Gra o Tron powróciła. Pierwszy odcinek, jak zwykle, nie był zbyt porywający. Co nie zmienia faktu, że miło było znów zobaczyć te postacie i lokacje. Mieliśmy tu sporo pionków rozstawionych na szachownicy i wątków przygotowywanych na przyszłe odcinki. Mieliśmy też pierwszą retrospekcję w historii serialu. Nie Tower of Joy, nie śmierć ojca i brata Neda, nie turniej w Harrenhal. Po 40 godzinach, pierwsza retrospekcja dotyczyła Cersei. Przyznaję, w pewien sposób ma to sens, o tych pozostałych rzeczach ktoś mógł nam opowiedzieć (choć o pierwszej i trzeciej nikt tego nie zrobił), o tym wiedziała tylko Cersei (i jej towarzyszka, która w książkach niedługo po tym umarła, zgodnie z przepowiednią, którą otrzymała) i ona nigdy by się nie odezwała. A niezaprzeczalnie jest to spory element jej motywacji. I miło widzieć, że Cersei zawsze była niezbyt miłą osobą, osobiście chętnie zobaczyłbym serię o jej przygodach. Może coś w stylu reality tv na westerowskim MTV. I trzeba przyznać, że nie każda dziewczynka zniosłaby tak dobrze wiadomość, że w przyszłości stanie się złą królową z kreskówki Disneya.
Do tego dostaliśmy kolejny Lannisterski pogrzeb. Na szczęście tym razem, Jaime i Cersei zdecydowali się nie uczcić okazji ocierającym się o gwałt kazirodztwem tuż obok ciała krewniaka. Za to dostaliśmy kilku dawno niewidzianych członków rodziny. Oto wujek Kevan, którego pewnie mało kto jeszcze pamięta i jego syn Lancel ("co za głupie imię") Lannister. Który najwyraźniej po pomocy w uśmierceniu króla i seksie ze swoją kuzynką, postanowił się nawrócić i odnalazł Boga. A właściwie, to nawet Siedmiu.
Tymczasem na Murze źle się dzieje. Ale za to dwa światy nagle się ze sobą zderzyły. Melisandre i Jon w jednej windzie. Swoją drogą, muszę przyznać, że to niezły wyczyn. W całym królestwie jest tylko jedna winda, a oni nadal zdołali mieć niezręczną rozmowę w windzie. Tym sposobem zniszczyli jedną z niewielu zalet tego świata. No a później była impreza z grillem. Trzeba przyznać, że Stannis ma ciekawą metodę zdobywania sympatii ludzi. Patrzcie, spaliłem wam króla, teraz mnie poprzecie, prawda? Nie wiem, jak to możliwe, że on przegrywa tą wojnę.
Another One Bites The Dust:
RIP Mance Rayder, był bardzo inny niż w książkach i tragicznie nie wykorzystywany przez twórców. Ciaran Hinds jest świetnym aktorem i wycisnął z tej roli co się tylko dało, zwłaszcza w tym ostatnim dla siebie odcinku, ale nie zmienia to faktu, że zamiast radosnego awanturnika, dostaliśmy poważnego myśliciela. To wyjaśnia też, czemu twórcy zdecydowali się zabić tą postać już teraz (w książkach Mance nadal żyje). Serialowy Mance całkowicie nie pasował do awanturniczego wątku, który przypadł jego postaci w powieści. Tak czy inaczej, żegnamy świetnego aktora. I ostatecznie, udało mu się rozpalić największy ogień, jaki Północ kiedykolwiek widziała (choć czuję, że Mel może chcieć go przebić).
Przemyślenia:
- Wreszcie zobaczyliśmy Dorn... Niestety tylko w formie znamienia na ciele Lorasa.
- Jak przy tym jesteśmy, Loras i Margeary mają specyficzne relacje, na szczęście nie tak specyficzne jak inne rodzeństwa w tym serialu, ale nadal, specyficzne.
- Darth Sansa i Brienne rozminęły się o kilkadziesiąt metrów... to już był cios poniżej pasa.
- Dany powinna obejrzeć "Jak wytresować smoka", mogłoby jej pomóc.
- Tyrion rusza na spotkanie z Dany... mam nadzieję, że zajmie mu szybciej, niż w książkach. Nie chcę zbytnio spoilerować, ale w książce, to trwa i trwa, a później trwa jeszcze trochę.
- Czy oni właśnie całkowicie zmienili historię, motywację i plan działania Varysa? Hmm... ok. W sumie na tym etapie nie mam już większego komentarza do tych zmian.
To tyle na ten tydzień, miejmy nadzieję, że za tydzień fabuła ruszy już bardziej do przodu. Choć tu mieliśmy już odstrzał ważnej postaci. I co więcej, za tydzień pewnie wreszcie dojdziemy do Aryi.
wtorek, 14 kwietnia 2015
czwartek, 2 kwietnia 2015
Marzec z serialami
Zacznijmy od Gotham, głównie dlatego, że w tym miesiącu serial ten zaliczył tylko jeden odcinek. Ale trzeba przyznać, że odcinek ten miał wszystko to, co w ostatnich miesiącach uczyniło ten serial naprawdę dobrym. Pingwin, Nygma, Fish, skorumpowani gliniarze, mroczne tajemnice, szalona kobieta zamknięta na strychu i młody Bruce coraz bardziej zmieniający się w detektywa. Mogę szczerze powiedzieć, że nie wymagam od tego serialu niczego więcej.
The Flash w tym miesiącu zaliczył trzy odcinki. Pierwszy prawie był najlepszym w tym sezonie i byłby pierwszym naprawdę dobrym... gdyby nie drugi. To było niesamowite, trupy padały, tajemnice wychodziły na jaw, cała historia stanęła na głowie a ja pierwszy raz poczułem się zaskoczony i naprawdę zaciekawiony. A później twórcy krzyknęli "Prima Aprilis! Tak naprawdę nigdy nie pozwolilibyśmy temu serialowi być aż tak interesującym." I tak mocą fabuły wszystko wróciło do normy, nic się nie wydarzyło i wszyscy nadal żyją długo i szczęśliwie. Co więcej, mimo całego gadania o konsekwencjach, nic się nie stało. Czas nie zemścił się w żaden widoczny sposób. Może poza tym, że życie miłosne naszego bohatera jeszcze się nie poprawiło. Mówię jeszcze, ponieważ bądźmy szczerzy, nikt z nas nie oczekuje niczego zaskakującego po tym wątku. Będzie nudno, później będzie jeszcze bardziej nudno, a potem będą razem, później znów nie będą razem, przypuszczalnie z jakiegoś absurdalnie idiotycznego powodu, a później znów będą razem i tak dalej. Przejdźmy więc do czegoś mniej dołującego, czyli najnowszego odcinka. Mark Hamill jako super przestępca, ze śmiechem Jokera i tekstem "I am your father". Piękne, po prostu piękne. Nic dodać, nic ująć w tej kwestii. I wreszcie poznaliśmy historię Wellsa. Więc podsumowując, po wielkim rozczarowaniu z początku miesiąca, końcówka okazała się naprawdę dobra.
Arrow tymczasem trzyma poziom. Walka z Atomem była bardzo przewidywalna, ale równocześnie konieczna w historii o superbohaterach. Nadal nie jestem pewny, dokąd zmierza wątek Ra's al Ghula, ale póki co rozwija się ciekawie. I wszystkie postacie poboczne też mają swoje miejsce w tym wszystkim. Do tego dostaliśmy kolejny odcinek z Suicide Squad co zawsze jest fajne. Wprawdzie wciąż skład drużyny pozostawia wiele do rzeczenia i nawet przez sekundę nie wierzę w śmierć Deadshota, co nie zmienia faktu, że to dobra odskocznia od tego, co dzieje się w mieście. Szczerze mówiąc, trudno mi tu powiedzieć dużo więcej. Śmierć pani burmistrz ewidentnie buduje fabułę pod wielką rozróbę, więc kolejne odcinki powinny być dużo ciekawsze.
Agents of SHIELD wraca po dłuższej przerwie i niestety zalicza kilka słabszych odcinków. Problem w tym, że twórcy musieli na nowo zbudować fabułę, ustawić wszystkie pionki na szachownicy i wyznaczyć kierunki, co jest zasadniczo nudne. Dopiero powrót Warda w przedostatnim odcinku i "Prawdziwe SHIELD" naprawdę przywróciły tą serię do formy. Choć wciąż jestem zawiedziony tym, że ich lotniskowiec faktycznie pływa, a nie lata. To trochę upokarzające, nazywać się prawdziwymi SHIELD i nie mieć nawet latającego lotniskowca. Z drugiej strony, mają Admirała Adamę i najwyraźniej przez chwilę mieli Xenę, więc nie jest z nimi aż tak źle. I ciekawe, że już zdecydowali się wprowadzić wątek Inhumans, zwłaszcza, że jeszcze cztery lata do faktycznego filmu, i póki co nie wybrano nawet aktora do roli Black Bolta. Tak czy inaczej, to sprawia, że kolejne odcinki zapowiadają się naprawdę interesująco, zwłaszcza teraz, kiedy wszystkie pionki są już na szachownicy.
I oto, po wielu perypetiach i problemach, powrócił najlepszy serial komediowy na antenie. Odcinki wydłużyły się o 10 minut, co od razu dało się poczuć w większej ilości wątków. Niestety pożegnaliśmy kolejne postacie, ale na ich miejsce są nowe postacie ( wśród nich Keith David w roli podstarzałego informatyka wynalazcy), a walka o Greendale trwa nadal. I to oznacza, że się udało! 6 sezonów, brakuje już tylko filmu i cel spełniony. Nie będę się tu więcej rozpisywał, bo nie ma o czym, Community było i jest nadal serią wybitną i niestety wybitnie niedocenianą.
W tym miesiącu moją uwagę przykuła też inna seria. Black Sails stacji Starz. Widziałem pierwszy sezon rok temu i ujął mnie klimatem i sposobem przedstawienia pirackich realiów, ale zdecydowanie nie ujął mnie fabułą, która wydała mi się przewidywalna i irytująca. Dopiero końcówka sezonu naprawdę zdołała to zmienić, mimo to wahałam się przed sięgnięciem po drugi sezon. Jak się okazało, niesłusznie. W drugim podejściu twórcom udało się naprawić wszystko to, co nie działało za pierwszym razem i do tego ulepszyć wszystko to, co działało. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że o ile pierwszy sezon był przeciętny, drugi jest po prostu świetny. Postacie, choć często niesympatyczne, stały się naprawdę interesujące. Zwroty akcji przywodzą na myśl Grę o Tron. I naprawdę niewiele seriali potrafi sprawić, żebym wiwatował na widok rzezi niewinnych cywilów (choć fakt faktem, te które to robią, zwykle są ze Starz, co jest dosyć dziwnym kierunkiem dla tej stacji). Co więcej, naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego sezonu, co jest chyba najlepszym komplementem dla serialu. Że nie wspomnę nawet o genialnej muzyce Beara McCrear'ego i równie świetnym openingu. Na mojej liście, jednym z trzech najlepszych, obok True Blood i GoTa (no, może jeszcze Z Archiwum X zasłużyło na miejscu tam).
The Flash w tym miesiącu zaliczył trzy odcinki. Pierwszy prawie był najlepszym w tym sezonie i byłby pierwszym naprawdę dobrym... gdyby nie drugi. To było niesamowite, trupy padały, tajemnice wychodziły na jaw, cała historia stanęła na głowie a ja pierwszy raz poczułem się zaskoczony i naprawdę zaciekawiony. A później twórcy krzyknęli "Prima Aprilis! Tak naprawdę nigdy nie pozwolilibyśmy temu serialowi być aż tak interesującym." I tak mocą fabuły wszystko wróciło do normy, nic się nie wydarzyło i wszyscy nadal żyją długo i szczęśliwie. Co więcej, mimo całego gadania o konsekwencjach, nic się nie stało. Czas nie zemścił się w żaden widoczny sposób. Może poza tym, że życie miłosne naszego bohatera jeszcze się nie poprawiło. Mówię jeszcze, ponieważ bądźmy szczerzy, nikt z nas nie oczekuje niczego zaskakującego po tym wątku. Będzie nudno, później będzie jeszcze bardziej nudno, a potem będą razem, później znów nie będą razem, przypuszczalnie z jakiegoś absurdalnie idiotycznego powodu, a później znów będą razem i tak dalej. Przejdźmy więc do czegoś mniej dołującego, czyli najnowszego odcinka. Mark Hamill jako super przestępca, ze śmiechem Jokera i tekstem "I am your father". Piękne, po prostu piękne. Nic dodać, nic ująć w tej kwestii. I wreszcie poznaliśmy historię Wellsa. Więc podsumowując, po wielkim rozczarowaniu z początku miesiąca, końcówka okazała się naprawdę dobra.
Arrow tymczasem trzyma poziom. Walka z Atomem była bardzo przewidywalna, ale równocześnie konieczna w historii o superbohaterach. Nadal nie jestem pewny, dokąd zmierza wątek Ra's al Ghula, ale póki co rozwija się ciekawie. I wszystkie postacie poboczne też mają swoje miejsce w tym wszystkim. Do tego dostaliśmy kolejny odcinek z Suicide Squad co zawsze jest fajne. Wprawdzie wciąż skład drużyny pozostawia wiele do rzeczenia i nawet przez sekundę nie wierzę w śmierć Deadshota, co nie zmienia faktu, że to dobra odskocznia od tego, co dzieje się w mieście. Szczerze mówiąc, trudno mi tu powiedzieć dużo więcej. Śmierć pani burmistrz ewidentnie buduje fabułę pod wielką rozróbę, więc kolejne odcinki powinny być dużo ciekawsze.
Agents of SHIELD wraca po dłuższej przerwie i niestety zalicza kilka słabszych odcinków. Problem w tym, że twórcy musieli na nowo zbudować fabułę, ustawić wszystkie pionki na szachownicy i wyznaczyć kierunki, co jest zasadniczo nudne. Dopiero powrót Warda w przedostatnim odcinku i "Prawdziwe SHIELD" naprawdę przywróciły tą serię do formy. Choć wciąż jestem zawiedziony tym, że ich lotniskowiec faktycznie pływa, a nie lata. To trochę upokarzające, nazywać się prawdziwymi SHIELD i nie mieć nawet latającego lotniskowca. Z drugiej strony, mają Admirała Adamę i najwyraźniej przez chwilę mieli Xenę, więc nie jest z nimi aż tak źle. I ciekawe, że już zdecydowali się wprowadzić wątek Inhumans, zwłaszcza, że jeszcze cztery lata do faktycznego filmu, i póki co nie wybrano nawet aktora do roli Black Bolta. Tak czy inaczej, to sprawia, że kolejne odcinki zapowiadają się naprawdę interesująco, zwłaszcza teraz, kiedy wszystkie pionki są już na szachownicy.
I oto, po wielu perypetiach i problemach, powrócił najlepszy serial komediowy na antenie. Odcinki wydłużyły się o 10 minut, co od razu dało się poczuć w większej ilości wątków. Niestety pożegnaliśmy kolejne postacie, ale na ich miejsce są nowe postacie ( wśród nich Keith David w roli podstarzałego informatyka wynalazcy), a walka o Greendale trwa nadal. I to oznacza, że się udało! 6 sezonów, brakuje już tylko filmu i cel spełniony. Nie będę się tu więcej rozpisywał, bo nie ma o czym, Community było i jest nadal serią wybitną i niestety wybitnie niedocenianą.
W tym miesiącu moją uwagę przykuła też inna seria. Black Sails stacji Starz. Widziałem pierwszy sezon rok temu i ujął mnie klimatem i sposobem przedstawienia pirackich realiów, ale zdecydowanie nie ujął mnie fabułą, która wydała mi się przewidywalna i irytująca. Dopiero końcówka sezonu naprawdę zdołała to zmienić, mimo to wahałam się przed sięgnięciem po drugi sezon. Jak się okazało, niesłusznie. W drugim podejściu twórcom udało się naprawić wszystko to, co nie działało za pierwszym razem i do tego ulepszyć wszystko to, co działało. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że o ile pierwszy sezon był przeciętny, drugi jest po prostu świetny. Postacie, choć często niesympatyczne, stały się naprawdę interesujące. Zwroty akcji przywodzą na myśl Grę o Tron. I naprawdę niewiele seriali potrafi sprawić, żebym wiwatował na widok rzezi niewinnych cywilów (choć fakt faktem, te które to robią, zwykle są ze Starz, co jest dosyć dziwnym kierunkiem dla tej stacji). Co więcej, naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego sezonu, co jest chyba najlepszym komplementem dla serialu. Że nie wspomnę nawet o genialnej muzyce Beara McCrear'ego i równie świetnym openingu. Na mojej liście, jednym z trzech najlepszych, obok True Blood i GoTa (no, może jeszcze Z Archiwum X zasłużyło na miejscu tam).
środa, 4 marca 2015
Luty z serialami
Chcąc nie chcąc, na przełomie roku zrobiłem sobie małą przerwę, ale teraz czas powrócić do naszej klasycznej ramówki. Kolejny miesiąc za nami i sporo się w nim działo, ale po kolei:
Zacznijmy od Flasha. Powiem szczerze, że od początku miałem wątpliwości odnośnie tego serialu i w dalszym ciągu, wyraźnie zbyt niski budżet bije mnie po oczach w każdym odcinku. Do tego sposób w jaki przedstawiane jest działanie mocy Barrego... Super szybkość do najtrudniejsza moc do przedstawienia w sensowny sposób. Flash powinien pokonać każdego przeciwnika automatycznie, jeszcze zanim ten zauważy, że coś się dzieje. To oczywiście byłoby nudne, więc mamy te dziwaczne momenty, kiedy najszybszy człowiek na świecie pokonuje grupę uzbrojonych żołnierzy, po czym nagle zatrzymuje się i pozwala pokonać złemu generałowi. To dziwne i zdarza się w każdym odcinku. Niemniej, jako pozytyw muszę przyznać, że historia o Firestormie była całkiem udana i bardzo komiksowa. Więc tu mają plusa. I ogólnie, coraz ciekawiej ogląda się przygody tych postaci.
Z innego, ale powiązanego tematu. Ostatnio coraz częściej słychać o serialu Supergirl. Nie mam pojęcia czemu ktoś uważa to za dobry pomysł, ale jeśli sceny akcji z Flashem wyglądają słabo na budżecie telewizyjnym, to aż strach pomyśleć o scenach z Supergirl.
Arrow tymczasem wrócił do świata żywych i ruszył w kierunku ostatecznego starcia z Ligą Zabójców. Co więcej, wreszcie wszyscy poznali prawdę na wszystkie tematy. Ja rozumiem, że historie o super bohaterach mają w zwyczaju wątki ukrywania prawdy, ale Arrow po prostu przesadzał. Często w tym sezonie miałem poczucie, że postacie utrzymują sekrety tylko po to, by tworzyć sztuczne konflikty w fabule. Cieszy mnie więc, że wreszcie skończyliśmy z tym.
Jednak nadal mam zamiar czepiać się odcinka z Wyspą. To więzienie jest tak idiotycznym pomysłem. Wprawdzie nie tak złym jak lochy pod Star Labs, ale na pewno w tej samej lidze. Nie dość, że nikt nie zauważa, kiedy więzień ucieka, to jeszcze jak się okazuje, zaprojektowano je tak, że da się dosięgnąć przycisku otwierającego z wnętrza celi. Loch w Star Labs może okrutnie łamią prawa człowieka i zapewne doprowadzą wszystkich osadzonych do obłędu i samobójczej śmierci, ale przynajmniej są skuteczne. Za to pod koniec miesiąca wątek Blue Beetl... znaczy Atoma, wreszcie wystartował. Ogólnie, jestem naprawdę ciekaw, co stanie się dalej, a to znacznie więcej, niż mogę powiedzieć o Flashu.
Tymczasem Agents of SHIELD zrobiło sobie przerwę na korzyść Agent Carter. Przyznam, że byłem bardzo sceptyczny odnośnie serialu o dziewczynie Kapitana Ameryki. Myliłem się. To osiem odcinków opowiada świetną historię szpiegowską, pełną zakrętów, akcji i ciekawych postaci. Całość utrzymana w radośnie seksistowskim klimacie w stylu Mad Mena. Z tą różnicą, że tutaj wszystkie najbardziej niebezpieczne i fizycznie sprawne postacie są kobietami. I serial zawiera Howarda Starka, czyli drugiego najlepszego Starka w świecie Marvela. Ogólnie serial zdecydowanie warty jest polecenia, bo choć krótki, zawiera wszystko czego można pragnąć. Intrygi, tajemnice, tajne organizacje, rosyjskich szpiegów i główną bohaterkę, która walczy o równouprawnienie wysadzając rzeczy w powietrze.
Gotham idzie jak burza. Ten serial naprawdę znalazł swój styl i głos w drugiej połowie sezonu. Począwszy od przedstawienia początków klasycznych wrogów Batmana jak Strach na Wróble i Joker, poprzez rodziców Robina i początku motywu Red Hooda. Nareszcie widzimy podwaliny mitologi Batmana w tej historii. Do tego Pingwin i Nigma pozostają najlepszymi przedstawieniami tych postaci w historii kina i telewizji. Że nie wspomnę o Fish Mooney. Początkowo wiele osób czepiało się faktu, że twórcy stworzyli nową postać w sytuacji, gdy komiksy o Batmanie zawierają tak dużo nie wykorzystywanych antagonistów. Zarzut ten był o tyle dziwny, że Harley Quinn, jedna z najpopularniejszych obecnie postaci Batmanowego zakątka uniwersum DC, sama debiutowała na ekranie, w klasycznej kreskówce z lat 90. Po tym miesiącu chyba nie ma wątpliwości, że jest tylko kwestią czasu, zanim Fish trafi do komiksów. Styl w jakim rozwiązuje sprawę lochów jest po prostu genialny. I na marginesie, wciąż uważam, że te lochy są bardziej humanitarne, niż to co robią w Star Labs.
W tym miesiącu pojawił się również nowy sezon House of Cards. Netflix będąc nowoczesnym i rozsądnym nadawcą wypościł wszystkie odcinki w jednym podejściu. Tym razem zamiast walczyć o władzę, Frank Underwood próbuje ją utrzymać, przy okazji pokazując bardzo mroczną i cyniczną wizję prezydentury. Trochę jak zły brat bliźniak West Wing. Szczerze mówiąc, po obejrzeniu całego sezonu, miałem ochotę zmyć z siebie cały ten cynizm, porządną porcją idealizmu prezydenta Bartletta.
Ale wracając do tematu, pod wieloma względami, był to najlepszy sezon HoC. Dynamika między Underwoodami stała się dużo ciekawsza. Również ciężar korony był wyraźny, pokazując zmiany zachodzące w samym Franku. Jak i rywalizację z godnym przeciwnikiem w postaci prezydenta Petrova.
Jedyne zarzuty jakie mam, to fakt, że serial za dużo czasu poświęcał Daugowi. Jego postać miała fajny wątek, który ostatecznie dotarł, do bardzo satysfakcjonującego finału, ale równocześnie, przez większość sezonu był zbyt oddalony od centrum akcji. Było to widać choćby w samym pierwszym odcinku, który trochę się ciągnął i sprawiał wrażenie oderwanego od reszty serii. Drugim zarzutem jest dla mnie zdecydowanie zakończenie. Było za słabe, brakowało w nim pamiętnej sceny w stylu pukania w biurko na końcu drugiego sezonu. Wyglądało jak solidne zakończenie odcinka, ale nie całego sezonu.
Niemniej, mimo tych potknięć, trzeci sezon House of Cards pozostaje mocnym wpisem w tej cynicznej epopei o władzy i żądzy. Godny polecenia każdemu.
Zacznijmy od Flasha. Powiem szczerze, że od początku miałem wątpliwości odnośnie tego serialu i w dalszym ciągu, wyraźnie zbyt niski budżet bije mnie po oczach w każdym odcinku. Do tego sposób w jaki przedstawiane jest działanie mocy Barrego... Super szybkość do najtrudniejsza moc do przedstawienia w sensowny sposób. Flash powinien pokonać każdego przeciwnika automatycznie, jeszcze zanim ten zauważy, że coś się dzieje. To oczywiście byłoby nudne, więc mamy te dziwaczne momenty, kiedy najszybszy człowiek na świecie pokonuje grupę uzbrojonych żołnierzy, po czym nagle zatrzymuje się i pozwala pokonać złemu generałowi. To dziwne i zdarza się w każdym odcinku. Niemniej, jako pozytyw muszę przyznać, że historia o Firestormie była całkiem udana i bardzo komiksowa. Więc tu mają plusa. I ogólnie, coraz ciekawiej ogląda się przygody tych postaci.
Z innego, ale powiązanego tematu. Ostatnio coraz częściej słychać o serialu Supergirl. Nie mam pojęcia czemu ktoś uważa to za dobry pomysł, ale jeśli sceny akcji z Flashem wyglądają słabo na budżecie telewizyjnym, to aż strach pomyśleć o scenach z Supergirl.
Arrow tymczasem wrócił do świata żywych i ruszył w kierunku ostatecznego starcia z Ligą Zabójców. Co więcej, wreszcie wszyscy poznali prawdę na wszystkie tematy. Ja rozumiem, że historie o super bohaterach mają w zwyczaju wątki ukrywania prawdy, ale Arrow po prostu przesadzał. Często w tym sezonie miałem poczucie, że postacie utrzymują sekrety tylko po to, by tworzyć sztuczne konflikty w fabule. Cieszy mnie więc, że wreszcie skończyliśmy z tym.
Jednak nadal mam zamiar czepiać się odcinka z Wyspą. To więzienie jest tak idiotycznym pomysłem. Wprawdzie nie tak złym jak lochy pod Star Labs, ale na pewno w tej samej lidze. Nie dość, że nikt nie zauważa, kiedy więzień ucieka, to jeszcze jak się okazuje, zaprojektowano je tak, że da się dosięgnąć przycisku otwierającego z wnętrza celi. Loch w Star Labs może okrutnie łamią prawa człowieka i zapewne doprowadzą wszystkich osadzonych do obłędu i samobójczej śmierci, ale przynajmniej są skuteczne. Za to pod koniec miesiąca wątek Blue Beetl... znaczy Atoma, wreszcie wystartował. Ogólnie, jestem naprawdę ciekaw, co stanie się dalej, a to znacznie więcej, niż mogę powiedzieć o Flashu.
Tymczasem Agents of SHIELD zrobiło sobie przerwę na korzyść Agent Carter. Przyznam, że byłem bardzo sceptyczny odnośnie serialu o dziewczynie Kapitana Ameryki. Myliłem się. To osiem odcinków opowiada świetną historię szpiegowską, pełną zakrętów, akcji i ciekawych postaci. Całość utrzymana w radośnie seksistowskim klimacie w stylu Mad Mena. Z tą różnicą, że tutaj wszystkie najbardziej niebezpieczne i fizycznie sprawne postacie są kobietami. I serial zawiera Howarda Starka, czyli drugiego najlepszego Starka w świecie Marvela. Ogólnie serial zdecydowanie warty jest polecenia, bo choć krótki, zawiera wszystko czego można pragnąć. Intrygi, tajemnice, tajne organizacje, rosyjskich szpiegów i główną bohaterkę, która walczy o równouprawnienie wysadzając rzeczy w powietrze.
Gotham idzie jak burza. Ten serial naprawdę znalazł swój styl i głos w drugiej połowie sezonu. Począwszy od przedstawienia początków klasycznych wrogów Batmana jak Strach na Wróble i Joker, poprzez rodziców Robina i początku motywu Red Hooda. Nareszcie widzimy podwaliny mitologi Batmana w tej historii. Do tego Pingwin i Nigma pozostają najlepszymi przedstawieniami tych postaci w historii kina i telewizji. Że nie wspomnę o Fish Mooney. Początkowo wiele osób czepiało się faktu, że twórcy stworzyli nową postać w sytuacji, gdy komiksy o Batmanie zawierają tak dużo nie wykorzystywanych antagonistów. Zarzut ten był o tyle dziwny, że Harley Quinn, jedna z najpopularniejszych obecnie postaci Batmanowego zakątka uniwersum DC, sama debiutowała na ekranie, w klasycznej kreskówce z lat 90. Po tym miesiącu chyba nie ma wątpliwości, że jest tylko kwestią czasu, zanim Fish trafi do komiksów. Styl w jakim rozwiązuje sprawę lochów jest po prostu genialny. I na marginesie, wciąż uważam, że te lochy są bardziej humanitarne, niż to co robią w Star Labs.
W tym miesiącu pojawił się również nowy sezon House of Cards. Netflix będąc nowoczesnym i rozsądnym nadawcą wypościł wszystkie odcinki w jednym podejściu. Tym razem zamiast walczyć o władzę, Frank Underwood próbuje ją utrzymać, przy okazji pokazując bardzo mroczną i cyniczną wizję prezydentury. Trochę jak zły brat bliźniak West Wing. Szczerze mówiąc, po obejrzeniu całego sezonu, miałem ochotę zmyć z siebie cały ten cynizm, porządną porcją idealizmu prezydenta Bartletta.
Ale wracając do tematu, pod wieloma względami, był to najlepszy sezon HoC. Dynamika między Underwoodami stała się dużo ciekawsza. Również ciężar korony był wyraźny, pokazując zmiany zachodzące w samym Franku. Jak i rywalizację z godnym przeciwnikiem w postaci prezydenta Petrova.
Jedyne zarzuty jakie mam, to fakt, że serial za dużo czasu poświęcał Daugowi. Jego postać miała fajny wątek, który ostatecznie dotarł, do bardzo satysfakcjonującego finału, ale równocześnie, przez większość sezonu był zbyt oddalony od centrum akcji. Było to widać choćby w samym pierwszym odcinku, który trochę się ciągnął i sprawiał wrażenie oderwanego od reszty serii. Drugim zarzutem jest dla mnie zdecydowanie zakończenie. Było za słabe, brakowało w nim pamiętnej sceny w stylu pukania w biurko na końcu drugiego sezonu. Wyglądało jak solidne zakończenie odcinka, ale nie całego sezonu.
Niemniej, mimo tych potknięć, trzeci sezon House of Cards pozostaje mocnym wpisem w tej cynicznej epopei o władzy i żądzy. Godny polecenia każdemu.
wtorek, 2 grudnia 2014
Listopad z serialami
Zacznijmy od Doctora. Wreszcie nadeszły jego dwa finałowe odcinki i... były świetne. Gdyby reszta sezonu miała taki poziom, nie miałbym na co narzekać... Tak, to znaczy, że będę narzekał. Ale po kolei, zacznijmy od pozytywów, czyli głównie tych dwóch ostatnich odcinków. Michelle Gomez była absolutnie genialna w roli Missy. Zaprawdę uwielbiałem Johna Simma w roli Mistrza, ale wersja Michelle całkowicie go zmiotła. Na koniec naprawdę miałem nadzieję, że Missy zostanie nową towarzyszką Doctora. Jego próby zapanowania nad nią mogłyby spokojnie zapewnić nam najlepszy sezon w długiej historii tego serialu. Ale tak czy inaczej cieszę się, że pozbyliśmy się Clary. Niestety była ona zdecydowanie najmniej interesującą z "nowożytnych" towarzyszek Doctora. Przynajmniej dostaliśmy bardzo fajne zakończenie, w którym obydwoje skłamali. I Nick Frost w roli Mikołaja! Już nie mogę się doczekać odcinka świątecznego [edit: jak się okazuje, w odcinku świątecznym będzie Clara... crap].
A teraz odnośnie samego sezonu... był głupi. Jasne, ten serial już dawno odrzucił logikę, ale przynajmniej zwykle odrzuca ją na korzyść frajdy. Kill the Moon nie było frajdą. Było nudnawym odcinkiem z absurdalnie głupią fabułą i jeszcze gorszym zakończeniem. Księżyc jest smoczym jajkiem i zamknięty w nim stwór zaraz po wyjściu jest w stanie znieść jajko będące dokładną repliką tego z którego wyszedł... czyli znieść jako większe od niego samego. A Doctor stoi obok i zachowuje się jak dupek, oceniając nas niczym Q w Star Treku. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo twórcy nie rozumieli jak działa grawitacja. Bo nawet twórcy filmu Gravity bardziej to ogarniali (a oni totalnie nie ogarniali). I jak przy tym jesteśmy, większa ilość tlenu w atmosferze ocali nas przed pożarem... pewnie dlatego strażacy zawsze starają się dostarczyć pożarowi jak najwięcej tlenu, logika. Że nie wspomnę o tym, że nadmiar drzew (i produkowanego przez nie tlenu) w połączeniu z wielkim pożarem, był jedną z przyczyn wymierania permskiego, znanego też jako największe z Wielkich Wymierań. Ale prawdziwy problem polega na tym, że nie było nic, co mogłoby te wszystkie idiotyzmy równoważyć. Finał piątego sezonu doprowadza mnie do szału, za każdym razem kiedy próbuję go brać na logikę, co nie zmienia faktu, że świetnie się go ogląda. Tu niestety tego zabrakło. Kilka fajnych odcinków to za mało, jeśli nie ma wśród nich czegoś na miarę The Time of Angels czy The Girl in the Fireplace. Więc ogólnie, świetny Doctor, dobry finał, kiepski sezon.
A teraz Supernatural... nie, sorry, niestety to tylko Constantine. Będę szczery, nie oglądam Supernatural (głównie z powodu odstraszającej ilości sezonów, która do tego cały czas rośnie), ale widziałem kilka odcinków i były całkiem fajne. I mam wrażenie, że Constantine jest dokładnie tym samym, tylko jakby... nie fajnym. Sleepy Hollow przynajmniej próbowało jakoś się wyróżnić, dać nam na dzień dobry wątki tajnych organizacji i uwikłania Ojców Założycieli w magiczną wojnę. Constantine nie wysilił się nawet na to. Mógłbym rozwodzić się długo nad tym, co nie działa w tym serialu. Mógłbym też krótko wspomnieć o rzeczach fajnych, ale to na nic. Wszystko sprowadza się do tego, że tych kilka pierwszych odcinków nie dało mi żadnego powodu, by oglądać dalej. Szkoda, bo była okazja, by zrobić coś ciekawego. Mroczną, poważną historię o czarnej magii ze świetnym antybohaterem. To już samo brzmi jak opis serialu HBO. Niestety zamiast tego dostaliśmy gorszą wersję Supernatural. Jeśli będę miał na to ochotę, to po prostu obejrzę Supernatural i na tym przygodę z tym serialem pewnie zakończę.
The Flash... tu krótko. Ten serial jest po prostu przeciętny. Nie mogę mu zarzucić nic konkretnego, ale trudno również znaleźć coś szczególnie dobrego. Po siedmiu odcinkach rządzi głównie nijakość. Jedynie wątek który daje nadzieję to dr Wells.
The Arrow, jak jesteśmy w tym zakątku serialosfery, nadal trzyma poziom. Choć w tym miesiącu nie zaszaleli raczej z ilością odcinków. Niemniej Arrow konsekwentnie utrzymuje klimat street level superhero i robi to lepiej niż jakikolwiek poprzednik. Jedyne czego brakuje, to większa ciągłość. Rozbijanie tej fabuły na pojedyncze historyjki sprawia, że traci ona impet. I wyraźny niedobór Johna Barrowmana w kolejnych odcinkach też daje się serialowi we znaki.
Tymczasem Agents of SHIELD coraz wyraźniej staje się świetne. Po tragicznym pierwszym sezonie chyba nikt nie spodziewał się takiego powrotu. Fabuła pędzi do przodu w wyraźnym kierunku, dając widzom to poczucie wyścigu pomiędzy dobrymi i złymi. Mnożą się wątki szpiegowskie nawiązujące stylem do drugiej części Kapitana Ameryki. Nowe postacie są świetne, stare są lepsze niż były. I do tego Ward. W pierwszym sezonie uważałem go za najnudniejszą postać, jaka kiedykolwiek pojawiła się w serialu Jossa Whedona, teraz uważam go za jedną z najciekawszych. Zwłaszcza w tym miesiącu, każda scena z jego udziałem, była ciekawa i trzymająca w napięciu. Ogólnie (i nie spodziewałem się, że to kiedyś napiszę) Agents of SHIELD jest w tym momencie najlepszą serią w tym zestawieniu.
Tymczasem w Gotham dobrze się dzieje. To znaczy w samym mieście dzieje się bardzo źle, ale to bardzo dobrze dla serialu. Zaprawdę mógłbym obejrzeć całą serię w której nieletni Bruce i Celina przeżywają przygody na ulicach Gotham i spotykają wśród bezdomnych dzieci przyszłych wrogów Batmana, podczas gdy Bullock i Alfred łączą siły, by wyciągać dzieciaki z kłopotów (pewnie działałoby to lepiej jako kreskówka). I Gordon też znacząco zyskał, odkąd jego życie się zawaliło i zaczął zjeżdżać równią pochyłą. Do tego wątek walki o władzę nad miastem coraz wyraźniej wychodzi na pierwszy plan, przyćmiewając motyw "zabójstwa tygodnia" co też należy uznać za spory plus. Gotham wyraźnie zaczyna odnajdywać swój styl i podnosić poziom. Nie powiem jeszcze, że w pełni mnie przekonali, ale z pewnością są na dobrej drodze.
A teraz odnośnie samego sezonu... był głupi. Jasne, ten serial już dawno odrzucił logikę, ale przynajmniej zwykle odrzuca ją na korzyść frajdy. Kill the Moon nie było frajdą. Było nudnawym odcinkiem z absurdalnie głupią fabułą i jeszcze gorszym zakończeniem. Księżyc jest smoczym jajkiem i zamknięty w nim stwór zaraz po wyjściu jest w stanie znieść jajko będące dokładną repliką tego z którego wyszedł... czyli znieść jako większe od niego samego. A Doctor stoi obok i zachowuje się jak dupek, oceniając nas niczym Q w Star Treku. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo twórcy nie rozumieli jak działa grawitacja. Bo nawet twórcy filmu Gravity bardziej to ogarniali (a oni totalnie nie ogarniali). I jak przy tym jesteśmy, większa ilość tlenu w atmosferze ocali nas przed pożarem... pewnie dlatego strażacy zawsze starają się dostarczyć pożarowi jak najwięcej tlenu, logika. Że nie wspomnę o tym, że nadmiar drzew (i produkowanego przez nie tlenu) w połączeniu z wielkim pożarem, był jedną z przyczyn wymierania permskiego, znanego też jako największe z Wielkich Wymierań. Ale prawdziwy problem polega na tym, że nie było nic, co mogłoby te wszystkie idiotyzmy równoważyć. Finał piątego sezonu doprowadza mnie do szału, za każdym razem kiedy próbuję go brać na logikę, co nie zmienia faktu, że świetnie się go ogląda. Tu niestety tego zabrakło. Kilka fajnych odcinków to za mało, jeśli nie ma wśród nich czegoś na miarę The Time of Angels czy The Girl in the Fireplace. Więc ogólnie, świetny Doctor, dobry finał, kiepski sezon.
A teraz Supernatural... nie, sorry, niestety to tylko Constantine. Będę szczery, nie oglądam Supernatural (głównie z powodu odstraszającej ilości sezonów, która do tego cały czas rośnie), ale widziałem kilka odcinków i były całkiem fajne. I mam wrażenie, że Constantine jest dokładnie tym samym, tylko jakby... nie fajnym. Sleepy Hollow przynajmniej próbowało jakoś się wyróżnić, dać nam na dzień dobry wątki tajnych organizacji i uwikłania Ojców Założycieli w magiczną wojnę. Constantine nie wysilił się nawet na to. Mógłbym rozwodzić się długo nad tym, co nie działa w tym serialu. Mógłbym też krótko wspomnieć o rzeczach fajnych, ale to na nic. Wszystko sprowadza się do tego, że tych kilka pierwszych odcinków nie dało mi żadnego powodu, by oglądać dalej. Szkoda, bo była okazja, by zrobić coś ciekawego. Mroczną, poważną historię o czarnej magii ze świetnym antybohaterem. To już samo brzmi jak opis serialu HBO. Niestety zamiast tego dostaliśmy gorszą wersję Supernatural. Jeśli będę miał na to ochotę, to po prostu obejrzę Supernatural i na tym przygodę z tym serialem pewnie zakończę.
The Flash... tu krótko. Ten serial jest po prostu przeciętny. Nie mogę mu zarzucić nic konkretnego, ale trudno również znaleźć coś szczególnie dobrego. Po siedmiu odcinkach rządzi głównie nijakość. Jedynie wątek który daje nadzieję to dr Wells.
The Arrow, jak jesteśmy w tym zakątku serialosfery, nadal trzyma poziom. Choć w tym miesiącu nie zaszaleli raczej z ilością odcinków. Niemniej Arrow konsekwentnie utrzymuje klimat street level superhero i robi to lepiej niż jakikolwiek poprzednik. Jedyne czego brakuje, to większa ciągłość. Rozbijanie tej fabuły na pojedyncze historyjki sprawia, że traci ona impet. I wyraźny niedobór Johna Barrowmana w kolejnych odcinkach też daje się serialowi we znaki.
Tymczasem Agents of SHIELD coraz wyraźniej staje się świetne. Po tragicznym pierwszym sezonie chyba nikt nie spodziewał się takiego powrotu. Fabuła pędzi do przodu w wyraźnym kierunku, dając widzom to poczucie wyścigu pomiędzy dobrymi i złymi. Mnożą się wątki szpiegowskie nawiązujące stylem do drugiej części Kapitana Ameryki. Nowe postacie są świetne, stare są lepsze niż były. I do tego Ward. W pierwszym sezonie uważałem go za najnudniejszą postać, jaka kiedykolwiek pojawiła się w serialu Jossa Whedona, teraz uważam go za jedną z najciekawszych. Zwłaszcza w tym miesiącu, każda scena z jego udziałem, była ciekawa i trzymająca w napięciu. Ogólnie (i nie spodziewałem się, że to kiedyś napiszę) Agents of SHIELD jest w tym momencie najlepszą serią w tym zestawieniu.
Tymczasem w Gotham dobrze się dzieje. To znaczy w samym mieście dzieje się bardzo źle, ale to bardzo dobrze dla serialu. Zaprawdę mógłbym obejrzeć całą serię w której nieletni Bruce i Celina przeżywają przygody na ulicach Gotham i spotykają wśród bezdomnych dzieci przyszłych wrogów Batmana, podczas gdy Bullock i Alfred łączą siły, by wyciągać dzieciaki z kłopotów (pewnie działałoby to lepiej jako kreskówka). I Gordon też znacząco zyskał, odkąd jego życie się zawaliło i zaczął zjeżdżać równią pochyłą. Do tego wątek walki o władzę nad miastem coraz wyraźniej wychodzi na pierwszy plan, przyćmiewając motyw "zabójstwa tygodnia" co też należy uznać za spory plus. Gotham wyraźnie zaczyna odnajdywać swój styl i podnosić poziom. Nie powiem jeszcze, że w pełni mnie przekonali, ale z pewnością są na dobrej drodze.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Październik z serialami
Za oknem zimno, ciemno, deszczowo i nieprzyjemnie... Ale od czego są seriale. Sezony rozkręciły się już na dobre i o większości z nich można powiedzieć już coś konkretnego.
Doctor Who powoli zbliża się do końca. Zostały już tylko dwa finałowe odcinki, w związku z czym, możemy chyba wysilić się na pewne podsumowanie tego sezonu (choć faktycznie zrobię to za miesiąc). Niestety nie jest dobrze. Można wręcz powiedzieć, że jest źle. To znaczy Peter Capaldi jest genialny w roli Doctora i zdarzały się w tym sezonie dobre odcinki, ale mam poczucie, że na każdy z nich, przypadał jeden absurdalnie głupi i jeden nijaki. Najlepszym przykładem jest trója: świetny Mummy on the Orient Express, nijaki Flatline i tragiczny Kill the Moon (serio, księżyc to smocze jajo? ehh, choć z drugiej strony it is known... ehhh). Pozostaje mieć nadzieję, że finał podciągnie to wyżej, bo inaczej będzie świetny Doctor z najgorszym sezonem.
Agents of SHIELD zdecydowanie trzyma tytuł serialu, który najbardziej poprawił się pomiędzy sezonami. Wprawdzie nie skorzystali z okazji z Lucy Lawless, ale poza tym, trudno narzekać. Nowe postacie są świetne, stare stały się ciekawsze, nawet Skye i Ward przestali irytować. Fabuła stała się dużo ciekawsza i póki co kolejne odcinki trzymają solidny poziom. Jeśli uda się utrzymać to w kolejnych miesiącach, Agents staną się faktycznie kolejnym świetnym serialem Whedona.
Arrow i Flash czyli dwa seriale DC, jak się okazuje, zapewne nie łączące się z filmami. Pierwszy zaczął trzeci sezon i choć początek wywoływał u mnie pewne wątpliwości, muszę przyznać, że ostatecznie uznaję go za najlepszy z dotychczasowych w tym serialu. Da się poczuć, że świat się powiększył, i miasto Olivera jest tylko małym elementem większej całości. Niestety Flash nie podziela tego poziomu. Po prostu po X-Men: Days of Future Past trudno być pod wrażeniem tego, jak moce Flasha są przedstawione w serialu. Na razie twórcy mogą sobie z tym poradzić stwierdzając, że Barry jest dopiero na początku swojej drogi, ale na dłuższą metę zacznie się to rzucać w oczy. Arrow jest bohaterem na tzw. street level więc nie wymaga widowiskowych efektów, ale Flash może być już krokiem za daleko.
Gotham czyli serial który naprawdę chciałbym lubić. Bo na oko mają wszystko, świetne przedstawienie miasta, genialne postacie (Pingwin wygrywa wszystko), ciekawy wątek walki o władzę wśród mafiozów. Niby wszystko jest na swoim miejscu... poza fabułą. I to dziwne, bo są momenty kiedy wydaje się, że twórcy próbują czegoś bardziej poważnego i dojrzałego, ale w ostatniej chwili tchórzą i uciekają w uproszczenia i wyświechtane rozwiązania. Tak jakby sam serial nie do końca mógł się zdecydować, na ile poważny ma być. Co za tym idzie, ja nie wiem jak poważnie mam go brać. Ogólnie, mam bardzo mieszane uczucia, wahające się między zachwytem i znudzeniem. Jeszcze nie wiem, co wygra.
Constantine to serial o dupkowatym egzorcyście z brytyjskim akcentem. Ani główny bohater, ani fabuła nie są tak fajne jak w komiksach. Poza tym, trudno coś powiedzieć po jednym odcinku. Nie był zły, nie był jakoś szczególnie porywający. Wyglądał trochę jak podróbka Supernaturals. Niestety nasza tv zawiera już Supernaturals, więc nie za bardzo widzę powód, by tworzyć kolejne.
Doctor Who powoli zbliża się do końca. Zostały już tylko dwa finałowe odcinki, w związku z czym, możemy chyba wysilić się na pewne podsumowanie tego sezonu (choć faktycznie zrobię to za miesiąc). Niestety nie jest dobrze. Można wręcz powiedzieć, że jest źle. To znaczy Peter Capaldi jest genialny w roli Doctora i zdarzały się w tym sezonie dobre odcinki, ale mam poczucie, że na każdy z nich, przypadał jeden absurdalnie głupi i jeden nijaki. Najlepszym przykładem jest trója: świetny Mummy on the Orient Express, nijaki Flatline i tragiczny Kill the Moon (serio, księżyc to smocze jajo? ehh, choć z drugiej strony it is known... ehhh). Pozostaje mieć nadzieję, że finał podciągnie to wyżej, bo inaczej będzie świetny Doctor z najgorszym sezonem.
Arrow i Flash czyli dwa seriale DC, jak się okazuje, zapewne nie łączące się z filmami. Pierwszy zaczął trzeci sezon i choć początek wywoływał u mnie pewne wątpliwości, muszę przyznać, że ostatecznie uznaję go za najlepszy z dotychczasowych w tym serialu. Da się poczuć, że świat się powiększył, i miasto Olivera jest tylko małym elementem większej całości. Niestety Flash nie podziela tego poziomu. Po prostu po X-Men: Days of Future Past trudno być pod wrażeniem tego, jak moce Flasha są przedstawione w serialu. Na razie twórcy mogą sobie z tym poradzić stwierdzając, że Barry jest dopiero na początku swojej drogi, ale na dłuższą metę zacznie się to rzucać w oczy. Arrow jest bohaterem na tzw. street level więc nie wymaga widowiskowych efektów, ale Flash może być już krokiem za daleko.
Gotham czyli serial który naprawdę chciałbym lubić. Bo na oko mają wszystko, świetne przedstawienie miasta, genialne postacie (Pingwin wygrywa wszystko), ciekawy wątek walki o władzę wśród mafiozów. Niby wszystko jest na swoim miejscu... poza fabułą. I to dziwne, bo są momenty kiedy wydaje się, że twórcy próbują czegoś bardziej poważnego i dojrzałego, ale w ostatniej chwili tchórzą i uciekają w uproszczenia i wyświechtane rozwiązania. Tak jakby sam serial nie do końca mógł się zdecydować, na ile poważny ma być. Co za tym idzie, ja nie wiem jak poważnie mam go brać. Ogólnie, mam bardzo mieszane uczucia, wahające się między zachwytem i znudzeniem. Jeszcze nie wiem, co wygra.
Constantine to serial o dupkowatym egzorcyście z brytyjskim akcentem. Ani główny bohater, ani fabuła nie są tak fajne jak w komiksach. Poza tym, trudno coś powiedzieć po jednym odcinku. Nie był zły, nie był jakoś szczególnie porywający. Wyglądał trochę jak podróbka Supernaturals. Niestety nasza tv zawiera już Supernaturals, więc nie za bardzo widzę powód, by tworzyć kolejne.
środa, 1 października 2014
Wrzesień z serialami
Oto i zaczął się wrzesień, a wraz z nim nadeszły seriale. To znaczy, część seriali. Część zacznie się dopiero w przyszłym miesiącu, ale nimi zajmiemy się następnym razem. Tymczasem dzisiaj mamy trzy tytuły w tym dwa powroty i jeden debiut. Po kolei więc:
Agenci SHIELD powracają. Powiem szczerze, nie byłem zbytnim fanem pierwszego sezonu. Był nijaki, nudnawy, pozbawiony interesujących postaci. Zapewne nawet nie spojrzałbym na drugi sezon, gdyby nie wydarzenia ostatnich kilku odcinków, pokazujące konsekwencję drugiej części Kapitana Ameryki.
Drugi sezon kontynuuje ten wątek, przedstawiając nam świat, w którym główni bohaterowie są uciekinierami toczącymi tajną wojnę zarówno z Hydrą jak i z amerykańskim rządem. I muszę przyznać, robią to w całkiem niezłym stylu. Tym razem czuć zagrożenie, nieufność i tajemniczość. Widać narastającą desperację naszych bohaterów. To dużo lepszy początek niż mieli w zeszłym roku, pozostaje zobaczyć, czy utrzymają poziom. Dodatkowo w obsadzie pojawia się Lucy Lawless co zawsze liczy się jako zaleta.
Tak konkretnie mówiąc, Doctor powrócił na ekrany jeszcze w sierpniu, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tych pierwszych kilka odcinków z nowym Doctorem zawsze jest trochę dziwnych, ale muszę przyznać, że Peter Capaldi znacząco ułatwił proces przystosowawczy. Jego wersja Doctora jest tak bardzo inna od dwóch poprzedników, a równocześnie na tyle znajoma, że bardzo łatwo się przestawić. Nie do końca rozumiem jego nagłą niechęć do żołnierzy, ale to pewnie wyjaśni się przed końcem sezonu. A tymczasem, jest dobrze. Wprawdzie brakuje mi naprawdę pamiętnych odcinków, jak Blink czy The Time of Angels, ale seria póki co trzyma poziom dając jeden solidny odcinek po drugim. A Capaldi zdecydowanie wnosi świeżość ze swoją eksploracją mrocznej strony Doctora, w czym idzie zdecydowanie dalej, niż jego poprzednicy. Do tego stopnia, że chwilami można zadać sobie pytanie, czy Doctor nadal jest bohaterem, czy może już tylko "mad man with a box".
I wreszcie najbardziej oczekiwana premiera tej jesieni.To trochę zaskakujące, bo początkowo chyba nikt nie wziął tej serii na poważnie. Batman bez Batmana? Ja od razu machnąłem na to ręką. Ale później rozkręciła się machina promująca serial i ludzie w filmikach na YouTubie mówili i pokazywali wszystkie właściwe rzeczy. Tak, że kiedy serial do nas dotarł, miał już u mnie status najbardziej oczekiwanej serii roku. A potem obejrzałem pierwszy odcinek i mówiąc szczerze, miałem mieszane uczucia. Być może spodziewałem się zbyt wiele, ostatecznie po tym jak The Shield i Hannibal wprowadziły nową jakość odpowiednio do historii o policjantach i psychopatycznych zabójcach, miałem prawo oczekiwać czegoś podobnego. Marzyła mi się seria łącząca cyniczne spojrzenie na korupcję systemu z The Wire z mrocznym klimatem Siedem (którego akcja sama, równie dobrze mogłaby toczyć się w Gotham). Oczywiście Gotham nie jest niczym podobnym, niemniej nie oznacza to, że jest gorsze. Choć pierwszy odcinek miał sporą wadę w postaci opowiadanej historii. Fabuła była po prostu słaba, pędziła zbyt szybko i wprowadzała za dużo elementów, w większości przypadków robiąc to dosyć nieporadnie. Ale było też coś, co sprawiło, że przymknąłem na to oczy. Miasto. Gotham Burtona było groteskowe, Schumachera przesadzone, a Nolana nijakie. Na tym tle ta nowa wizja trafiła prosto w dziesiątkę. Gargulce i gotycka zabudowa są na miejscu, ale tkwią w tle, filtry kolorów nadają obrazowi trochę nierealistyczny posmak, Bullock ubiera się jakby tropił Ala Capone i jeździ samochodem ze starego filmu detektywistycznego, a mimo to jest całkowicie na miejscu. To Gotham jest ponadczasowe, realistyczne i oderwane od realizmu równocześnie. A zasiedlające je postacie tylko pogłębiają to wrażenie. Szaleńcy, gangsterzy i skorumpowani gliniarze, wszyscy żyjący w swoim mały ekosystemie, gdzie Don Falcone wydaje się najrozsądniejszą osobą w okolicy. Co więcej, w drugim odcinku, gdzie scena jest już ustawiona, twórcy mogą się skupić na opowiadaniu historii i jak się okazuje, robią to dosyć sprawnie.
W tym momencie jedyny zarzut jaki mam, to sam Jim Gordon. W szalonym świecie pełnym groteskowych postaci przypadł mu niewdzięczny obowiązek bycia ostoją normalności, co już samo w sobie czyni go mniej interesującym niż Bullock czy Pingwin (póki co te dwie postacie całkowicie dominują tę serię), ale co gorsze, wydaje się, że Jim nie może przetrwać choć jednej sceny, bez bicia nas w głowę wielkim młotkiem z napisem: "Jestem jedynym uczciwym gliniarzem w mieście!" Mam nadzieję, że to jedynie punkt wyjścia i z czasem zobaczymy, jak poza odwagą i szlachetnością wykształca on też spryt i zaczyna grać systemem (jak McNulty w The Wire). Inaczej nie mam pojęcia jak uda mu się dożyć nadejścia Batmana.
To tyle na ten miesiąc, w kolejnym swoje premiery mają jeszcze Constantine, The Flash i wraca The Arrow.
Agenci SHIELD powracają. Powiem szczerze, nie byłem zbytnim fanem pierwszego sezonu. Był nijaki, nudnawy, pozbawiony interesujących postaci. Zapewne nawet nie spojrzałbym na drugi sezon, gdyby nie wydarzenia ostatnich kilku odcinków, pokazujące konsekwencję drugiej części Kapitana Ameryki.
Drugi sezon kontynuuje ten wątek, przedstawiając nam świat, w którym główni bohaterowie są uciekinierami toczącymi tajną wojnę zarówno z Hydrą jak i z amerykańskim rządem. I muszę przyznać, robią to w całkiem niezłym stylu. Tym razem czuć zagrożenie, nieufność i tajemniczość. Widać narastającą desperację naszych bohaterów. To dużo lepszy początek niż mieli w zeszłym roku, pozostaje zobaczyć, czy utrzymają poziom. Dodatkowo w obsadzie pojawia się Lucy Lawless co zawsze liczy się jako zaleta.
Tak konkretnie mówiąc, Doctor powrócił na ekrany jeszcze w sierpniu, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tych pierwszych kilka odcinków z nowym Doctorem zawsze jest trochę dziwnych, ale muszę przyznać, że Peter Capaldi znacząco ułatwił proces przystosowawczy. Jego wersja Doctora jest tak bardzo inna od dwóch poprzedników, a równocześnie na tyle znajoma, że bardzo łatwo się przestawić. Nie do końca rozumiem jego nagłą niechęć do żołnierzy, ale to pewnie wyjaśni się przed końcem sezonu. A tymczasem, jest dobrze. Wprawdzie brakuje mi naprawdę pamiętnych odcinków, jak Blink czy The Time of Angels, ale seria póki co trzyma poziom dając jeden solidny odcinek po drugim. A Capaldi zdecydowanie wnosi świeżość ze swoją eksploracją mrocznej strony Doctora, w czym idzie zdecydowanie dalej, niż jego poprzednicy. Do tego stopnia, że chwilami można zadać sobie pytanie, czy Doctor nadal jest bohaterem, czy może już tylko "mad man with a box".
I wreszcie najbardziej oczekiwana premiera tej jesieni.To trochę zaskakujące, bo początkowo chyba nikt nie wziął tej serii na poważnie. Batman bez Batmana? Ja od razu machnąłem na to ręką. Ale później rozkręciła się machina promująca serial i ludzie w filmikach na YouTubie mówili i pokazywali wszystkie właściwe rzeczy. Tak, że kiedy serial do nas dotarł, miał już u mnie status najbardziej oczekiwanej serii roku. A potem obejrzałem pierwszy odcinek i mówiąc szczerze, miałem mieszane uczucia. Być może spodziewałem się zbyt wiele, ostatecznie po tym jak The Shield i Hannibal wprowadziły nową jakość odpowiednio do historii o policjantach i psychopatycznych zabójcach, miałem prawo oczekiwać czegoś podobnego. Marzyła mi się seria łącząca cyniczne spojrzenie na korupcję systemu z The Wire z mrocznym klimatem Siedem (którego akcja sama, równie dobrze mogłaby toczyć się w Gotham). Oczywiście Gotham nie jest niczym podobnym, niemniej nie oznacza to, że jest gorsze. Choć pierwszy odcinek miał sporą wadę w postaci opowiadanej historii. Fabuła była po prostu słaba, pędziła zbyt szybko i wprowadzała za dużo elementów, w większości przypadków robiąc to dosyć nieporadnie. Ale było też coś, co sprawiło, że przymknąłem na to oczy. Miasto. Gotham Burtona było groteskowe, Schumachera przesadzone, a Nolana nijakie. Na tym tle ta nowa wizja trafiła prosto w dziesiątkę. Gargulce i gotycka zabudowa są na miejscu, ale tkwią w tle, filtry kolorów nadają obrazowi trochę nierealistyczny posmak, Bullock ubiera się jakby tropił Ala Capone i jeździ samochodem ze starego filmu detektywistycznego, a mimo to jest całkowicie na miejscu. To Gotham jest ponadczasowe, realistyczne i oderwane od realizmu równocześnie. A zasiedlające je postacie tylko pogłębiają to wrażenie. Szaleńcy, gangsterzy i skorumpowani gliniarze, wszyscy żyjący w swoim mały ekosystemie, gdzie Don Falcone wydaje się najrozsądniejszą osobą w okolicy. Co więcej, w drugim odcinku, gdzie scena jest już ustawiona, twórcy mogą się skupić na opowiadaniu historii i jak się okazuje, robią to dosyć sprawnie.
W tym momencie jedyny zarzut jaki mam, to sam Jim Gordon. W szalonym świecie pełnym groteskowych postaci przypadł mu niewdzięczny obowiązek bycia ostoją normalności, co już samo w sobie czyni go mniej interesującym niż Bullock czy Pingwin (póki co te dwie postacie całkowicie dominują tę serię), ale co gorsze, wydaje się, że Jim nie może przetrwać choć jednej sceny, bez bicia nas w głowę wielkim młotkiem z napisem: "Jestem jedynym uczciwym gliniarzem w mieście!" Mam nadzieję, że to jedynie punkt wyjścia i z czasem zobaczymy, jak poza odwagą i szlachetnością wykształca on też spryt i zaczyna grać systemem (jak McNulty w The Wire). Inaczej nie mam pojęcia jak uda mu się dożyć nadejścia Batmana.
To tyle na ten miesiąc, w kolejnym swoje premiery mają jeszcze Constantine, The Flash i wraca The Arrow.
czwartek, 18 września 2014
Hobbit vs Rasizm
Jak powszechnie i bezsprzecznie wiadomo, brać fandomowa to jedna wielka banda seksistowskich rasistów. Bo jaki inny powód moglibyśmy mieć, by interesować się światami opartymi na średniowieczu, ba, czasami wręcz je idealizować. Jak wiadomo, średniowiecze to wstrętny okres, gdy biali mężczyźni okładali się nawzajem mieczami w ogólnej pogardzie dla sztuki i nauki, a kobiet to nie wypuszczano z kuchni. A jak już się wypuściło, to zaraz jakiś zbój porwał i biali mężczyźni mieli okazję do kolejnej przygody, by takową niewiastę, niczym jakiś rekwizyt, ratować z kłopotów. Co za tym idzie, wszyscy którzy lubią Władcę Pierścieni, Grę o Tron, czy (Cthulhu broń) Conana, to jak nic seksistowscy rasiści. Ale na szczęście, coś się w świecie fantasy ruszyło, kampania przeciw rasizmowi, poprowadzona przez jednego z guru współczesnego kina fantasy, Petera Jacksona.
Swego czasu Star Trek przeszedł do historii sceną po prawej. Był to pierwszy pocałunek białego mężczyzny i czarnej kobiety w amerykańskiej tv. Niestety minęły dekady i sf (a w szczególności sam Star Trek) przestało być na pierwszej linii postępu w kwestii równości. Na szczęście pałeczkę przejęła fantasy i oto Hobbit. Pustkowia Smauga zapewnił nam wątek miłości ponad podziałami rasowymi. Tauriel i Kili, dwójka młodych kochanków w świecie, który nie toleruje ich związku. Naprawdę wzruszyłem się w tej sali kinowej i pomyślałem sobie: Jak to dobrze, że już nie ma rasizmu w świecie fantasy. Niestety później przeczytałem komentarze na forach internetowych (robię to rzadko, ze względu na sympatię, jaką darzę swoje szare komórki, niestety tym razem nie dało się uciec) i nie uwierzyłem własnym oczom. Herezja! Hańba! I dużo gorsze słowa padały z wszystkich stron. Przecież wszyscy wiedzą, że elfy i krasnoludy nie mogą mieć wątku miłosnego. I zadałem sobie pytanie: czemu? Przecież nikogo nie oburzało, kiedy inny brodaty jegomość (Aragorn) zapałał odwzajemnioną miłością do elfki. I to księżniczki, a nie zwykłej leśnej panny. Więc jak to? Aragornowi wolno, a Kiliemu już nie? A w czym Kili jest gorszy? Bo niższy, bo krasnolud? Otóż to. Wyszło szydło z worka, człowiekowi wolno, ale krasnolud łapy precz. Toż to jawna dyskryminacja, rasizm, wertykalizm nawet!!! (tak, wertykalizm faktycznie oznacza coś zupełnie innego)
I rozglądam się dalej i co widzę? Krasnoludy do jaskiń, elfy na drzewa! Jawna segregacja rasowa i to na każdym kroku. Krasnolud nie może popijać wina i tańczyć z driadami, a elf sączyć piwa w jaskini, pracując nad wiertłem parowym. A czy ktoś spytał tego elfa i tego krasnoluda, co oni chcą robić i w kim się kochać? Nie! A czemu? Bo elfy i krasnoludy nie istnieją. Co więcej, według mojej wiedzy, nigdy nie istniały. A to oznacza, że mogą robić, co tylko zamarzy się autorowi.
Jasne, ktoś zaraz powie: Ale czy taki niekrasnoludzki krasnolud to nadal krasnolud, czy już niski, brodaty elf? Dobre pytanie, a odpowiedź brzmi: Jest dokładnie tym, czym nazwał go autor, bo ani on, ani krasnoludy, ani elfy nie istnieją. W tym wypadku autorem jest Peter Jackson i on powiedział, że ma być tak. Gdyby trzymał się bardziej wizji Tolkiena, mielibyśmy krasnoludy w kolorowych wdziankach, które popijają wino grając na fletach. Więc w zestawieniu, sądzę, że wyszliśmy zdecydowanie na plus.
Więc, zanim następnym razem powiesz, że coś nie pasuje do elfów czy krasnoludów, pamiętaj: Elfy i krasnoludy nie istnieją! I dobrze, bo w przeciwnym razie fandom fantasy byłby straszną bandą rasistów.
Jeśli o mnie chodzi, to mam do tego wątku całkowicie obojętne podejście. Pasował do historii opowiadanej przez PJ, ale jakoś się nie wybijał. Za to reakcje internautów były i nadal są naprawdę wspaniałe.
To tyle na dzisiaj, od przyszłego miesiąca wrócę do częstszych aktualizacji, wraz z rozpoczęciem sezonu serialowego. W tym roku mamy aż pięć serii na podstawie komiksów więc pewnie będę je podsumowywał na końcu każdego miesiąca.
Swego czasu Star Trek przeszedł do historii sceną po prawej. Był to pierwszy pocałunek białego mężczyzny i czarnej kobiety w amerykańskiej tv. Niestety minęły dekady i sf (a w szczególności sam Star Trek) przestało być na pierwszej linii postępu w kwestii równości. Na szczęście pałeczkę przejęła fantasy i oto Hobbit. Pustkowia Smauga zapewnił nam wątek miłości ponad podziałami rasowymi. Tauriel i Kili, dwójka młodych kochanków w świecie, który nie toleruje ich związku. Naprawdę wzruszyłem się w tej sali kinowej i pomyślałem sobie: Jak to dobrze, że już nie ma rasizmu w świecie fantasy. Niestety później przeczytałem komentarze na forach internetowych (robię to rzadko, ze względu na sympatię, jaką darzę swoje szare komórki, niestety tym razem nie dało się uciec) i nie uwierzyłem własnym oczom. Herezja! Hańba! I dużo gorsze słowa padały z wszystkich stron. Przecież wszyscy wiedzą, że elfy i krasnoludy nie mogą mieć wątku miłosnego. I zadałem sobie pytanie: czemu? Przecież nikogo nie oburzało, kiedy inny brodaty jegomość (Aragorn) zapałał odwzajemnioną miłością do elfki. I to księżniczki, a nie zwykłej leśnej panny. Więc jak to? Aragornowi wolno, a Kiliemu już nie? A w czym Kili jest gorszy? Bo niższy, bo krasnolud? Otóż to. Wyszło szydło z worka, człowiekowi wolno, ale krasnolud łapy precz. Toż to jawna dyskryminacja, rasizm, wertykalizm nawet!!! (tak, wertykalizm faktycznie oznacza coś zupełnie innego)
I rozglądam się dalej i co widzę? Krasnoludy do jaskiń, elfy na drzewa! Jawna segregacja rasowa i to na każdym kroku. Krasnolud nie może popijać wina i tańczyć z driadami, a elf sączyć piwa w jaskini, pracując nad wiertłem parowym. A czy ktoś spytał tego elfa i tego krasnoluda, co oni chcą robić i w kim się kochać? Nie! A czemu? Bo elfy i krasnoludy nie istnieją. Co więcej, według mojej wiedzy, nigdy nie istniały. A to oznacza, że mogą robić, co tylko zamarzy się autorowi.
Jasne, ktoś zaraz powie: Ale czy taki niekrasnoludzki krasnolud to nadal krasnolud, czy już niski, brodaty elf? Dobre pytanie, a odpowiedź brzmi: Jest dokładnie tym, czym nazwał go autor, bo ani on, ani krasnoludy, ani elfy nie istnieją. W tym wypadku autorem jest Peter Jackson i on powiedział, że ma być tak. Gdyby trzymał się bardziej wizji Tolkiena, mielibyśmy krasnoludy w kolorowych wdziankach, które popijają wino grając na fletach. Więc w zestawieniu, sądzę, że wyszliśmy zdecydowanie na plus.
Więc, zanim następnym razem powiesz, że coś nie pasuje do elfów czy krasnoludów, pamiętaj: Elfy i krasnoludy nie istnieją! I dobrze, bo w przeciwnym razie fandom fantasy byłby straszną bandą rasistów.
Jeśli o mnie chodzi, to mam do tego wątku całkowicie obojętne podejście. Pasował do historii opowiadanej przez PJ, ale jakoś się nie wybijał. Za to reakcje internautów były i nadal są naprawdę wspaniałe.
To tyle na dzisiaj, od przyszłego miesiąca wrócę do częstszych aktualizacji, wraz z rozpoczęciem sezonu serialowego. W tym roku mamy aż pięć serii na podstawie komiksów więc pewnie będę je podsumowywał na końcu każdego miesiąca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























