środa, 10 czerwca 2015

Game of Thrones, odc. 49: The Dance of Dragons (5x09)

Dziewiąty odcinek. Ten duży, na który wszyscy czekają. Ten w którym uderza młot. I uderzył. Choć muszę przyznać, że w tym roku już 8 odcinek miał dosyć silne uderzenie i wiele wskazuje, że kilka mocnych momentów zostało nam jeszcze na 10 odcinek. To ciekawe, bo wychodzi, że po raczej spokojnym sezonie, końcówka to naprawdę ostra jazda. Mieliśmy tu konkretnie dwa duże wydarzenia. I to wydarzenia o bardzo różnej wymowie. Z jednej strony fanatyków religijnych palących dzieci, z drugiej smoka palącego terrorystów. I choć w samym odcinku działy się też inne rzeczy, ja zdecydowanie skoncentruję się na tych dwóch.

Nie jest łatwo być fanem Stannisa. Jego postać od początku nie była szczególnie sympatyczna. Trochę się to zmieniło w tym sezonie. Jedyny słuszny król walczył z nieumarłymi, dogadywał się z Jone Snow, miał tą świetną scenę ze swoją córką, w której zobaczyliśmy go po raz pierwszy jako kochającego ojca. Przez chwilę wydawało się, że Stannis zyskuje fanów. Wszystko to sprawiło, że łatwo było przegapić, że nadal pozostaje fanatykiem, przyzwalającym na palenie ludzi na stosie. Choć będę szczery, ja sam nie spodziewałem się, że sprawy zajdą tak daleko. Mimo wszystkiego, co wydarzyło się przez te 5 sezonów, nadal jakaś część mnie wierzyła, że coś się stanie. Stannis zmieni zdanie, lub w ostatniej chwili Davos przybędzie na ratunek. To jednak nie jest historia tego typu. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to życie jednej dziewczynki, za życia tysięcy żołnierzy, którzy umarliby z głodu. I choć doceniam złożoność postaci Stannisa i zgadzam się, że postać nie musi być sympatyczna, jeśli jest interesująca, to palenie dzieci na stosach jest zasadniczo miejscem w którym wyznaczam granicę. Od teraz Tommen jest Jedynym Słusznym Królem. I tym sposobem Stannis przeszedł z bycia częściowo popularną postacią, do bycia jednym z czarnych charakterów. Pozostaje mieć nadzieję, że w nadchodzącej bitwie on i Boltonowie wymordują się nawzajem.

Tymczasem w zupełnie innej historii, pełnej widowiskowych scen walki i latania na smokach. Po raz kolejny druga połowa odcinka sprawiała wrażenie osobnej historii. Trochę mniej widowiskowej, niż Hardhome, ale za to zawierającej Tyriona i gladiatorów i cholernego smoka! Czyli zasadniczo, lepszej. Ta cała sekwencja już w książce była naprawdę widowiskowa, a dodanie do niej Synów Harpii jeszcze zwiększyło efekt.
Więc zaczęliśmy spokojnie, od gladiatorów i zabawnych dialogów. Tyrion wymyślił swoją nową, najgorszą zniewagę: "Mój ojciec by cię polubił." Mam nadzieję, że będzie jej używał częściej. Później Maximus Friendzone wstąpił na arenę i z pewnymi trudnościami (cholerni Wodni Tancerze) rozgromił konkurencję, a później odegrał finałową scenę z 300, rzucając włócznią w kierunku władcy. I nagle wszędzie dookoła pojawiły się Harpie. Co więcej, jak się okazuje, Nieskalani są beznadziejni w chaotycznej walce, której nie można wygrać siłą dyscypliny. I do tego na miejscu nie było Szarego Robaka (bo ranny), Ser Barristana (bo w serialu nie żyje) ani Silnego Belwasa (bo w serialu nie istnieje). Na szczęście na miejscu byli Daario, Jorah i Tyrion (ciekawe, bo jeśli dobrze pamiętam, żadnego z nich nie było tam w książkach). Tak czy inaczej, jeśli Tyrion jest częścią twojej siły bojowej, to sytuacja wygląda źle. Dostaliśmy tą świetną scenę na środku areny z wszystkimi otoczonymi. I to wszystkimi dobrymi. W serialu pełnym moralnie niejednoznacznych postaci, twórcy zdołali zebrać w tej scenie aż 5 powszechnie lubianych. Dobry ruch. I wtedy Gandalf wezwał orły... Nie ta historia. Tu było lepiej, tu był Smok. I tak Drogon wkroczył na scenę, a ja nie mogłem się powstrzymać, przed wkładaniem w jego paszczę tekstów w stylu: "Step away from my mother" i "Look mom i did it!" (tak w mojej głowie Drogon mówi głosem Sipsa... to dziwne). I zaczeła się ta fajniejsza część palenia ludzi w tym odcinku.
A później Dany wsiadła na smoka i odleciała. Zostawiając wszystkich swoich towarzysz z rozdziawionymi buziami.

Another One Bites The Dust:
RIP Shireen, kto teraz będzie uczył mieszkańców Westeros czytania? Stannis ewidentnie przysłużył się tutaj do wzrostu odsetku analfabetów w królestwie. Kolejny powód, by go nie lubić. Ale tak serio, Kerry Ingram zdołała wziąć tą mało znaczącą postać i uczynić pamiętną rolą. Co jest nie lada wyczynem przy tak młodej aktorce. I jej wykonanie "It's Always Summer Under the Sea" nadal wywołuje u mnie gęsią skórkę.

RIP Hizdahr zo Loraq, niewiele o nim myślałem w książkach i chyba jeszcze mniej w serialu. Ale jak się okazuje, to nie on dowodził Harpiami, kto by pomyślał.

Przemyślenia:
- Nie teraz Mace!

- Chwila, czy Mace zaśpiewał nową piosenkę? Drugą w tym sezonie? Niesamowite, i nawet jej nie znam.

- Rozumiem, że to pewnie sposób w jaki Aryi uda się zbliżyć do Tranta, ale uczynienie go pedofilem było trochę przesadą. Już i tak wszyscy chcieliśmy jego śmierci, nie potrzebujemy więcej dowodów, że jest potworem.

- Mam narastające wrażenie, że Jon powinien odesłać Ollyego do innej twierdzy.

- Zdziwiłem się, że to Selyse nie wytrzymała podczas palenia. Ale było chyba trochę zbyt późno na stanie się dobrą matką.

- Dostrzegam pewną niekonsekwencję w nazwaniu Bronna człowiekiem z ludu, a scenę później tytułowaniu go rycerzem.

- Właśnie zdałem sobie sprawę, że Stannisowi udało się być najgorszym ojcem, w serialu pełnym okropnych ojców. Dobra robota.

Ogólnie, to był dobry odcinek. Miał akcję, emocje, więcej emocji. Zaskakujące zgony i smoki. Czego chcieć więcej. Za tydzień wielki finał.

wtorek, 2 czerwca 2015

Game of Thrones, odc. 48: Hardhome (5x08)

To był zaskakujący odcinek. Będę szczery, po zakończeniu, miałem wrażenie, jakbym obejrzał dwa bardzo różne odcinki. Jeden, standardowy, ustawiający scenę pod finał, i drugi, będący niezłą rozwałką. I to w 8 odcinku, słyszałem, że ma być bitwa, ale spodziewałem się jej tradycyjnie w 9. Ale zacznijmy od tych mniej zapadających w pamięć scen. Wśród nich jedna, która w innych okolicznościach byłaby głównym punktem odcinka. Ta na obrazku obok. Tyrion i Dany wreszcie razem! Po pięciu sezonach wreszcie ktoś z głównej obsady dotarł na miejsce. I co więcej, Tyrion znów jest u władzy, czyli coś czego bardzo brakowało od drugiego sezonu. Same pozytywy. I teraz już rozumiem, dlaczego serial zabił Ser Barristana, ewidentnie Tyrion przejmie jego rolę z książek. I choć na papierze fajnie było czytć, jak honorowy rycerz próbuje sobie radzić, jako Namiestnik Królowej, zdecydowanie wolę zobaczyć w tej roli Tyriona (to naprawdę najlepsza zmiana z książki, jaką serial miał do tej pory).

Tymczasem Arya w nowym stroju (to już drugi w tym sezonie) poluje na nieuczciwego sprzedawcę polis ubezpieczeniowych (spodobało mi się określenie tego hazardem), Cersei siedzi w celi a Ramsay planuje zabić Stannisa. Czyli ogólnie stało się sporo rzeczy ustawiających scenę pod finałowe odcinki. Więc na razie wstrzymam się z komentarzami do czasu, aż te rzeczy się wydarzą. A tymczasem.

Tytułowe Hardhome zaczęło się niezbyt widowiskowo. Osobiście byłem pewny, że utkniemy w tej wiosce na następny odcinek, i dopiero wtedy coś się wydarzy. Tymczasem było sporo gadania, nowi Dzicy, olbrzym Wun Wun (zgaduję, że to Wun Wun, bo to jedyny istotny olbrzym z imieniem, w książkach), trochę polityki itp. A później psy zaczęły szczekać. Następne 20 minut, to jedna z najlepszych sekwencji akcji w historii tv. Wprawdzie w wielu miejscach miałem poczucie, że ujęcia są strasznie chaotyczne i niewyraźne, ale było wystarczająco dużo wspaniałych momentów, by to nadrobić. Więc skupię się na tych momentach.
Te zombie są straszne. One biegają, skaczą, kopią, spadają. Gdyby Walking Dead miało takie zombiaki, to Rick i spółka już dawno byliby martwi. Do tego jeszcze cała panika wywołana ewakuacją. To naprawdę robiło wrażenie. I oczywiście czterech nieumarłych władców obserwujących całą bitwę. Skojarzenia z apokalipsą same się nasuwały.Brakowało tylko wspomnianych, wielkich pająków. Gdzie są nasze wielkie, nieumarłe pająki?
Cała scena walki między Jonem a Białym Wędrowcem była świetna. I sposób w jaki na końcu się rozpadł. Kiepsko dla ludzkości, że tylko dwie postacie w serialu mają takie miecze. Z pozytywów, Brienne jest niedaleko i zdecydowanie umie się posługiwać swoim ostrzem.
Zombie dzieci są straszne. Zawsze tak uważałem, ale tu wydawały się nawet gorsze, niż zwykle.
White Maul zaczyna się stawać faktycznym czarnym charakterem. Choć w tej ostatniej scenie naprawdę spodziewałem się, że zombie po prostu wejdą do wody jak w Piratach z Karaibów. Ale nawet bez tego, ta finałowa scena robiła wrażenie. Chyba nawet większe, niż desant spadających zombiaków (aż dziwne, że od tego nie zaczęli). Choć ostatecznie myślę, że największe wrażenie zrobił na mnie olbrzym Wun Wun. A konkretnie olbrzym zabijający zombie płonącą kłodą. Kolejny dowód, że GoT jest lepszą historią o zombie, niż TWD.

Another One Bites The Dust:
RIP Karsi, we hardly knew ye. To dziwna sytuacja, gdzie postać nie istniejąca w książkach pojawia się tylko na jeden odcinek i robi na tyle duże wrażenie, by naprawdę zapaść w pamięci. Było mi przykro, kiedy dopadły ją dzieciaki. Zwłaszcza, że w tym momencie zostały już tylko dwie postacie dzikich.

RIP Lord Kości, cóż można powiedzieć, umarł jak żył, jako dodatek do czyjejś sceny. Ale przynajmniej serial zamyka wątki.

Przemyślenia:
W sumie nic tu nie mam. To był porządny, widowiskowy odcinek, który ładnie połączył ustawianie sceny pod finał z niezłą dozą akcji i emocji. Liczę, że ostatnie dwa odcinki utrzymają ten poziom.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Maj z serialami

Zacznijmy od Gotham, jako, że w tym miesiącu dostaliśmy tylko jeden, finałowy, odcinek tego serialu. Był dobry. Wprawdzie w pewnym momencie to całe zamieszanie w magazynie zaczęło tracić sens (uciekają, ktoś ich łapie, znów uciekają, znów ktoś kogoś łapie) i nagła przemiana Celiny wydała mi się trochę naciągana (chodziło o to, by znaleźć dla niej miejsce w odcinku, czy to faktycznie nowy kierunek dla jej postaci?), ale reszta tego odcinka w pełni zrekompensowała te potknięcia. Nie zabrakło też trochę czarnego humoru, jak w scenie z windą. Ogólnie Gotham wciąż nie jest doskonałe, ale zdecydowanie odnalazło swoją drogę. Jestem ciekaw kolejnego sezonu, choć równocześnie trudno mi się pozbyć wrażenia, że jesteśmy zbyt daleko w przeszłości. Ciekawi mnie, czy twórcy spróbują w pewnym momencie dokonać przeskoku w czasie o kilka lat. Z jednej strony, to mogłoby oznaczać konieczność zamienienia młodych aktorów (choć z drugiej strony, są oni w tym wieku, kiedy zaczyna się gwałtownie rosnąć, więc kto wie, może w okolicach 3 sezonu David i Camren będą wyglądać na okolice 19, 20 lat) z drugiej pozwoliłoby serialowy faktycznie zakończyć się sceną, w której Bruce po raz pierwszy ubiera kostium, co byłoby odpowiednim zakończeniem tej serii. Tak czy inaczej, po tym pierwszym sezonie jestem spokojny o losy serialu i ciekaw tego, co przed nami.

Arrow dotarł do końca trzeciego sezonu i był on świetnym podsumowaniem całego serialu. Dziwną mieszanką momentów fajnych i idiotycznych, po raz kolejny dowodzącą, że 23 odcinki w sezonie to co najmniej 10 za dużo. Retrospekcje do wydarzeń w Hong Kongu były nudne, idiotyczne i pozbawione sensu, a sposób w jaki na końcu połączyły się z wydarzeniami współczesnymi podzielał wszystkie te cechy. Do tego jeszcze ta końcówka gdzie Oliver miał pranie mózgu, później tylko udawał, był po tej stronie, później po tamtej, zdradzał tych, później zdradzał tamtych, to był chaos i do tego nudny i ograny chaos. Co gorsza w tym roku mieliśmy Daredevila, który pokonał Arrow na wszystkich możliwych frontach, w dużej mierze dlatego, że mierząc siły na zamiary liczył tylko 13 odcinków. A to oznaczało brak zapychaczy miejsca i bezsensownych wątków, które od początku są plagą Arrowa. Osobiście w dalszym ciągu lubię ten serial, jak pisałem, miał on swoje momenty i naprawdę solidne odcinki, do tego polubiłem ekipę broniącą Starling City. Więc osobiście na pewno wrócę do tego tytułu w następnym sezonie, ale równocześnie, jeśli ktoś spyta mnie, jaki serial o superbohaterach powinien obejrzeć, moja odpowiedź zdecydowanie będzie brzmiała Daredevil.

"May The Speed Force Be With You" - Cisco pozostaje najlepszą postacią we Flashu jak i w całym tym małym uniwersum. Pewnie dlatego ciągle na niby go zabijają. Niestety samo zakończenie, mimo świetnej finałowej sceny, było raczej rozczarowujące. Spędziliśmy pół odcinka słuchając o tym, czy Barry powinien zmienić historię, bo nie wiadomo, co się stanie, mimo, że wiadomo, bo przywróciłby po prostu oryginalny stan rzeczy. Później po tym całym zamieszaniu wreszcie miał zrobić coś, co miało zmienić wszystko i oczywiście w ostatniej chwili zrezygnował (co jest dobrym podsumowaniem całego sezonu) i wtedy stało się najgorsze. Więc Eddie zastrzelił siebie, nie tego złego który po prostu stał tam i się nie ruszał, siebie. I to wymazało tego złego z historii... tylko, że wcale nie. Bo gdyby wymazało go z historii, to nic z tego by się nie wydarzyło, wliczają samobójstwo Eddiego. Dlatego nazywa się to cholernym PARADOKSEM! Że nie wspomnę o tym, że w tym świecie, wymazanie z historii nie tyle wymazuje cię z historii, co raczej zabija na miejscu. Ale nie zmienia faktycznie historii. Wymazuje tylko to co zrobiłbyś, więc bardziej odpowiednim określeniem byłoby "wymazanie z przyszłości" czyli, dokładne przeciwieństwo "wymazania z historii". To po prostu morderstwo, tylko w bardzo skomplikowany i wymagający dwóch trupów sposób. Mówiąc prościej, twórcy zagonili się tutaj w kozi róg, i postanowili wybrnąć w najbardziej irytujący sposób, w jaki mogli, czyli magicznym i umykającym wszelkim prawom logiki działaniem podróży w czasie. I Świadomość, że DC Legends też ma się kręcić wokół podróży w czasie napawa mnie przerażeniem. Zostawcie to Dr. Who, tamten serial przynajmniej został stworzony do dziwnych paradoksów i rozwiązuje je tym, że czas jest w ciągłym ruchu, wiecznie przepisywany. Tu twórcy ewidentnie chcą mieć jedną stałą linię czasową, ale udają, że można ją zmienić. A jeśli ją zmienią, to jeszcze gorzej, bo nagle wszystko co się wydarzyło do tej pory, nie ma znaczenia, bo jest nowa wersja tego wszystkiego. Fringe już tego próbował i to zgubiło tamten serial. Wiem, że to długi wywód, ale podrożę w czasie są ZŁE. Jest garstka historii, które zdołały zrobić je dobrze. Babilon 5 jest jedną (wyjątkowo, ta seria uczyniła wątek podróży w czasie świetnym i niezbędnym dla działania świata), Star Trekowi udało się może z 4 razy (na kilkanaście odcinków, które próbowały), Stargate nigdy nie miał naprawdę działającego odcinka o podróżach w czasie. Nawet Dr Who regularnie grzęźnie w dziwacznych paradoksach. Wszystko przez to, że twórcy rzadko mają faktyczny pomysł na to, jak użyć tej podróży w czasie w działający sposób. Tu dobrze im szło, aż dotarli do finału i stwierdzili "well, fuck it" i dali nam ten gówniany wątek nic nie zmieniania i "wymazania z historii". Ostatecznie jednak daję Flashowi plusa. Nie licząc koszmarnego finału, który był najpierw nudny a później debilny, końcówka sezonu faktycznie trzymała poziom i chętnie sięgnę po drugi sezon. I ta finałowa scena z czarną dziurą wsysającą miasto, była naprawdę świetna. Choć oni muszą przestać nawiązywać do postaci, do których nie mają praw. Wspomnienie Green Lanterna nie jest zabawne, jedynie przypomina, jak podziurawione jest na ekranie uniwersum DC, rozdarte między seriale i filmy. I kończąc, czemu hełm oryginalnego Flasha wypadł z portalu do przyszłości? Czy w tym świecie w ogóle istniał oryginalny Flash? Jeśli tak, to czemu nikt nie pamięta, że był tam podczas drugiej wojny światowej? I czemu wyjaśnienie będzie okropne i pełne jeszcze większej ilości podróży w czasie?

Agents of SHIELD zakończył się z trzema odcinkami, zamykającymi wątek wojny z Inhumans. Muszę przyznać, że historia była naładowana akcją i zwrotami akcji, tworząc najciekawszy póki co story arc tego serialu. Naprawdę zaskoczył mnie los Rainy, choć podejrzewam, że to nie był ostatni raz, kiedy widzieliśmy jej postać. Prawda o Jiaying naprawdę mnie zaskoczyła, twórcy bardzo sprytnie kreowali tą postać, przez cały sezon. Jedyna co mnie raziło, to fakt, że Marvel nie ma praw do filmowych Mutantów. Bądźmy szczerzy, ten ostatni odcinek sprawiał, że trudno było nie myśleć o Magneto słuchając wywodów Jiaying. Ostatecznie jednak, drugi sezon AoS okazał się naprawdę dobry. To szokujące po słabym pierwszym sezonie. Fabuła była bardziej skupiona, zamiast "sprawy tygodnia" mieliśmy większą, bardziej spójną historię, wszystko działało nieporównywalnie lepiej. I muszę przyznać, że ostatnich 10 minut finałowego odcinka świetnie ustawiło scenę pod kolejną odsłonę. Zespół superludzi, kryształy infekujące jedzenie (serio, nikt nie wpadł na pomysł, by wydobyć tą walizkę z oceanu? nie mogli poprosić Avengers o pomoc? War Machine pewnie mógłby to zrobić, to brzmi jak zadanie dla niego), Grant na czele nowej Hydry i dziwne maź pożerająca agentkę Simmons. Zwłaszcza to ostatnie było ciekawe. Czy teraz ona też dostanie supermoce? To miałoby sens, jeśli mają być drużyną nadludzi. I Lola wróciła, co jest bardzo dobrą wiadomością. Rok temu nie spodziewałem się że to powiem, ale naprawdę nie mogę się doczekać na kolejny sezon Agents of SHIELD.

Serial miesiąca (zauważyłem, że od jakiegoś czasu, co miesiąc mam coś takiego, więc postanowiłem zrobić z tego stały element): Powers. Pierwszy serial The PlayStation Network, oparty na serii komiksowej o tym samym tytule. Przedstawia on świat w którym superbohaterów z trochę innego punktu widzenia, tu są oni celebrytami, mają własnych agentów i marki ubrań. Co więcej serial pozwala nam spojrzeć na ten świat oczami zwykłych ludzi, konkretnie policjantów z wydziału do radzenia sobie z przestępstwami związanymi z nadludźmi. Sam główny bohater, detektyw Christian Walker jest byłym bohaterem, który stracił moce. To czyni go postacią stojącą pomiędzy światami, pozwalającą nam zobaczyć świat oczami zarówno herosów jak i zwykłych śmiertelników. W tym serialu nie ma klasycznych herosów i złoczyńców. Bohaterowie to w większości egocentrycy z przerośniętym ego, którzy robią to co robią dla sławy i chwały. Również ich starcia z superprzestępcami nierzadko bywają ustawiane. Przebiegają niczym walki w wrestlingu. Oczywiście są też prawdziwi przestępcy, zarówno trzecioligowi nieudacznicy z którymi użerają się policjanci, jak i prawdziwi zbrodniarze wywołujący przerażenie w większości nieprzyzwyczajonych do prawdziwej walki herosów. Sam serial niestety cierpi na wyraźne problemy z budżetem, widać to szczególnie w scenach walki, które wyglądają po prostu żałośnie, w zestawieniu nie tylko z filmami, ale nawet z obecnymi telewizyjnymi standardami, najlepiej widocznymi w Flashu. Osobiście mam też problem z niektórymi postaciami, które zachowują się w bardzo nierozsądny sposób. Ale wszystkie te wady zostają w pełni zrekompensowane przez solidną fabułę i świetną kreację świata. Ogólnie, choć serial nie jest doskonały, to zdecydowanie warty uwagi.

środa, 27 maja 2015

Game of Thrones, odc. 47: The Gift (5x07)

Postacie się spotykają, plany idą źle, Bronn ociera się o śmierć, po raz pierwszy w historii Westeros ktoś umiera ze starości, a ja jestem chory i nie mam sił porządnie się rozpisać, czyli kolejny tydzień w Grze o Tron. Tym razem będzie krótko, ale za to w tym tygodniu otrzymaliśmy wspaniały dar w postaci Coldplay's Game of Thrones: The Musical:
Polecam. Całość jak i rozwinięte wersje poszczególnych piosenek z końca. Szczególnie Rastafarian Targaryen i A Man of All Seasons (still Going Strong).
A teraz wracając do obecnych wydarzeń w Westeros. Kilka szybkich kwestii. 
Więc teraz Sansa nawet wygląda jak Imperator i nadal jest ofiarą. To irytujące, bo zarówno Sam jak i Tyrion mieli okazję przeciwstawić się swoim oprawcom (Tyrion swojego nawet pobił), tylko ona nadal jest na łasce innych. Zderzenie wątków jej i Theona coraz mniej mi się podoba. 
Jak jesteśmy przy Tyrionie, to podsumujmy. Tyrion jest niski, Jorah ubiera się na żółto, ciągle się kłócą, ale i tak trzymają się razem, ten żółty został sprzedany przez łowców niewolników, a ten niski z trudem podążył za nim... Czy tylko ja mam skojarzenia z R2-D2 i C-3PO? Szkoda tylko, że Obi-Wan umarł kilka odcinków temu. 
A później na arenie, bądźmy całkowicie szczerzy, nie możliwe, żeby Dany nie rozpoznała tej żółtej koszuli. Nie po 4 latach wspólnej podróży. Ale za to Tyrion i Dany się spotkali i to po 7 odcinkach. Jestem w szoku. To póki co najlepsza zmiana w stosunku do książek, gdzie zajęło to tysiąc stron... i nadal się nie wydarzyło!

Tymczasem Stannis zderzył się z faktem, że jak się okazuje, Starkowie zawsze mają rację. Zima nadeszła. 

Trzeba przyznać, że tytuł tego odcinka jest spełnioną obietnicą. W zeszłym tygodniu chciałem sceny pomiędzy Olenną a Wielkim Wróblem i tym razem dostałem prezent. I jak się okazuje, bycie 1% w Królewskiej Przystani nie jest łatwe w tych czasach. A do tego dostaliśmy jeszcze rozmowę Olenny z Littlefingerem. Tyle prezentów. Obydwie sceny były świetne, ale ta pierwsza była zdecydowanie moją ulubioną w tym odcinku. Czysta perfekcja. I zanim przejdę do finałowej sceny, jeszcze dwa przemyślenia. Po pierwsze, lubię Tommena, ale trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby na tronie siedział Robert albo Joff, ta sytuacja byłaby już rozwiązana, a Wielki Wróbel i jego kompanii byliby niżsi o głowę. To pokazuje, że w pewnych sytuacjach, zły król jest faktycznie dobry... hmm. 
I odnośnie sceny z Bronnem i Bękarcicami. To było dziwne. To znaczy, mieliśmy śpiewającego Bronna, Bękarcice, trucizny, nagość, ogólnie nie narzekam. Po prostu nie jestem pewny, co ta scena wniosła? Czy chodziło o zaznaczenie, że Tyene jest tą uwodzicielską? Bo faktycznie, póki co serial naprawdę słabo radzi sobie z przedstawianiem Bękarcic, jako osobnych postaci. Najlepiej byłoby je chyba rozdzielić. Ale pewnie metoda dania każdej sceny, też ma jakiś sens. Więc na razie Obara jest wojowniczką z włócznią, Tyene uwodzicielką z zatrutymi sztyletami (z trucizną, która najwyraźniej wymaga podniecenia ofiary, by zacząć działać, co jest dziwne i jednocześnie zaskakująco odpowiednie) i Nymeria jest tą z biczem, o której jeszcze nic nie wiemy. Trzy odcinki przed końcem sezonu... choć faktycznie, w książkach też te postacie wolno się rozkręcają. I fakt, że Bronn ciągle śpiewa o byciu zabitym przez włócznię Dornijczyka coraz bardziej mnie martwi. 
A teraz podsumowanie genialnego planu Cersei:
 Kto mógł się spodziewać, że pójdzie tak źle? Kto?
Choć po raz kolejny twórcy byli bardzo mili dla królowej. Tym razem katastrofa wynikała z sojuszu Littlefingera z Olenną, w książkach to była kwestia czystej głupoty Cersei. Więc i tak wychodzi na tym lepiej. 

Another One Bites The Dust:
Aemon Targaryen pierwszy człowiek w historii Westeros, który umarł ze starości. Jego warta się skończyła i to ładnym cytatem z książek, nawiązującym do Dunka i Jajo . Mam nadzieję, że po wszystkim Dunk i Jajo dostaną własną mini-serię, lub coś w tym stylu.

Przemyślenia:
- Margaery wygląda świetnie nawet w lochu.

- W scenie pobicia Sama najsmutniejsze było to, że Sam i Gilly nie powinni nawet tam być. Powinni w tym momencie żeglować z Letniakami po drugiej stronie kontynentu.

- Czemu Jon nie wziął ze sobą Ducha? To znaczy, na szczęście dla Sama tego nie zrobił, ale równocześnie, wydaje się, że wilkor mógłby się przydać tam, gdzie Jon pojechał. 

środa, 20 maja 2015

Game of Thrones, odc. 46: Unbowed, Unbent, Unbroken (5x06)

Zacznijmy od czegoś lekkiego, wydarzeń w stolicy (wiesz, że oglądasz Grę o Tron, kiedy homofobiczna inkwizycja, jest tą lekką częścią odcinka). Olena wróciła! I całe szczęście, bo Cersei szło zdecydowanie zbyt łatwo. I nadal idzie. Szczerze mówiąc, nie mogę uwierzyć, jak łatwo jej idzie. Serial sprawia, że jej intrygi wydają się rozsądne, a ona sama kompetentna. Oczywiście to oznacza, że niedługo coś się poważnie zepsuje (gdyby sam fakt, że Cersei uzbroiła armię fanatyków religijnych sam w sobie nie był wystarczającą sugestią w tym kierunku). Osobiście mam nadzieję, że dostaniemy przy okazji rozmowę Oleny z Wielkim Wróblem. A jak przy tym jesteśmy, Olena była zaskakująco nie niszcząca w rozmowie z Cersei, chyba po prostu nie spodziewała się, że ktoś może być na tyle głupi, by niszczyć swojego jedynego sojusznika. I do tego wszystkiego doszedł jeszcze Littlefinger z kolejną intrygą, która potencjalnie da mu pełną kontrolę nad Doliną i Północą, co uczyni go największą siłą na kontynencie. A wtedy Cersei może żądać czyjej głowy tylko zapragnie, LF będzie miał to gdzieś.

Tymczasem Cooper i Darnell wracają, z kolejną magiczną przygodą w Dorne. I... co to? Co ja słyszę? Czy to nowa piosenka? Westeros dostało swoją trzecią piosenkę! I faktycznie, jej zakończenie jest najlepszą częścią (dla ciekawych, polecam wersję Karliene). Choć fakt, że Bronn tak podkreślał to zakończenie, sprawia, że trochę się o niego boję. Czy to będzie piosenka w napisach końcowych odcinka, którym pożegnamy jego postać? Zwłaszcza po tej, ewidentnej halabardzie Chekhova. I zwrócę też uwagę na tą ranę którą otrzymał nasz ulubiony najemnik, jasne, to było tylko draśnięcie, ale Dornijczycy lubują się w truciznach. A jak jesteśmy przy tej scenie walki. Czas się czepiać. Więc Jaime i Bronn przebrani za najbardziej bladych gwardzistów w historii Dorne, wchodzą sobie od tak do pałacu. I oczywiście robią to dokładnie w tym samym momencie, co Żmijowe Bękarcice. A jak przy nich jesteśmy, podejrzewam, że ich plan wyglądał mniej więcej tak: "Co zrobiłby Oberyn w tej sytuacji?" "Pewnie poszedł tam i kogoś zabił." "To brzmi jak świetny plan, chodźmy". Zniósłbym to lepiej, gdyby serial dał nam jakieś wytłumaczenie. Jedno zdanie, stwierdzające, że jest dzień targowy, czy coś w tym stylu i przez to ochrona jest bardziej rozproszona, więc to najlepszy moment do ataku, dla wszystkich zainteresowanych stron. Zamiast tego, mamy wielki przypadek.

I tak dochodzimy do przysłowiowego słonia w pokoju. Wątku Sansy. Z jednej strony ten odcinek dał nam świetną scenę w której Darth Sansa całkowicie zniszczyła Myrandę, z drugiej krótko po tym nastąpiła scena nocy poślubnej. I tu dochodzimy do głównego narracyjnego problemu połączenia wątków Sansy i Theona w jeden. Z jednej strony mamy Sansę rosnącą w siłę (tak jak w książce) z drugiej Theon i żona Ramseya (w książce nie była to Sansa) muszą przeżyć traumę, która połączy ich i pomoże wydobyć Theona z powrotem na świat. I o ile wątek działa dla Theona, o tyle nie działa dla Sansy. Jasne, mogę się mylić, może D&D zdołają znaleźć jakiś złoty środek, ale nie wiem jaki. Obydwie te postacie powinny być głównymi bohaterami swoich wątków. Wyciąganie jednej z nich na światło, automatycznie wpycha drugą w cień. I łatwo odebrać tą ostatnią scenę, jako straszny regres dla Sansy. Oto znów jest ofiarą kolejnego psychopaty i bezradnie musi czekać na czyjąś pomoc. Podczas gdy powinna być panią swojej sytuacji, tak jak w scenie kąpieli. W tym momencie Sansa zasługuje na to, by wreszcie samemu się uratować i być może ocalić przy okazji Theona. Ale to znowu całkowicie burzy trajektorię jego postaci. A jeśli dodamy do tego Brienne, zaczyna się tu robić naprawdę ciasno.

Another One Bites The Dust:
Drugi odcinek pod rząd bez trupów? I to taki z weselem? Dothraki by tego nie pochwalili.

Przemyślenia:
- Handlarz kutasów? Czy to faktyczny zawód? Świat Gry o Tron nie przestaje mnie zaskakiwać.

- Tyrion znów zdołał ocalić skórę gadaniem. Miło widzieć jego postać wracającą do formy.

- Jak przy tym jesteśmy, więc wybrali tą drogę by uniknąć piratów, wpadli na Kamiennych Ludzi, a później na handlarzy niewolników... Aż strach pomyśleć, jak wygląda ta trasa bardziej zagrożona piratami.

- Arya wygląda dziwnie z długimi włosami. Tak, nie Aryowato.

- To już wiemy, po której stronie jest Arya w dyskusji o eutanazji.

- Pomieszczenie z twarzami było świetne.

- Jeśli Myranda nadal będzie się upierać na taki dekolt w taką pogodę, to zapalenie płuc wykończy ją, zanim znudzi się Ramseyowi (lub zamorduje ją Sansa).

wtorek, 12 maja 2015

Game of Thrones, odc. 45: Kill the Boy (5x05)

Stało się coś niespotykanego. Dany zachowała się jak przywódczyni. Podjęła właściwe decyzje, nie straciła kontroli nad sytuacją. To prawdziwie szokujący zwrot akcji. Jeszcze trochę, a może nawet wyruszy w kierunku Westeros. Niemniej odkładając na bok wszystkie żarty, muszę przyznać, że scena z karmieniem smoków robiła wrażenie. Zwłaszcza ten fragment z rozrywaniem ciała. Miło widzieć, że przynajmniej chłopaki się dzielą.

Jon Snow również wybrał ten odcinek, by zmężnieć i wziąć na siebie odpowiedzialność. Mam wrażenie, że był to wątek przewodni odcinka, czy coś. Tak czy inaczej Mur pustoszeje podczas gdy wszyscy ruszają w drogę. Stannis z rodzinką na południe, a sam Jon na północ. Szczególnie to pierwsze wydaje się ciekawe, miła, rodzinna wycieczka do Winterfell, na spotkanie z Boltonami. Chyba wszyscy wiemy, po czyjej stronie stoimy w tej nadchodzącej bitwie. Zwłaszcza, że Stannis jest tu w znacząco lepszej pozycji, niż był w książkach. Tam najpierw musiał zdobyć sojuszników, zbudować armię, schwytać kilku Żelaznych Ludzi (ten wątek jeszcze istnieje w tej serii, czy może wszyscy zapomnieli o trzeciej pijawce?), tu po prostu zebrał rodzinę i ruszył do bitwy. Choć w sumie, to uproszczenie pewnie wychodzi serialowi na dobre.

Tymczasem w Winterfell, Sansa musi się użerać już nie tylko z apodyktycznym teściem i psychopatycznym narzeczonym, ale jeszcze z szaloną kochanką swojego psychopatycznego narzeczonego. To jak być zaręczonym z Jokerem i dodatkowo jeszcze znosić zazdrość Harley Quinn. Nie wiesz które z nich zabije cię pierwsze, ale śmierć na pewno będzie zabawna. Na szczęście Darth Sansa ma też obrończynię. Nie wiem jak Brienne planuje dostać się do wnętrza twierdzy, pewnie wyrzynając wszystkich na swojej drodze, ale zawsze lepiej mieć największego wymiatacza na kontynencie po drugiej stronie murów, niż nie mieć nikogo. Ogólnie rzecz biorąc, miło było znów odwiedzić Winterfell na dłużej.

Ser Friendzone nie ma łatwego życia. Od lat nie zmieniał koszuli, ukochana go wygnała i teraz jeszcze zachorował. To okrutne, nawet jak na ten serial. Nie dosyć, że teraz czeka go powolna śmierć zakończona najwyraźniej zmianą w kamiennego zombie, to dodatkowo teraz już nie ma nawet cienia szans, że Dany wpuści go do swojego łóżka. A najgorsze, że to nawet nie jest jego wątek. To wszystko powinno się przytrafić zupełnie innej postaci. Biedny Jorah. Choć to chyba ostatecznie potwierdza, że Gryf wyleciał z tej historii, a to znaczy, że mimo czytania książek, nie mam na tym etapie zielonego pojęcia, co się stanie.
Muszę jednak czepić się tej wizyty w ruinach Valyrii. O ile same ruiny wyglądały świetnie i cała scena była prosto z książek (z tym, że wstawiono Joraha w miejsce Gryfa), o tyle fakt, że przeniesiono ją z Chroyane do Valyrii wywołuje pewne problemy. Po pierwsze Dymiące Morze wygląda zaskakująco jak rzeka. Pewnie dlatego, że pierwotnie ta scena miała miejsce na rzece. Po drugie, to całkowicie obdziera Valyrię z tajemniczości. W książkach ruiny są jak Trójkąt Bermudzki, tylko nieliczni się tam zapuszczają (zarówno drogą lądową jak i morską) i prawie nikt stamtąd nie wraca. Legendy mówią o koszmarach, demonach i bramach piekieł. Tutaj, to zwykłe ruiny z kilkoma kamiennymi zombie. Aż dziwi, że wspomniani przez Joraha piraci, nie uczynili tego miejsca swoją bazą.

Another One Bites The Dust:
I znowu odcinek bez trupów. Co się dzieje z tym serialem?

Przemyślenia:
- Po Stannisie, w tym miesiącu przyszedł czas na Roosa, by mieć ojcowski moment. Ten był jednak jakoś mniej wzruszający.

- Jak jesteśmy przy Stannisie, "Fewer" było najlepszym tekstem odcinka.

- Naprawdę żal mi Theona, tym bardziej teraz, kiedy Darth Sansa tam jest.

wtorek, 5 maja 2015

Game of Thrones, odc. 44: Sons of Harpy (5x04)

Mam wrażenie, że tytuł tego odcinka był trochę na wyrost, biorąc pod uwagę, że sami Synowie zajęli tylko ostatnich kilka minut. Niemniej od nich zacznę, bo dali nam niezłe przedstawienie. Z tymi wszystkimi zgonami wśród postaci, które nadal żyją w książkach, ta finałowa scena walki naprawdę trzymała w napięciu i wszystko wskazuje na to, że doprowadziła do kolejnej śmierci. Przy tej okazji nie sposób nie wspomnieć, jak świetne są maski Synów Harpii. Chyba jeszcze o tym nie pisałem, ale zwłaszcza w tej walce tworzyły niesamowity efekt. Jak gdyby nasi herosi walczyli z nieprzeliczonym zastępem nadprzyrodzonych istot bez twarzy. Maski mają w sobie niezwykłą siłę, coś o czym twórcy filmów o superbohaterach za często zapominają. No i zostaje jeszcze kwestia tej prostytutki. To już drugi raz kiedy widzimy ją współpracującą z Synami. Mam nadzieję, że dowiemy się czegoś więcej na temat jej motywacji i historii. Bo to potencjalnie ciekawa historia, pokazująca cenę Chwalebnej Rewolucji Daenerys.

Tymczasem Cersei postanowiła zakończyć próby bycia rozsądną postacią i podążyła prosto w paszczę lwa... a raczej wróbla. Ostatecznie kiedy ostatnio dozbrajanie fanatyków religijnych nie skończyło się źle? I jasne, na razie wszystko wydaje się iść zgodnie z jej planem. Loras jest w celi, Tyrellowie zostali osłabieni itd. Niemniej osłabiona została też (i tak już dosyć słaba) pozycja Tommena. Cersei pozbyła się wszystkich doradców poza szalonym naukowcem i w tym momencie nie ma ani obrońców, ani sojuszników. Nawet Littlefinger raczej nie będzie chętny do pomocy, po tym jak fanatycy już dwa razy zaatakowali jego burdel. Że nie wspomnę o tym, że po mieście biega banda uzbrojonych facetów z fetyszem na punkcie wycinania sobie wzorków na skórze i jest tylko kwestią czasu, zanim ich miecze skierują się przeciwko pierwszej grzesznicy królestwa.

Wreszcie zobaczyliśmy Dorne w napisach początkowych. A później mieliśmy nawet okazję ponownie odwiedzić to miejsce, tym razem spotykając więcej postaci. Zacznę od JaBronna i ich pierwszej przygody w Dorne. Oczywiście opierała się ona na zabijaniu. I przyznaję, że sama walka była fajna, zwłaszcza możliwość zobaczenia, jak radzi sobie teraz Jaime, ale sama sytuacja wydawała się mocno naciągana. Nasi bohaterowie idą sobie plażą, nagle pojawia się kilku jeźdźców i zaczynają walczyć. Dziwne.
No i wreszcie dostaliśmy Żmijowe Bękarcice. I tu niestety mam również mieszane uczucia. Powodem jest sama scena, wiele jej elementów wydawało się strasznie wymuszonych. Zwłaszcza monolog Obary w którym streszcza swoim siostrom historię, którą musiały słyszeć już nie jeden raz. Czy Obara po prostu lubi opowiadać tą historię? A może faktycznie przez te wszystkie lata trzymała ją na dobrą okazję? Jeśli tak, to przykro mi, ale to nie był ten moment. Niemniej podoba mi się wątek wyścigu o Myrcellę. To zapowiada się ciekawie.

Another One Bites The Dust:
RIP Barristan Selmy zwany Barristanem Śmiałym. Od pierwszego sezonu regularnie słyszeliśmy, jak świetnym był wojownikiem i na końcu wreszcie mieliśmy okazję to zobaczyć. Mimo wieku przechodził przez przeciwników jak przez masło. Bez jego porad, obawiam się, że Dany poradzi sobie jeszcze gorzej. I po raz kolejny, to bohater który wciąż oddycha w książkach, co więcej pełni tam znaczącą rolę, więc trudno powiedzieć jakie dokładnie będą konsekwencje tej śmierci. Na pewno wątek Meereen potoczy się zupełnie inaczej, niż w powieściach, o czym świadczy choćby brak znaczącej ilości postaci i wątków.

Przemyślenia:
- Scena ze Stannisem i jego córką naprawdę złapała mnie za serce. Jedyny słuszny król nie jest postacią, którą łatwo lubić. Stephen Dillane odwala kawał dobrej roboty odgrywając tą postać w poważny, wycofany sposób, ale miło czasami zobaczyć bardziej ludzką stronę Stannisa.

- Aż dwa wspomnienia o Rhaegarze w jednym odcinku. I w pewien sposób dwa zupełnie różne punkty widzenia na tą postać.

- A jak przy tym jesteśmy, kilka sezonów później, niż w książce, ale dostaliśmy wreszcie okrojoną opowieść o turnieju w Harrenhal od którego cała ta historia faktycznie się zaczęła.

- I znów wracając do tej sceny, to pióro leżące w krypcie było fajnym akcentem, nawiązującym do pierwszego odcinka.

- You Know Nothing, Jon Snow.

- Więc Ser Meryn Trant jedzie do Braavos. Muszę przyznać, że to ciekawy sposób rozwiązania tego problemu, bez dodawania kolejnych nazwisk do listy Aryi (która w książkach jest znacznie dłuższa).

I to tyle w tym tygodniu. Odcinek był solidny, choć miał słabsze momenty. Fabuła już wyraźnie się rozpędziła, więc wszystko wskazuje, że od teraz będzie tylko lepiej.