poniedziałek, 2 września 2013

True Blood, sezon 6

Chwilę nie było aktualizacji. Byłem zajęty, między innymi pisaniem recenzji dla Bestiariusz.pl , niemniej w najbliższym czasie postaram się nadrobić. A póki co, krótka recenzja nowego sezonu True Blood.

True Blood to serial do którego mam dosyć szczególne podejście. Zasadniczo, nie uważam go za dobry, inteligentny, zaskakujący czy choćby interesujący... mimo to obejrzałem wszystkie sezony. Jest w nim po prostu coś, co przyciąga. Porąbane poczucie humoru i niezaprzeczalny klimat. I kilka naprawdę dobrych postaci. Tym razem było jednak inaczej. W swoim 6 sezonie, po raz pierwszy od pierwszego sezonu, True Blood faktycznie wydał mi się dobrym serialem. Głównie dlatego, że Bill i Eric wreszcie olali Sookie (kiedy ta postać wreszcie umrze?) i zajęli się poważnymi sprawami. Jak przetrwanie swojego gatunku. Co więcej, to wreszcie jest to, czego oczekiwałem, czyli historia o wampirach.Wróżki, wilkołaki i zmiennokształtni zeszli na drugi plan i mam nadzieję, że tam już zostaną, ponieważ ten serial po prostu ich nie potrzebuje. Jasne, spojrzenie na nadnaturalny świat z innych punktów widzenia może być ciekawe, ale tu jedynie spowalniało akcję. Co bardzo wyraźnie pokazał choćby przedostatni odcinek.
Szósty sezon True Blooda poruszał zaskakująco poważne tematy jak na ten serial. Prawa jednostki, poświęcenie wolności dla bezpieczeństwa, moralność naukowych eksperymentów czy wreszcie obozy zagłady. Co więcej, stawiał wampiry w roli, w której pojawiają się rzadko, w roli ofiar. Ściganych, prześladowanych, przerażonych i eksterminowanych. To ciekawe podejście, jeszcze wzmocnione skupieniem uwagi na "młodocianych" wampirzycach.
Do tego dochodzą świetne nowe postacie jak Violet (Karolina Wydra, która była również jedynym pozytywem ostatniego sezonu Hausa), czy Niall (obsadzenie Rutgera Hauera w roli Dziadka Wróżki pokazuje, że ten serial nie utracił swojego porąbanego poczucia humoru).
No i zakończenie, które chyba po raz pierwszy sprawia, że faktycznie nie mogę się doczekać kolejnego sezonu. Oby tylko tak dalej.

wtorek, 11 czerwca 2013

Game of Thrones, odc. 30: Mhysa (3x10)

I oto nadszedł koniec trzeciego sezonu. Znów przyjdzie nam czekać 9 miesięcy na kolejny odcinek.
Będę szczery, osobiście odczuwam poważny niedosyt po tym odcinku. A właściwie po całym sezonie. Po prostu jako wielbiciel książek mam poczucie, że przerwaliśmy w najciekawszym momencie (jak 5 tom). Z licznych wydarzeń, które całkowicie zmieniają stan gry doczekaliśmy się tylko dwóch, zdobycie armii przez Daenerys i oczywiście Czerwonego Wesela. Trochę mało, w porównaniu z książką. Choć udało mi się odgadnąć na czym skończy się większość z wątków (Dany zdołała mnie zaskoczyć). Niemniej nad całością sezonu zastanowię się w innym wpisie. Tu skupię się na tym, co zobaczyliśmy w tym tygodniu, więc:

Ten odcinek świetnie podsumował zeszłotygodniową rzeź. Scena z ciałem Robba i głową wilkora. Zemsta Aryi. Opowieść Branna o każe za złamanie prawa gościnności. Tywin starający się usprawiedliwić mord. I co najważniejsze dla mnie, hasło Tyriona o tym, że Północ nie zapomni tego, co się stało.
"Północ Pamięta!"

Niemniej chętnie zatrzymałbym się nad pewną kwestią, poruszoną w tym odcinku. Tywin w pewnym momencie pyta, dlaczego zabicie tysięcy ludzi w bitwie jest bardziej szlachetne, niż zabicie kilku tuzinów przy kolacji. To świetne pytanie, choć sformułowane w ten sposób, daje dosyć łatwą odpowiedź. Szlachetność czynu jest bardzo łatwa do określenia według standardów Westeros, Czerwone Wesele było zdradą i do tego złamaniem Prawa Gościnności. W świecie, gdzie nie ma policji i niezawisłych sądów, honor i tradycja są konieczne do zapewnienia bezpieczeństwa. Podczas podróży w tym świecie większość czasu idziesz po bezdrożach, zatrzymując się na noc u przypadkowych gospodarzy. Zarówno ty jak i oni musicie się czuć bezpieczni, kiedy przyjmują cię pod dach. Tego bezpieczeństwa nie zapewni państwo, czy strach przed karą ludzką. W środku puszczy możecie się pozabijać nawzajem i nikt nawet nie będzie wiedział, że coś się stało. Dlatego konieczne jest wyższe prawo, prawo boskie, narzucone przez tradycję. Historyjka Branna mówi tutaj wszystko, bogowie nie przeklęli kucharza za morderstwo, ale za złamanie tradycji. Bo zamach na Prawo Gościnności, to zamach na sam fundament społeczeństwa Westeros. Może się zdawać, że akurat Tywin byłby bardziej wyczulony na podobny precedens. Jeśli Freyowie mogą bezkarnie zdradzić i zamordować Króla Północy, co powstrzyma ich przed powtórzeniem tego czynu z Lannisterami?
Niemniej tu pojawia się inna kwestia. Pomijając sposób zabicia Robba, czy możemy faktycznie źle ocenić sam fakt jego śmierci? Gdyby np. Młody Wilk zginął w zasadzce, zaatakowany z zaskoczenia podczas przemarszu wojsk, czy nadal byłoby to tak złe? Jasne, wszyscy lubimy Robba, ostatecznie wątki poszukującego zemsty syna i walczącego o wolność swego ludu przywódcy to klasyki, jesteśmy uwarunkowani, by stać po stronie podobnych postaci. Ale spójrzmy na to inaczej, wojna Robba Starka, prowadzona w imię zemsty, przynosiła jedynie śmierć i zniszczenie. Zima nieubłaganie nadchodzi, nieumarli nacierają na północ, żelaźni ludzie rabują wybrzeża i zajmują zamki, samo Winterfell idzie z dymem, a co robi Król Północy? Planuje atak na Casterly Rock. Czy ten atak pomógłby mieszkańcom północy, poddanym Robba? Nie. Jedynie przyniósł śmierć i zniszczenie na tysiące poddanych jego wrogów.
W niezaprzeczalny sposób, zbrodnia Freyów ocaliła niezliczone życia. I to jest najciekawszy element historii opowiadanej przez Martina, nic nie jest tu moralnie jednoznaczne. Spotkałem się wręcz ze stwierdzeniem, że głównym czarnym charakterem jest Daenerys, ponieważ chce sprowadzić na Siedem Królestw ogień i krew. Nie zgadzam się z tym w pełni, ale nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to bzdura.

Another One Bites The Dust: 
RIP przypadkowy żołnierz Freyów zabity przez Aryę. I tak zaczyna się faktyczna kariera najfajniejszej socjopatki Westeros. Opóźnili to o jeden sezon, ale nadal zostawili motyw z użyciem monety i w sumie fakt, że powodem zabójstwa była zemsta lepiej pasuje do postaci Aryi.

Przemyślenia:
- Sława Poda nadal za nim podąża, sądząc po reakcji dam dworu na jego osobę.

- Miło było widzieć choć przez chwilę, że Tyrion i Sansa naprawdę się dogadywali... Szkoda, że Czerwone Wesele wszystko zepsuło.

- Joff jest coraz bardziej poza kontrolą, ewidentnie już tylko Tywin potrafi nad nim zapanować.

- O wątku Theona rozpiszę się szerzej w podsumowaniu sezonu, niemniej, Ramsey nadal kojarzy mi się z psychopatycznym Doctorem. Ma ten sam poziom entuzjazmu i spontaniczności. I wreszcie dostaliśmy Fetora.

- Yara rusza na ratunek. To zmiana w porównaniu z książką i to taka, która zapowiada się całkiem ciekawie.

- Brama pod Murem wyglądała absurdalnie mało widowiskowo, w porównaniu z opisem z książek.

- Jon dzielnie poszedł w ślady swego ojca Boromira... Trzy strzały to chyba lekka przesada, ale z pewnością wyraźnie pokazała, że to koniec. Nie powinno się wkurzać rudych uzbrojonych w łuki.

- Czarny Zamek i wszystkie tamtejsze postacie wróciły!

- Wątek Stannisa wreszcie wrócił na właściwą drogę. Powodzenia Gendry!

- Finałowa scena robiła wrażenie, ale nie tak duże jak finały pierwszych dwóch sezonów. Ale mam wrażenie, że finał następnego sezonu wbije ludzi w ziemię.

I tak kończy się 3 sezon Gry o Tron. Niedługo wpis podsumowujący całość, a na razie:

wtorek, 4 czerwca 2013

Game of Thrones, odc. 29: Rains of Castamere (3x09)

And so he spoke, and so he spoke,
That lord of Castamere,
But now the rains weep o’er his hall,
With no one there to hear.
Yes now the rains weep o’er his hall,
With not a soul to hear.
 
Uffff... To było mocne. Nawet mimo tego, że wiedziałem co nadchodzi. Wiedziałem o tym już czytając książki, na długo przed pierwszym odcinkiem serialu (cholerny internet). W dalszym ciągu, rozdział opisujący Czerwone Wesele (pisany z punktu widzenia Catelyn) zrobił na mnie olbrzymie wrażenie i pozostaje moim ulubionym w całej sadze. Tym bardziej wyczekiwałem tego odcinka, wiedząc, że nadchodzi już od pierwszego sezonu. D&D wielokrotnie mówili w wywiadach, jak bardzo podekscytowani są możliwością sfilmowania RW (Red Wedding). I wreszcie dotarliśmy na miejsce. 

Muzycy zagrali tytułową piosenkę, drzwi zostały zamknięte, Roose Bolton okazał się mieć kolczugę pod ubraniem i nagle rozpętało się piekło. Dźganie ciężarnych kobiet w brzuch, latające wszędzie dookoła bełty, śmierć kolejnego wilkora, rzeź wojowników z północy, wreszcie "Lannisterowie przesyłają pozdrowienia" i śmierć Robba i Cat.
Zadajmy sobie teraz pytania: Co tak właściwie się stało? Czemu się stało? Co z tego wynika?

Więc po pierwsze, w oczywisty sposób doszło tu do zdrady. Robb i jego ludzie weszli prosto w pułapkę Freyów.
To najprostsza odpowiedź, ale nie jedyna. Nie mieliśmy tu do czynienia ze zwykłą zdradą, z prostym mordem. Przed naszymi oczami rozegrała się rzeź, masakra z piekła rodem. Twórcy specjalnie rozciągnęli całą scenę w czasie, pozwolili Robbowi i Cat przetrwać do ostatniej minuty. Mieliśmy to naprawdę poczuć. Bardzo często seriale telewizyjne traktują śmierć, jak coś banalnego, nieporuszającego lub nawet zabawnego. Twórcy doskonale wiedzą, że widzowie za dobrze rozumieją różnicę, między fikcją i rzeczywistością. Kiedy aktor dostaje kulę w głowę na ekranie, to wszyscy wiemy, że tak naprawdę zaraz się podniesie. To nic wielkiego. Nie jest łatwo uczynić przemoc na ekranie naprawdę nieprzyjemną nie popadając w anatomiczne efekciarstwo. Tu jednak się udało. Przyjrzymy się uważnie, nie widać w tej scenie bebechów, nie ma odrąbanych kończyn, ran wilkora nawet nie widzimy. Mimo to przemoc w tej scenie jest szokująca, przerażająca. To częściowo zasługa śmierci lubianych postaci, ale myślę, że w większym stopniu świetnego aktorstwa i reżyserii. Sprawnego manipulowania emocjami widza.

Czemu Robb i Cat zginęli? To trudne pytanie. Wewnątrz świata serialu odpowiedź jest oczywiście łatwiejsza. Robb popełnił zbyt wiele błędów. Najpierw zdradził Waldera Freya, a później mu zaufał. Postawił miłość ponad honor, a później sprawiedliwość ponad rozsądek. Król Północy nie był nieomylny, był tylko młodym człowiekiem na którego nałożono nagle zbyt duży ciężar. Co gorsze zagrał przeciwko Tywinowi Lannisterowi, a kiedy siedzi się naprzeciwko kogoś takiego jak Papa Lannister, nie można sobie pozwolić nawet na jeden, malutki błąd.
Teraz chyba jest już jasne, do kogo Tywin pisał te listy przez cały sezon. Freya i Boltona, którzy jak się okazuje, w między czasie sami stali się rodziną. Fakt, że Roose wybrał najgrubszą z córek Waldera, by dostać większy posag wiele mówi o jego charakterze.

Ale o wiele ciekawsze jest pytanie, czemu twórcy zdecydowali się zabić te postacie? Nie jest to tak oczywiste, jak w przypadku Neda. Eddar Stark umarł, by zrobić na scenie miejsce dla swych dzieci. By dać nam klasyczną historię o poszukującym zemsty synu. Teraz ów syn też nie żyje. Czemu? Odpowiedzi jest wiele:
Po pierwsze, przypomina nam to lekcję, którą odebraliśmy w pierwszym sezonie. Nikt nie jest bezpieczny! Po zeszłorocznej wielkiej bitwie bez trupów, łatwo było zapomnieć o tej nauczce. No cóż, tego chyba już nikt nie zapomni. 
Co więcej, ta seria potrzebowała nowych czarnych charakterów. Bądźmy szczerzy, Joff został już chyba sam na tym froncie. Wprawdzie Littlefinger konsekwentnie wspina się po drabinie prawdziwego zła, ale reszta jest w wyraźnym odwrocie. Jaime jest wręcz sympatyczny, Cersei jest zbyt żałosna na czarny charakter, nawet na Theon trudno się wkurzać. A każda dobra historia potrzebuje "tych złych". I oto mamy całą armię Roosa Boltona, Waldera Freya i jakieś pół setki jego potomków! Tylko pomyślcie ile to daje satysfakcjonujących możliwości do zemsty (sposoby te mogą, acz nie muszą zawierać wieszanie, sztyletowanie i bycie zjedzonym przez własnych krewniaków).
A jak jesteśmy przy zemście... Dokonało się, Starkowie są zniszczeni, rozgromieni, w powszechnej świadomości mieszkańców Westeros Bran i Rickon nie żyją, Arya zniknęła, a Sansa zmieniła nazwisko na Lannister. Po prostu nie ma już dla tej rodziny nic poniżej, dno zostało osiągnięte. Teraz można się już tylko odbić i to akurat jest dobra wiadomość dla fanów Starków, bo to oznacza, że teraz jest to ród mający najmniej do stracenia. Za to Lannisterowie, Tyrellowie i cała reszta zwycięzców, którzy właśnie dotarli na szczyt... oni również mają już tylko jeden kierunek w którym mogą iść, i jest on dokładnie przeciwny do kierunku Starków. 
Oczywiście w przypadku Catelyn jest jeszcze jeden powód, ten pewnie stanie się oczywisty za tydzień, lub w kolejny sezonie, więc póki co nie będę go zdradzał.
 
I co z tego wynika?
Another Stark bites the dust
Another Stark bites the dust
And another Stark gone, and another Stark gone
Another Stark bites the dust
Hey, I'm gonna get you too
Another Stark bites the dust

 
Więc, wojna się skończyła. To znaczy nadal jest tam Stannis i Greyjoyowie, ale oni raczej nie stanowią zagrożenia dla Lannisterów. Westeros ma znów faktycznie jednego króla. Zdradzę, że oczywiście Roose Bolton za swój udział dostanie odpowiednią nagrodę w postaci Północy. Trudno na tym etapie powiedzieć, jak duża część armii Robba została wymordowana w Bliźniakach. W książce Król Północy faktycznie odesłał sporą część wojska na Północ przed weselem (i wyznaczył Jona Snow swoim następcą, ale to widocznie wyleciało z serialu). Co więcej, w obydwu przypadkach Blackfish zdołał umknąć masakrze, w książkach nie będąc obecnym na weselu, tutaj dzięki swojemu pęcherzowi (ocalony przez pęcherz... to coś nowego). Również Edmur nadal żyje, było by bez sensu zabijać go zanim spłodzi potomka mającego prawa do Riverrun i krew Freyów w żyłach. Swoją drogą, jeśli sypialnia była na uboczu, nasz pan młody może nawet nie wiedzieć, co się dzieje. To pewnie najlepsza noc jego życia. Jeśli tak, to rano obudzi się z czymś dużo gorszym niż kac.
No i wbrew powszechnej w królestwie opinii, reszta Starków nadal żyje. Arya jest "bezpieczna" z Ogarem. Bran odkrył (z poważnym opóźnieniem) magiczne moce kontrolowania wilkorów i Hodora. Rickon miał faktyczną scenę dialogową, nie odkrył swoich niezwykłych mocy kontrolowania wilkora, ale za to rozsądnie odłączył się od brata i ruszył z Oshą w poszukiwaniu własnych przygód. 
A jak jesteśmy przy postaciach, które również wbrew książkom nie odkryły swoich magicznych mocy kontrolowania wilkorów, Jon (choć Arya w sumie też, ale o niej już pisałem) wreszcie wykonał swój ruch i zatłukł Orella. Ogólnie było to mniej dramatyczne niż sobie wyobrażałem, ale dodaje tragizmu odcinkowi, bo to już druga w tym tygodniu sytuacja, w której Starkowie prawie się spotkali. 
Ogólnie, choć to smutne, gra toczy się dalej. Śmierć Robba zostanie odczuta przez ten świat. Pamiętajmy, że Ned zginął w pierwszym sezonie, a do dziś postacie w serii regularnie się do niego odnoszą. I tak samo będzie z Robbem i Cat. 
Północ Pamięta!

Przemyślenia:
- Więc Talisa faktycznie nie była szpiegiem... to mnie zaskoczyło. Choć nazwanie dziecka Ned nie było zbyt rozsądne:
 
- Jorah zapuszcza się coraz głębiej, na szerokie stepy Friend Zone.

- Szary Robak naprawdę wymiata z tą włócznią.

- Scena z córkami Freya była przezabawna. 

- Your a wizard Sam!
Podsumowując, to był zdecydowanie najmroczniejszy odcinek w całej serii. I również jeden z najlepszych. Wielu ludzi wstrząśniętych tym obrotem spraw deklaruje bojkot serialu. Podobnie było po śmierci Neda, a finał tamtego sezonu i tak miał olbrzymią oglądalność. Czy za tydzień uda się wreszcie przebić pod względem oglądalności True Blooda? Zobaczymy. Póki co przeszliśmy pewien punk milowy tej serii. To jeszcze nie koniec szokujących wydarzeń, choć niewiele osiąga poziom choćby zbliżony do tego. Przynajmniej w tych tomach, które już mamy. A póki co, jak na końcu tego odcinka, pozostaje nam cisza i zmniejszające traumę żarty.

wtorek, 21 maja 2013

Game of Thrones, odc. 28: Second Sons (3x08)

I wreszcie dotarliśmy do pierwszego z czterech nadchodzących wesel. I trzeba przyznać, że była to impreza w prawdziwym stylu rodziny Lannisterów. Wystawna, pełna mniej lub bardziej pasywnej agresji, pijaństwa i niezbyt zdrowych stosunków rodzinnych (a jak objaśniła nam Ollena już niedługo wszyscy na tej sali będą ze sobą spokrewnieni i to w dosyć zawiły sposób).

To był zdecydowanie najbardziej skoncentrowany odcinek w tym sezonie. Poza pierwszą i ostatnią sceną, skupiał się wyłącznie na trzech wątkach i wszystkie zostały poprowadzone świetnie. Davos wreszcie wydostał się z celi i w samą porę, by ocalić Gendrego przed zakusami Czerwonej Kapłanki. Swoją drogą to ciekawe, że przez tych kilka odcinków Stannis dosłownie zamknął swoje sumienie w klatce. Tak czy inaczej wszystko wróciło do normy. No poza tym, że Gendry nadal jest zagrożony złożeniem w ofierze, tudzież byciem zgwałconym przez MILFę. Zgaduję, że przynajmniej jednej z tych rzeczy by się nie sprzeciwiał. Z drugiej strony, to mogłoby sprowadzić na niego gniew zazdrosnego króla Stannisa. Gendry ma naprawdę przewalone.

A jak jesteśmy przy postaciach które mają przewalone... No cóż, to chyba właściwie wszyscy nowo- i wkrótce-żeńcy w Królewskiej Przystani. Oczywiście Tyrion i Sansa byli tu na wyeksponowanej pozycji, ale nie da się ukryć, że Margaery też ma przesrane. I jak wspaniale zakończył się, właściwie chyba pierwszy dialog Cersei i Lorasa w tym serialu.
Ogólnie całość była dziwna, niezręczna i skończyła się dla wszystkich zainteresowanych upokorzeniem i rozczarowaniem (no, może poza Shae i nami widzami). Jako plus, Dinklage jest świetnym pijakiem i chyba powiedział to, co wszyscy chcielibyśmy powiedzieć Joffowi. Szkoda, że później musiał to odwołać i pewnie jeszcze przyjdzie mu zapłacić za tą chwilę szczerości.

Uwielbiam wątek Dany w tym sezonie. Jest w nim wszystko to, czego brakowało w zeszłym roku. Akcja, polityka, wojna i palące wszystko smoki. To znaczy w tym konkretnym odcinku nie było smoków, ale to czyste szczegóły. Za to byli obleśni najemnicy i w szokujący sposób, najbardziej obleśnym z nich nie był wcale Daario. Tak właściwie, to wcale nie był on obleśny, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo w książkach był jedną z najobleśniejszych postaci w całej sadze. Brak niebieskiej brody i złotych zębów naprawdę wyszedł mu na zdrowie. Przy czym, nie da się ukryć, że najemnicy w serialu ogólnie są dosyć mało pstrokaci. Książki jasno stwierdzały, że niczym piraci, najemnicy w tym świecie mają zwyczaj nosić cały swój majątek na sobie w postaci biżuterii i drogich ubrań.
Tak czy inaczej armia Dany rośnie w zaskakującym tempie, całość rozegrała się trochę inaczej niż w książce, ale sądzę, że to raczej kwestia rozbicia tej historii na więcej odcinków, poprzez rozdzielenie elementów które w powieści występowały równocześnie.

Another One Bites The Dust: 
RIP dwaj niezbyt mili najemnicy których nie zdążyliśmy faktycznie poznać i 3 pijawki które najwyraźniej bardzo dobrze poznały Gendrego.

Przemyślenia:
- SAM THE SLAYER! Wreszcie! Szkoda tylko, że zostawił sztylet przy resztkach White Walkera.

- Cersei w tym odcinku naprawdę pokazała pazurki, zwłaszcza w starciu ze swoją przyszłą synową. I miło, że wreszcie wyjaśnili historię piosenki Lannisterów, zwłaszcza biorąc pod uwagę tytuł następnego odcinka.

- Emilia Clarke była całkowicie zjawiskowa w scenie kąpieli.

- Ser Bronn nie zmienił ubrania nawet na ślub Tyriona. Ciekawe, czy kiedykolwiek zobaczymy go i innym stroju. Mam nadzieję, bo to zaczyna wyglądać idiotycznie.

Niestety na kolejny odcinek przyjdzie nam czekać, aż dwa tygodnie. A to oznacza, że kolejne wesele dopiero 2 czerwca. Dziewiąty odcinek to tradycyjnie najmocniejsze uderzenie sezonu i zapowiada się, że tym razem będzie tak samo, bo już po zapowiedziach widać wszystkie sceny na które czekam w tym sezonie. I do tego ten tytuł: The Rains of Castamere.

wtorek, 14 maja 2013

Game of Thrones, odc. 27: The Bear and the Maiden Fair (3x07)

From there to here
From here to there
All black and brown
And covered in hair

He smelled that girl
In summer air
The bear, the bear
And maiden fair


 No dobra, jeśli w zeszłym tygodniu było dużo gadania o miłości, to w tym odcinku mieliśmy już całkowite romansidło, wszyscy są zakochani, nawet warg Orell. I do tego nic się nie dzieje (no poza tym fragmentem z niedźwiedziem), fabuła całkowicie zatrzymała się, jak 4 tom książki normalnie. Jasne w dalszym ciągu odcinek był naszpikowany świetnymi scenami i oglądało się go przyjemnie, niemniej na tym etapie sezonu raczej nie powinno być już tak powolnych odcinków. Całe szczęście, że wszystko wskazuje na to, że już za tydzień seria znów nabierze tempa i biorąc pod uwagę treść książek, nie zatrzyma się już przez większość następnego sezonu.

Co ciekawe, ten odcinek kontynuuje spoilerowanie nam książek, tak jakby. Chodzi mi konkretnie o ciążę Talisy. I mówię tak jakby, ponieważ postać ta nigdy nie istniała w książkach. W jej miejscu istniała Jeyne Westerling, szlachetnie urodzona kobieta ze starego, choć trochę podupadłego rodu. I w książce nigdzie nie było powiedziane, że Jeyne była w ciąży, choć istniały na ten temat fanowskie teorie, oparte na kilku niejasnych stwierdzeniach w tekście. Czyżby serial mówił jasno coś, czego książka nigdy nie wyjaśniła? Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że autorem tego odcinka był sam George Martin. Z drugiej strony sposób powstawania odcinków GoTa sprawia, że już w poprzednich sezonach odcinki Georga zawierały na ogół co najmniej dwie lub trzy sceny faktycznie nie napisane przez niego. Na przykład słynna scena z Bronnem i Ogarem.
Szczerze mówiąc trudno mi rozwodzić się bardziej nad tym odcinkiem, ponieważ po prostu nic się w nim faktycznie nie wydarzyło.

Another One Bites The Dust: 
RIP "Męskość" Theona. Na szczęście twórcy oszczędzili nam tego widoku. Z pozytywów, bądźmy szczerzy posiadanie sprawnego penisa i tak jedynie wpędzało Theona w kłopoty. Swoją drogą, mamy zaskakująco szybko rosnącą ilość eunuchów w tej serii (zwłaszcza z całą armią Daenerys).

Przemyślenia:
- Tywin niszczy Joffa nawet lepiej niż Tyrion. Z drugiej strony, to ciekawe, że ten jeden raz Joff faktycznie miał rację.

- Shae The Funny Whore uderza ponownie. Choć faktycznie jej postać staje się trochę denerwująca.

- Uwielbiam, kiedy Dany zachowuje się jak prawdziwa królowa.

- O ile wyjście Jaimea przy dźwiękach The Rains Of Castomere było świetne, myślę, że akurat w tym odcinku mogliby puścić tytułową piosenkę.


wtorek, 7 maja 2013

Game of Thrones, odc. 26: The Climb (3x06)

"Jeśli sądzisz, że to będzie miało szczęśliwe zakończenie, to wyraźnie nie uważałeś."
Bardziej prawdziwe słowa nigdy nie zostały wypowiedziane w tym serialu.

Rozpoczynamy drugą połowę sezonu i to zaczynamy, dla ludzi znających książki, chyba najbardziej zaskakującym odcinkiem w tym roku. Czerwona Kapłanka spotyka Aryę i spoileruje nam książki, Gendry przeistacza się w Edrica i idzie w całkowicie nieznanym kierunku i do tego ginie Ros! Zwłaszcza temu ostatniemu fragmentowi poświęcę dłuższy fragment, ale po kolei.

Ten odcinek miał coś, czego w Grze o Tron zawsze brakowało... Miłość! Tylko spójrzmy, Sam i Gilly mają randkę przy ognisku; Jon i Ygritte całują się na szczycie Muru; Robb załatwia żonę swojemu wujkowi Brutusowi (co daje nam już 4 nadchodzące wesela); Sansa idzie na randkę z jedynym rycerzem w Królewskiej Przystani, który poświęca na planowanie wesela więcej czasu niż ona; Tyrion się oświadcza; Brienne pomaga Jaimemu jeść obiad; Tyrion i Cersei znów zaczynają się zachowywać się jak rodzeństwo; Littlefinger i Varys mają kolejny ze swoich słownych sparingów; a Joff jeszcze bardziej zaprzyjaźnia się ze swoją kuszą i odkrywa nową pasję. Po prostu Love is in the Air.

Scena z Czerwoną Kapłanką naprawdę mnie zaskoczyła, z jednej strony fajnie było zobaczyć tą wyraźną różnicę między podejściem do religii Melisandry i Thorosa. Tymczasem zabranie przez nią Gendrego naprawdę mnie zaskoczyło, mam kilka teorii na temat tego, jak ten wątek potoczy się dalej, niemniej tak naprawdę mam nadzieję, że serial znów mnie zaskoczy. Tymczasem rozmowa Aryi z Melisandrą sprawiła, że zadałem sobie pytanie: Czy oni właśnie zaspoilerowali mi wydarzenia z nienapisanych jeszcze książek? Wiem, że D&D znają zakończenie sagi, niemniej nigdy dotąd nie użyli tej wiedzy w tak widoczny sposób. Teraz tym bardziej czekam na kolejne odcinki, zastanawiając się, jakie jeszcze rewelacje na temat dalszych losów sagi usłyszymy właśnie w serialu.

Another One Bites The Dust: 
RIP Ros, to była zdecydowanie najbardziej zaskakująca śmierć tego serialu, no... przynajmniej dla tych którzy czytali książki. Głównie dlatego, że sama postać Ros nie istniała w świecie Pieśni Lodu i Ognia.
Ros była kontrowersyjną postacią, przez pierwsze dwa sezony wielu ludzi przeklinało ją i życzyło śmierci. Oskarżano biedną "pracującą dziewczynę" o to, że zabiera czas ważniejszym postaciom, że ukradła osobowość Shae (co w sumie wyszło na zdrowie samej Shae, która w serialu jest znacząco ciekawszą postacią) i tym podobne rzeczy. Prawdę powiedziawszy, Ros nigdy mi nie przeszkadzała, zwłaszcza, że tak faktycznie pierwsza scena z ową "Córy Koryntu" która faktycznie była o Ros, to jej ostatnia scena w drugim sezonie, ta w której zostaje ona zwerbowana przez Varysa. Wcześniej pierwsza prostytutka Westeros działała jako tło dla głównych postaci, wprowadzenie do scen i okno do świata zwykłych mieszkańców Siedmiu Królestw. Możliwość zerknięcia na wielką grę oczani kurtyzany (to niesamowite, ile synonimów słowa dziwka istnieje w języku polskim). I prawdę powiedziawszy, z czasem naprawdę polubiłem postać Ros, była ona swego rodzaju dziką kartą, tworem przynależnym całkowicie serialowi, a co za tym idzie całkowicie nieprzewidywalnym dla ludzi znających książki. Nawet sam zastanawiałem się, role jakich postaci z książek przypiszą jej dalej D&D, snułem teorie, że może ona zastąpić Lady Taenę Merryweather (to byłaby ciekawa historia awansu społecznego). Tymczasem ostatecznie Ros posłużyła jako pierwsza ofiara młodego króla i równocześnie przestroga, nie każdy potrafi się wspinać po drabinie z wprawą równą Littlefingerowi i Varysowi, a jak wszyscy wiemy, w grze o tron wygrywasz lub giniesz i zasada ta tyczy się zarówno graczy jak i pionków.

Przemyślenia:
- Ciekawe czy wątek walki o status samicy alfa pomiędzy Meerą i Oshą dokądś zmierza?

- Czy ktoś jeszcze zauważył, że "przyjaciel" Theona zachowuje się jak psychopatyczna wersja jedenastego Doctora?... Guys?... Nikt? Ok.

- I królowa cierni wreszcie znalazła mężczyznę zdolnego stawić jej czoła... Tywin nadal pozostaje największym graczem przy stole.

- Littlefinger wyrasta na prawdziwy czarny charakter, powinien jeszcze podkręcać wąsa i od czasu do czasu wybuchać złowrogim śmiechem. Choć podoba mi się fakt, że faktycznie zadał sobie trud policzenia mieczy.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Game of Thrones, odc. 25: Kissed By Fire (3x05)

W tym tygodniu kontynuujemy zeszłotygodniowy motyw Ognia i Krwi. Tak więc mamy tu płonące miecze, krwawe rany, dekapitacje, dzieci w słoikach, zdecydowane postępy w dbaniu o higienę i, co być może najbardziej szokujące, Tyriona całkowicie bezbronnego w scenie dialogowej. Dokąd ten serial zmierza?

W tym tygodniu nie będę zbyt dokładnie zagłębiał się w to, co faktycznie działo się na ekranie, nie ma powodu. W tej chwili ten sezon dotarł już do punktu, w którym jest po prostu świetny. Mogę się trochę czepiać rozłożenia scen i tempa niektórych fragmentów, ale to raczej bez sensu. Dlatego zamiast tego tym razem skupię się na dwóch zagadnieniach.

Zacznijmy więc od honoru. To takie duże i ważne słowo. Słowo które zdaje się wręcz napełniać ten odcinek. Ten jakże ulotny zestaw wyimaginowanych reguł, którymi kieruje się tak wiele postaci w tej serii. Kodeks. Obowiązek.
Słowa które nie znaczą już zbyt wiele w naszych czasach, mimo to nadal podziwiamy postacie, które nadają im znaczenie. Ned Stark nie żyje już od dwóch sezonów, ale nadal pozostaje ulubieńcem publiczności. A bądźmy szczerzy, gdybyśmy mieli opisać Neda jednym słowem, na dobre czy na złe, byłoby nim właśnie słowo honor. A teraz spójrzmy na Robba. Młody Król Północy złamał przysięgę daną Freyom, poślubił dziewkę nie wiadomo skąd, całkowicie ignorując nakazy honoru i kosztowało go to sporą część armii. A teraz ściął głowę lordowi Karstarkowi, działając zgodnie z kodeksem Neda i kosztowało go to kolejną część armii. Wygląda na to, że Robb wyjątkowo źle dobiera momenty, kiedy powinien trzymać się kodeksu. Z drugiej strony, gdyby nie jego małżeństwo z Talisą, być może nie doszłoby do tej sytuacji. Karstark nie byłby, aż tak zdesperowany, gdyby zwycięstwo faktycznie było w zasięgu ręki.
Z drugiej strony mamy Jorah Mormonta, którego w tym odcinku spotkaliśmy, kiedy próbował zorientować się, czy Ser Barristan wie o jego zdradzie. Przy okazji okazało się, że zła reputacja Jorah, może zaszkodzić sprawie Dany. Jaime (o którym za chwilę więcej) raz splamił swój honor i wiele z jego kolejnych kłopotów wynikało z tego jednego czynu.
Wychodzi na to, że w tym świecie, łamanie zasad honoru może być równie niebezpieczne jak przestrzeganie ich... Ciekawe jak skończy się to dla Jona, który akurat w tym odcinku postanowił sam złamać kilka zasad.

 Jaime to ciekawa postać. Zdecydowanie jedna z najciekawszych w całej sadze. A skoro wreszcie poznaliśmy jego historię, mogę napisać o tym coś więcej.
Wielu ludzi nie lubi Jaimea w pierwszych tomach/sezonach. Nie ma się co dziwić, facet zaczyna swoją historię od kazirodztwa i wyrzucania dzieci przez okna. I bądźmy szczerzy, później nie jest wcale lepiej. To cyniczny pyszałek, patrzący na wszystkich z góry. Typowy czarny charakter. Ale spójrzmy teraz na jego życie.
Jaime jest słaby, zdecydowanie najsłabszy z trójki dzieci Tywina. Jego słabość polega na tym, że w pewnym sensie, jest najsympatyczniejszym i najbardziej moralnym członkiem rodziny. Jaime zawsze trzymał z Tyrionem, pomagał mu, bronił go. Równocześnie szczerze kochał Cersei i to miłością całkowicie zależną, taką w której pozwalasz drugiej osobie na wszystko. Jaime nigdy nie przejawiał żadnej ambicji, nie chciał brać udziału w grze, nawet nie myślał o tym, że mógłby się sprzeciwić ojcu. W całkowicie nietrafiony sposób, zdaje się, że Jaime zawsze chciał tylko tego, by wszyscy dookoła byli szczęśliwi. Jego pobudki były zawsze całkowicie pozbawione egoizmu. I co z tego wyszło?
W drugim odcinku pierwszego sezonu, Jaime rozmawia z Jonem na temat przystąpienia do Nocnej Straży. Wiele osób sądziło, że Jaime szydzi z Jona, ale to nie prawda. Myślę, że Jaime mu współczuł, w pewien sposób próbował go ostrzec, stwierdzając, że to służba tylko dożywotnia. Jaime coś o tym wie, zgłosił się do Gwardii za namową Cersei, w czasie, gdy Tywin był Namiestnikiem, a Cersei dwórką w stolicy, by być z nią. Ale zaraz po tym Tywin popadł w konflikt z Szalonym Królem i zabrał swoją córkę do Casterly Rock. Jaime rozgniewał ojca, stracił ukochaną i został sam w stolicy, naiwny dzieciak słuchający szeptów szaleńca. Później przyszły wydarzenia opisane w nowym odcinku. Jaime dokonał swojego jednego szlachetnego czynu, ocalił tysiące przed śmiercią. I otrzymał za to jedynie wzgardę szlachetnego Neda Starka i jemu podobnych. Ktoś inny mógłby próbować się tłumaczyć, ale nie syn Tywina Lannistera. Wilk nie będzie osądzać lwa.
Od tamtej pory Jaime był Królobójcą. Człowiekiem bez honoru. W finale ostatniego sezonu, w jednej ze swoich najlepszych scen, Theon stwierdził, że nie jest tym, kogo udaje, ale już za późno, by mógł udawać kogoś innego. Co ma powiedzieć Jaime, który grał rolę Królobójcy przez kilkanaście lat. A najsmutniejsze jest to, że za wszystkimi monologami na temat bezużyteczności honoru, kryje się prosta prawda: Jaime Lannister najbardziej na świecie, chciałby być Nedem Starkiem. Honorowym rycerzem, postępującym zgodnie ze swoim sumieniem i szanowanym za to. Spójrzmy choćby na te dwie sceny w pierwszym sezonie, w których Jaime zagaduje Neda, na swój sposób próbuje tłumaczyć, zyskać choć cień aprobaty wielkiego Eddarda. Ale nic z tego, jest już za późno. Tyrion czy Cersei mogliby próbować walczyć o swoje, ale nie biedny, słaby Jaime. On może jedynie ukryć się za cynizmem Królobójcy i ślepo podążać za swoją siostrą.
Zaznaczę, że nie chcę tu bronić Jaima, ani jego czynów. Po prostu chciałem zwrócić uwagę, jak tragiczną i świetnie przemyślaną jest on postacią.

Another One Bites The Dust: 
RIP dziewictwo Jona. I tysiące fanek krzyknęło z nienawiści do Ygritte.

Przemyślenia:
- W tym sezonie mapa od początku posiada wszystkie lokacje, widać w oddali te, których kamera jeszcze nie odwiedziła.

- Po śmierci Crastera, Stannis podjął heroiczną walkę o tytuł Ojca Roku, ale niestety został wbity w ziemię przez Tywina.

- Tyrion zgaszony i nazwany zastraszonym księgowym... co się dzieje w tej stolicy?

- Czy mi się zdaje, czy w tym odcinku było więcej męskiej nagości, niż żeńskiej? Czyżby GoT na froncie równouprawnienia?

- Spotkałem się ze stwierdzeniem, że Lord Bolton wygląda jak James Bond... Nie wiem, mi on raczej przypomina Putina.

- Więc twórcy najwyraźniej połączyli postać córki Stannisa (Shireen) i jej błazna. W sumie nie będę się czepiał, bo to mała zmiana, a piosenka o podwodnym królestwie śpiewana głosem małej dziewczynki jest podwójnie niepokojąca.

- I na koniec jeszcze raz wspomnę o tej scenie w łaźni, była po prostu genialna. Chyba póki co najlepsza scena tego sezonu.