wtorek, 23 kwietnia 2013

Game of Thrones, odc. 24: And Now His Watch Is Ended (3x04)

No teraz to mamy do czynienia z prawdziwą Grą o Tron. Zwroty akcji, trupy, masakry i dalsze informację o zeszłotygodniowym wyczynie Poda. Czego chcieć więcej?

Odcinek otwiera się od całkowicie żałosnej sytuacji Jaima. Teraz już nawet Brienne się nad nim lituje. Żal świetnego szermierza, ale bądźmy szczerzy, jako postać stał się o wiele ciekawszy.

A jak przy ciekawych postaciach jesteśmy, Varys wreszcie wrócił! Wprawdzie widzieliśmy go tydzień temu, ale tym razem dostał aż trzy sceny, w tym jedną ze wspaniałą Lady Olenną. Gdy tylko zobaczyłem go nadchodzącego w tle, już wiedziałem, że to będzie świetna scena. Ich pojedynek całkowicie przyćmił nawet scenę w której wreszcie poznajemy historię Pająka (choć nadal nie całą). I było to również jedno z najlepszych podsumowań Littlefingera.

Swoją drogą podoba mi się to, że nagle Sansa stała się elementem gry między postaciami z drugiego planu. To odświeżające, zwłaszcza teraz, kiedy wojna trochę przycichła. Taka gierka dworska bez ścinania głów i toczenia bitew. A jak już mówimy o Sansie, to jest coś wielce właściwego, że kiedy wreszcie dostaje ona swojego rycerza z bajki, to jest nim Loras. To znacznie lepsza wersja, niż książkowy oryginał, gdzie chodziło o innego z braci Margaery. Wspaniały, rycerski gej jest wręcz kwintesencją całej historii Sansy, gdzie wszystkie marzenia i nadzieja okazują się zawodami. Swoją drogą, ciekawe czy Sansa będzie dla swojego męża równie wyrozumiała, co Margaery dla Renlyego?

Tymczasem przyszła kolej Cersei, by wylądować na dywaniku u Tywina i odczuć ogrom jego ojcowskiej miłości. Ciekawe jak skończy się to, jeśli Jaime wróci do domu bez dłoni. Niemniej Tywin perfekcyjnie zdiagnozował problem Cersei (i mój z Cersei) ona po prostu uważa się za dużo sprytniejszą, niż naprawdę jest. Póki co jej jedyny sukces na polu polityki, to przechytrzenie Neda Starka... Jestem pewny, że na polu polityki nawet Hodor mógłby przechytrzyć Neda. Choć bądźmy szczerzy, Cersei nie jest jedyną w tym serialu postacią z przerostem ambicji nad umiejętnościami.

Theon (jakie ładne przejście) dziś wygłosił najlepszy tekst odcinka: "Mój prawdziwy ojciec stracił głowę w Królewskiej Przystani." I oto historia Theona Greyjoya zatoczyła krąg. Jedna z najtragiczniejszych postaci w historii tv. Wiem, że wielu ludzi go nie znosi, ale ja osobiście nigdy nie potrafiłem czuć wobec niego niczego poza żalem. To straszne, jak każda jego decyzja okazuje się być złą decyzją. Tymbardziej teraz, kiedy on sam zdał sobie sprawę z rozmiaru swoich błędów.

Beric Dondarrion jest świetny (faktycznie spotkaliśmy go już w pierwszym sezonie, choć był wówczas grany przez innego aktora), ale więcej o nim za tydzień, bo zapowiada się, że jego walka z Ogarem będzie główną atrakcją kolejnego odcinka.

I wreszcie Daenerys. Ufff, to się nazywa Epicka scena. Całe wprowadzenie, budowanie do tej sceny. Zimne spojrzenie khaleesi, narastająca muzyka, valyriański i wreszcie ogień i krew. Po całym sezonie odgrażania się tymi słowami, Dany wreszcie postawiła na swoim. I teraz wreszcie ma armię i jest graczem, a nie jedynie dziewczyną zagubioną na krańcu świata.

Ogólnie, najlepszy póki co odcinek sezonu.

Another One Bites The Dust: 
RIP Kraznys, był niewychowanym dupkiem i przejdzie do historii jako kolejna ofiara smoka.

RIP Craster, ojciec/mąż roku wreszcie zakończył karierę. Był obleśny, okrutny i niezbyt inteligentny. Szkoda, że radość z jego końca trochę niweczy inna śmierć.

RIP Jeor Mormont zwany Starym Niedźwiedziem, Lord Dowódca Nocnej Straży, ojciec, wojownik i jeden z niewielu w tej historii prawdziwych bohaterów. Zabity przez skazanego gwałciciela w cuchnącej chacie na środku zadupia. Niemniej odszedł walcząc, jak prawdziwy twardziel.

Przemyślenia:
- To świetne, jak szybko ta scena w chacie Crastera przeszła od sprzeczki, do totalnej, morderczej anarchii.

- Wreszcie usłyszeliśmy historię dzieci Rhaegara, to dosyć istotny wątek, kiedy na scenę wkroczy Dorne (oby już w przyszłym tygodniu).

- Czy Theon, jako osoba wychowana na Północy, nie powinien wiedzieć, że Deepwood Motte jest drewniane? Z drugiej strony, może w serialu nie jest.

- To okropne, że Margaery potrafi uczynić Joffa ulubieńcem ludu... Może Tyrion powinien spróbować za nią wyjść. Albo przynajmniej zatrudnić ją jako speca od PR-u.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Game of Thrones, odc. 23: Walk of Punishment (3x03)

Suchar tygodnia:
Jaime zdecydowanie podał Brienne pomocną dłoń. <perkusja>

To był dobry odcinek. Ten sezon miał dosyć powolny początek, ale teraz ewidentnie się rozkręca. Zaczynamy od wkroczenia na scenę Brutusa, dobrze, że Cezar jest po drugiej stronie Muru. Ale to oznacza, że ja na miejscu Robba trzymał bym się z daleka od senatorów.

Nadal nie wiem, co się dzieje z Theonem. To zaczyna wyglądać jak jakaś idiotycznie skomplikowana intryga ze scenami pościgowymi i odtwarzaniem sceny śmierci Boromira, tylko w dużo mniej epickiej otoczce i bez Aragorna nadbiegającego w w ostatniej chwili. Nadal czekam, co z tego wyniknie, mam nadzieję, że coś.

Ahh, Dany. Uwielbiam kiedy wchodzi ona w tryb twardej przywódczyni. Po ostatnim sezonie
wrzeszczenia "Gdzie są moje smoki?!", naprawdę miło zobaczyć ją w znów w roli khalesi. Poza tym trudno mi komentować tą całą sytuację dopóki nie zobaczymy, do czego ona prowadzi (zapewne za tydzień). Więc póki co się tu powstrzymam.
Niemniej podoba mi się widoczna rywalizacja między Jorah i Baristanem i przedstawienie ich, różnych, punktów widzenia na sytuację. I jeden z moich ulubionych cytatów: „Rhaegar walczył dzielnie, Rhaegar wlaczył szlachetnie, Rhaegar walczył honorowo. I Rhaegar zginął.”

Tymczasem w jedynej karczmie w Westeros... Serio, to ta sama karczma w której Cat wzięła Tyriona do niewoli i również ta w której Ned zabił wilkora Sansy, a Ogar zarąbał przyjaciela Aryi, o czym ona sama wspomniała dzisiaj. I tu też dopadło nas najsmutniejsze wydarzenie tego odcinka, a może i sezonu... Hot Pie odszedł z Team Arya. Było to zarówno smutne, jak i absurdalnie zabawne. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że Hot Pie odszedł od stołu wygrywając, żywy i z wszystkimi kończynami na miejscu.

The Men
I tak dochodzimy do prawdziwego bohatera tego odcinka. Herosa, który zdołał zaimponować nawet takim weteranom jak Tyrion i Bronn. Podric Payne.
Muszę przyznać, że scena z Podem była całkowicie rozbrajająca. Choć jeszcze bardziej podobała mi się scena z krzesłami. To wyglądało, jakby twórcy zadali sobie pytanie, czy mogą wrzucić sześć świetnych postaci do pomieszczenia i przez dwie minuty obejść się bez ani jednej linijki dialogu. Jak się okazuje, mogą. I efekt jest genialny. Co więcej, fakt, że twórcy poświęcili tyle czasu na scenki komediowe mówi mi, że w tym sezonie znacznie mniej się śpieszą. Więc pewnie dostaniemy więcej obrazów z życia naszych bohaterów, zamiast ciągłego parcia naprzód.

A teraz najmocniejszy moment tego tygodnia. Jaime błyszczał już we wcześniejszych scenach z Brienne, później nawet zdołał ocalić ją przed gwałtem. Przez chwilę nawet wydawało się, że zdoła zmanipulować Locka i wyjść z opresji używając swojego czaru. No cóż, Jaime niestety dla niego, nie jest Tyrionem. I przyszło mu za to zapłacić wysoką cenę. Nóż, cięcie, ból, szok i punkowa muzyka zdająca się krzyczeć "Shit happens". Według mnie było to świetne podsumowanie całej sceny. I to jak istotnej sceny. Pamiętam, jak jeszcze w poprzednim sezonie, Jaime stwierdza, że byłby bezużyteczny, gdyby nie potrafił zabijać. No cóż, bez ręki nie jest już tym perfekcyjnym szermierzem. Nie pokona już nikogo. Pytanie brzmi, co dalej? To ciekawa sytuacja, kiedy autor buduje całą postać wokół jednej cechy, a później odbiera jej tą cechę. Teraz Jaime musi całkowicie się przebudować, znaleźć coś nowego. To będzie ciekawe, jak poradzi sobie z tym serial, i jakie będą reakcje widzów, kiedy to się stanie.

Ogólnie było świetnie, czekam na więcej.

Another One Bites The Dust: 
RIP cała masa bezimiennych statystów. I ręka Jaimea, jetem pewny, że będzie mu jej brakować.

Przemyślenia:
- Świetne mrugnięcie do fanów książki, kiedy Tyrion wspomina, że jedna z prostytutek specjalizuje się w "Węźle Meereeńskim", co jest oczywiście nawiązaniem do problemów Georga Martina z dokończeniem "Tańca ze Smokami".

- The Bear and The Maiden Fair, to popularna w Westeros piosenka karczemna (zapewne stąd wybór aranżacji), jak również tytuł 7 odcinka w tym sezonie.

środa, 10 kwietnia 2013

Game of Thrones, odc. 22: Dark Wings, Dark Words (3x02)

Drugi odcinek nowego sezonu był zdecydowanie i pod każdym względem lepszy, niż jego poprzednik. Więcej się działo, a fabuła wyraźnie dokądś zmierzała. Sceny skupione na postaciach nadal tu były (zaskakujący monolog Catelyn), ale nie dominowały w takiej ilości, by zatrzymać postęp historii. I dostaliśmy masę nowych postaci i wątków. Tak prawdę powiedziawszy, to o wiele bardziej sprawiało wrażenie pilota sezonu, niż zeszłotygodniowy odcinek. Ale po kolei:

Najciekawszym elementem odcinka były dla mnie zdecydowanie sceny w stolicy. Zwłaszcza podwieczorek Sansy z Tyrellami (Diana Rigg w roli Królowej Cierni jest perfekcyjna, od razu przywodzi na myśl babcię z Downton Abbey) i scena z Margaery i Joffreyem. To wspaniałe jak łatwo potrafi ona nim manipulować, równocześnie nadal bojąc się go. I sam Joff który z każdym odcinkiem wydaje się coraz bardziej zainteresowany, może nawet na swój pokręcony sposób zakochany w Margaery. Naprawdę jestem olbrzymim fanem tego, jak twórcy rozbudowali jej postać w serialu.

Na drugim miejscu postawiłbym Jaima i Brienne. Ich radosna wędrówka została przebita tylko przez pierwszą w tym sezonie scenę walki. Oczywiście Jaime był skuty i  pozbawiony kondycji po miesiącach niewoli, ale nadal nie da się ukryć, że jego tyłek został rzęsiście (i bez trudu) skopany.

I wreszcie doczekaliśmy się wargów i jakichś wyjaśnień odnośnie Trójokiego Kruka. A wszystko dzięki mocno już spóźnionemu przybyciu rodzeństwa Reedów. Naprawdę brakowało mi ich, bo w książkach należeli do moich ulubionych postaci pobocznych. Choć oczywiście w książce na tym etapie powiedziano już nieporównywalnie więcej o wargowaniu, mocach dzieci Starków i samym Trójokim Kruku, ale to nic, serial powoli zaczyna nadrabiać zaległości.

Tymczasem Arya i jej wesoła kompania (nagle wyposażona w miecze) trafia wreszcie na Bractwo. Mocno okrojone z postaci, ale nadal zawierające Thorosa z Myr, czyli naszego nowego ulubionego czerwonego kapłana (nie jestem pewny, czy w tym odcinku w ogóle wspomniano o jego funkcji). Naprawdę brakowało tu postaci potrafiącej rozjaśnić sytuację.

A jak przy rozjaśnianiu sytuacji jesteśmy, o co chodzi z Theonem? To znaczy czytałem książki, więc teoretycznie wiem co się dzieje i kim jest facet mający pomóc mu w ucieczce (to oczywiście Simon z Misfits). Ale mimo to jestem odrobinę skonfundowany. Czemu ci ludzie byli w barwach Greyjoyów?

Ogólnie, odcinek był dobry i według wszystkich recenzji prawdziwa zabawa zaczyna się w trzecim odcinku, więc zostaje czekać.

Another One Bites The Dust:
RIP... chwila, czyżby nikt? Co się dzieje z tym serialem HBO?

Przemyślenia:
- Bran wyraźnie przeszedł mutację głosu od ostatniego sezonu. Dzieciaki zdecydowanie rosną znacznie szybciej, niż ich postacie.

- Jon wreszcie dostał nowe wdzianko.

- Tyrion jest uroczo bezbronny, kiedy musi się tłumaczyć przed Shae.

- Mieszkańcy Westeros mają zaskakująco białe zęby. Zwłaszcza Jaime nieźle się prezentuje, jak na kogoś kto od miesięcy siedział w klatce.

- Jedyne obnarzone klatki piersiowe odcinka należały do Joffa i Theona... Raz jeszcze, co się dzieje z tym serialem HBO?

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Game of Thrones, odc. 21: Valar Dohaeris (3x01)

I oto nadszedł ten radosny, od dawna oczekiwany dzień, kiedy na nasze ekrany powróciła Gra o Tron. Kolejne 10 godzin, tym razem opartych na trzeciej i najlepszej książce Nawałnicy Mieczy (a raczej sporej jej części).

Niestety nie mogę powiedzieć, że odcinek rzucił mnie na kolana. Jasne miał dobre sceny, ale całościowo przypominał raczej czwartą książkę, wszyscy coś robią, gadają, biegają w kółko i absolutnie nic z tego nie wynika. I co najgorsze, nie dostaliśmy nawet zombie niedźwiedzia! Naprawdę liczyłem na zombie niedźwiedzia.

Ale po kolei, odcinek zaczyna się od niezbyt ekscytującej kontynuacji finałowej sceny poprzedniego sezonu. Sam najwyraźniej zdołał jakimś cudem ominąć setki nieumarłych i uciec do swoich braci. Ci zresztą też najwyraźniej zrezygnowali z bitwy, albo zdołali się wymknąć (zombie pewnie nie są zbyt spostrzegawcze), nie wiemy, nikt nie zadaje sobie trudu, by to wyjaśnić. I z jakiegoś powodu jest z nimi Duch. Najwyraźniej Wilkor stwierdził, że nie chce już się kumplować z Jonem. W sumie trudno mu się dziwić, po pierwsze Jon to zdrajca, po drugie, Sam jest o wiele lepszych chodzącym zapasem żywności. Co tu dużo mówić, zima za Murem nie jest łatwa, lepiej być przygotowanym.

A jak już jesteśmy przy Jonie... ten olbrzym wyglądał świetnie. I wreszcie poznaliśmy Mance Raydera, przyznaje, że nie był to Mance jakiego chciałem, ale być może jest to Mance którego ten serial potrzebuje (choć nadal żałuję, że nie udało się z Dominiciem Westem, którego teraz nie mogę wyrzucić z wyobraźni czytając książki). Z całą pewnością Ciaran Hinds ma odpowiednią charyzmę do tej roli (udowodnił to już w Rzymie), ale zastanawia mnie, jak wyjdzie mu granie tej bardziej awanturniczej strony Mancea (w serialu nie ma póki co ani słowa o tym, że Król za Murem jest również bardem).

I jak jesteśmy przy Jonie to jeszcze jedno spostrzeżenie. Jesteśmy na trzecim tomie, w książkach na tym etapie wszystkie dzieciaki Starków poza Sansą wyraźnie wykazywały zdolności wargów. Tymczasem w serialu wydaje się, że tylko Brann ma wilcze sny. Czy to znaczy, że twórcy postanowili olać ten wątek? Mam nadzieję, że nie, bo naprawdę podobał mi się sposób, w jaki Arya używała tych umiejętności w późniejszych przygodach (nie jestem w sumie pewny, czy słowo przygoda jest na miejscu, brzmi ono chyba zbyt radośnie).

Tymczasem Robb dotarł do Harrenhal i znalazł masę trupów. Koniec sceny... Myślę, że naprawdę mogli przenieść tą scenę do drugiego odcinka, razem z resztą postaci włóczących się po okolicy. Zwłaszcza, że brak w tym odcinku Aryi sprawia wrażenie, że ona wyszła z zamku, a Robb zaraz po tym do niego wkroczył. Podczas gdy w rzeczywistości Arya i jej wesoła banda pewnie włóczą się po bezdrożach już od tygodni.

Pominę Stannisa, bo jego wątek jest tu równie mało emocjonujący co w książce. Choć cieszę się, że Salladhor Saan nadal jest w tej serii.

 Najmocniejszym punktem odcinka zdecydowanie były SMOKI! No i była tam też Daenerys i masa niewolników. A tak serio, to zdecydowanie była najciekawsza część odcinka. Po całym sezonie użalania się nad sobą, nasza khalessi wreszcie wkroczyła do akcji. Odwiedza nowe miejsca, negocjuje z obleśnymi handlarzami niewolników i odpiera skrytobójcze ataki czarnoksiężników (czy oni nie byli jednym facetem który spłoną?). I do tego dostaje nowego podwładnego, Arstan... nie, Barristan Selmy (w sumie cały wątek fałszywej tożsamości nie ma chyba sensu, kiedy widzimy, że to ten sam aktor). Wreszcie rycerz z prawdziwego zdarzenia (czytaj, nie taki którego ścigają za handel niewolnikami) i pierwszy z Gwardii Królowej. Co więcej, jest to chyba pierwszy raz, kiedy postać z "głównego" wątku przechodzi do wątku Daenerys, co tworzy to poczucie, że oni wszyscy faktycznie są w tym samym świecie.

I wreszcie główne mięso tego odcinka, czyli Królewska Przystań. I niestety również jego największa
słabość. Jasne, same w sobie sceny były świetne. Tyrion żądający swojej zapłaty i wreszcie odkrywający jak bardzo Tywin nim pogardza. I urocza kolacja królewska, podczas której spojrzenia mówiły znacznie więcej niż słowa. Podobała mi się subtelność tej sceny. Niemniej, nie sposób nie odnieść wrażenia, że był to po prostu kolejny dzień w stolicy. Biznes jak zawsze. Nie mam nic przeciwko takiemu wejrzeniu za kurtyny politycznej gry i przyjrzenie się uważniej graczom teraz kiedy zagrożenie wojną zmalało, ale nie w pierwszym odcinku sezonu. To byłby świetny któryś kolejny odcinek, i zapewne bardziej spodoba mi się, kiedy będzie po prostu jednym z odcinków. Ale prawie roku przerwy, wydał się powolny i raczej mało widowiskowy.

Another One Bites The Dust:
RIP Trochę Nocnych Strażników, jakieś dwie setki ludzi z północy i magiczny skorpion, wg książki była to manticora, ale moja definicja tego stworzenia ewidentnie różni się od tej podanej przez GRRM (moja oczywiście pochodzi z piosenki NSP). W sumie nikt istotny.

Przemyślenia:
- Opening dostał nową lokację i co ciekawsze, Winterfell teraz płonie.

- "Ponoś straciłeś nos." Świetne mrugnięcie do fanów książki, gdzie Tyrion faktycznie wyszedł z tej bitwy bez nosa.

- Ser Bronn brzmi całkiem dobrze. I człowiek od razu wie, że wrócił do królewskiej przystani, kiedy na dobry początek dostaje scenę w burdelu.

- Margaery jest zdecydowanie o wiele lepszym PRowcem niż ktokolwiek inny w Królewskiej Przystani. Nie wiem na ile jej wizyta u sierotek była szczera, ale podobała mi się mina Joffa kiedy ją zobaczył. Pewnie nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy (ani nikomu innemu na dworze, jeśli o to chodzi), że można być faktycznie lubianym przez prosty lud.

- Maester znaleziony żywym, pośród trupów w Harrenhal przedstawił się jako Qyburn. To istotne, bo jeśli serial będzie się trzymał książek, ten facet odegra w tej historii jeszcze nie małą rolę.

piątek, 4 stycznia 2013

The West Wing, czyli Prezydencki Poker

Zachodnie skrzydło Białego Domu, to miejsce gdzie urzęduje cała prezydencka administracja. Ludzie którzy na co dzień podejmują decyzje wpływające na losy całego świata. Wszczynają wojny i wymuszają pokój, tworzą prawa i wetują ustawy. Prawdziwe centrum amerykańskiej, a właściwie ogólnoświatowej polityki. Najbliższe co mamy na tej planecie, do centrum dowodzenia światem. I właśnie o tym opowiada serial The West Wing, o ludziach grających w najważniejszą i największą z wszystkich gier. Niemniej, wbrew polskiemu tytułowi, jest to raczej gra w szachy, niż w pokera.

In This White House
Twórcą The West Wing jest Aaron Sorkin, świetny scenarzysta stojący między innymi za takimi filmami jak Ludzie Honoru, Social Network, czy Wojna Charliego Wilsona. W tej serii postanowił on zmierzyć się z ciężkim wyzwaniem, jakim jest wejście za kulisy Białego Domu i pokazanie widzowi jak wygląda rządzenie krajem od kuchni. I zrobił to w stylu, nieosiągalnym dla większości twórców.
Naprawdę świetne dialogi dostarczane przez świetnych aktorów sprawiają, że od serialu trudno się oderwać. Jest tu wszystko, humor, dramat, napięcie. Wielkie, międzynarodowe kryzysy i proste historie o zwykłych ludziach. A wszystko to podane w zaskakująco inteligentny sposób. West Wing to zdecydowanie jeden z tych seriali, które wymagają od widza myślenia, samemu też dając o czym myśleć. Powiedziałbym wręcz, że jest to najinteligentniejszy serial, jaki widziałem od czasu The Wire i ja sam odszedłem z niego ze znacznie lepszym zrozumieniem procesów politycznych i problemów rządzących współczesnym światem.

Let Bartlet Be Bartlet
Obsada pierwszego sezonu.
Serial kręci się głównie wokół kilkorga najbliższych współpracowników prezydenta. To całkowicie fikcyjna administracja, wzorowana w pewnym stopniu na administracjach Clintona i Cartera.
Oczywiście główną postacią serii jest sam prezydent Josiah 'Jed' Bartlet, grany z niesamowitą charyzmą przez Martina Sheena. Prezydent Bartlet jest zdecydowanie postacią wyidealizowaną. Człowiek nauki,myśliciel,  noblista w dziedzinie ekonomi, prawdziwy mąż stanu oddany swojemu państwu. Równocześnie nie pozbawiony humoru i boleśnie świadomy odpowiedzialności i ograniczeń narzucanych na niego przez pełniony urząd. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych kreacji w długiej karierze aktora, który zdołał stworzyć tu bardzo złożoną i intrygującą postać, równocześnie w pełni oddając ciążący na niej ciężar władzy.
I mimo, że Sheen bez trudu kradnie większość scen ze swoim udziałem, serial nadal pozostawia miejsce dla innych genialnych postaci i aktorów. Począwszy od trzymającej go w szachu pierwszej damy (Stockard Channing), poprzez pełniącego funkcję szefa sztabu i niejako szarej eminencji Leo McGarrego (John Spencer), aż po doradców politycznych, ludzi odpowiadających za pisanie przemów i sekretarki (to straszne, jak duży wpływ na losy świata mają sekretarki w Białym Domu).
Jednak z tego znacznego (w skali 7 sezonów) grona postaci zdecydowanie wybija się jeszcze jedna, C. J. Cregg, rzeczniczka prasowa Białego Domu. Grająca ją Allison Janney odeszła z tego serialu z chyba największą kolekcją nagród (4 Emmy i 4 nominacje do Złotych Globów) i w pełni zasłużenie, bo zdołała ona wykreować jedną z najlepszych postaci żeńskich w dziejach telewizji. Zmuszona do radzenia sobie w zdominowanym przez mężczyzn świecie waszyngtońskiej polityki, pełniąca typowo zarezerwowaną dla mężczyzn rolę w administracji, C.J. nie potrzebuje pistoletów i sztuk walki, by być naprawdę silną i niezależną postacią kobiecą.
Do tego dochodzą postacie poboczne, pojawiające się okazjonalnie, grane przez prawdziwie wybitnych aktorów jak John Goodman, Mary-Louise Parker, Alan Alda, Jimmy Smith, Glenn Close czy Edward James Olmos.
To wszystko tworzy doskonałą kolekcję postaci, poprzez losy których dostajemy wgląd, za kulisy politycznego świata.



The Debate
W przeciwieństwie do cynicznego, pozbawionego wiary w system Davida Simona (twórca The Wire), Aaron Sorkin jest idealistą, wierzącym w prawdziwych mężów stanu. Jego serial jest wypełniony pozytywnym przesłaniem. Oczywiście, nie wszystko jest tu kolorowe. Serial ma sporą ilość kombinatorów i moralnych bankrutów. Również główni bohaterowie nie raz popełniają błędy i dają się ponieść politycznym rozgrywkom. Wielka gra zawsze czai się gdzieś w tle, mimo to, serial stara się skupiać na tych postaciach, które naprawdę o coś walczą. Prawdziwych mężach stanu gotowych poświęcić wszystko dla swego kraju i idei które go napędzają. Niezależnie od tego jakie te idee są i co za tym idzie, po której stronie sceny politycznej dane postacie stoją.
Równocześnie nie ma tu postaci znających wszystkie odpowiedzi. W każdej sytuacji Sorkin stara się przedstawić różne punkty widzenia i argumenty za i przeciw, równocześnie nie oceniając, kto ma rację. Do tego stopnia, że w siódmym sezonie, skupiającym się na kolejnych wyborach prezydenckich, fabuła śledzi w równej mierze losy kandydatów obydwu partii. Posuwając się nawet do transmitowanego w oryginale na żywo odcinka, przedstawiającego debatę między kontrkandydatami. I zdecydowanie była to najciekawsza i najlepiej napisana debata prezydencka jaką widziałem.
Ostatecznie The West Wing to wspaniały, pełny humoru i napięcia serial, pokazujący zarówno wielką grę jak i ludzką stronę polityki. Jego siedem sezonów naprawdę przykuło mnie do ekranu i po ostatnim odcinku miałem ochotę na więcej, co rzadko się zdarza przy serii tej długości.

piątek, 16 listopada 2012

Najemnik, cz. 1

 Dziś coś odrobinę innego. Pierwszy fragment opowiadania, które przyszło mi do głowy jakiś czas temu. Kolejne części z czasem... mam nadzieję.

- Rycerz? - zdziwił się strażnik. - Co to do cholery jest rycerz?
- Ty to głupi jesteś Ziutek. Rycerz to taki wojownik, tylko na modłę zachodnią - pośpieszył z wyjaśnieniem Flavius. - Konno jeździ i z mieczem walczy.
- Mało tu wojowników się kręci? Po cholerę nam jakiś rycerz?
- Bo pan Jonter kazał - stwierdził twardo sierżant. - A jak on karze, to wy głąby macie słuchać.
- Dobra, jak tam wolisz - Ziutek wzruszył ramionami. - Ale jak mamy rozpoznać, tego rycerza. Przecież nie będziemy się pytać każdego zbrojnego, który tu przyjedzie. Jeszcze nam któryś przywali.
Flavius pokiwał głową z niemym poparciem.
- Prawdziwi, kurwa, herosi z was. Od razu się bezpieczniej czuję z taką strażą miejską - zganił ich sierżant, niemniej po chwili zastanowienia najwyraźniej uznał racje swoich podwładnych. - Pewnie będzie miał miecz i konia. I ten, pas rycerski.
- A czym to się różni od zwykłego pasa?
- No, tego, lepszy jest. I jeszcze, tego, ty Flavius jesteś z zachodu, co jeszcze rycerze mają?
Wskazany strażnik wzruszył ramionami.
- Cholera wie, ja tam w życiu może z raz jakiegoś widziałem. Ale chyba powinni mieć zbroje, tarczę i ten, herb.
- No, to takiego właśnie szukajcie, z herbem i tarczą i tym, pasem. Ponoć jeden się kręci po okolicy, to jak go znajdziecie, to skierujcie do pana Jontera.
Sierżant odwrócił się i wrócił do karczmy, torując sobie drogę przez tłum wielkim brzuszyskiem.
Ziutek i Flavius odprowadzili go spojrzeniem, po czym przystąpili do poszukiwań rycerza. Zadanie nie było łatwe, gdyż w dzień targowy miasteczko roiło się od ludzi. Otoczony z trzech stron drewnianymi chatami główny rynek wypełniały dziesiątki stoisk i setki klientów. Wszyscy brodzili w tym samym błocie, wdychając powietrze nasączone śmierdzącą mieszanką wszelkich zapachów, jakie podobne miejsce mogło zaproponować.
- Powiedz mi Flavius, czym się taki rycerz różni, od zwykłego najemnika?
- Bo widzisz rycerze, to są tego... szlachetni.
- Że jacy?
- No tego, wiesz, to znaczy, że dziewki ratują i maluczkim pomagają - Flavius stwierdził z wątpliwym przekonaniem.
- No to tak jak my - zauważył Ziutek, przeganiając jakiegoś żebraka ciosem pałki.
- Ale nam za to płacą.
- A rycerzom to nie płacą?
- Głupi ty. Rycerz to robi dla sławy i honoru. I tych, żeby w pieśniach być.
- Oj, pierdolisz mi tu Flavius, pierdolisz, aż nie miło - oburzył się Ziutek. - Żaden człowiek nie będzie narażał własnej rzyci, dla jakiejś piosenki, czy coś.
- Ja ci tylko mówię, jak mi mama opowiadała. Bo sam, to tylko raz takiego widziałem, jeszcze jak mieszkałem na zachodzie. Zbroję miał i herb i giermków. Ale mówię ci, tacy rycerze to na Rubieże na pewno nie zaglądają. Co by mieli robić, na takim zadupiu?
- Hej, wy! Strażnicy - zawołał ich jakiś mężczyzna. - Gdzie tu można nagrodę odebrać za głowę przestępcy?
- Jakiego przestępcy znowuż? - spytał Ziutek, mierząc rozmówcę wzrokiem.
- Czarnego Olka - przybysz podał im płócienny worek, pokryty zaschniętą krwią. W środku znajdowała się obcięta głowa.
- Oż kurwa - stwierdził niezbyt elokwentnie Flavius, po czym odwrócił się i zwymiotował na własne buty.
- No wygląda jak Olek - przyznał Ziutek, wyglądając, jakby miał zamiar podążyć w ślady towarzysza. - Po nagrodę, to trzeba się zgłosić do sierżanta. Zaprowadzimy.
Odczekali chwilę, aż Flavius doszedł do siebie, po czym ruszyli w kierunku karczmy.
- A pan to z zachodu? - spytał Ziutek. - Bo po akcencie słyszę.
- Z Rion - odparł krótko nieznajomy.
- Aha... I wojownik pan?
- Nie, komediant. Zabiłem tego banitę żartami - ton przybysza był bezbarwny i znudzony. - Co tam się dzieje? - wskazał na klatkę, zawieszoną obok karczmy.
Wewnątrz zamknięto nagą kobietę, ogoloną na łyso i dotkliwie pobitą. W pochmurne, jesienne popołudnie wyglądała na całkowicie przemarzniętą.
- Cudzołożnica - pośpieszył z wyjaśnieniem Ziutek. - U nas na wschodzie, to się niemoralne baby każe.
- A co zrobili jej wspólnikowi?
- Wspólnikowi? - zdziwił się Ziutek.
- Sama z sobą chyba nie cudzołożyła?
- Yyyy, no, nic. Przecie czemu? - strażnik zdawał się całkowicie zaskoczony pytaniem. - To ona, wiedźma jedna, biednego szewca uwiodła, to czemu by my mieli jego karać?
- Kobieta jest występna, tak mówią księgi - mimo zapewnień, Flavius nie sprawiał wrażenia kogoś, kto umiałby czytać.
- A pan to może niewiasty ratuje? - spytał niby mimochodem Ziutek.
- A czemu? Macie jakąś do ocalenia?
- My to nie. Ale tego... szukamy rycerza.
- Rycerza? - nieznajomy przez chwilę przyglądał się im, jakby rozważając coś. - To znaleźliście. Sir Wilhelm Gilbert, rycerz - przedstawił się, lecz coś jego tonie sprawiło, że Ziutek nie był pewien, czy nie pada ofiarą kpiny.
- To tego, oczekują pana w karczmie.
- Tam gdzie nagroda za Olka?
- Tak.
- Świetnie, to chyba już trafię - minął ich i ruszył do drzwi karczmy.
- To niby ma być ten cały rycerz? - zdziwił się Ziutek po jego odejściu.
- Nie wygląda - przyznał Flavius. - Raczej jak jakiś łachudra, albo bandyta nawet.
- Mówiłem ci. Z tym rycerstwem to jakieś pierdolenie jest i tyle.

czwartek, 8 listopada 2012

Arrested Development, czyli "I've made a huge mistake"

Dziś przyjrzymy się jednemu z najlepszych i najbardziej pamiętnych seriali komediowych ostatniej dekady. Arrested Development (w Polsce znane jako Bogaci Bankruci), czyli seria o najsympatyczniejszej (sarkazm) rodzinie w dziejach telewizji.

Oto rodzina Bluth. Są bogaci, egoistyczni, całkowicie porąbani i w olbrzymich kłopotach. Kiedy poznajemy naszych bohaterów, ich rodzinna firma wpada w olbrzymie tarapaty.
Liczne przekręty ojca rodziny, Georga Sr. sprawiają, że ląduje on w więzieniu, zaś rodzinny interes i przetrwanie całej rodzinny spada na barki Michaela. Jedynego normalnego i w miarę odpowiedzialnego członka rodu. I tak rozpoczyna się absurdalnie komiczny koszmar, jakim jest dla naszego herosa próba doprowadzenia rodziny do porządku.
Ale kim tak właściwie są Bluthowie, cudowna dziewiątka, z którą spędzamy póki co 3 sezony serii.
Przede wszystkim mamy tu Michaela, tego odpowiedzialnego, moralnego i porządnego. Czyli zasadniczo, tego który ma przewalone. Jego syn George Michael (grany przez świetnego Michaela Cerę, znanego choćby z absolutnie genialnego Scott Pilgrim vs The World), czyli znerwicowany nastolatek zadużony we własnej kuzynce. Lindsey, czyli siostra bliźniaczka Michaela i zatwardziała aktywistka, jej mąż Tobias (chyba jedna z najzabawniejszych postaci), czyli nieporadny psychiatra z zacięciem do aktorstwa i dosyć wątpliwą orientacją seksualną. Ich córka Maeby, będąca buntowniczką bez powodu. Dwaj bracia Michaela Gob i Buster. Z których pierwszy jest nieudolnym i bardzo moralnie giętkim magikiem, a drugi baaaardzo znerwicowanym człowiekiem z baaaardzo niezdrowym przywiązaniem do swojej matki. I wreszcie założyciele rodu, czyli George Sr. i Lucille czyli para całkowicie pozbawionych sumienia manipulatorów, gotowych na wszystko, by osiągnąć swoje cele.
Od lewej do prawe: Michael, George Michael, Tobias, Buster, Lindsey, Maeby, Lucille, George Sr. i Gob.

Arrested Development to serial niezbyt realistyczny. W dużej mierze opiera się on na operowaniu absurdem i burzeniu czwartej ściany. Wprawdzie twórcy nie posuwają się, aż tak daleko jak Community, co nie zmienia faktu, że fani tamtego serialu z pewnością powinni przyjrzeć się Arrested.
Dodam również, że choć oryginalnie serial trwał zaledwie 3 sezony (2003 - 2006), to dzięki długo toczącej się w internecie walce, udało się przywrócić serię i to w wielkim stylu, obecnie planowany jest nowy sezon i film kinowy.
I na koniec z cyklu Guzio poleca Arrested Westeros, czyli strona biorąca sceny z Gry o Tron i dodająca dialogi z Arrested Development. Są zaskakujące na miejscu.

Arrested Westeros