Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2012

Cleanskin, czyli Sean Bean kontra terroryści

Sean Bean powraca, by raz jeszcze stawić czoła wrogom i udowodnić, że jest jednym z największych twardzieli współczesnego kina. Tym razem na jego drodze staje nie kto inny, jak grupa islamskich terrorystów chcących zakłócić spokojne życie mieszkańców Londynu przy użyciu dużej ilości środków wybuchowych. By ich powstrzymać, Sean dostaje rozkaz posłużenia się wszelkimi metodami, jakie uzna za konieczne. Wliczając tortury i egzekucje na miejscu, przy użyciu benzyny i zapalniczki. Oczywiście jego działania są całkowicie nieoficjalne i niezbyt zgodne z prawem międzynarodowym. Co w sumie nie stanowi zbytniej przeszkody dla naszego bohatera.

Terroryści i historie miłosne
Wbrew tego, co mogłoby się wydawać po plakatach, trailerach i moim własnym wstępie do tego tekstu, Cleanskin nie jest do końca filmem akcji, zaś sam Sean nie jest do końca głównym bohaterem. Niemniej po kolei.
Bohater grany przez Beana to Ewan, były wojskowy, a obecnie agent służb specjalnych. Człowiek twardy, zdeterminowany i nieustępliwy. Gotowy na wszystko, by osiągnąć cel i dopaść terrorystów. Ewan zdecydowanie jest osobą, przez oczy której widzimy to co się dzieje. Choć w ostatecznym rozrachunku pozostaje on dla nas zagadką. Poznajemy tylko fragmenty jego historii i tak faktycznie tylko talent aktorski Seana Beana ratuje tą postać przed byciem całkowicie jednowymiarową.
Przeciwnikiem Ewana jest Ash i tu zaczynają się schody. Film wyposażony jest otóż w całą masę retrospekcji, pokazujących nam całą historię tej postaci. I tak Ash zajmuje w sumie chyba więcej czasu na ekranie niż Ewan. Co więcej długość tych retrospekcji sprawia, że momentami można zapomnieć, jaki film tak właściwie się ogląda. W rezultacie Ash jest świetnie nakreśloną postacią, dodatkowo naprawdę dobrze zagraną przez Abhina Galeya. Zachodzące w nim przemiany i droga którą przechodzi od studenta prawa do terrorysty, jest dokładnie przedstawiona, sprawiając, że wydaje się on znacząco bliższy roli głównego bohatera, niż tajemniczy Ewan.

Wojna z terrorem
Podsumowując, film zawiera intrygę jak z thrillera, ale niestety nie ma ona sensu. Naprawdę, nawet nie próbujcie jej zrozumieć. Sceny akcji są niezłe, choć nie jakieś wyjątkowe. Najmocniejszym elementem jest tu zdecydowanie postać Asha, który pozostaje najsympatyczniejszym islamskim terrorystą od czasu Four Lions (genialny film), a jego historia jest świeża i daleka od klasycznego w przypadku postaci terrorystów banału. No i jest Sean Bean w roli twardziela, co zawsze jest plusem. Niemniej jeśli ktoś szuka klasycznego kina akcji, może się trochę wynudzić w trakcie licznych retrospekcji. Tak naprawdę, trudno mi powiedzieć dla kogo jest ten film, bo zawiera on masę elementów z różnych gatunków i nie udało się ich połączyć zbyt płynnie. Ostatecznie to jak oglądanie trzech filmów naraz, z których jeden jest kiepski, jeden niezły i jeden dobry.

czwartek, 13 września 2012

Sympathy for Mr.\ Lady Vengeance, czyli zemsta kontratakuje

Boksuneun naui geot i Chinjeolhan geumjassi, znane w Polsce jako Pan Zemsta i Pani Zemsta, to pierwsza i trzecia część słynnej Trylogii Zemsty, Chan-wook Parka. Środkową i najlepszą częścią trylogii jest Oldboy, o którym pisałem już wcześniej. Filmy nie są wprawdzie połączone fabularnie, ale łączy je tematyka. Zemsta! Jedna z najciekawszych i najbardziej destruktywnych motywacji znanych rasie ludzkiej. W kolejnych swoich filmach Chan-wook Park przygląda się ludziom ogarniętym obsesją zemsty, przedstawia ich losy w najróżniejszy sposób, zadając ciekawe, często prowokujące pytania. Jak daleko ludzie są gotowi się posunąć, jak wiele mogą poświęcić?
Niemniej zemsta w tych filmach to miecz obusieczny. A właściwie wielosieczny, bo najczęściej rani wszystkich dookoła, niezależnie od ich winy, czy poziomu uwikłania w sprawę.


Sympathy for Mr. Vengence
Pierwszy film w trylogii opowiada o losach młodego, głuchoniemego mężczyzny imieniem Ryu, który stara się pomóc swojej ciężko chorej siostrze, potrzebującej przeszczepu nerek. Idąc za radą swojej, dosyć "ekscentrycznej" dziewczyny, Cha próbuje on dosyć niekonwencjonalnej metody zdobycia pieniędzy na operację. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem, a kolejne wydarzenia pchają Ryu i otaczające go postacie coraz dalej na samonapędzającej się spirali przemocy i zemsty.
Pan Zemsta jest zdecydowanie najmniej sensacyjną częścią trylogii. Nie ma tu wielkiego planu i pełnych determinacji postaci, jak w Oldboyu i Pani Zemście. Nie ma też tylu scen akcji. Ten film jest o wiele bardziej artystyczny. Jest tu dużo powolnych, statycznych scen dialogowych. Fabuła rozwija się bardzo powoli, wielokrotnie dając bohaterom okazję do zatrzymania się. Odwrócenia biegu wydarzeń. Nie ma tu również jednej konkretnej zemsty, zamiast tego mamy kilka postaci, dążących do własnej vendetty i padających jej ofiarą. Najlepiej podsumowuje tą historię stwierdzenie jednego z bohaterów:
- Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem... ale ty wiesz, że muszę cię zabić...

Sympathy for Lady Vengence
Ostatnia część trylogii zemsty opowiada o losach Geum-ja Lee. Poznajemy naszą bohaterkę w momencie gdy wychodzi z więzienia, gdzie odsiedziała 13 lat za porwanie i zabójstwo 5 letniego chłopca. W więzieniu nasza bohaterka zyskała przydomek "Życzliwa", ponieważ zawsze była uprzejma i wszystkim pomagała.
Teraz na wolności Geum-ja gotowa jest wykorzystać uzyskane znajomości i zemścić się na człowieku, który odpowiadał za jej uwięzienie.
Pani Zemsta to świetny film, opowiadający o niezwykle zdeterminowanej postaci z planem. Zdecydowanie najciekawszym elementem produkcji jest właśnie patrzenie jak jej historia się rozwija i możemy zobaczyć wszystkie elementy jej planu i jej opartej na determinacji osobowości.
Kolejnym elementem który ten film bada, jest skłonność do zemsty. Jak łatwo zwykli ludzie mogą być przekonani do brutalnych, zbrodniczych zachowań, w imię zemsty.
Podsumowując, Pan i Pani Zemsta to świetne filmy. Nie są, aż tak dobre jak Oldboy, ale z całą pewnością godne uwagi. Zwłaszcza Pani zemsta.

wtorek, 4 września 2012

Memories of Murder, czyli kryminał w wersji azjatyckiej

Dziś (i zapewne przez resztę miesiąca) odrobina kina koreańskiego. Na początek Salinui chueok (Memories of Murder), czyli doskonały przykład świetnego kina kryminalne.
Film oparty jest na prawdziwej historii pierwszego i najsłynniejszego seryjnego zabójcy w historii Korei Południowej. Akcja toczy się w połowie lat 80 w miasteczku Hwaseong, gdzie seryjny morderca gwałci i morduje kobiety w deszczowe noce. Jego tropem rusza trójka detektywów, prezentujących dosyć skrajnie różne podejście do tematu.

Detektyw Seo to młody, wykształcony policjant przysłany ze stolicy, całkowicie oddany sprawie i stosujący nowoczesne, naukowe metody. Detektyw Park zaś to zmęczony, miejscowy glina, trzymający się zasady, że nie należy naprawiać czegoś, co działa. Nie stroniący również od wymuszania zeznań pięściami, a nawet zwykłymi torturami. W tym ostatnim wtóruje mu detektyw Cho, który najpewniej czuje się kopiąc i pałując wszystkich, którzy wejdą mu w drogę. Zresztą dosyć brutalne metody stosowane przez policjantów są dosyć istotnym elementem fabuły. Połączone z ciągłymi demonstracjami, strajkami i ćwiczeniami na wypadek ataku sąsiadów z północy, tworzą bardzo specyficzny i świetnie wpisujący się w opowiadaną historię klimat.

W ostatecznym rozrachunku Memories of Murder, jak wszystkie najlepsze historie kryminalne, nie opowiada o zagadce. Jest ona raczej pretekstem do przedstawienia złożonych i świetnie zagranych bohaterów, borykających się z niezwykle trudną sprawą.
Mimo raczej poważnego, czasami wręcz przygnębiającego wydźwięku, filmowi zdecydowanie nie brakuje humoru, chwilami wyjątkowo zresztą czarnego.
Ostatecznie Salinui chueok to świetne, trzymające w napięciu kino kryminalne. Jeśli podobały ci się takie filmy jak Se7en czy Mystic River, to zdecydowanie jest to film dla ciebie.

środa, 8 sierpnia 2012

The Raid, czyli piękna masakra

Prawie rok temu natknąłem się w odmętach internetu na zapowiedź indonezyjskiego filmu The Raid. Wyglądała ona świetnie i natychmiast wyruszyłem na poszukiwanie wspomnianej produkcji. Niestety film nie miał wówczas jeszcze dystrybutora na rynku zachodnim. Miał za to na swoim koncie szereg nagród na różnych festiwalach filmowych. Czekałem więc cierpliwie, co jakiś czas sprawdzając, jak wygląda sytuacja. I wreszcie ostatnio udało mi się położyć łapki na Serbuan maut, lub jak brzmi tytuł amerykański The Raid: Redemption (ponieważ dorzucenie przypadkowego podtytułu sprawia, że brzmi to bardziej... dobra, tak na serio, nie mam pojęcia, co to ma sprawiać). Trochę się bałem, bo narobiłem sobie przez te miesiące nadziei, a to zwykle źle się kończy. Ale nie tym razem.

Plakaty reklamujące produkcję dumnie stwierdzają, że to najlepszy film akcji dekady. Szczerze mówiąc nie wiem czy najlepszy, ale na pewno w czołówce. Ten film to jedna wielka, wspaniała orgia przemocy w najlepszym stylu. Mnie osobiście wyjebała w kosmos. Ale po kolei. 

Fabuła:
Fabuła The Raid nie jest zbyt odkrywcza, ale bądźmy szczerzy, nie o wybitną fabułę tu chodzi. Oddział SWAT dostaje rozkaz pochwycenia mafioza, ukrywającego się w budynku w slumsach. Problem w tym, że budynek służy jako swego rodzaju hotel\ bezpieczne schronienie, dla najgorszych bandytów w mieście. Akcja początkowo idzie dobrze, ale z czasem wszystko się pieprzy, a nasi bohaterowie zostają uwięzieni w budynku rojącym się od uzbrojonych zbirów. W tym miejscu zaczyna się widowiskowa i trzymająca w napięciu rozwałka, czyli to, o co w tym filmie naprawdę chodzi.

Przemoc:
Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie jest łatwo nakręcić dobry film akcji. Wręcz przeciwnie, większość tak zwanego kina akcji jest po prostu nudna. Niemniej The Raid ma to coś, czego często brakuje nawet superprodukcjom z Hollywood, że nie wspomnę o filmach z budżetem ledwo przekraczającym milion dolarów. Ale właśnie ten brak funduszy sprawił, że twórcy filmu skupili się na podstawach. Brakuje tu wybuchów na tle wybuchów, głupawych hasełek i niesamowitych efektów specjalnych. Zamiast tego jest pot, krew i sceny walki w które naprawdę można uwierzyć. Walka jest tu brudna i brutalna. Ciosy naprawdę zdają się mieć siłę, a bohaterowie używają wszystkiego co wpadnie im w ręce. To prawdziwa walka o przetrwanie, w której nie ma miejsca na heroizm i zgrywanie bohatera. Równocześnie, sceny walki są niesamowicie estetyczne, w pewien niezwykły sposób wręcz piękne.

Podsumowanie:
The Raid to naprawdę efektywne kino akcji. Świetnie nakręcone, trzymające w napięciu, pełne doskonałych momentów i świetnych scen walki. Film bije na głowę większość Hollywoodzkich superprodukcji, mimo budżetu nie mogącego się z nimi równać. To obowiązkowy punkt programu dla wszystkich wielbicieli kina akcji.




poniedziałek, 26 marca 2012

Attack the Block, czyli blokersi kontra obcy

Czasami, rzadko ale jednak, zdarza się człowiekowi trafić na film, który sprawia, że jedynym słowem, które przychodzi do głowy jest słowo: zajebisty. Takim właśnie filmem jest Attack the Block.

Witamy w Londynie, skurwysynu!
Oto Londyn po raz kolejny staje się centrum kosmicznej inwazji. Wielkie małpoludy ze świecącymi kłami napastują spokojnych obywateli i pożerają przypadkowych policjantów. Kto tym razem przybędzie na ratunek niewinnym? Czy Doctor? Nie. Niestety Doctor zajęty jest czymś innym. Instytut Torchwood najwyraźniej nadal tkwi w USA. Nawet Kapitan Brytania okazuje się nieosiągalny. Ale na szczęście dla londyńczyków, na miejscu są ludzie gotowi ryzykować życiem, by skopać kilka kosmicznych tyłków. Oto oni:
Uzbrojeni w pałki, kije, fajerwerki i obowiązkową katanę, nasi młodociani bohaterowie ruszają do walki i jest to walka naprawdę widowiskowa i zapadająca w pamięć.

To dzielnica bloku, a nikt nie zadziera z blokiem, kumasz?
Najsilniejszym punktem filmu, są zdecydowanie bohaterowie. Twórcy nie próbowali uczynić ich grzecznymi i sympatycznymi. W otwierającej scenie napadają oni bezbronną kobietę. Na dalszym etapie wykazują całkowity brak poszanowania i zrozumienia dla czegokolwiek, co wiąże się z odpowiedzialnością i normami społecznymi.
To młodzi, pozbawieni perspektyw chuligani, którzy spędzają czas paląc trawkę, grając na Xboxie i napadając ludzi. Szacunek zdają się przejawiać tylko dla uzbrojonego gangstera. Ich język i styl bycia w filmie jest całkowicie przekonujący i realistyczny. Co za tym idzie, to ci faceci na widok których większość ludzi przechodzi na drugą stronę ulicy, w obawie, że go pobiją i oplują. Koszmar każdego nauczyciela czy przedstawiciela służb porządkowych. I to wywołało w Anglii wiele kontrowersji. Film oskarżono o gloryfikowanie młodocianych przestępców. Osobiście nie mogę się z tym zgodzić. Ten film ich nie gloryfikuje, jedynie przedstawia jako ludzi. Prawdziwych, realnych młodych ludzi (którzy przypadkiem walczą w hordą kosmitów). Bez ubarwiania i moralizatorstwa. Równie dobrze można stwierdzić, że Gra o Tron gloryfikuje bandytów i gwałcicieli, którzy wylądowali w Nocnej Straży.

Są kurduplowate, ślepe i na dodatek dostają wpierdol od gówniarz.
Nasi bohaterowie nie są więc sympatyczni, ale są na tyle interesujący, by łatwo się do nich przywiązać. Zwłaszcza Moses, przywódca bandy, stoicki i poważny, kojarzył mi się z młodym Denzelem Washingtonem (w tych filmach, w których gra on twardziela i jest faktycznie dobry). Podczas trwania filmu nasi bohaterowie uciekają przed policją, uzbrojonymi gangsterami i kosmitami. Kradną radiowóz, wysadzają część bloku, wypalają sporo trawki i ogólnie robią wszystko, co konieczne, by przetrwać noc ze stylem.
Ogólnie Attack the Block to szybki, pełny akcji film, z mocnym językiem, wstrętnymi kosmitami, masą pościgów, szalonych akcji i wspaniałym klimatem. Który równocześnie ma coś więcej. Dodaje pewien komentarz na temat stosunków społecznych współczesnego blokowiska. I co najważniejsze, komentarz ten jest nienachalny, pozbawiony moralizatorstwa. Nie potrzebuje go. Wystarczy, że pokazuje jak jest. Film naprawdę godny polecenia i, co tu dużo mówić. Po prostu zajebisty.

 

wtorek, 14 lutego 2012

Battle Royale, czyli najbardziej sadystyczna z gier

Dziś, z okazji walentynek, odrobina romantyzmu. Ale o tym w sumie dopiero pod koniec. A póki co, kolejne dzieło azjatyckiego kina, tym razem:
Batoru Rowaiaru, znany lepiej jako Battle Royale. Film niezwykły, film mocny, film przede wszystkim wstrząsający. Podobnie jak Oldboy, którego omawiałem niedawno, z tą różnicą, że tam gdzie Oldboy uderzał cię w jednej, kulminacyjnej scenie, BR okłada cię bodźcami na całej swojej długości. Ten film roi się od pamiętnym, ociekających emocjami i dramatyzmem scen, wszak cała fabuła jest jedną z najbardziej emocjonujących i dramatycznych jakie znam. Nadmienię jeszcze, że film ten znalazł się na pierwszym miejscu listy 20 najlepszych filmów od 1992 roku według Tarantino

Reforma edukacji wg Japończyków 
Fabuła BR jest dosyć dziwna i naciągana, ale to nieważne, stanowi ona jedynie pretekst, do opowiedzenia tej historii. Zasadniczo sprowadza się do tego, że społeczeństwo japońskie stanęło na krawędzi. Nastolatki wymknęły się spod kontroli, a system edukacji zawiódł na całej linii. W odpowiedzi, rząd postanowił urządzić najbardziej sadystyczny reality show w dziejach. Jak wspomniałem, nie ma w tym zbyt dużo sensu, ale to nieistotne. Co się liczy, to sytuacja która wynika z tej historyjki. Tytułowe Battle Royale, gra na śmierć i życie.

Gra
Wyobraź sobie następującą sytuację: Zostajesz uwięziony na opuszczonej wyspie razem ze swoimi przyjaciółmi, najbliższymi ci ludźmi, których znasz od lat i spotykasz niemal codzienni. Widzisz ich? Teraz wyobraź sobie, że macie trzy dni, by nawzajem się pozabijać. Po tym czasie może zostać tylko jedno z was, inaczej zginął wszyscy.
Ale to twoi przyjaciele prawda, nie możesz ich po prostu zabić. Musi być inne wyjście, jeśli tylko się zatrzymacie i obgadacie sprawę, coś się wymyśli... Ty tak myślisz. Ale czy oni? Czy nie ma wśród nich nikogo, kto mógłby się złamać i was pozabijać. Na pewno ktoś jest, tylko kto? Komu z nich możesz ufać? Czy komukolwiek? Oni cię zabiją! Musisz się bronić. To fakt! Pozostałym nie wolno ufać, zabiją cię, jeśli dasz im okazję. Musisz być szybszy, lepszy. Musisz zamordować wszystkich, których kochasz!
W takiej właśnie sytuacji lądują główni bohaterowie Battle Royale. Uczniowie jednej klasy licealnej, która wytypowana została do tej edycji gry. Zostają porwani przez wojsko i wywiezieni na opuszczoną wyspę. Tam przedstawiciele rządu zakładają im na szyje specjalne obroże, wyposażone w GPS, urządzenie mierzące puls oraz odpowiednią ilość materiału wybuchowego, by rozerwać gardło na strzępy. Po krótkich wyjaśnieniach, każdy dostaje plecak z zapasami, mapą wyspy i przypadkową bronią (może to być karabin maszynowy, a może pokrywka od garnczka), po czym wszyscy ruszają w drogę. Jeśli po upływie trzech dni, więcej niż jedna osoba będzie miała puls, wszystkie obroże wybuchną.

Łowcy i ofiary
Postawiony w takiej sytuacji, każdy reaguje inaczej. Jedni odmawiają gry i popełniają samobójstwo. Inni starają się jakoś przeżyć, połączyć w grupy, chronić tych najbliższych. Jeszcze inni próbują znaleźć wyjście, pokonać system. Trafiają się i tacy, którzy przyjmują nową sytuację, zdają się wręcz z niej cieszyć. W absurdalnym stanie całkowitego szaleństwa, wszystkie zasady tracą znaczenie. Moralność błyskawicznie traci jakiekolwiek znamiona obiektywności. Bo czy niemoralna jest chęć przetrwania? Walka o swoje? Rozpoczyna się racjonalizacja. Kogo nie lubię, kto jest zły, kto zabiłby mnie pierwszy, gdyby miał okazję? Czemu to akurat ja mam prawo przeżyć, czemu jestem lepszy? Reżyser z wspaniałym uporem przedstawia nam naprawdę szerokie spektrum reakcji. Pokazuje różne drogi radzenia sobie z sytuacją, wybierane przez kolejne z wielu postaci. Co ciekawe nawet postacie zdawałoby się pozytywne, powoli dają się pożreć paranoi, strachowi, pierwotnym instynktom. Jest w tym filmie scena, chyba najlepsza i najbardziej szokująca, która pokazuje, jak szybko i łatwo sytuacja może wymknąć się spod kontroli, pod wpływem strachu i stresu wynikających z sytuacji, z którą nie sposób sobie poradzić. Jak błyskawicznie najlepsi przyjaciele mogą się stać śmiertelnymi wrogami. A zwykła rozmowa, zmienić w istną rzeź. I myślę, że o tym przede wszystkim jest ten film. O ludziach w absurdalnie trudnej sytuacji i tym, jak długo zdołają w niej zachować człowieczeństwo.
Nadmienię, że moimi dwiema ulubionymi postaciami są zdecydowanie prowadzący grę nauczyciel i dziewczyna z sierpem. Główne czarne charaktery (jeśli można tu takie wskazać) i równocześnie postacie o najciekawszej dla mnie motywacji (trzecie miejsce dałbym facetowi z GPSem, po prostu nie potrafię nie czuć sympatii do jego postaci).

Rzeź
Film, jak przystało na produkcję japońską, ma dosyć specyficzną estetykę. Niektórych mogą razić fontanny ewidentnie sztucznej krwi, przesadnie teatralne okazywanie emocji przez postacie i ogólna kiczowatość wielu scen. Dla mnie potęgują one siłę tego filmu. Począwszy od absurdalnej sceny z radosną prezenterką telewizyjną tłumaczącą reguły gry, jak gdyby była to część kolejnego idiotycznego teleturnieju, jakich w Japonii dostatek. Poprzez dziwaczne fryzury postaci (facet z najbardziej absurdalnymi włosami jest największym twardzielem), wszechobecne mundurki szkolne i wreszcie obraz powyżej. Wszystko to dokłada w moich oczach do dziwacznego, oderwanego od realizmu klimatu filmu, który zabiera nas razem z bohaterami  w paszczę szaleństwa.

All you need is love
I ktoś w tym momencie spyta, co z tym wspomnianym romantyzmem? Otóż jest. Jako, że prawie wszystkie postacie w filmie są nastolatkami, miłostki odgrywają ważną rolę w fabule i dialogach. Momentami wręcz wydaje się dziwnym, jak dużo czasu bohaterowie spędzają wyznając sobie miłość, lub żałując, że zabili kogoś, w kim się podkochiwali. Ale najważniejsze, że miłość jest główną motywacją dla co najmniej kilku istotnych postaci. Potrzeba ochraniania drugiej osoby i gotowość poświęcenia się dla niej, nawet w tak straszliwej sytuacji jest poważną i właściwie chyba jedyną przeciwwagą, dla pierwotnego instynktu przetrwania. I to czyni ten film naprawdę romantycznym. Ostatecznie bądźmy szczerzy, trwanie w związku jest nieporównywalnie trudniejsze, kiedy naprawdę musisz się bać, że ta druga osoba właduje ci kulę w głowę.

Battle Royale to jeden z najlepszych azjatyckich filmów jakie widziałem. Jest szokujący, zaskakujący, zmuszający do refleksji i mimo to nadal pełen akcji. Czego chcieć więcej?

czwartek, 9 lutego 2012

Oldboy, czyli zemsta w wersji azjatyckiej

Dzisiaj (i w następnym wpisie) odrobina Azji. Dwa niezwykłe filmy, jeden Koreański, drugi Japoński. Zacznijmy od tego pierwszego:
Oldboy (2003) to koreańska produkcja, na podstawie japońskiej  mangi Old Boy. Film opowiada historię zemsty. Zemsty okrutnej, bezwzględnej i szokującej... ale po kolei.
Głównym bohaterem Oldboya jest Dae-Su Oh, przeciętny człowiek, który pewnego dnia zostaje porwany i bez żadnego wyraźnego powodu uwięziony w jednym pokoju na 15 lat. W tym czasie za jedynego towarzysza ma telewizję i myśli o zemście. Kiedy wreszcie zostaje uwolniony, nie zostają mu udzielone żadne wyjaśnienia. Po prostu zasypia w swoim pokoju i budzi się na wolności. Od tego momentu jego jedynym cele staje się zemsta na oprawcach oraz zdobycie odpowiedzi na jedno pytanie, które nie przestaje go dręczyć: Dlaczego?
W tym punkcie zaczyna się gra pomiędzy głównym bohaterem a jego przeciwnikiem. Gra niebezpieczna, szalona i nieuchronnie prowadząca do ujawnienia pełnego planu antagonisty, co stanowi chyba najbardziej zaskakującą i szokującą scenę, jaką zdarzyło mi się zobaczyć na ekranie.
Oldboy to zdecydowanie kino akcji, choć nie ma w nim zbyt wiele scen akcji. Główny bohater świetnie radzi sobie zarówno z pięściami, jak i ze słynnym, kultowym już niemal młotkiem. Co prawda pojawia się jedna, naprawdę mistrzowsko zrobiona sekwencja przebijania się protagonisty przez korytarz pełen bandytów, ale poza tym sceny walki są raczej oszczędne. Nie zajmują czasu, który reżyser lepiej wykorzystał na budowanie fabuły i świetną grę aktorską Min-Sik Choia. Ten zresztą jest wręcz hipnotyczny w roli człowieka nie mającego nic do stracenia, niemal szalonego z powodu swoich przeżyć.
Oldboy to film naprawdę niezwykły, mocny, szokujący, ale nie pozbawiony też humoru. Są w nim wprawdzie fragmenty trudne do zrozumienia, dla zachodniego odbiorcy, zaś samo zakończenie pozostawia w stanie dosyć sprzecznych emocji, ale zdecydowanie nie osłabia to doświadczenia. Mamy tu do czynienia z prawdziwą ucztą filmową. Istnym mistrzostwem zemsty i szaleństwa.

Następnym razem, z okazji walentynek, jeden z najromantyczniejszych filmów jakie znam. Wspaniała historia młodocianej miłości wśród japońskich licealistów: Battle Royale!

środa, 7 grudnia 2011

Sharpe, czyli Sean Bean żyje!

Here's forty shillings on the drum
For those who'll volunteer to come
To 'list and fight the foe today.
Over the hills and far away.

O'er the hills and o'er the main.

Through Flanders, Portugal and Spain.
King George commands and we obey.
Over the hills and far away. 



Dzisiaj niezwykła seria filmów telewizyjnych. I nie dlatego, że filmy są świetne (a są), ale dlatego, że filmów jest w sumie 16 i we wszystkich głównym bohaterem jest postać, którą gra Sean Bean. A to oznacza, że mamy do czynienia z co najmniej 15 filmami, które kończą się z postacią Seana nadal wśród żywych!


When duty calls me I must go
To stand and face another foe.
But part of me will always stray
Over the hills and far away. 



Seria powstawała głównie w latach 93 - 97, z dwoma ostatnimi filmami nagranymi  w latach 2006 i 2008. Fabuła śledzi losy Richarda Sharpea (Sean Bean), żołnierza w armii brytyjskiej, służącego w Portugalii podczas wojen Napoleońskich. W otwierającej scenie pierwszego filmu (Sharpe's Rifles), nasz bohater ratuje życie dowódcy brytyjskich wojsk, za co zostaje awansowany na porucznika i postawiony na czele dosyć niezdyscyplinowanej bandy strzelców wyborowych. Przez kolejne 14 filmów Sharpe i jego towarzysze przemierzają cały szlak bojowy z Portugalii, aż pod Waterloo. Zaś ostatnie dwa filmy przenoszą nas w czasie o kilka lat do przodu, i pokazują przygody Sharpea w Indiach. Same poszczególne części różnią się od siebie zarówno fabułą, jak i klimatem. Z jednej strony mamy poważne historie wojenne w stylu Sharpe's Company (mój osobisty ulubieniec) i Sharpe's Waterloo, z drugiej typowe opowieści awanturnicze, takie jak Sharpe's Gold czy Sharpe's Revenge. Większość z nich jest jednak gdzieś po środku, łącząc wartką akcję z prozą żołnierskiego losu. 
O'er the hills and o'er the main.
Through Flanders, Portugal and Spain.
King George commands and we obey.
Over the hills and far away. 


Historia Shapea jest długa, pokrętna i pełna postaci. Z jednej strony każdą część można oglądać jako osobny film, z drugiej wiele wątków i postaci przewija się dosyć regularnie. Przykładem może być postać nadętego brytyjskiego szlachcica, Simmersona, czy francuskiego arcy-szpiega majora Ducos, którzy obydwaj regularnie wchodzą Richardowi w drogę. Również ostatnich kilka części stanowi bardziej spójną całość. Pewnym zarzutem, jaki można mieć pod adresem serii jest nużąca czasami schematyczność. W praktycznie każdej części pojawia się jakiś nadęty, arystokratyczny dupek, który patrzy na głównego bohatera z góry, by ostatecznie okazać się zdrajcą, nieudacznikiem lub obydwoma tymi rzeczami na raz, by ostatecznie spotykać swój koniec z rąk protagonisty. Niemniej trzeba przyznać, że zwykle, kiedy już robi się nudno, kolejna część przynosi jakąś odmianą (najlepszym przykładem jest Sharpe's Regiment, który przenosi fabułę z linii frontu na pełne intryg salony londyńskiej arystokracji). Poza tym, jak stwierdził jeden z moich znajomych - "Żadna część nie jest zbyt długa, kiedy wiesz, że na końcu główny dupek zostanie upokorzony."

If I should fall to rise no more,
As many comrades did before,
Then ask the fifes and drums to play.
Over the hills and far away.


Richard Sharpe to w mojej opinii najlepsza rola Seana Beana. Twardy, bezkompromisowy ale równocześnie zaradny i wykorzystujący każdą przewagę, jaką może zdobyć. Świetnie balansujący pomiędzy honorem a ambicją. Jak sam mówi, jego matka była dziwką, urodził się w burdelu, wychował w sierocińcu i ma nadzieję umrzeć w armii. Należy pamiętać, że mamy tu do czynienia z czasami, kiedy oficerowie byli niemal wyłącznie szlachcicami, co za tym idzie, awansowany za zasługi Sharpe staje w dosyć dziwnej roli. Inni oficerowie patrzą na niego z góry, żołnierze go lekceważą i wszyscy są zdania, że nie jest on prawdziwym oficerem, za to prawdziwym bydlakiem. Dodatkowo sam Richard musi nawigować między przyzwyczajeniami prostego żołnierza a obowiązkami oficera, od którego wszak oczekuje się, by był gentlemanem, zabawiał damy rozmową i godnie prezentował się w mundurze. By zdobyć możliwość dalszego awansowania, nasz bohater znajduje sobie własną niszę w postaci misji niemożliwych. Odbijanie porwanych dam, odnajdywanie zaginionego złota konkwistadorów,  chwytanie francuskich szpiegów i zdobywanie twierdz na tyłach wroga. Oto misje dla Sharpea i jego oddziału. A nie jest to oddział byle jaki.
Począwszy od Irlandczyka z wielolufowym karabinem (po prawej), skończywszy na poecie snajperze. Strzelcy Wyborowi Sharpea to iście Warhammerowa zbieranina starych wojaków i byłych kryminalistów, których łączy fakt, że potrafią wystrzelić 3 - 4 razy na minutę i rzadko kiedy pudłują.
Jeśli chodzi o pozostałe pojawiające się postacie, to jest ich za dużo, by wymieniać. Więc dodam jeszcze, że w jednej z części, Sean ma okazję zemścić się na Jamesie Bondzie za Goldeneye (w prawdzie nie tym Bondzie co trzeba, ale zawsze to coś).

Then fall in lads behind the drum,
With colours blazing like the sun.
Along the road to come-what may.
Over the hills and far away.


Jeszcze by być konkretnym, lista tytułów. Prawdę powiedziawszy, każdy z filmów zasługuje pewnie na osobną recenzję, ale na razie mósi wystarczyć to:
1. Sharpe's Rifles
2. Sharpe's Eagle
3. Sharpe's Company
4. Sharpe's Enemy
5. Sharpe's Honour
6. Sharpe's Gold
7. Sharpe's Battle
8. Sharpe's Sword
9. Sharpe's Regiment
10. Sharpe's Siege
11. Sharpe's Mission
12. Sharpe's Revenge
13. Sharpe's Justice
14. Sharpe's Waterloo
i dwie nowsze
15. Sharpe's Challenge
16. Sharpe's Peril

W ogólnym rozrachunku filmy prezentują różny poziom. W mojej pamięci najmocniej zapisały się 4 pierwsze, choć to głównie kwestia zachłyśnięcia się nowością. Z późniejszych najmilej wspominam Sharpe's Regiment i Sharpe's Waterloo, podczas gdy dwa najnowsze tytuły nie zdołały zdobyć mojej sympatii. Gdybym miał oceniać serię jako całość, ocena byłaby pewnie w okolicach 8.










piątek, 27 maja 2011

Recenzja: 13 Assasins (Jûsan-nin no shikaku), czyli trochę kina samurajskiego


 
Zacznę od tego, że film mi się naprawdę podobał. Kolejne sceny przechodziły dla mnie z dobrych w coraz lepsze. Druga połowa filmu trochę popsuła efekt, czegoś w niej brakowało, ale samo zakończenie było cudowne. Ogólnie, zdecydowanie film był według mnie bardzo dobry.

„Ci, którzy cenią swe życie, umierają niegodną śmiercią.”
Film zaczyna się od sceny seppuku, popełnianego w ramach protestu, co jak dla mnie, jest doskonałym otwarciem dla historii samurajskiej. Następnie mamy kilka wyjaśnień. Nie wdając się w szczegóły, bo są one trochę zagmatwane, brat shoguna jest okrutnym szaleńcem i ktoś musi go powstrzymać. Do tej misji zostaje wybrany starzejący się samuraj, marzący o śmierci godnej wojownika. Zbiera on grupę gotowych na wszystko samurajów i razem przygotowują zamach na złego pana Naritsugu. Jako, że ten broniony jest przez całą armię wiernych strażników, misja ta jest oczywistym samobójstwem.

„Ilu dzisiejszych samurajów używało swych mieczy w prawdziwej bitwie? Ani oni, ani my.”
Akcja filmu toczy się w 1844 roku. Pod koniec epoki Edo. Zaledwie dwadzieścia trzy lata przed rewolucją. W okresie tym, prawdziwych samurajskich wojowników było jak na lekarstwo, co świetnie ukazuje ten film. Nie dość, że usprawiedliwia to, w jaki sposób nasi bohaterowie (wyselekcjonowani spośród najlepiej wyszkolonych wojowników) są w stanie masakrować wrogów z taką łatwością, to jeszcze dodaje ciekawy wątek. Główni bohaterowie, to postacie z poprzedniej epoki. Urodzenie w nie swoich czasach, pragnący chwały swoich przodków i nie mogący się zadowolić spokojem i bezpieczeństwem. Ludzie, którzy faktycznie woleliby żyć w ciekawych czasach. Tym sposobem, film poniekąd pokazuje koniec kultury samurajskiej. Ostatnie przebłyski chwały, przed ostatecznym upadkiem. Lecz nie jest to prawdziwa chwała, taka o której śnią młodsi z bohaterów.

„Rzeź.”
Film jest bardzo... wyrazisty wizualnie. Tak, to chyba dobre określenie. Inaczej można by powiedzieć, że krew momentami dosłownie chlustała z ekranu. Taa, w tym filmie jest duuuużo krwi, i to nawet jak na samurajskie standardy (ahh, ta fontanna krwi na końcu Sanjuro). Do tego jest tu błoto. To chyba dwie rzeczy, które najbardziej kojarzą mi się z tym obrazem, krew i błoto. Zabijanie w tym filmie nie jest czyste i eleganckie, to pewne i ważne, biorąc pod uwagę ile go jest. Spora część filmu to jedna wielka scena bitwy, pełna mniejszych i większych sekwencji pojedynków. Przyznaję, że większość z nich zlewa się w jedno. Oczywiście kilka scen zdecydowanie wybija się z tłumu. Niesamowita sekwencja z mieczami powbijanymi w ziemię, finałowa walka, sceny śmierci niektórych postaci. I wybuchy. Chyba nigdy nie widziałem samurajskiego filmu z taką ilością eksplozji. Jak dla mnie bomba.

„Te wasze samurajskie burdy, to ubaw po pachy.”
Jak wspomniałem, powiedzieć, że w tym filmie trochę się walczy, to jak powiedzieć, że w „Helikopter w ogniu” trochę się strzela. I wiele z tego to widowiskowe sekwencje akcji, ale moją uwagę przykuło coś jeszcze. Ta walka nie jest honorowa i szlachetna. W jednej ze scen pada stwierdzenie, że na honor jest miejsce w dojo, a na polu bitwy używasz wszystkiego co masz pod ręką. Zabijasz wroga rękoma i kamieniami, jeśli nie ma nic innego. Używasz każdej możliwej sztuczki. I tak właśnie to tu wygląda. Jedna z moich ulubionych scen, przedstawia sytuację, w której mistrz miecza, cały pokryty krwią i błotem tłucze jakiegoś przeciwnika kamieniem, dusi go, okłada pięściami. Desperacko próbuje wytłuc życie z przeciwnika, zanim sam całkowicie opadnie z sił. I nagle okazuje się, że całe to gadanie o chwale jest nic nie warte na prawdziwym polu bitwy. I śmierć bohaterów wydaje się równie bezsensowna i brzydka, jak ich przeciwników. No, może z tą różnicą, że naszych 13 faktycznie ma twarze, podczas gdy przeciwnicy ginął anonimowo (i dosyć masowo, ale jestem ostatnią osobą, która może się czepiać masowo padających, bezimiennych mobów).
I samo zakończenie również wydaje się mało satysfakcjonujące w tym względzie. SPOILER! W ostatecznym rozrachunku, po tym wszystkim, zamordowali jednego człowieka. Nie zagrały trąby, nie było żadnej podniosłej muzyki. Tylko błoto, krew i trupy. O tym zakończeniu można powiedzieć wiele, ale na pewno nie było w nim patosu czy chwały. KONIEC SPOILERA! Więc, mimo pozornie patosowej otoczki, ten film ostatecznie nie ma w sobie dużo patosu. I mi osobiście podobało się to o wiele bardziej, niż absurdalnie przesadzone zakończenie Ostatniego Samuraja (wiecie, że historycznie, samuraje przegrali tamtą finałową bitwę, bo skończyły się im NABOJE do muszkietów i armat w które byli uzbrojeni).

„Nie lubię miast, w których roi się od samurajów.”
W ostatecznym rozrachunku, ten film naprawdę mi się podobał, uderzył dla mnie we wszystkie właściwe struny. Walki jest dużo, ale nie nudzi. Fabuła nie jest skomplikowana, ale trzyma poziom. Postacie zaznaczono dosyć wyraźnie, mimo ograniczonego czasu. A sam film roi się od świetnych, klasycznych samurajskich wątków. Moim ulubionym był chyba motyw starego przyjaciela głównego bohatera. Honorowego samuraja wiernie służącego głównemu czarnemu charakterowi. Prawdziwe uosobienie najważniejszej samurajskiej cnoty. Szczerze mówiąc, chyba jedyne, czego brakuje temu filmowi, to Toshirō Mifune :D .