poniedziałek, 4 maja 2015

Kwiecień z serialami

Źle się dzieje w mieście gotyckiej szynki i niestety dla jego mieszkańców, to bardzo dobrze dla nas. W tym miesiącu serial zaserwował nam swoistą trylogię opowiadającą o seryjnym zabójcy Ogrze. Przy okazji na początku miesiąca zamknięty został wątek ucieczki Fish. Jestem ciekaw co z nią dalej, bo nie widzieliśmy tej postaci, od tego dziwnego strzału snajperskiego. Tymczasem zarówno Pingwin jak i Nigma wykonali swoje ruchy. Mówiłem to wiele razy, ale powtórzę po raz kolejny, te dwie postacie są prawdziwymi brylantami w tym serialu. Twórcy wzięli dwóch, prawdę powiedziawszy, najnudniejszych z wrogów Batmana i sprawili, że nie mogę się doczekać na scen z ich udziałem. I jak wspomniałem, historia Ogra była naprawdę dobra, co pokazuje, że ten serial działa najlepiej z dłuższą, bardziej spójną fabuła, niż tylko historiami w stylu: zabójstwo tygodnia. Tak czy inaczej, przed nami już tylko finałowy odcinek sezonu i biorąc pod uwagę co dzieje się w mieście, zapewne będzie on wyładowany akcją.

Trzymając się DC, następnego na liście mamy Flasha. I muszę przyznać, że ten miesiąc był naprawdę dobry dla tego serialu. Były gościnne występy postaci z Arrow, wątek Wellsa wreszcie ruszył pełną parą, wiele tajemnic zostało ujawnionych. Ogólnie muszę przyznać, że po raz pierwszy od początku sezonu, faktycznie jestem podekscytowany perspektywą obejrzenia kolejnych odcinków.

Arrow zmierza na coraz dziwniejsze terytoria. Sam zwrot akcji, polegający na dołączeniu Olivera do Ligii był ciekawy, ale... Pranie mózgu?!? To najnudniejsza metoda tworzenia napięcia w historii i teraz Arrow użyło jej po raz trzeci. Zawsze, jak ktoś dobry robi coś złego, to nie ze swojej winy, tylko przez pranie mózgu. Co za szczęście, że jako widz nie musimy się martwić moralną niejednoznacznością tych postaci, bo one nigdy nie są winne swoich czynów. I wcześniejszy Ras zniszczył Aleksandrię, Oliver ma zniszczyć Starling City, ale ten obecny spalił po prostu jedną wioskę. Myślę, że pozostali mogą się poczuć oszukani. Mimo wszystko, serial nadal trzyma niezły poziom, ale wyraźnie zaczyna gonić za własnym ogonem, co martwi mnie, w kontekście kolejnych sezonów.

Agents of SHIELD zbliża się do świetnego finału. Wątek Inhumans i prywatna wojna Coulsona uczyniły to naprawdę ciekawym i wciągającym miesiącem, dla agentów. Dodatkowo, muszę przyznać, że miło było zobaczyć całą drużynę znowu razem. Fakt, odkąd przestali być drużyną serial zrobił się znacząco lepszy, ale mimo to poczułem efekt nostalgii. I Ward nadal pozostaje moją zaskakująco ulubioną postacią (zaskakująco, po tym, jak w poprzednim sezonie był moją najmniej lubianą postacią). Jedyne czego mogę się czepiać, to fakt, że nawiązanie do nowych Avengersów było trochę mało subtelne. Z drugiej strony, to nawiązanie do Avengers, więc i tak byłem nim podekscytowany.

W tym miesiącu swój trzeci sezon zakończyło Vikings. Zaskakujący hit History Channel, kanału słynącego głównie z programów o tym, jak kosmici zbudowali piramidy. Cóż mogę powiedzieć, twórcom znów udało się przebić samych siebie. Powiem więcej, odcinek z oblężeniem Paryża przebił wszystkie sceny batalistyczne, jakie widzieliśmy do tej pory w tv. Nawet Gra o Tron nie może się z tym równać. I porównanie to nie jest przypadkowe, gdyż biorąc pod uwagę gwałtownie rozrastający się świat tej serii, niedługo może ona sięgnąć poziomu skomplikowania GoTa. Nie mogę też nie wspomnieć, o genialnym sposobie wprowadzania elementów mistycznych. Są tajemnicze i nieoczywiste. Nigdy nie można powiedzieć, czy faktycznie były magią, czy jedynie postacie tak je zinterpretowały. Pod tym względem, nie widziałem nic, co lepiej oddałoby klimat mistyki wikingów. I oczywiście nie można pominąć świetnego sposobu łączenia historii z mitem. Twórcy bardzo sprawnie przeplatają fakty i fikcję, co doskonale pasuje do opowieści o Ragnarze, które robiły to samo już w średniowieczu. Wystarczy zwrócić uwagę, że o ile sam Ragnar jest uważany przez większość historyków za postać fikcyjną, o tyle jego synowie są postaciami historycznymi, podobnie większość z przypisywanych mu przez skaldów czynów, faktycznie miała miejsce (jak oblężenie Paryża). Na koniec wspomnę jeszcze o Rollo, który w tym sezonie wyrósł na moją ulubioną postać. Po pierwsze, jestem rozczarowany sobą, że dopiero w ostatnim odcinku zdałem sobie sprawę, jaką postacią historyczną jest Rollo. Po drugie, naprawdę zastanawiam się, czy twórcy planowali to od samego początku, kiedy tak nazywali tą postać. Jeśli tak, to jestem pod wrażeniem ich wiary w ten serial.

I to tyle na ten miesiąc, w maju większość seriali ma swój finał, więc jeszcze jeden z tych wpisów i przechodzę w przerwę wakacyjną.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Game of Thrones, odc. 43: High Sparrow (5x03)

Jestem w głębokim szoku. Wesele w Grze o Tron, mało tego, królewskie wesele, i zero trupów. Nic! Dothraki by tego nie pochwalili. No chyba, że ktoś zginął kiedy nie patrzyliśmy. Mam nadzieję, że to nie Ser Pounce. W sumie nie widzieliśmy tego dzielnego kota go od dłuższego czasu. Czyżby Margaery uznała, że w tej sypialni jest miejsce tylko dla jednej... No dobra, ten żart faktycznie nie ma sensu w języku polskim. Ale bądźmy szczerzy, wszyscy wiecie do czego zmierzałem.

W tym odcinku stało się też coś bardzo dziwnego. Uwielbiam Margaery i nie znoszę Cersei. Kiedy zaczęła się scena między tymi postaciami i Margaery uroczo zasugerowała, że Cersei jest pijaczką wybuchnąłem śmiechem. Ale im dłużej ta scena trwała, tym bardziej czułem coś dziwnego. Jakby... sympatię. I kiedy Cersei odeszła przy akompaniamencie śmiechu dam dworu, po raz pierwszy w tym serialu, ba, po raz pierwszy ogólnie, zrobiło mi się żal Cersei. To naprawdę dziwne uczucie. I przez resztę odcinka, w scenie w Wielkim Wróblem, królowa matka wydawała się dziwacznie rozsądna. Serial ogólnie przedstawiał postać Cersei w dużo bardziej ludzki sposób, niż książka. I wygląda na to, że ten sezon da nam więcej podobnych świetnych momentów z Leną Headey.
Należy tu też pochwalić Jonathana Pryce'a za jego przedstawienie tytułowego Wielkiego Wróbla. Teraz łatwiej zobaczyć, dlaczego Lancel za nim podąża.

Przez chwilę wróciła też stara, płaczliwa Sansa, ale na szczęście szybko ustąpiła miejsca Darth
Sansie. I tu też pojawiło się, jak na razie, największe zerwanie serialu z fabułą książki. Choć równocześnie, trudno nie dostrzec logiki, stojącej za decyzją twórców. Zamiast trzech wątków wymagających masy pobocznych postaci i lokacji, zrobili jeden. Zgaduję, że tym sposobem rola, którą w książkach pełnił w tym wątku Mance przypadnie Brienne i Podrickowi. Co oznacza też ostateczne zerwanie z wątkiem Bractwa Bez Chorągwi i ich, pałającej chęcią wieszania Freyów, nieumarłej przywódczyni. Niemniej miło było znów zobaczyć Winterfell, nawet z tymi wszystkimi obdartymi ze skóry trupami. I chętnie zobaczę, czy Sansa poradzi sobie z drugim największym psychopatą królestwa lepiej, niż szło jej z pierwszym. W końcu, Północ Pamięta.

Tymczasem nasz ulubiony duet (no cóż, jeden z nich) dotarł do Volantis. Mam wrażenie, że miasto się trochę pomniejszyło. Na pewno ten most się znacząco pomniejszył. I tłum przed kapłanką też. Ale za to kapłanka była Azjatką, i mogę się mylić, ale to chyba pierwsza taka postać w tej historii. Choć, w sumie w tym świecie nie istnieje kraina o nazwie Azja, więc słowo Azjata nie za bardzo pasuje. Podobne kwestie zawsze są problematyczne w fantasy.
Tak czy inaczej, ten odcinek okazał się bardzo niebezpieczny dla klientów burdeli, o czym wkrótce przekonał się Tyrion, który po ataku paniki spotkał władcę Friendzone. Co potencjalnie może prowadzić do kolejnego, wspaniałego duetu w podróży. Jeśli Varys jeszcze do nich dołączy, ta trójka mogłaby zawojować świat.

Another One Bites The Dust:
RIP Janos Slynt, umarł tak jak żył. Żałośnie. Ale pozwolił Jonowi pokazać, że już nie jest chłopcem i naczył się czegoś z tych wszystkich egzekucji, do oglądania których zapraszał go tatuś. Ten kto wydaje wyrok, powinien go wykonać.

Przemyślenia:
- Scena z potworem Frankensteina była świetna. 

- Arya zmieniła ubranie. Już niczego w tym serialu nie można być pewnym.

Ogólnie, był to świetny odcinek, pokazujący, że wyszliśmy już z etapu ustawiania sceny, i nadszedł czas, by zaczęło się dziać.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Game of Thrones, odc. 42: The House of Black and White (5x02)

How you doing?
Dzisiejszy wpis jest mocno spóźniony i niestety, będzie też dosyć krótki. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu wszystko wróci do normy. Ale tym czasem:

Wreszcie zobaczyliśmy Dorne, i ich przywódcę, genetycznie zmodyfikowanego nadczłowieka Dra Bashira. Jako fan Star Treka jestem jak najbardziej za.

Brienne jest naprawdę beznadziejna w swojej pracy. To znaczy świetnie idzie jej zabijanie każdego na swojej drodze (posiadanie miecza, który przechodzi przez zbroje i inne miecze jak przez masło, pewnie pomaga), ale samo ochranianie ludzi całkowicie jej nie wychodzi.

A jak jesteśmy przy ludziach, którzy są beznadziejni w swojej pracy, Daenerys Targaryen. Więc nasza królowa postanawia wytoczyć uczciwy proces (cokolwiek to oznacza) terroryście, ale kiedy jeden z jej doradców morduje tego terrorystę, to Dany od razu urządza publiczną egzekucję... Ehh... Po prostu, ehh...

Bronn powrócił i wszędzie zapanowała wielka radość. A teraz rusza z Jaimem 'Fucking' Lannisterem na wycieczkę. Gra o Tron jest naprawdę świetna w tworzeniu tych fajnych wędrownych par. Jestem pewny, że ich wspólne przygody zdołają utrzymać poziom.

Jon jest szefem Nocnej Straży. Szybko poszło. Z tego co pamiętam, w książkach Sam musiał się bardziej namęczyć. Tu walną tylko jedną mowę i było po wszystkim. Ale za to Shireen kontynuuje karierę nauczycielki czytania. Zaczynam mieć wrażenie, że ta dziewczynka zrobiła więcej dla obniżenia poziomu analfabetyzmu w Westeros, niż wszyscy dorośli tego świata razem wzięci.

I wreszcie Arya. Muszę przyznać, że Braavos wygląda pięknie. Do tego zobaczyliśmy tytułowy Dom Czerni i Bieli, czerpiący swoją nazwę od tego, że mieszka w nim czarny facet zmieniający się w białego. I to nie byle jakiego białego, a w samego Jaqena H'ghara. Co chyba oznacza, że niestety nie będzie nam dane zobaczyć Starego Miasta. Ale za to Arya polowała na gołębie. W książkach robiła to w pierwszym tomie, na ulicach zupełnie innego miasta, ale w sumie lepiej późno niż wcale.

Podsumowując, odcinek był kolejnym ustawiającym scenę. Działo się trochę więcej, niż w zeszłym miesiącu, ale prawdziwe bomby są dopiero przed nami.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Game of Thrones, odc. 41: The Wars to Come (5x01)

Gra o Tron powróciła. Pierwszy odcinek, jak zwykle, nie był zbyt porywający. Co nie zmienia faktu, że miło było znów zobaczyć te postacie i lokacje. Mieliśmy tu sporo pionków rozstawionych na szachownicy i wątków przygotowywanych na przyszłe odcinki. Mieliśmy też pierwszą retrospekcję w historii serialu. Nie Tower of Joy, nie śmierć ojca i brata Neda, nie turniej w Harrenhal. Po 40 godzinach, pierwsza retrospekcja dotyczyła Cersei. Przyznaję, w pewien sposób ma to sens, o tych pozostałych rzeczach ktoś mógł nam opowiedzieć (choć o pierwszej i trzeciej nikt tego nie zrobił), o tym wiedziała tylko Cersei (i jej towarzyszka, która w książkach niedługo po tym umarła, zgodnie z przepowiednią, którą otrzymała) i ona nigdy by się nie odezwała. A niezaprzeczalnie jest to spory element jej motywacji. I miło widzieć, że Cersei zawsze była niezbyt miłą osobą, osobiście chętnie zobaczyłbym serię o jej przygodach. Może coś w stylu reality tv na westerowskim MTV. I trzeba przyznać, że nie każda dziewczynka zniosłaby tak dobrze wiadomość, że w przyszłości stanie się złą królową z kreskówki Disneya.

Do tego dostaliśmy kolejny Lannisterski pogrzeb. Na szczęście tym razem, Jaime i Cersei zdecydowali się nie uczcić okazji ocierającym się o gwałt kazirodztwem tuż obok ciała krewniaka. Za to dostaliśmy kilku dawno niewidzianych członków rodziny. Oto wujek Kevan, którego pewnie mało kto jeszcze pamięta i jego syn Lancel ("co za głupie imię") Lannister. Który najwyraźniej po pomocy w uśmierceniu króla i seksie ze swoją kuzynką, postanowił się nawrócić i odnalazł Boga. A właściwie, to nawet Siedmiu.

Tymczasem na Murze źle się dzieje. Ale za to dwa światy nagle się ze sobą zderzyły. Melisandre i Jon w jednej windzie. Swoją drogą, muszę przyznać, że to niezły wyczyn. W całym królestwie jest tylko jedna winda, a oni nadal zdołali mieć niezręczną rozmowę w windzie. Tym sposobem zniszczyli jedną z niewielu zalet tego świata. No a później była impreza z grillem. Trzeba przyznać, że Stannis ma ciekawą metodę zdobywania sympatii ludzi. Patrzcie, spaliłem wam króla, teraz mnie poprzecie, prawda? Nie wiem, jak to możliwe, że on przegrywa tą wojnę.

Another One Bites The Dust:
RIP Mance Rayder, był bardzo inny niż w książkach i tragicznie nie wykorzystywany przez twórców. Ciaran Hinds jest świetnym aktorem i wycisnął z tej roli co się tylko dało, zwłaszcza w tym ostatnim dla siebie odcinku, ale nie zmienia to faktu, że zamiast radosnego awanturnika, dostaliśmy poważnego myśliciela. To wyjaśnia też, czemu twórcy zdecydowali się zabić tą postać już teraz (w książkach Mance nadal żyje). Serialowy Mance całkowicie nie pasował do awanturniczego wątku, który przypadł jego postaci w powieści. Tak czy inaczej, żegnamy świetnego aktora. I ostatecznie, udało mu się rozpalić największy ogień, jaki Północ kiedykolwiek widziała (choć czuję, że Mel może chcieć go przebić).

Przemyślenia:
- Wreszcie zobaczyliśmy Dorn... Niestety tylko w formie znamienia na ciele Lorasa.

- Jak przy tym jesteśmy, Loras i Margeary mają specyficzne relacje, na szczęście nie tak specyficzne jak inne rodzeństwa w tym serialu, ale nadal, specyficzne.

- Darth Sansa i Brienne rozminęły się o kilkadziesiąt metrów... to już był cios poniżej pasa.

- Dany powinna obejrzeć "Jak wytresować smoka", mogłoby jej pomóc. 

- Tyrion rusza na spotkanie z Dany... mam nadzieję, że zajmie mu szybciej, niż w książkach. Nie chcę zbytnio spoilerować, ale w książce, to trwa i trwa, a później trwa jeszcze trochę.

- Czy oni właśnie całkowicie zmienili historię, motywację i plan działania Varysa? Hmm... ok. W sumie na tym etapie nie mam już większego komentarza do tych zmian.

To tyle na ten tydzień, miejmy nadzieję, że za tydzień fabuła ruszy już bardziej do przodu. Choć tu mieliśmy już odstrzał ważnej postaci. I co więcej, za tydzień pewnie wreszcie dojdziemy do Aryi.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Marzec z serialami

Zacznijmy od Gotham, głównie dlatego, że w tym miesiącu serial ten zaliczył tylko jeden odcinek. Ale trzeba przyznać, że odcinek ten miał wszystko to, co w ostatnich miesiącach uczyniło ten serial naprawdę dobrym. Pingwin, Nygma, Fish, skorumpowani gliniarze, mroczne tajemnice, szalona kobieta zamknięta na strychu i młody Bruce coraz bardziej zmieniający się w detektywa. Mogę szczerze powiedzieć, że nie wymagam od tego serialu niczego więcej.


The Flash w tym miesiącu zaliczył trzy odcinki. Pierwszy prawie był najlepszym w tym sezonie i byłby pierwszym naprawdę dobrym... gdyby nie drugi. To było niesamowite, trupy padały, tajemnice wychodziły na jaw, cała historia stanęła na głowie a ja pierwszy raz poczułem się zaskoczony i naprawdę zaciekawiony. A później twórcy krzyknęli "Prima Aprilis! Tak naprawdę nigdy nie pozwolilibyśmy temu serialowi być aż tak interesującym." I tak mocą fabuły wszystko wróciło do normy, nic się nie wydarzyło i wszyscy nadal żyją długo i szczęśliwie. Co więcej, mimo całego gadania o konsekwencjach, nic się nie stało. Czas nie zemścił się w żaden widoczny sposób. Może poza tym, że życie miłosne naszego bohatera jeszcze się nie poprawiło. Mówię jeszcze, ponieważ bądźmy szczerzy, nikt z nas nie oczekuje niczego zaskakującego po tym wątku. Będzie nudno, później będzie jeszcze bardziej nudno, a potem będą razem, później znów nie będą razem, przypuszczalnie z jakiegoś absurdalnie idiotycznego powodu, a później znów będą razem i tak dalej. Przejdźmy więc do czegoś mniej dołującego, czyli najnowszego odcinka. Mark Hamill jako super przestępca, ze śmiechem Jokera i tekstem "I am your father". Piękne, po prostu piękne. Nic dodać, nic ująć w tej kwestii. I wreszcie poznaliśmy historię Wellsa. Więc podsumowując, po wielkim rozczarowaniu z początku miesiąca, końcówka okazała się naprawdę dobra.

Arrow tymczasem trzyma poziom. Walka z Atomem była bardzo przewidywalna, ale równocześnie konieczna w historii o superbohaterach. Nadal nie jestem pewny, dokąd zmierza wątek Ra's al Ghula, ale póki co rozwija się ciekawie. I wszystkie postacie poboczne też mają swoje miejsce w tym wszystkim. Do tego dostaliśmy kolejny odcinek z Suicide Squad co zawsze jest fajne. Wprawdzie wciąż skład drużyny pozostawia wiele do rzeczenia i nawet przez sekundę nie wierzę w śmierć Deadshota, co nie zmienia faktu, że to dobra odskocznia od tego, co dzieje się w mieście. Szczerze mówiąc, trudno mi tu powiedzieć dużo więcej. Śmierć pani burmistrz ewidentnie buduje fabułę pod wielką rozróbę, więc kolejne odcinki powinny być dużo ciekawsze.

Agents of SHIELD wraca po dłuższej przerwie i niestety zalicza kilka słabszych odcinków. Problem w tym, że twórcy musieli na nowo zbudować fabułę, ustawić wszystkie pionki na szachownicy i wyznaczyć kierunki, co jest zasadniczo nudne. Dopiero powrót Warda w przedostatnim odcinku i "Prawdziwe SHIELD" naprawdę przywróciły tą serię do formy. Choć wciąż jestem zawiedziony tym, że ich lotniskowiec faktycznie pływa, a nie lata. To trochę upokarzające, nazywać się prawdziwymi SHIELD i nie mieć nawet latającego lotniskowca. Z drugiej strony, mają Admirała Adamę i najwyraźniej przez chwilę mieli Xenę, więc nie jest z nimi aż tak źle. I ciekawe, że już zdecydowali się wprowadzić wątek Inhumans, zwłaszcza, że jeszcze cztery lata do faktycznego filmu, i póki co nie wybrano nawet aktora do roli Black Bolta. Tak czy inaczej, to sprawia, że kolejne odcinki zapowiadają się naprawdę interesująco, zwłaszcza teraz, kiedy wszystkie pionki są już na szachownicy.

I oto, po wielu perypetiach i problemach, powrócił najlepszy serial komediowy na antenie. Odcinki wydłużyły się o 10 minut, co od razu dało się poczuć w większej ilości wątków. Niestety pożegnaliśmy kolejne postacie, ale na ich miejsce są nowe postacie ( wśród nich Keith David w roli podstarzałego informatyka wynalazcy), a walka o Greendale trwa nadal. I to oznacza, że się udało! 6 sezonów, brakuje już tylko filmu i cel spełniony. Nie będę się tu więcej rozpisywał, bo nie ma o czym, Community było i jest nadal serią wybitną i niestety wybitnie niedocenianą.

W tym miesiącu moją uwagę przykuła też inna seria. Black Sails stacji Starz. Widziałem pierwszy sezon rok temu i ujął mnie klimatem i sposobem przedstawienia pirackich realiów, ale zdecydowanie nie ujął mnie fabułą, która wydała mi się przewidywalna i irytująca. Dopiero końcówka sezonu naprawdę zdołała to zmienić, mimo to wahałam się przed sięgnięciem po drugi sezon. Jak się okazało, niesłusznie. W drugim podejściu twórcom udało się naprawić wszystko to, co nie działało za pierwszym razem i do tego ulepszyć wszystko to, co działało. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że o ile pierwszy sezon był przeciętny, drugi jest po prostu świetny. Postacie, choć często niesympatyczne, stały się naprawdę interesujące. Zwroty akcji przywodzą na myśl Grę o Tron. I naprawdę niewiele seriali potrafi sprawić, żebym wiwatował na widok rzezi niewinnych cywilów (choć fakt faktem, te które to robią, zwykle są ze Starz, co jest dosyć dziwnym kierunkiem dla tej stacji). Co więcej, naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego sezonu, co jest chyba najlepszym komplementem dla serialu. Że nie wspomnę nawet o genialnej muzyce Beara McCrear'ego i równie świetnym openingu. Na mojej liście, jednym z trzech najlepszych, obok True Blood i GoTa (no, może jeszcze Z Archiwum X zasłużyło na miejscu tam).

środa, 4 marca 2015

Luty z serialami

Chcąc nie chcąc, na przełomie roku zrobiłem sobie małą przerwę, ale teraz czas powrócić do naszej klasycznej ramówki. Kolejny miesiąc za nami i sporo się w nim działo, ale po kolei:

Zacznijmy od Flasha. Powiem szczerze, że od początku miałem wątpliwości odnośnie tego serialu i w dalszym ciągu, wyraźnie zbyt niski budżet bije mnie po oczach w każdym odcinku. Do tego sposób w jaki przedstawiane jest działanie mocy Barrego... Super szybkość do najtrudniejsza moc do przedstawienia w sensowny sposób. Flash powinien pokonać każdego przeciwnika automatycznie, jeszcze zanim ten zauważy, że coś się dzieje. To oczywiście byłoby nudne, więc mamy te dziwaczne momenty, kiedy najszybszy człowiek na świecie pokonuje grupę uzbrojonych żołnierzy, po czym nagle zatrzymuje się i pozwala pokonać złemu generałowi. To dziwne i zdarza się w każdym odcinku. Niemniej, jako pozytyw muszę przyznać, że historia o Firestormie była całkiem udana i bardzo komiksowa. Więc tu mają plusa. I ogólnie, coraz ciekawiej ogląda się przygody tych postaci.
Z innego, ale powiązanego tematu. Ostatnio coraz częściej słychać o serialu Supergirl. Nie mam pojęcia czemu ktoś uważa to za dobry pomysł, ale jeśli sceny akcji z Flashem wyglądają słabo na budżecie telewizyjnym, to aż strach pomyśleć o scenach z Supergirl.

Arrow tymczasem wrócił do świata żywych i ruszył w kierunku ostatecznego starcia z Ligą Zabójców. Co więcej, wreszcie wszyscy poznali prawdę na wszystkie tematy. Ja rozumiem, że historie o super bohaterach mają w zwyczaju wątki ukrywania prawdy, ale Arrow po prostu przesadzał. Często w tym sezonie miałem poczucie, że postacie utrzymują sekrety tylko po to, by tworzyć sztuczne konflikty w fabule. Cieszy mnie więc, że wreszcie skończyliśmy z tym.
Jednak nadal mam zamiar czepiać się odcinka z Wyspą. To więzienie jest tak idiotycznym pomysłem. Wprawdzie nie tak złym jak lochy pod Star Labs, ale na pewno w tej samej lidze. Nie dość, że nikt nie zauważa, kiedy więzień ucieka, to jeszcze jak się okazuje, zaprojektowano je tak, że da się dosięgnąć przycisku otwierającego z wnętrza celi. Loch w Star Labs może okrutnie łamią prawa człowieka i zapewne doprowadzą wszystkich osadzonych do obłędu i samobójczej śmierci, ale przynajmniej są skuteczne. Za to pod koniec miesiąca wątek Blue Beetl... znaczy Atoma, wreszcie wystartował. Ogólnie, jestem naprawdę ciekaw, co stanie się dalej, a to znacznie więcej, niż mogę powiedzieć o Flashu.

Tymczasem Agents of SHIELD zrobiło sobie przerwę na korzyść Agent Carter. Przyznam, że byłem bardzo sceptyczny odnośnie serialu o dziewczynie Kapitana Ameryki. Myliłem się. To osiem odcinków opowiada świetną historię szpiegowską, pełną zakrętów, akcji i ciekawych postaci. Całość utrzymana w radośnie seksistowskim klimacie w stylu Mad Mena. Z tą różnicą, że tutaj wszystkie najbardziej niebezpieczne i fizycznie sprawne postacie są kobietami. I serial zawiera Howarda Starka, czyli drugiego najlepszego Starka w świecie Marvela. Ogólnie serial zdecydowanie warty jest polecenia, bo choć krótki, zawiera wszystko czego można pragnąć. Intrygi, tajemnice, tajne organizacje, rosyjskich szpiegów i główną bohaterkę, która walczy o równouprawnienie wysadzając rzeczy w powietrze.

Gotham idzie jak burza. Ten serial naprawdę znalazł swój styl i głos w drugiej połowie sezonu. Począwszy od przedstawienia początków klasycznych wrogów Batmana jak Strach na Wróble i Joker, poprzez rodziców Robina i początku motywu Red Hooda. Nareszcie widzimy podwaliny mitologi Batmana w tej historii. Do tego Pingwin i Nigma pozostają najlepszymi przedstawieniami tych postaci w historii kina i telewizji. Że nie wspomnę o Fish Mooney. Początkowo wiele osób czepiało się faktu, że twórcy stworzyli nową postać w sytuacji, gdy komiksy o Batmanie zawierają tak dużo nie wykorzystywanych antagonistów. Zarzut ten był o tyle dziwny, że Harley Quinn, jedna z najpopularniejszych obecnie postaci Batmanowego zakątka uniwersum DC, sama debiutowała na ekranie, w klasycznej kreskówce z lat 90. Po tym miesiącu chyba nie ma wątpliwości, że jest tylko kwestią czasu, zanim Fish trafi do komiksów. Styl w jakim rozwiązuje sprawę lochów jest po prostu genialny. I na marginesie, wciąż uważam, że te lochy są bardziej humanitarne, niż to co robią w Star Labs.

W tym miesiącu pojawił się również nowy sezon House of Cards. Netflix będąc nowoczesnym i rozsądnym nadawcą wypościł wszystkie odcinki w jednym podejściu. Tym razem zamiast walczyć o władzę, Frank Underwood próbuje ją utrzymać, przy okazji pokazując bardzo mroczną i cyniczną wizję prezydentury. Trochę jak zły brat bliźniak West Wing. Szczerze mówiąc, po obejrzeniu całego sezonu, miałem ochotę zmyć z siebie cały ten cynizm, porządną porcją idealizmu prezydenta Bartletta.
Ale wracając do tematu, pod wieloma względami, był to najlepszy sezon HoC. Dynamika między Underwoodami stała się dużo ciekawsza. Również ciężar korony był wyraźny, pokazując zmiany zachodzące w samym Franku. Jak i rywalizację z godnym przeciwnikiem w postaci prezydenta Petrova.
Jedyne zarzuty jakie mam, to fakt, że serial za dużo czasu poświęcał Daugowi. Jego postać miała fajny wątek, który ostatecznie dotarł, do bardzo satysfakcjonującego finału, ale równocześnie, przez większość sezonu był zbyt oddalony od centrum akcji. Było to widać choćby w samym pierwszym odcinku, który trochę się ciągnął i sprawiał wrażenie oderwanego od reszty serii. Drugim zarzutem jest dla mnie zdecydowanie zakończenie. Było za słabe, brakowało w nim pamiętnej sceny w stylu pukania w biurko na końcu drugiego sezonu. Wyglądało jak solidne zakończenie odcinka, ale nie całego sezonu.
Niemniej, mimo tych potknięć, trzeci sezon House of Cards pozostaje mocnym wpisem w tej cynicznej epopei o władzy i żądzy. Godny polecenia każdemu.

wtorek, 2 grudnia 2014

Listopad z serialami

Zacznijmy od Doctora. Wreszcie nadeszły jego dwa finałowe odcinki i... były świetne. Gdyby reszta sezonu miała taki poziom, nie miałbym na co narzekać... Tak, to znaczy, że będę narzekał. Ale po kolei, zacznijmy od pozytywów, czyli głównie tych dwóch ostatnich odcinków. Michelle Gomez była absolutnie genialna w roli Missy. Zaprawdę uwielbiałem Johna Simma w roli Mistrza, ale wersja Michelle całkowicie go zmiotła. Na koniec naprawdę miałem nadzieję, że Missy zostanie nową towarzyszką Doctora. Jego próby zapanowania nad nią mogłyby spokojnie zapewnić nam najlepszy sezon w długiej historii tego serialu. Ale tak czy inaczej cieszę się, że pozbyliśmy się Clary. Niestety była ona zdecydowanie najmniej interesującą z "nowożytnych" towarzyszek Doctora. Przynajmniej dostaliśmy bardzo fajne zakończenie, w którym obydwoje skłamali. I Nick Frost w roli Mikołaja! Już nie mogę się doczekać odcinka świątecznego [edit: jak się okazuje, w odcinku świątecznym będzie Clara... crap].
A teraz odnośnie samego sezonu... był głupi. Jasne, ten serial już dawno odrzucił logikę, ale przynajmniej zwykle odrzuca ją na korzyść frajdy. Kill the Moon nie było frajdą. Było nudnawym odcinkiem z absurdalnie głupią fabułą i jeszcze gorszym zakończeniem. Księżyc jest smoczym jajkiem i zamknięty w nim stwór zaraz po wyjściu jest w stanie znieść jajko będące dokładną repliką tego z którego wyszedł... czyli znieść jako większe od niego samego. A Doctor stoi obok i zachowuje się jak dupek, oceniając nas niczym Q w Star Treku. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo twórcy nie rozumieli jak działa grawitacja. Bo nawet twórcy filmu Gravity bardziej to ogarniali (a oni totalnie nie ogarniali). I jak przy tym jesteśmy, większa ilość tlenu w atmosferze ocali nas przed pożarem... pewnie dlatego strażacy zawsze starają się dostarczyć pożarowi jak najwięcej tlenu, logika. Że nie wspomnę o tym, że nadmiar drzew (i produkowanego przez nie tlenu) w połączeniu z wielkim pożarem, był jedną z przyczyn wymierania permskiego, znanego też jako największe z Wielkich Wymierań. Ale prawdziwy problem polega na tym, że nie było nic, co mogłoby te wszystkie idiotyzmy równoważyć. Finał piątego sezonu doprowadza mnie do szału, za każdym razem kiedy próbuję go brać na logikę, co nie zmienia faktu, że świetnie się go ogląda. Tu niestety tego zabrakło. Kilka fajnych odcinków to za mało, jeśli nie ma wśród nich czegoś na miarę The Time of Angels czy The Girl in the Fireplace. Więc ogólnie, świetny Doctor, dobry finał, kiepski sezon.

A teraz Supernatural... nie, sorry, niestety to tylko Constantine. Będę szczery, nie oglądam Supernatural (głównie z powodu odstraszającej ilości sezonów, która do tego cały czas rośnie), ale widziałem kilka odcinków i były całkiem fajne. I mam wrażenie, że Constantine jest dokładnie tym samym, tylko jakby... nie fajnym. Sleepy Hollow przynajmniej próbowało jakoś się wyróżnić, dać nam na dzień dobry wątki tajnych organizacji i uwikłania Ojców Założycieli w magiczną wojnę. Constantine nie wysilił się nawet na to. Mógłbym rozwodzić się długo nad tym, co nie działa w tym serialu. Mógłbym też krótko wspomnieć o rzeczach fajnych, ale to na nic. Wszystko sprowadza się do tego, że tych kilka pierwszych odcinków nie dało mi żadnego powodu, by oglądać dalej. Szkoda, bo była okazja, by zrobić coś ciekawego. Mroczną, poważną historię o czarnej magii ze świetnym antybohaterem. To już samo brzmi jak opis serialu HBO. Niestety zamiast tego dostaliśmy gorszą wersję Supernatural. Jeśli będę miał na to ochotę, to po prostu obejrzę Supernatural i na tym przygodę z tym serialem pewnie zakończę.

The Flash... tu krótko. Ten serial jest po prostu przeciętny. Nie mogę mu zarzucić nic konkretnego, ale trudno również znaleźć coś szczególnie dobrego. Po siedmiu odcinkach rządzi głównie nijakość. Jedynie wątek który daje nadzieję to dr Wells.

The Arrow, jak jesteśmy w tym zakątku serialosfery, nadal trzyma poziom. Choć w tym miesiącu nie zaszaleli raczej z ilością odcinków. Niemniej Arrow konsekwentnie utrzymuje klimat street level superhero i robi to lepiej niż jakikolwiek poprzednik. Jedyne czego brakuje, to większa ciągłość. Rozbijanie tej fabuły na pojedyncze historyjki sprawia, że traci ona impet. I wyraźny niedobór Johna Barrowmana w kolejnych odcinkach też daje się serialowi we znaki.

Tymczasem Agents of SHIELD coraz wyraźniej staje się świetne. Po tragicznym pierwszym sezonie chyba nikt nie spodziewał się takiego powrotu. Fabuła pędzi do przodu w wyraźnym kierunku, dając widzom to poczucie wyścigu pomiędzy dobrymi i złymi. Mnożą się wątki szpiegowskie nawiązujące stylem do drugiej części Kapitana Ameryki. Nowe postacie są świetne, stare są lepsze niż były. I do tego Ward. W pierwszym sezonie uważałem go za najnudniejszą postać, jaka kiedykolwiek pojawiła się w serialu Jossa Whedona, teraz uważam go za jedną z najciekawszych. Zwłaszcza w tym miesiącu, każda scena z jego udziałem, była ciekawa i trzymająca w napięciu. Ogólnie (i nie spodziewałem się, że to kiedyś napiszę) Agents of SHIELD jest w tym momencie najlepszą serią w tym zestawieniu.

Tymczasem w Gotham dobrze się dzieje. To znaczy w samym mieście dzieje się bardzo źle, ale to bardzo dobrze dla serialu. Zaprawdę mógłbym obejrzeć całą serię w której nieletni Bruce i Celina przeżywają przygody na ulicach Gotham i spotykają wśród bezdomnych dzieci przyszłych wrogów Batmana, podczas gdy Bullock i Alfred łączą siły, by wyciągać dzieciaki z kłopotów (pewnie działałoby to lepiej jako kreskówka). I Gordon też znacząco zyskał, odkąd jego życie się zawaliło i zaczął zjeżdżać równią pochyłą. Do tego wątek walki o władzę nad miastem coraz wyraźniej wychodzi na pierwszy plan, przyćmiewając motyw "zabójstwa tygodnia" co też należy uznać za spory plus. Gotham wyraźnie zaczyna odnajdywać swój styl i podnosić poziom. Nie powiem jeszcze, że w pełni mnie przekonali, ale z pewnością są na dobrej drodze.