I bądźmy szczerzy, już w tym momencie jestem w stanie uwierzyć, że w świecie przedstawionym nam przez tą serię, ktoś może wpaść na pomysł przebierania się za nietoperza i mieszkańcy Gotham po prostu to zaakceptują. Mało tego, to nie będzie nawet najdziwniejsza rzecz, jaka zdarzy się w tamtym tygodniu. Zwłaszcza teraz, po ucieczce tych wszystkich potworów. Jestem ciekaw, czy twórcy podbiją stawkę i w kolejnym sezonie pójdą w bardziej nadnaturalne wątki, w stylu Gotham by Midnight. Tak czy inaczej, przez cały sezon to był ten serial, na który najbardziej czekałem i ani razu się nie rozczarowałem. Postacie, wątki, kreacja świata (ta wielka, Burtonowaska bomba, była świetna), wszystko trzymało poziom. Dlatego też, uznaję Gotham za najlepszy serial tego sezonu i naprawdę bije on konkurencję na głowę.
środa, 6 kwietnia 2016
Marzec z serialami (Daredevil sezon 2)
Jestem w szoku, jak dobre stało się Gotham w tym sezonie. Prawie wszystko wychodzi im tak, jak powinno. Od Hugo Strange'a, poprzez zachowanie i przygody Bruce'a, totalnie Burtonowski wątek Pingwina, skończywszy na działaniach Nigmy. Jedyne co nie działa, to wątek Gordona w ostatnim odcinku. Najpierw udawane poronienie, później ucieczka z więzienia... czy ja nagle zacząłem oglądać Modę na Sukces? Ale to małe zastrzeżenie, do jednego wątku, który może jeszcze zaskoczy. Jeśli ktoś jeszcze się zastanawia, czy sięgnąć po ten serial, polecam zacząć od sezonu drugiego.
Zacznijmy od Agentki Carter, bo już zbyt długo odkładałem opis jej przygód. Ten sezon był całkowitym odwróceniem poprzedniego. Tam zaczęli świetnie i pod koniec obniżyli loty. Tutaj pierwsze odcinki niemal sprawiły, że sobie darowałem. Na szczęście z czasem robiło się lepiej i końcówka była całkiem udana. Choć nadal nie było to naprawdę dobre i to chyba trochę wina ilości odcinków. Niektóre wątki zdawały się wepchnięte całkowicie na siłę. Postacie zachowywały się, jak gdyby czytały scenariusz. Agentka Carter w jednym odcinku była tak ranna, że ledwo chodziła a w kolejnym już nic jej nie było (mimo, że minęło zaledwie kilka godzin). Postacie znikały z fabuły na całe odcinki, bez żadnego wyraźnego powodu. Całe społeczeństwo zdawało się zależnie od wymogów fabuły zapominać i przypominać sobie, że są lata czterdzieste i USA jest bardzo rasistowskim miejscem. I tak dalej i tym podobne. Niemniej, trzeba przyznać, że to co było dobre, było naprawdę dobre. Szczególnie Jarvis i Howard Stark. Ten serial tragicznie zaniedbywał tego drugiego. Nie powinno się zaniedbywać swojej najlepszej postaci. A jak przy tym jesteśmy.
Agents of SHIELD pozbyło się dwóch spośród swoich najlepszych postaci. Rozumiem, że oni byli tak popularni, że Marvel postanowił dać im osobny serial, ale to nadal głupie. I sposób w jaki to rozegrano, że niby widzowi powinno być smutno. To szpiedzy, którzy zostali złapani i zdołali odejść wolno. To powód do radości, a nie smutku. Niemniej, odnośnie reszty odcinków, były dobre. Powiem więcej, ostatnio wróciłem do komiksów o X-Men (po kilku latach przerwy) i po lekturze kilku numerów, muszę ze smutkiem stwierdzić, że AoS jest obecnie lepszym X-Men, niż faktyczne X-Men.
Flash i Arrow znów nie mieli za dużo odcinków, więc omówię je razem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że niewiele się wydarzyło. Flash pokonał kolejnego speedstera, odkrył prawdę (lub jakąś jej wersję) i znów podróżował w czasie. Tym razem bez żadnych konsekwencji, poza pojawieniem się Dementora. Prawdę powiedziawszy jego wizyta w Supergirl była ciekawsza. Tamten serial może jest okropny, ale przynajmniej sama wizyta Barrego była czymś lekkim i zabawnym.
Tymczasem Oliver jeszcze bardziej rozstał się z Felicity. A później walczył z armią robo-pszczół, co w sumie było zaskakująco fajne. I komentarze Curtisa przypomniały mi, jak niesamowite życie wiodą te postacie. To fajne, kiedy pojawia się ktoś, kto odrywa się od całego dramatyzmu, by zauważyć, że są superbohaterami i to coś wspaniałego. Ale nadal mam zerowe zainteresowanie retrospekcjami. Przez chwilę myślałem, że zrobią się ciekawe, ale jednak się myliłem.
Legends of Tomorrow pozostaje zaskakująco dobre. Oglądając dosłownie łapię się na tym, że myślę sobie, że nie powinienem się tak dobrze bawić. I faktycznie, muszę przyznać, że odcinek o temporalnych/kosmicznych piratach był trochę słabszy. Niemniej historia o potworach z asteroidy była ciekawą próbą połączenia dwóch originów Hawkgirl. Sprawiła też, że zdałem sobie sprawę, że w Arrowverse nie ma kosmitów. Za to jak się okazało w ostatnim odcinku, jest Talia al Ghul. To jest trochę dziwne, że nigdy jej nie spotkaliśmy. Z drugiej strony, jeśli w 1960 miała już kilka lat, to znaczy, że w pozostałych serialach jest w okolicach sześćdziesiątki. Być może żona Damiena Darhk'a. Choć w sumie ona jest zdecydowanie zbyt młoda. Chyba, że używała Jamy Łazarza, by się odmłodzić. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że ta postać jeszcze wróci w którejś z serii Arrowverse.
Daredevil sezon drugi wreszcie nadszedł i po raz kolejny potwierdził, że to najlepszy serial o superbohaterach, jaki istnieje. Zasadniczo, jeśli komuś podobał się pierwszy sezon, to ten jest mniej więcej tym samym, tylko lepszym. Postacie poboczne są mniej irytujące, fabuła bardziej skupiona, sceny akcji jeszcze lepsze. Do tego Punisher i Elektra są doskonali. Zwłaszcza Jon Bernthal był genialny jako Frank Castle, jego postać wciągała dużo bardziej, niż sam Daredevil. I z licznych "vs" między różnymi bohaterami, jakie dostaniemy w tym roku, to zapewne było najbardziej ideologicznie-merytoryczne. Mój jedyny zarzut dotyczy końcówki, za dużo ninja za mało sensownych wyjaśnień. Poza tym, ten sezon był naprawdę bliski doskonałości.
Zacznijmy od Agentki Carter, bo już zbyt długo odkładałem opis jej przygód. Ten sezon był całkowitym odwróceniem poprzedniego. Tam zaczęli świetnie i pod koniec obniżyli loty. Tutaj pierwsze odcinki niemal sprawiły, że sobie darowałem. Na szczęście z czasem robiło się lepiej i końcówka była całkiem udana. Choć nadal nie było to naprawdę dobre i to chyba trochę wina ilości odcinków. Niektóre wątki zdawały się wepchnięte całkowicie na siłę. Postacie zachowywały się, jak gdyby czytały scenariusz. Agentka Carter w jednym odcinku była tak ranna, że ledwo chodziła a w kolejnym już nic jej nie było (mimo, że minęło zaledwie kilka godzin). Postacie znikały z fabuły na całe odcinki, bez żadnego wyraźnego powodu. Całe społeczeństwo zdawało się zależnie od wymogów fabuły zapominać i przypominać sobie, że są lata czterdzieste i USA jest bardzo rasistowskim miejscem. I tak dalej i tym podobne. Niemniej, trzeba przyznać, że to co było dobre, było naprawdę dobre. Szczególnie Jarvis i Howard Stark. Ten serial tragicznie zaniedbywał tego drugiego. Nie powinno się zaniedbywać swojej najlepszej postaci. A jak przy tym jesteśmy.
Agents of SHIELD pozbyło się dwóch spośród swoich najlepszych postaci. Rozumiem, że oni byli tak popularni, że Marvel postanowił dać im osobny serial, ale to nadal głupie. I sposób w jaki to rozegrano, że niby widzowi powinno być smutno. To szpiedzy, którzy zostali złapani i zdołali odejść wolno. To powód do radości, a nie smutku. Niemniej, odnośnie reszty odcinków, były dobre. Powiem więcej, ostatnio wróciłem do komiksów o X-Men (po kilku latach przerwy) i po lekturze kilku numerów, muszę ze smutkiem stwierdzić, że AoS jest obecnie lepszym X-Men, niż faktyczne X-Men.
Flash i Arrow znów nie mieli za dużo odcinków, więc omówię je razem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że niewiele się wydarzyło. Flash pokonał kolejnego speedstera, odkrył prawdę (lub jakąś jej wersję) i znów podróżował w czasie. Tym razem bez żadnych konsekwencji, poza pojawieniem się Dementora. Prawdę powiedziawszy jego wizyta w Supergirl była ciekawsza. Tamten serial może jest okropny, ale przynajmniej sama wizyta Barrego była czymś lekkim i zabawnym.
Tymczasem Oliver jeszcze bardziej rozstał się z Felicity. A później walczył z armią robo-pszczół, co w sumie było zaskakująco fajne. I komentarze Curtisa przypomniały mi, jak niesamowite życie wiodą te postacie. To fajne, kiedy pojawia się ktoś, kto odrywa się od całego dramatyzmu, by zauważyć, że są superbohaterami i to coś wspaniałego. Ale nadal mam zerowe zainteresowanie retrospekcjami. Przez chwilę myślałem, że zrobią się ciekawe, ale jednak się myliłem.
Legends of Tomorrow pozostaje zaskakująco dobre. Oglądając dosłownie łapię się na tym, że myślę sobie, że nie powinienem się tak dobrze bawić. I faktycznie, muszę przyznać, że odcinek o temporalnych/kosmicznych piratach był trochę słabszy. Niemniej historia o potworach z asteroidy była ciekawą próbą połączenia dwóch originów Hawkgirl. Sprawiła też, że zdałem sobie sprawę, że w Arrowverse nie ma kosmitów. Za to jak się okazało w ostatnim odcinku, jest Talia al Ghul. To jest trochę dziwne, że nigdy jej nie spotkaliśmy. Z drugiej strony, jeśli w 1960 miała już kilka lat, to znaczy, że w pozostałych serialach jest w okolicach sześćdziesiątki. Być może żona Damiena Darhk'a. Choć w sumie ona jest zdecydowanie zbyt młoda. Chyba, że używała Jamy Łazarza, by się odmłodzić. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że ta postać jeszcze wróci w którejś z serii Arrowverse.
Daredevil sezon drugi wreszcie nadszedł i po raz kolejny potwierdził, że to najlepszy serial o superbohaterach, jaki istnieje. Zasadniczo, jeśli komuś podobał się pierwszy sezon, to ten jest mniej więcej tym samym, tylko lepszym. Postacie poboczne są mniej irytujące, fabuła bardziej skupiona, sceny akcji jeszcze lepsze. Do tego Punisher i Elektra są doskonali. Zwłaszcza Jon Bernthal był genialny jako Frank Castle, jego postać wciągała dużo bardziej, niż sam Daredevil. I z licznych "vs" między różnymi bohaterami, jakie dostaniemy w tym roku, to zapewne było najbardziej ideologicznie-merytoryczne. Mój jedyny zarzut dotyczy końcówki, za dużo ninja za mało sensownych wyjaśnień. Poza tym, ten sezon był naprawdę bliski doskonałości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































