sobota, 5 maja 2012

Warhammer RPG dla początkujących, czyli wprowadzenie do systemu

Warhammer, jeden z pierwszych systemów RPG wydanych w Polsce. Pierwszy system dla wielu graczy (wliczając piszącego to) i przez wiele lat najczęściej grany system w tym kraju. Świat Warhammera opisano w książkach, grach komputerowych, planszowych, karcianych i oczywiście, bitewnych. Do tego dochodzi oczywiście Warhammer 40K będący pokrewnym uniwersum, utrzymanym w klimacie specyficznego sf. Ale to wszystko nie będzie teraz istotne, ponieważ ten tekst skupi się na Warhammer RPG i wersji tego świata prezentowanej głównie przez drugą edycję gry.

Ponury świat niebezpiecznej przygody.
Wrahammer to system dark fantasy, umieszczony w realiach przypominających XVI wieczną Europę  (przynajmniej w Imperium). To co charakterystyczne dla Młotka, to fakt, że gracze nie wcielają się tu w rolę herosów. Zamiast tego, klasyczne postacie do Warhammera to przeciętni ludzie, rzemieślnicy, chłopi, banici i porywacze zwłok, którzy w taki czy inny sposób znaleźli się w niezwykłych sytuacjach. To dosłownie historia o zwykłych mieszkańcach światów fantasy.
Rozwój postaci opiera się tu na systemie profesji. Jest ich ponad sto i zawierają najróżniejsze możliwości. I tak mamy bardziej klasyczne możliwości w stylu czarodzieja, rycerza czy kapłana. Ale z drugiej strony większość profesji stanowią bardziej przyziemne zawody w stylu: szczurołap, śmieciarz, ciura obozowa, rybak, cyrkowiec, służący, rzezimieszek czy cyrulik.
Przykładowe profesje
Oczywiście jak wspomniałem, są i bardziej typowe dla fantasy profesje. Można więc grać elfickim magiem, krasnoludzkim wojownikiem, niziołczym złodziejaszkiem czy wreszcie rycerzem, wyjętym wprost z legendy arturiańskiej. Przy dłuższej grze, lub zaczynając na wyższych "poziomach", można zostać łowcą wampirów, arcymagiem, fechmistrzem czy nawet zabójcą demonów (o nich później). Niemniej jest to rzadkie, wymaga długiej gry, lub kampanii nastawionej na heroizm i zwykle wiąże się ze sporą ilością chorób psychicznych (tak, w mechanice istnieją Punkty Obłędu, mierzące powolny upadek twojej postaci w szaleństwo).
Herosi Starego Świata
Niemniej przeciętna drużyna składa się z tych bardziej przyziemnych postaci i co za tym idzie bardziej przyziemnych przygód. Tu gracze nie ratują świata, są zwykle zbyt zajęci ratowaniem własnych tyłków. Przeciętne sesje dotyczą raczej sytuacji w których postacie graczy, mieszają się do rozgrywek w półświatku, przypadkiem trafiają na intrygę złego kultu, zostają wynajęci przez ekscentrycznego szlachcica, by ukraść pewien tajemniczy przedmiot, lub muszą uciekać przed inkwizycją, kiedy ów przedmiot okaże się być przeklętym. Nie ma tu za dużo miejsca na epicki heroizm, choć moim zdaniem jest sporo miejsca na bardziej przyziemny heroizm. Zwłaszcza jeśli stosuje się zasady Jesiennej Gawędy (co osobiście polecam).


Imperium, twoja ojczyzna
Świat Warhammera jest spory i skomplikowany. Nie sposób nie dostrzec w nim również podobieństwa, do naszej własnej ziemi. Oczywiście sam RPG nie opisuje całej planety, koncentruje się raczej na obszarze zwanym Starym Światem, odpowiadającym naszej Europie. A konkretnie na małych skrawku ziemi, znanym jako Imperium (mniej więcej w miejscu, gdzie powinny być Niemcy).
Oczywiście, kraina tak ponura nie mogła być oparta na innym państwie.
Imperium podzielone jest na kilka prowincji, które wszystkie działają niczym osobne państwa i regularnie toczą ze sobą większe i mniejsze wojny, ale razem trzyma je razem tradycja, historia i niechęć do wszystkich którzy nie są częścią Imperium (cholerni Bretończycy). Jasne, można powiedzieć, że mieszkańcy tego uroczego państwa są ksenofobiczni, ale biorąc pod uwagę reali świata, bliższe prawdy jest stwierdzenie, że są po prostu rozsądni. Tu naprawdę masa rzeczy chce ich zabić, więc z obcymi lepiej być ostrożnym. Władcami poszczególnych prowincji są książęta elektorzy, którzy spośród siebie wybierają Imperatora, któremu teoretycznie wszyscy podlegają. Najważniejszymi sąsiadami Imperium są: Bretonia (państwo feudalne, utknęli w arturiańskiej wersji średniowiecza, większość czasu spędzają poszukując Graala i mówiąc po francusku), Kislev (szeroko pojęta słowiańszczyzna, piją wódkę, słuchają cara i szczują swoich wrogów husarią) i Norska (horda często zmutowanych wikingów, służą mrocznym bogom i uwielbiają rabować i gwałcić).
Sigmar Heldenhammer
Głównym bóstwem Imperium jest Sigmar Młotodzierżca. Zaczynał on jako pierwszy Imperator, założyciel Imperium i największy wymiatacz w dziejach świata. Za swoje zasługi w zabijaniu wszystkiego co się rusza, dostał od krasnoludów magiczny młot Ghal Maraz (Rozłupywacz Czaszek), będąc najpotężniejszym artefaktem w całym świecie (nazwa systemu zaczyna wreszcie mieć sens, co?). Sigmar był tak niesamowity, że wreszcie został bogiem (do dzisiaj trwają spory o tym, jak konkretnie do tego doszło) i to od razu głównym bogiem Imperium (i wojny). Drugim najważniejszym bóstwem jest Ulryk, bóg zimy i również wojny. Ulryka czczą głównie twardzi, tradycjonalistyczni ludzie z północnych prowincji, którym nie podoba się ten nowy bóg, za życia będący jedynie wybrańcem Ulryka (należy dodać, że nie są oni też ogólnie zbyt dużymi fanami cywilizacji, bo czyni ona ludzi słabymi). Obydwie religie są w stanie permanentnej niechęci, regularnie przeradzającej się w krwawe wojny religijne. Ponieważ Imperium nie jest dosyć ponurym miejscem bez tego.
I jeszcze jedno, w Imperium istnieje tylko jedna pora roku, Jesień (wyjątkiem są letnie susze niszczące plony i mroźne zimy podczas których dzieci umierają z zimna). 
No dobra, może trochę przesadzam. Warhammer nie jest zawsze przygnębiający i mroczny. To zwykle zależy od MG. Mi samemu zdarzało się grać sesje o bardzo komediowym, bądź heroicznym charakterze. Alle ogólnie, Imperium to zdecydowanie nie radosna kraina w stylu Śródziemna.

Cholerni nieludzie 
Poza ludźmi są jeszcze trzy inne grywalne rasy. Po pierwsze elfy. Szlachetne, długowieczne, potężne i całkowicie nie przystosowane do życia w świecie ludzi. Większość przemierzających Imperium elfów pochodzi albo z odległego Ulthuanu lub jednego z dwóch leśnych królestw znajdujących się w Starym Świecie (jedno leżące na terenie Imperium, drugie w Bretoni). Elfy to pradawna rasa, która władała Starym Światem na długo przed nadejściem ludzkości. Niestety po straszliwej wojnie domowej z Mrocznymi Elfami, większość ich społeczeństwa straciła wolę ekspansji. Elfy zadowalają się utrzymywaniem swoich pozycji i wspominaniem dawnej potęgi.
Niziołki podążają za ludźmi od zawsze. Kiedy powstało Imperium, niziołki już w nim były. Z czasem zdołały nawet otrzymać własną prowincję i głos w radzie elektorów. Kraina Zgromadzeń (bo tak nazywa się owa kraina) to najbardziej sielankowe miejsce w całym Starym Świecie. Przynajmniej kiedy nie atakują go wampiry, nieumarli czy inne potworności. W świecie niziołki słyną głównie jako złodzieje i kombinatorzy. Ciągle jedzą, świetnie gotują i wszędzie mają krewnych (nie chcesz zadzierać z niziołczą mafią).
Zabójca Trolli
Krasnoludy to najwięksi sprzymierzeńcy Imperium. Od czasu Sigmara kojarzeni są z przyjaciółmi. Zaopatrują ludzkość w broń palną i porządne pancerze. Pracują w kopalniach i gildiach. Po niziołkach są najczęściej spotykanymi nieludźmi w Imperium. Ala mają oni też swoją drugą stronę. Niegdyś dumna rasa chyli się ku upadkowi. Kolejne twierdze padają pod ciosami orków, kolejne terytoria tracone są regularnie. Rasa krasnoludów umiera. Proces ten zajmie jeszcze stulecia, ale jest nieunikniony. Coraz więcej młodych opuszcza twierdze i zamieszkuje wśród ludzi. Coraz więcej jest krasnoludów, urodzonych w ludzkich miastach, które nigdy nawet nie widziały twierdz. To szlachetna, uparta i wojownicza rasa. Nie stroniąca od alkoholu i wszelkich bogactw.
Szczególną i często spotykaną na gościńcach grupę wśród krasnoludów stanowią Zabójcy Trolli. To krasnoludy, które straciły honor. Teraz podróżują po świecie, często jako najemnicy lub łowcy przygód, w poszukiwaniu honorowej śmierci, która zmaże ich winy (najlepiej w walce z czymś dużym, jak Troll). Można ich rozpoznać po charakterystycznych irokezach. Nie noszą zbroi i nigdy nie cofają się przed wyzwaniem, nie są jednak szaleni. Ich śmierć ma być honorowa, nie głupia. Zabójcy którzy przeżyją wystarczająco długo i nie odnajdą godnego przeciwnika, stają się Zabójcami Smoków i wreszcie Demonów.

Chaos wszędzie, ciemność wszędzie
Chaos to najbardziej charakterystyczny element świata Warhammera. Potężna siła dążąca do spaczenia świata, pożerająca go kawałeczek po kawałeczku.
Chaos reprezentuje czterech bogów.
Khorn - pan rzezi, krwi i czaszek
Nurgl - władca rozkładu, chorób i deformacji
Slaanesh - bóg rozkoszy, perwersji i dewiacji
Tzeentch - wielki spiskowiec, pan magii i podstępu

Ci czterej bogowie władają zastępami demonów i kultystów, tocząc niekończącą się wojnę z całym światem i sobą nawzajem. Władza niszczycielskich potęg rozciąga się głównie nad Pustkowiami Chaosu. Olbrzymimi obszarami na północnym i południowym biegunach. To tereny gdzie prawa fizyki nie działają, ludzie są zmutowani a demony spokojnie mogą przemierzać świat materialny. Niestety terytorium to z każdym rokiem sięga coraz dalej, powoli rozlewając się na cały świat. Bogom chaosu się nie śpieszy, mają całą wieczność.
Czyż nie wyglądają sympatycznie?
Od czasu do czasu jakiemuś herosowi udaje się uzyskać przychylność wszystkich czterech bóstw. Zbiera wtedy olbrzymią armię demonów i wojowników chaosu i rusza do ataku na Stary Świat lub inną krainę przylegającą do Pustkowi.

Drugą stroną medalu są kulty chaosu. Tajne stowarzyszenia działające wewnątrz samego Imperium, często posiadające sporą władzę. Oczywiście wszystko zależy tu od boga któremu służą. Kultyści Khorna zwykle infiltrują kręgi wojskowe, choć ich celami zwykle jest po prostu doprowadzenie do jak największej rzezi. Nurgliści rekrutują się spośród wyrzutków społecznych i ofiar zarazy, pragnących przeżyć za wszelką cenę, na ogół ograniczają się do zatruwania studni i rozprzestrzeniania chorób. Slaaneshowcy to najczęściej rozpustni szlachcice i poszukujący inspiracji artyści, trudno w ich przypadku mówić o celach, poza odnajdywaniem coraz bardziej perwersyjnych sposobów spędzania czasu. I wreszcie słudzy Tzeentcha, wielkiego spiskowca. Z tymi jest najgorzej, można ich znaleźć wszędzie, wśród magów, polityków, kupców. Wszędzie, gdzie są ludzie ambitni i rządni władzy, można też znaleźć kultystów Wielkiego Spiskowca. Knują oni swoje zagmatwane intrygi i służą bogu, który potrafi układać swoje plany w rozłożeniu na stulecia.

Inne zagrożenia
Oczywiście Chaos to nie wszystko. W tym mrocznym świecie czai się również masa innych zagrożeń. By wymienić kilka najczęściej spotykanych:
Zwierzoludzie i mutanty - Bestie zrodzone z chaosu i często służące mrocznym siłom. Zamieszkują puszcze Imperium, żywiąc się zwierzyną, sobą nawzajem i (przede wszystkim) ludzkim mięsem. Zwierzoludzie żyją w stadach, rządzonych przez najsilniejszego osobnika. Mutanci kiedyś byli ludźmi, do czasu, aż na ich ciałach pojawiły się mutacje zesłane przez bogów chaosu jako klątwa lub nagroda dla wiernych sługów. Dodatkowe kończyny, macki i dziwne zdolności, wszystko to sprawia, że ludzie ci zostają zepchnięci poza społeczeństwo, ścigani i paleni na stosach, nie mają wyboru. Uciekają do lasów, dołączając do band i prędzej czy później stając się potworami służącymi bogom chaosu.


Orki i gobliny - zielonoskórzy wojownicy, przemierzający świat w prymitywnych plemionach, mordując, paląc i przede wszystkim, szukając porządnej walki. Gobliny to tchórzliwe stwory, atakujące zwykle bandą z ukrycia. Orki stawiają na brutalną siłę i niezwykłą wytrzymałość. Nie są zbyt inteligentne, nie mają strategii ani planu. One po prostu chcą komuś przywalić, najlepiej komuś dużemu i silnemu.








Wampiry i nieumarli - Istna zmora Starego Świata. Nieśmiertelni wampirzy władcy rządzący hordami nieumarłych sługusów. Tutejsi nieumarli to nie wrażliwcy z fetyszem na punkcie nastolatek. Wampiry z Warhammera to naturalni drapieżnicy, ludzie to dla nich zwierzyna. Ich celem jest całkowita władza nad światem. Część ukrywa się pośród ludzi, knując swoje intrygi. Część przyjmuje bardziej bezpośrednią taktykę. Władają księstwem Sylvani z którego atakują na czele hord nieumarłych, próbując zniszczyć Imperium siłą militarną.

Skaveny - Podstępni szczuroludzie, ukrywający się w podziemiach świata. Mityczni władcy kanałów, używający dziwacznych, technologiczno - magicznych urządzeń, by podbić świat. Na szczęście ich zdradziecka, szczura natura sprawia, że częściej walczą ze sobą, niż z ludźmi. Co więcej, większość mieszkańców Imperium nie wieży nawet w istnienie Skavenów, uznając, że to tylko rodzaj zwierzoludzi zamieszkujący kanały. A nie osobny gatunek, do tego władający własnym,  wielkim podziemnym imperium.

Mroczne Elfy - Nazywani Druchii, ci kuzyni zwykłych elfów stanęli po stronie Wiedźmiego Króla Malekitha w czasie wojny domowej na Ulthuanie. Obecnie zamieszkują mroźną krainę Naggaroth, daleko na północy. Służą Khainowi, bogu skrytobójców i czasami Slaaneshowi. Obecnie najczęściej można ich spotkać jako korsarzy i łowców niewolników, atakujących wybrzeża Imperium z pokładów swoich olbrzymich Czarnych Ark.










Oczywiście to nie wszystkie zagrożenia, tak się składa, że w Warhammerze zwykle najgorszym i najokrutniejszym wrogiem, są inni ludzie.

Podsumowanie
Warhammer Fantasy Roleplay to gra ponura i pełna niebezpieczeństw. Jeśli ktoś szuka heroicznej walki ze złem i widowiskowych scen akcji, to raczej się zawiedzie. Jeśli woli ponury świat w stylu Gry o Tron czy Wiedźmina, to będzie miał więcej szczęścia. Dla mnie Warhammer pozostaje najlepszym systemem RPG jaki kiedykolwiek powstał. Mechanika jest łatwa i szybka, a świat barwny i pełen klimatu. Doskonały system zarówno dla początkujących, jak i doświadczonych graczy.

wtorek, 1 maja 2012

Game of Thrones, odc. 15: The Ghost of Harrenhal (2x05)

I oto nadeszła połowa sezonu. Ogólnie poprzedni odcinek zrobił na mnie większe wrażenie, ale trzeba przyznać, że ten był naprawdę treściwy. Byłem wręcz zaskoczony, że trwał on jedynie standardowe 50+ minut. Dużo informacji i jeszcze więcej ustawiania sceny i zamiatania po otwierającej odcinek scenie. Gra znów uległa zmianie i serial wyraźnie dąży teraz w kierunku finałowego starcia, kiedy zarówno Stannis jak i Tyrion szykują się na bitwę o Królewską Przystań. Ale nie wybiegajmy do przodu, jeszcze wszystko może się przecież zmienić (zwłaszcza z taką ilością odstępstw od książki). Do tego ewidentnie mieliśmy tu więcej magii.

Więc po kolei. Najważniejszy w tym odcinku był fakt, że wreszcie, po raz pierwszy w tym sezonie, mamy okazję zobaczyć RICKONA! On nadal tu jest i najwyraźniej w czasie kiedy go nie widzieliśmy, doskonalił sztukę łupania orzechów. Osobiście nadal twierdzę, że Rickon wygra w Grze o Tron, ponieważ wszyscy o nim zapomną i wymordują się nawzajem.

Tymczasem Tyrion znęca się nad Lancelem. Ahh, naprawdę mógłbym patrzeć na tą scenę dłużej. Nieważne czy robi to Robert czy Tyrion, upokarzanie Lancela po prostu nie przestaje mnie bawić.
Podoba mi się również fakt, że zachowano tekst o demonicznej małpie. W książce niewdzięczność pracy Tyriona była dosyć istotna i cieszę się, że serial też zaczyna dawać to do zrozumienia.
I wreszcie piromanta Hallyne. Grający go Roy Dotrice miał pierwotnie grać Arcymaestra Pycella, ale niestety rozchorował się przed rozpoczęciem zdjęć. Poza tym, sam aktor jest bliskim znajomym Georga Martina, przez co, między innymi, jest on głosem czytającym książkę w większości audiobooków. Scena sama w sobie była świetna. Zwłaszcza komentarze Bronna odnośnie bitew. Zdecydowanie za mało jest go w tym serialu. Poza tym, pokazuje to wyraźnie nowy kierunek dla fabuły. Stannis szykuje plany ataku na stolicę, Tyrion po raz pierwszy wyraźnie szykuje się do obrony. Do tej pory sezon zdawał się zmierzać donikąd, dopiero śmierć Renlyego narzuciła kierunek i tempo, podobnie jak atak Jaimego na Neda sezon wcześniej.

Tymczasem Arya spotyka dżina, który obiecuje jej spełnić trzy życzenia. Niestety całość ma miejsce w Westeros, więc dżin jest byłym skazańcem, a życzeń można użyć tylko do zabijania ludzi. Zgaduję, że pewnie mogło być gorzej. Przynajmniej w międzyczasie, Arya ma okazję posiedzieć z Tywinem i muszę przyznać, że to jak na razie chyba najlepsza zmiana w stosunku do książek. Ich wymiana zdań była świetna, podobnie jak wzajemne spojrzenia po tym, jak Arya stwierdziła, że każdego da się zabić. Ten serial zdecydowanie potrzebuje więcej Tywina.

Islandia wygląda pięknie. Kręcone tam ujęcia wyglądają wspaniale. Wprawdzie w książkach Pięść Pierwszych Ludzi opisana była zupełnie inaczej, ale to nic, ta wersja robi większe wrażenie. Choć powiem szczerze, że panująca na zewnątrz temperatura znacząco utrudnia mi wczucie się w sytuację Jona i jego towarzyszy. Z innych obserwacji, ciekawe, że Qhorin Półręki jest jedynym istotnym członkiem Nocnej Straży, który wpadł na pomysł, by ubrać czapkę! Nic dziwnego, że w książkach regularnie pojawiali się Strażnicy, którzy stracili uszy z powodu odmrożeń.

Smok, księżniczka, czarnoksiężnik i banda Dothraków wchodzą do baru... No cóż, miło zobaczyć smoki i odrobinę magii, ale bardziej ciekawi mnie, co dalej. Xaro z serialu zdecydowanie nie jest swoim odpowiednikiem z książki. Podobnie wątek Qarth zdaje się nie odpowiadać swemu pierwowzorowi. Nie uważam tego za nic złego, wręcz przeciwnie, wątek ten w książkach był raczej nudnawy, poza ostatnimi dwoma rozdziałami, niemniej ciekawi mnie, jak go poprowadzą i co stanie się dalej. To miłe uczucie, nie wiedzieć co się stanie w tej historii. I magia, okazuje się, że nadal oglądamy serial fantasy, czasami łatwo o tym zapomnieć.

Another One Bites The Dust: 
RIP Król Renly Baratheon Pierwszy Tego Imienia. Zabity przez Cienistego Zabójcę. Szkoda, zawsze lubiłem Renlego i muszę przyznać, że uważałem go za najlepszego potencjalnego króla, spośród tych którzy bezpośrednio biorą udział w wyścigu. Jego orientacja seksualna, sugerowana w książkach i wyraźnie pokazana w serialu, wywoływała sporo kontrowersji. Ostatecznie był chyba pierwszym homoseksualnym królem w historii telewizji. Osobiście zapamiętam go głównie ze sporu z Robertem podczas polowania w pierwszym sezonie i negocjacji ze Stanisem w poprzednim odcinku. Tak czy inaczej, dobra, ważna postać i świetny zwrot akcji.

Ogólnie był to solidny odcinek. Ten sezon zdecydowanie jest lepszy od pierwszego i liczę, że przed zakończeniem będzie jeszcze lepszy.

Przypadkowe przemyślenia:
- Czy mi się zdaje, czy jedyna obnażona klatka piersiowa w tym odcinku należała do Gendrego? Czy to czyni The Ghost of Harrenhal pierwszym pozbawionym erotyzmu odcinkiem Gry o Tron? Na pewno pierwszym w tym sezonie.

- Okazuje się, że wrota do skarbca Xaro, które otworzyć można tylko medalionem, naprawdę działają. Niby mała rzecz, ale przywiązanie do szczegółów ekipy odpowiedzialnej za rekwizyty znów mnie zaskoczyło.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Game of Thrones, odc. 14: Garden of Bones (2x04)

Dobra, tym razem zacznijmy od zakończenia... WTF!?!?!?!?
Dobra, wiedziałem z książek, co nadchodzi, ale nie spodziewałem się, że scena ta będzie, AŻ tak graficzna. Wow. A już miałem narzekać, że zakończenia odcinków w tym sezonie są mało szokujące. Wow! Więc już wiemy, skąd wziął się Smoke Monster z Lost. Choć nadal nie przekonuje mnie stwierdzenie Melisandry, że cienie są sługami boga światłości.

Tymczasem Joff jest sadystycznym dupkiem, co samo w sobie nie jest niczym nowym. Niemniej, zwróćmy uwagę jak bardzo podniecało go rozkazywanie Ros, by biła tą drugą prostytutkę. To rzuca nowe światło na te wszystkie sceny, kiedy Joff każe gwardzistom bić Sansę.

Tyrion po raz kolejny jest świetny we wszystkim co robi, więc tu nic nowego.

Tymczasem Littlefinger odwiedza starych znajomych i... Co ma na sobie Margaery?  Serio, ta krogańska suknia wygląda dziwacznie. I jest niebezpieczna! Gdyby zaczął padać deszcz, wokół głowy zrobiłoby się jej jeziorko. Biedaczka mogłaby się utopić. No dobra, może przesadzam ale nadal ta suknia jest dziwaczna.

I dostaliśmy dwie nowe lokacje:
Harrenhal wygląda trochę inaczej, niż się spodziewałem, ale i tak jest zajebiste. Posępne zamczysko, pełne zbirów. Trochę zdziwiłem się, że twórcy nie zadali sobie trudu wyjaśnienia, czym jest Bractwo, ale w sumie postacie też na tym etapie jeszcze tego nie wiedzą. I Tywin jednym spojrzeniem przejrzał przebranie Aryi. Dokładnie tego oczekiwałem po najinteligentniejszym z Lannisterów. I uczynił Aryę swoją służącą, co jest ciekawym odstępstwem od książki, ale potencjalnie może prowadzić do kilku genialnych scen. Swoją drogą, ciekawe, że w tym odcinku aż dwa razy mamy sceny w których Lannisterowie przybywają na ratunek Starkom. Najpierw Tyrion ratuje Sansę, a później Tywin Aryę. Co się dzieje z tą wojną?

I Dany dotarła do Qarth. Muszę przyznać, że miasto wygląda widowiskowo. Naprawdę widać wzrost budżetu w tym sezonie. I od razu kilka ciekawych nowych postaci. Podobało mi się, że twórcy faktycznie wyjaśnili, czemu Xaro jest najwyraźniej jedynym murzynem w mieście. I Pyat Pree wygląda niesamowicie (ten wysoki, chudy facet o twarzy Nosferatu).

Na koniec wrócę jeszcze do sceny otwierającej, gdzie usłyszeliśmy widowiskową bitwę. Już nie będę się tego czepiał, bo liczę, że końcówka sezonu da nam dosyć scen batalistycznych za cały sezon. Ale ciekawe, że dwaj przypadkowi żołnierze Lannisterów wiedzą o upodobaniach Renlyego. W książce to była powszechna wiedza na dworze królewskim, ale raczej nie wśród prostego ludu. Po samej bitwie dostaliśmy dwie kolejne nowe postacie, Roosa Boltona (wreszcie, jest już i tak o sezon spóźniony) i tajemniczą panią doktor. I jak przy niej jesteśmy, czy tylko mi się wydawało, że Robb wyglądał na zaskakująco podnieconego w scenie amputacji? Jego fetysz na punkcie pielęgniarek idzie chyba odrobinę za daleko.

Another One Bites The Dust: I... nikt? Przynajmniej nikt istotny. Słabo.

Ogólnie, zdecydowanie najlepszy odcinek w sezonie, chyba wszystko mi się podobało.

Przypadkowe przemyślenia:
- Nowy Góra jest jakoś mniej postawny od poprzedniego. I mniej wkurzony.

- Nic dziwnego, że Lannisterowie ciągle giną, cała ich armia składa się z Red Shirtsów!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Homeland, czyli wojna z terroryzmem inaczej

Homeland to serial pod wieloma względami nietypowy. Najnowszy koń pociągowy Showtime, opowiadający historię walki z terroryzmem. Choć nie jest to ta historia, której większość ludzi spodziewa się po amerykańskim serialu. Zapewne w dużej mierze dlatego, że fabułę oparto na izraelskim serialu Hatufim.

Historia przedstawiona w Homeland zaczyna się od powrotu  bohatera. Sierżant Nicholas Brody, trafił do niewoli w czasie wojny w Iraku. Po ośmiu latach zostaje ocalony i wraca do kraju w glorii bohatera, cierpiącego za ojczyznę. Na miejscu czekają na niego piękna żona i dwójka dzieci. Wszystko pięknie niemal jak w bajce. Tymczasem agentka CIA Carrie Mathison dostaje informację o ataku terrorystycznym, który ma zostać dokonany przez powracającego jeńca. Zaczyna się niebezpieczna i często zaskakująca gra z czasem.


 Tak mniej więcej przedstawia się fabuła w pierwszym odcinku i będę szczery, mnie osobiście ona nie porwała. Serial zebrał masę nagród i aktorstwo ewidentnie było genialne, ale fabuła wydała mi się całkowicie przewidywalna i mało porywająca. Do tego miałem poważny problem z główną bohaterką. Nie wiem, co się dzieje z bohaterkami żeńskimi współczesnych seriali. Ostatnio wszystkie są identyczne, Fringe, The Killing, V, Homeland. Gdzie się człowiek nie odwróci, wszędzie mamy atrakcyjne, blond agentki, które z jednej strony są silne i niezależne, z drugiej nadal pozostają pełne emocji i współczujące. Z gracją balansują na granicy załamania emocjonalnego, by chwilę później uganiać się za przystojnym bohaterem, którego oczywiście w swej niezależności wcale nie potrzebują.
To tak, jakby w którymś momencie spece z Hollywood stworzyli model bohaterki żeńskiej doskonałej i teraz produkują je masowo. I wszystkie są blond. Najwyraźniej nie ma agentek rządowych i policjantek z innymi kolorami włosów.

Na szczęście, mimo tych zarzutów oglądałem dalej. I już po trzech odcinkach zacząłem zmieniać zdanie. Serial kroczył w kierunkach, których się nie spodziewałem. Zaskakiwał zwrotami akcji. Postacie stawały się coraz lepiej zarysowane, coraz bardziej przemyślane. W momencie kiedy pierwszy sezon doszedł do końca, mogłem już w czystym sumieniem stwierdzić, że Homeland w pełni zasługiwał na Złotego Globa dla najlepszego serialu.

Tym co zwraca w serialu szczególną uwagę, to sposób przedstawienia wojny z terrorem. Nie ma tu jasnego i oczywistego podziału na dobrych agentów CIA i złych terrorystów. Ogólnie, nie ma tu prawdziwego podziału na dobrych i złych.
Zamiast tego z obydwu stron stoją zdeterminowani i wyszkoleni ludzie, którzy bezwzględnie dążą do swoich celów. Obydwie strony mają bardzo dobre argumenty, na poparcie swoich racji. Zwłaszcza motywacje terrorystów są świetnie przedstawione i wybiegają daleko poza klasyczne: "Bo Allah kazał." I co najważniejsze, ci faceci (i kobiety) mają plan. To nie banda szalonych arabów z bombami pod ubraniem. Tu mamy ludzi z różnych środowisk działających jak dobrze naoliwiona, metodyczna machina spiskowa. Ogólnie, choć może to zabrzmieć strasznie, w wielu momentach faktycznie kibicowałem "tym złym", co chyba najlepiej świadczy o umiejętnościach twórców.

Podsumowując, Homeland to wspaniała seria, uzbrojona w świetną fabułę i absolutnie genialne aktorstwo. Clare Danes udaje się wybrnąć z roli kolejnej blond agentki ze stylem w pełni zasługującym na trzeciego już dla tej aktorki Złotego Globu. Damian Lewis wtóruje jej, grając najbardziej niejednoznaczną i skonfliktowaną wewnętrznie postać jaką widziałem od dawna. Do tego świetna plejada postaci pobocznych z przepiękną Moreną Baccarin (Stargate SG1, Firefy, V) w roli żony sierżanta Brodyego.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Game of Thrones, odc. 13: What Is Dead May Never Die (2x03)

Muszę przyznać, że ten sezon staje się po prostu lepszy i lepszy z każdym odcinkiem. I tak najnowsza odsłona serii dała nam kilka nowych świetnych postaci i sporo niezapomnianych scen.

Zacznę tym razem od narzekania. I znów chodzi o skalę. Wędrówka Aryi zajęła w książkach 5 rozdziałów. Tu zmieścili ją w trzech scenach. Naprawdę imponujący wyczyn. Rozumiem, czemu to zrobili, ale nadal trochę szkoda. Zwłaszcza, że jej rozdziały były ciekawą odskocznią od gierek politycznych. I jasno pokazywały, jak wygląda ta cała wojna dla zwykłych ludzi. W serialu trochę brakuje tego kontrastu, między gierkami dworskimi szlachciców, a spalonymi wioskami i mordowanymi chłopami. Brutalną rzeczywistością wojny, którą bohaterowie tej historii rozpętali.

Ale z pozytywów. TYRION! I wszystko jasne. Scena w której bada kto donosi jego siostrze jest świetnie zrobiona. Zmontowana w jedną rozmowę. I oczywiście scena w której pozbywa się Pycella, z komentarzem Shaggy na temat kozy. Tyrion nadaje się perfekcyjnie do swojej nowej roli jako namiestnik. I podobał mi się ten drobny szczegół, kiedy płaci dziwce dwie monety.
Że nie wspomnę o jego scenach z Cersei i Varysem. Od początku sezonu Tyrion ma świetne dialogi z tymi dwiema postaciami, ale dyskusja z Varysem na temat władzy. Wspaniała. Naprawdę czekam na dalsze ich dialogi w kolejnych odcinkach. I Littlefinger dostaje nową misję od Tyriona. To wyraźna odmiana od książki, ale zdaje mi się, że już widzę, gdzie twórcy z tym zmierzają.

Czy ktoś jeszcze zauważył, jak bardzo Sophie Turner urosła przez ten rok? Bo Sansa wygląda, jakby była o dobrych dziesięć centymetrów wyższa od Shae. Joff będzie wyglądał na strasznego kurdupla stojąc obok niej. A jak jesteśmy przy Shae, zatrzymam się tu na chwilę. Ostatnio natknąłem się na sporo niechęci wobec tej postaci. Pojawiły się zarzuty, że nie przypomina ona w żaden sposób swojej książkowej wersji, co za tym idzie jest zła, głupia i do niczego. Moim osobistym zdaniem, książkowa Shae była najmniej interesującą postacią, jaką GRRM opisał w całej sadze. Przynajmniej z postaci mających imiona i pojawiających się w więcej, niż jednym rozdziale. Odgrywała tą głupiutką, naiwną dziewuszkę, a Tyrion z jakiegoś powodu dawał się na to nabrać i zasypywał ją prezentami. To było dla mnie niepojęte. Tym samym w moim odczuciu, wersja z serialu mogła być tylko lepsza. I jest dużo lepsza. Ta Shae jest ciekawą postacią, stanowi dla Tyriona wyzwanie, potrafi postawić na swoim, bez robienia maślanych oczu i zgrywania stereotypowej blondynki. Jest po prostu, lepsza.

A jak jesteśmy przy lepszych wersjach kobiet w tej serii - Margaery Tyrell, czyli najbardziej wyrozumiała żona w dziejach. Uwielbiam Natalie Dormer. Jej Anne Boleyn była zdecydowanie najlepszą postacią w Tudorach, również w The Fades odwaliła świetną robotę. Dlatego naprawdę oczekiwałem na jej interpretację Margaery. I się doczekałem... i była zjawiskowa. Scena w której zaproponowała, że wezwie swojego brata, albo odwróci się plecami, by Renly mógł udawać, że nie jest kobietą, naprawdę mnie rozwaliła. To nie jest głupiutka księżniczka, jaką w dużej mierze widzieliśmy w książkach. Ta Margaery wie czego chce i jest gotowa grać swoją rolę świadomie, tak długo jak da jej to koronę. Aż miło patrzeć, i nie mówię tylko o jej dekolcie, a trzeba przyznać, że jej suknia ma naprawdę spory dekolt. Aż dziw, że nie było jej zimno.
Wspomnę jeszcze, że Brienne jest dokładnie jak wyjęta z książki.

I kolejny genialny wątek, czyli Theon. Nigdy nie uważałem Theona za postać sympatyczną, ale zawsze był dla mnie jedną z najbardziej interesujących. To postać tragiczna. Tragicznie rozdarta między dwa światy, nie należąca do żadnego. Ambicja, odrzucenie, poniżenie, nie możność znalezienia własnego miejsca. To wszystko rozrywa Theona od środka i pcha go do kolejnych czynów. W tym konkretnym odcinku szczególne wrażenie robi scena spalenia listu. Nie ma tam żadnego dialogu. Tylko Theon siedzący sam w ciemnościach ze swoją decyzją. A później przechodzi to w scenę chrzestu.  Decyzja podjęta, lojalność zdecydowana. Żelaźni Ludzie ruszają na północ.

Another One Bites The Dust
RIP Lommy Greenhands, choć jego ręce w serialu nie były zbyt zielone. I nawet tekst o poddawaniu się zabrał mu Gorąca Bułka. Niemniej chłopak pozwolił ocalić Gendrego i za to będziemy mu wdzięczni.
RIP Yoren, i trzeba mu przyznać, że odszedł ze stylem, przerąbując sobie drogę przez Lannisterskich wojaków. Prawdziwy badass. "Zawsze nienawidziłem kusz, za długo się je ładuje." Oto porządne ostatnie słowa.

Ogólnie był to mocny odcinek, dużo nowych postaci i świetnych scen. I wreszcie porządna walka. A za tydzień czeka nas prawdziwe starcie królów.

środa, 11 kwietnia 2012

Game of Thrones, odc. 12: The Night Lands


I oto nadszedł drugi odcinek, a wraz z nim twórcy zakończyli przegląd postaci i dali nam faktyczną fabułę. Wciąż jest tu sporo ustawiania sceny na przyszłe wydarzenia, ale przynajmniej coś się dzieje. I wróciły nasze ulubione sekspozycje (ekspozycja z seksem dodanym do sceny). Ogólnie w tym odcinku mamy sporo seksu, czasami dosyć dziwnego. Ale po kolei. Tym razem skupię się bardziej na najważniejszych moim zdaniem elementach, zamiast streszczać całość. Bo bądźmy szczerzy, całość widzieliście w telewizji.

Więc Daenerys nadal siedzi na pustyni i czeka na ratunek. I to tyle w tym wątku, nie jestem pewny, czemu w ogóle się on tu znalazł. Wszystkie inne ukochane postacie, jak Sansa, Catelyn czy Joff, po prostu wycięto. I dobrze, przy takiej obsadzie, nie ma szans, ani powodu, by mieć wszystkich w każdym odcinku.

Tymczasem Theon wraca do domu. Dostajemy nową lokację na mapie, wszystko wygląda świetnie. Pyke ma surowy, zimny wygląd. Wszystko jest szarawe i pokryte plamami soli. Theon zwierza się przypadkowej nagiej kobiecie, a potem ociera o kazirodztwo. Naprawdę ma się to uczucie szczęśliwego powrotu do domu. Niestety wszystko psuje ojciec, ale tak już to jest. Mam pewne wątpliwości odnośnie siostry Theona, Yary. Głównie dlatego, że Asha była jedną z moich ulubionych postaci w książkach. Ale to nic, dam jej jeszcze kilka odcinków zanim podejmę decyzję. Tak czy inaczej, Greyjoyowie są świetnie przedstawieni i podoba mi się nacisk na wątek Theona. Zwłaszcza, że uważam go za jeden z najciekawszych wątków w książce.

Duch wygląda znacząco lepiej niż Szary Wicher tydzień temu. Że nie wspomnę o cudownej dyskusji o pierdzących trupach i urokach dorastania na farmie. Edd Cierpięrtnik naprawdę zasługuje na własny spin-off.

A jak jesteśmy przy zabawnych dyskusjach, dialog o tym, kiedy można nazwać walkę bitwą był świetny. Ogólnie Arya i jej nowi towarzysze walczą o miano najsympatyczniejszej bandy w serialu. Choć nie da się nie zauważyć, że po pierwsze, wszyscy więźniowie w klatce mieli nosy. Po drugie, Gendry przejrzał doskonałe przebranie Aryi znacznie wcześniej niż w książce. Czyżby wróżyło to dalsze odstępstwa od książki?

Nie da się też nie wspomnieć kolejnej sceny burdelowej. Wstęp do niej był trochę dziwny, nie jestem pewny, co twórcy chcieli nam przekazać. Niemniej uroczy monolog Littlefingera do Ros był jak najbardziej zrozumiały. Petyr jest rozsądnym biznesmenem, który nie lubi złych inwestycji. Nie da się nie dostrzec rozsądku w jego rozumowaniu. Może poza faktem, że mówimy o ludziach, a nie przedmiotach. Choć dla Littlefingera to chyba mała różnica.

Miło też widzieć, że Tyrion nie popełnia błędów Neda. W sensie, nie jest honorowym głupcem, wierzącym ludziom o potwierdzonej reputacji, niegodnych zaufania. I robi to ze stylem, czyniąc scenę z Janosem Slyntem jedną z najlepszych w odcinku (choć konkurencja jest ostra).

Tymczasem król Stannis poświęca się dla swojej nowej religii. I trzeba przyznać, że w różnych religiach oznacza to zaskakująco różne rzeczy. Choć trochę żal tych drewnianych żołnierzyków, mam nadzieję, że bardzo się nie potłukły.

A teraz nowy kącik, o wdzięcznej nazwie:
Another one bites the dust
RIP Rakharo. Pierwsza ofiara tego nowego sezonu, zapewne nie ostatnia. W książkach był całkowicie niezauważalny, w serialu naprawdę zdołał pochwycić nasze serca. Prawie udusił Viserysa, miał świetną rozmowę o ojcach z Jorahem. Dodał kolorytu wątkowi Dany, dzięki skrywającemu się w tle głównych wydarzeń romansowi z Irri. I ostatecznie stracił głowę dla swojej khaleesi.

A z radośniejszych elementów, wczoraj HBO oficjalnie dało zielone światło trzeciemu sezonowi. Oprze się on na pierwszej połowie Nawałnicy Mieczy i zapewne zakończy pewną pamiętną sceną. A sam GRRM napisze scenariusz do siódmego odcinka, zatytułowanego "Jesienne Burze".

wtorek, 3 kwietnia 2012

Game of Thrones, odc. 11: The North Remembers

I oto powrócił. Pan i władca. Najbardziej oczekiwany serial roku. Długo kazał na siebie czekać, ale trzeba przyznać, że było warto.
Po kolei jednak, zacznę od obrzydliwej autopromocji w postaci linku do mojego artykułu na Bestiariusza, w którym właściwie tłumaczę dlaczego Gra o Tron jest najlepszym serialem fantasy w dziejach (dużej konkurencji w sumie nie było).

A teraz weźmy się za konkrety. Klasycznie zacznę od minusów. I muszę przyznać, że to staje się coraz trudniejsze. Główny zarzut jaki mam do tego odcinka, jest czymś, co było właściwie nieuniknione. Otóż nie jest to do końca odcinek serialu, to raczej przegląd wszystkich postaci i lokacji. Takie turne po Westeros, by przypomnieć widzowi, kto jest kim i gdzie przebywa, dodać nowych bohaterów i ustanowić nowe wątki dla tego sezonu. W efekcie odcinek nie jest zbyt porywający, i do tego strasznie rozlazły. Choć nadal podobał mi się bardziej niż otwarcie pierwszego sezonu.

A teraz po kolei, pojadę mniej więcej według lokacji. Więc zaczynamy w Królewskiej Przystani, gdzie Ogar właśnie zabija jakiegoś innego rycerza w ewidentnej walce gladiatorów, na cześć nowego króla. Najwyraźniej klasyczne turnieje są zbyt nudne dla Joffa. Wśród innych rozrywek znalazło się topienie ludzi w winie i... Wchodzi Tyrion. I od razu serial staje się jeszcze ciekawszy. Co tu dużo mówić, Peter Dinklage jest teraz pierwszym imieniem w openingu i to będzie jego sezon. A to już samo wróży świetny sezon. I ta scena, kiedy stwierdza, że teraz to Cersei jest rozczarowaniem ojca, to musiał być jeden z najszczęśliwszych momentów jego życia.
Tymczasem Bran włada Winterfell i śni o byciu wilkorem, ciekawe co to oznacza? I czy mi się zdaje, czy Osha wreszcie znalazła czas by się wykąpać? Co ta cywilizacja robi z ludźmi.
A jak jesteśmy przy cywilizacji i ludziach z północy. Jon trafia do odrobinę dysfunkcyjnej rodziny. Tylko troszeczkę. Czy Craster jest najbardziej obleśną postacią w serii, nie wiem, ale na pewno jest w ścisłej czołówce. Za to przynajmniej dostaliśmy Eddisona Tolleta, znanego również jako Edda Cierpiętnika, od razu z jednym ze swoich klasycznych tekstów (Wychowałem się w miejscu takim jak to. Ale później szczęście się ode mnie odwróciło).
Tymczasem Dany idzie przez pustynie i nie jest fajnie. I to wszystko, co można o tym powiedzieć. Jej wątek raczej nie wystrzelił jak rakieta w tym odcinku.
I wreszcie Robb, który coraz pewniej czuje się w roli króla. Najwyraźniej wygrał kilka kolejnych bitew od ostatniego odcinka. Wilkor też zdecydowanie mu urósł. I twórcy wyjaśnili, czemu taszczy ze sobą Jaimea, co mi pasuje. Ostatecznie mam wrażenie, że Robb był w tym odcinku tylko po to, by wysłać w drogę Theona i Catelyn. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie miał więcej roboty, zwłaszcza, że jego wątek ponoć znacząco poszerzono względem książki.
Ktoś jeszcze... no tak. Ci nowi. Więc na mapie mamy nową lokację, Smoczą Skałę. A tam podczas bardzo ładnej imprezy plażowej poznajemy najnowszych bohaterów tej historii, którzy są akurat w trakcie palenia pomników Siedmiu i ogólnie, znaczących zmian religijnych. Później impreza przenosi się do sali z przepięknym stołem/mapą Westeros. Stannis już w tej scenie pokazuje dokładnie kim jest i jaki jest. Nieugięty, sprawiedliwy, szorstki i całkowicie skupiony na zasadach i Dillane zagrał to doskonale. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić jego postaci z uśmiechem na twarzy. Mamy też Davosa, choć czuję, że jest jeszcze za wcześnie, by coś o nim powiedzieć. I oczywiście czerwona wiedźma. Caprice van Houten świetnie zagrała postać pewną siebie, ale otoczoną również mgiełką tajemnicy. I sposób w jaki odczekała, aż działanie trucizny stanie się ewidentne, zanim wypiła z kielicha. Świetne. Nie mogę się doczekać więcej scen z nią.
I wreszcie wracamy do stolicy, gdzie dzieje się źle. Najpierw Littlefinger trochę się zapomina. Może śmierć Neda sprawiła, że poczuł się zbyt pewnie? Spotkałem się z opinią, że ta scena nie pasuje do postaci Petyra. Według mnie pokazuje, podobnie jak sceny z Varysem w poprzednim sezonie, że pod tą warstwą intryg kryje się zwykły człowiek. Całkowicie podatny na błędy i momenty zapomnienia. Nikt nie jest doskonały. Później mamy scenę z Cersei i Joffreyem. I poznajemy odpowiedź na pytanie, kto tym razem spoliczkuje tego małego dupka. Choć jest tu też ewidentna zmiana w porównaniu do książki. Tam to Cersei kazała zabić bękarty. Tu jednak twórcy postanowili uczynić ją mniej okrutną. Ogólnie Cersei jest chyba najbardziej zmienioną z głównych postaci. I traci kontrolę nad Joffem o wiele szybciej.
Tymczasem cóż to? Scena z Ros, w której nasza ulubiona dziwka jest całkowicie ubrana przez cały czas? Co się dzieje z tym serialem? Tak czy inaczej, okazuje się, że Ros zajęła wysokie stanowisko kierownicze, znane również pod szlachetną nazwą "burdelmama". I okazała się pojętną uczennicą Littlefingera, powtarzając jego lekcje z poprzedniego sezonu. Niestety uroczy klimat tej sceny zostaje poniekąd zaburzony przez powtórkę z klasycznej historii o królu Herodzie i rzezi niewiniątek. Trzeba przyznać, że mordowanie niemowląt to dosyć mocny początek sezonu. A teraz pościg rusza za Gendrym i Aryą, co świetnie zamyka ten odcinek.

W podsumowaniu, było świetnie. Wzrost w budżecie serialu jest widoczny na pierwszy rzut oka. Czerwone Pustkowie, północ, panorama Królewskiej Przystani. Rok temu nie mieliśmy podobnych widoków. Do tego smoki. Wyglądają świetnie. I prawdziwy wilkor, grany co więcej przez prawdziwego wilka. Nagrywali je na tle niebieskiego tła i wstawiali do scen. Nadal widać trochę, że jest on tam nie na miejscu, ale i tak robi wrażenie. A teraz cały tydzień, do kolejnego odcinka.