środa, 6 kwietnia 2016

Marzec z serialami (Daredevil sezon 2)

Jestem w szoku, jak dobre stało się Gotham w tym sezonie. Prawie wszystko wychodzi im tak, jak powinno. Od Hugo Strange'a, poprzez zachowanie i przygody Bruce'a, totalnie Burtonowski wątek Pingwina, skończywszy na działaniach Nigmy. Jedyne co nie działa, to wątek Gordona w ostatnim odcinku. Najpierw udawane poronienie, później ucieczka z więzienia... czy ja nagle zacząłem oglądać Modę na Sukces? Ale to małe zastrzeżenie, do jednego wątku, który może jeszcze zaskoczy. Jeśli ktoś jeszcze się zastanawia, czy sięgnąć po ten serial, polecam zacząć od sezonu drugiego.

Zacznijmy od Agentki Carter, bo już zbyt długo odkładałem opis jej przygód. Ten sezon był całkowitym odwróceniem poprzedniego. Tam zaczęli świetnie i pod koniec obniżyli loty. Tutaj pierwsze odcinki niemal sprawiły, że sobie darowałem. Na szczęście z czasem robiło się lepiej i końcówka była całkiem udana. Choć nadal nie było to naprawdę dobre i to chyba trochę wina ilości odcinków. Niektóre wątki zdawały się wepchnięte całkowicie na siłę. Postacie zachowywały się, jak gdyby czytały scenariusz. Agentka Carter w jednym odcinku była tak ranna, że ledwo chodziła a w kolejnym już nic jej nie było (mimo, że minęło zaledwie kilka godzin). Postacie znikały z fabuły na całe odcinki, bez żadnego wyraźnego powodu. Całe społeczeństwo zdawało się zależnie od wymogów fabuły zapominać i przypominać sobie, że są lata czterdzieste i USA jest bardzo rasistowskim miejscem. I tak dalej i tym podobne. Niemniej, trzeba przyznać, że to co było dobre, było naprawdę dobre. Szczególnie Jarvis i Howard Stark. Ten serial tragicznie zaniedbywał tego drugiego. Nie powinno się zaniedbywać swojej najlepszej postaci. A jak przy tym jesteśmy.

Agents of SHIELD pozbyło się dwóch spośród swoich najlepszych postaci. Rozumiem, że oni byli tak popularni, że Marvel postanowił dać im osobny serial, ale to nadal głupie. I sposób w jaki to rozegrano, że niby widzowi powinno być smutno. To szpiedzy, którzy zostali złapani i zdołali odejść wolno. To powód do radości, a nie smutku. Niemniej, odnośnie reszty odcinków, były dobre. Powiem więcej, ostatnio wróciłem do komiksów o X-Men (po kilku latach przerwy) i po lekturze kilku numerów, muszę ze smutkiem stwierdzić, że AoS jest obecnie lepszym X-Men, niż faktyczne X-Men.

Flash i Arrow znów nie mieli za dużo odcinków, więc omówię je razem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że niewiele się wydarzyło. Flash pokonał kolejnego speedstera, odkrył prawdę (lub jakąś jej wersję) i znów podróżował w czasie. Tym razem bez żadnych konsekwencji, poza pojawieniem się Dementora. Prawdę powiedziawszy jego wizyta w Supergirl była ciekawsza. Tamten serial może jest okropny, ale przynajmniej sama wizyta Barrego była czymś lekkim i zabawnym.
Tymczasem Oliver jeszcze bardziej rozstał się z Felicity. A później walczył z armią robo-pszczół, co w sumie było zaskakująco fajne. I komentarze Curtisa przypomniały mi, jak niesamowite życie wiodą te postacie. To fajne, kiedy pojawia się ktoś, kto odrywa się od całego dramatyzmu, by zauważyć, że są superbohaterami i to coś wspaniałego. Ale nadal mam zerowe zainteresowanie retrospekcjami. Przez chwilę myślałem, że zrobią się ciekawe, ale jednak się myliłem.

Legends of Tomorrow pozostaje zaskakująco dobre. Oglądając dosłownie łapię się na tym, że myślę sobie, że nie powinienem się tak dobrze bawić. I faktycznie, muszę przyznać, że odcinek o temporalnych/kosmicznych piratach był trochę słabszy. Niemniej historia o potworach z asteroidy była ciekawą próbą połączenia dwóch originów Hawkgirl. Sprawiła też, że zdałem sobie sprawę, że w Arrowverse nie ma kosmitów. Za to jak się okazało w ostatnim odcinku, jest Talia al Ghul. To jest trochę dziwne, że nigdy jej nie spotkaliśmy. Z drugiej strony, jeśli w 1960 miała już kilka lat, to znaczy, że w pozostałych serialach jest w okolicach sześćdziesiątki. Być może żona Damiena Darhk'a. Choć w sumie ona jest zdecydowanie zbyt młoda. Chyba, że używała Jamy Łazarza, by się odmłodzić. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że ta postać jeszcze wróci w którejś z serii Arrowverse.

Daredevil sezon drugi wreszcie nadszedł i po raz kolejny potwierdził, że to najlepszy serial o superbohaterach, jaki istnieje. Zasadniczo, jeśli komuś podobał się pierwszy sezon, to ten jest mniej więcej tym samym, tylko lepszym. Postacie poboczne są mniej irytujące, fabuła bardziej skupiona, sceny akcji jeszcze lepsze. Do tego Punisher i Elektra są doskonali. Zwłaszcza Jon Bernthal był genialny jako Frank Castle, jego postać wciągała dużo bardziej, niż sam Daredevil. I z licznych "vs" między różnymi bohaterami, jakie dostaniemy w tym roku, to zapewne było najbardziej ideologicznie-merytoryczne. Mój jedyny zarzut dotyczy końcówki, za dużo ninja za mało sensownych wyjaśnień. Poza tym, ten sezon był naprawdę bliski doskonałości.

czwartek, 3 marca 2016

Luty z serialami (The Expanse)

DC Legends of Tomrrow całkowicie mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się wiele po tym serialu, a tymczasem szybko stał się moim ulubieńcem pośród serii DC. Poczucie humoru jest celne, postacie świetnie działają jako drużyna, sceny akcji są zaskakująco kompetentne jak na budżet tv (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak dużo scen walki grupowej tu mamy) i fabuła trzyma całkiem przyjemny poziom. Oczywiście są rzeczy których można się czepiać, jak np. fakt że na statku pracującego samotnie Ripa jest dokładnie osiem foteli. Czy całkowicie idiotyczne wyjaśnienia tego, jak działa czas i jego zmienianie. Ale w dalszym ciągu, to historia o podróżach w czasie z bandą drugorzędnych postaci w głównych rolach. Samo to zdanie sprawia, że instynktownie wiem, że powinienem nie znosić tej serii, a tym czasem nie mogę się doczekać na kolejny odcinek. Dziwne. I w dziwaczny sposób, Snart stał się moją ulubioną postacią w Arrowverse. Kapitan Chłód... Kto by pomyślał.

Flash wreszcie przypomniał sobie o fabule. Muszę przyznać, że Ziemia 2 wyglądała naprawdę świetnie, miło było też zobaczyć King Sharka w lepszej roli. Niemniej jest jedna kwestia: Iris West jest najgorszym detektywem w historii detektywowania. Jej mąż nagle staje się permanentnie zaskoczony wszystkim dookoła i reagują na niego wykrywacze meta ludzi. Można by pomyśleć, że to powód do zmartwienia. Przyzwoity detektyw mógłby nawet założyć, że jest zmiennokształtnym, lub coś w tym stylu. Nie Iris. Ale to dało mi do myślenia. Może popełniam błąd zakładając, że ten świat kieruje się tymi samymi zasadami co nasz. Może prawa fizyki, psychologii i kultury w świecie Flasha i Arrowa są po prostu inne. Ludzie są przyzwyczajeni do wygłaszania ekspozycji i tłumaczenie wszystkiego, wszystkim po kilka razy, bo tak działa ich kultura. Może nie ma znaczenia jak jesteś szybki, ani ilu policjantów otacza miejsce akcji, kiedy przestępca wyjdzie z kadru, nie można go dogonić, bo tak działają prawa fizyki. Myślę, że podobne podejście, może uczynić ten serial dużo przyjemniejszym i skasować wiele zarzutów które miałem przez ostatnie miesiące. I obstawiam, że człowiekiem w żelaznej masce jest Wally West z Ziemi 2.

Arrow tymczasem wywołuje u mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony Vixen i postęp w walce z Darhkem, z drugiej ten idiotyczny wątek paraliżu, który magicznie wyleczył się po zaledwie kilku odcinkach. I jeszcze ta scena w której Felicity po prostu wstaje i wychodzi. Mięśnie jej nóg nie były używane od tygodni, nie ma szans, żeby po prostu wyszła. Choć z drugiej strony, jeśli prawa fizyki są inne, może podobnie jest z biologią. Wątek walki o władzę w Lidze był fajny, zawsze fajnie zobaczyć więcej Nyssy. Z drugiej strony, wątek Kalkulatora był durny (i zgadzam się, czarne charaktery nie powinny same wymyślać sobie imion). Retrospekcje były początkowo nadal nudne, ale pod koniec miesiąca, po raz pierwszy od dobrych dwóch sezonów, zrobiły się ciekawe. Jak mówię, całkowicie mieszana paczka.


Minęło dużo czasu, odkąd zdarzyło mi się oglądać dobry serial sf osadzony w kosmosie. I dokładnie tyle samo, odkąd zdarzyło mi się oglądać dobry serial stacji Syfy. Konkretnie mówiąc, był 2009 rok, kiedy Battlestar Galactica wyemitowała swój ostatni odcinek. Na szczęście po latach, Syfy wreszcie zdało sobie sprawę, że najlepiej wychodzą im poważne, mroczne historie o moralnie niejednoznacznych postaciach, przemierzających kosmos na pokładach klaustrofobicznie źle oświetlonych statków. I tak otrzymaliśmy The Expanse.

Serial zabiera nas 200 lat w przyszłość, do świata w którym ludzkość opuściła bezpieczne schronienie ziemi i wyruszyła w kosmos. Choć nie daleko w kosmos, gdyż twórcy postanowili skupić się bardziej na science, niż fiction. Co za tym idzie, nie ma tu napędu nadświetlngo, a ludzkoś nigdy nie wydostała się poza nasz układ słoneczny. Nie ma również kosmitów. Jedynie my, nasza okolica i pustka kosmosu. W tym świecie znajdują się trzy główne siły: stara Ziemia kierowana przez ONZ, skonfliktowany z nią Mars i wreszcie Pas asteroid pomiędzy Marsem a Jupiterem. I właśnie Pas jest tu centralnym punktem fabuły. Bogaty w minerały, ale całkowicie zależny od pozostałych potęg w kwestii wod i jedzenia, Pas jest niczym nowoczesna wersja kolonialnych terenów z XIX w. Podległy, zamieszkany przez obywateli drugiej kategorii, kontrolowany przez korporacje i gotowy eksplodować rewolucją.

Sama seria kręci się wokół trzech punktów widzenia. Po pierwsze mamy Joe Millera, agenta ochrony (czyli korporacyjnego detektywa policji) w koloni na asteroidzie Ceres, który po godzinach bada sprawę zaginięcia pewnej kobiety. Po drugie Chrisjen Avasarala, wpływowa podsekretarz ONZ, która wpada na trop spisku mającego pchnąć układ słoneczny w chaos. I wreszcie James Holden, członek załogi frachtowca zbierającego lód w Pasie, który trafia na sygnał ratunkowy z zagubionego statku. Wszystkie te wątki biegną równolegle, regularnie się przeplatając i powoli odsłaniając obraz wielkiego spisku sięgającego szczytów władzy politycznej i korporacyjnej.

Serial oparty na serii książek, zawiera coś dla każdego. Mamy tu intrygi, historie kryminalne, tajemnice, bitwy kosmiczne, ciekawe postacie i zaskakująco dużo momentów przypominających, że w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Ogólnie, pełny zestaw dla każdego fana sf, czy po prostu dobrej telewizji. Jedyny minus to fakt, że na kolejny sezon przyjdzie nam czekać aż do 2017 roku.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Styczeń z serialami (Jonathan Strange & Mr Norrell)

Styczeń nie był szczególnie porywającym miesiącem, jeśli chodzi o seriale. Wprawdzie doczekaliśmy się kilku premier, ale osobiście wolę poczekać z ocenami, aż zobaczymy coś więcej. Dlatego powiem tylko, że pierwsze odcinki DC Legends of Tomorrow zdecydowanie przypadły mi do gustu. Jak na budżet tv odwalili kawał naprawdę świetnej roboty i wygląda na to, że ten serial będzie po prostu sporą frajdą do oglądania. Zerknąłem też na Lucifera i choć sam główny bohater jest genialny, to klasyczne podejście "zabójstwa tygodnia" mocno szkodzi temu serialowi. Podobnie fakt, że jest to "standardowa" tv, a nie Showtime czy HBO. Historia o władcy piekieł robiącym sobie wakacje w LA powinna zawierać znacząco więcej dojrzałych treści. Ogólnie olbrzymie marnotrawstwo potencjału.
I wreszcie przyjrzałem się Supergirl i mam bardzo mieszane uczucia. Obecność Martian Manhuntera pomaga, ale w dalszym ciągu, większość odcinków po kilku minutach nudziła mnie na tyle, by przeskoczyć do kolejnego. W całości obejrzałem może trzy. Ogólnie, raczej nie polecam, chyba, że kogoś akurat boli głowa i chce bezmyślnie pogapić się w monitor. Do tego serial nadaje się świetnie. Niemniej wspominam o tym, ponieważ wiemy już oficjalnie, że Supergirl spotka niedługo Flasha (przypuszczalnie podczas podróży na inną ziemię), tym samym serial dołączy do Arrowverse. I tu muszę przyznać, że sposób w jaki DC łączy swoje seriale jest dużo lepszy, niż ten Marvela. Tam może są w tym samym świcie, ale nic z tego nie wynika, Luke Cage i agenci SHIELD pewnie nigdy się nie spotkają. W DC faktycznie czuć, że to jeden świat, a teraz po dodaniu Multiwersum, Supergirl może sobie istnieć osobno i przeżywać własne przygody i tylko raz na jakiś czas łączyć siły z innymi postaciami. To dużo bardziej komiksowe podejście i podoba mi się. Co więcej, to oznacza, że filmy też mogą istnieć w tym Multiwersum i równocześnie nie utrudniać pracy twórcom seriali. 

Ostatecznie więc wychodzi, że na placu boju w styczniu zostały tylko Flash i Arrow. Obydwa zaliczyły tylko dwa odcinki, więc znów potraktuję je w jednym akapicie. 
Flash miał ciekawy odcinek z Żółwiem i idiotycznie wtórny i pozbawiony znaczenia odcinek z Reverse Flashem. Wiem, że jesteśmy w połowie sezonu i przyszedł czas na kilka odcinków zapychaczy, zanim fabuła przyśpieszy pod koniec, ale są pewne granice. Co gorsza, to przypomniało mi, jak kilka miesięcy temu Zoom skopał Barrego i zabrał go na wycieczkę, by pokazać swoje zwycięstwo całemu miastu. To było ekscytujące... Co się stało z tym wątkiem? Bo mam wrażenie, że Zoom nagle przypomniał sobie, że jeszcze ponad pół sezonu przed nimi i wrócił do swojej jaskini, czekać, aż fabuła znów go wezwie. To jak Thanos i jego krzesło: "Czy to już? Avengers 3? Mogę wstać i coś zrobić? Co, to dopiero Avengers 2... No dobra, to jeszcze tu posiedzę. Ale powiem coś fajnego, żeby wyglądało, że już prawie wstałem".
W Arrow działo się znacznie więcej. Dostaliśmy Oracle... znaczy, Overwatch. Swoją drogą, ciekawi mnie fakt, że Oliver zażartował, że Oracle było zajęte. To oczywiste mrugnięcie do fanów, bo np. ja jak tylko zobaczyłem wózek inwalidzki, od razu krzyknąłem Oracle (w myślach, tak naprawdę nie krzyczę na ekran... naprawdę). Ale jednak zacząłem się zastanawiać, czy to nie był komentarz twórców. Bo wracam myślami do tej sceny z trailera BvS, w której Bruce mówi, że wszyscy dobrzy w Gotham odeszli. Oczywiście wszyscy pomyśleliśmy o Jasonie Toddzie, bo jego kostium wisiał w gablocie. Ale ma sens, że Dick został Nightwingiem i wyjechał, a Batgirl oberwała kulkę i wylądowała na wózku inwalidzkim. Niemniej to zupełnie nie w temacie Arrowa, więc już skończę tą dygresję. I powiem, że Arrow w tym sezonie trzyma poziom. Choć nawet na sekundę nie uwierzyłem, że Waller nie żyje, ale to już nie do końca wina serialu. Choć to i tak nie jest prawdziwa Waller. I oficjalnie nie jestem zainteresowany tym, kto jest w grobie. Zwłaszcza, że nie jestem pewny, czy sami twórcy to wiedzą. 


A teraz serial tego miesiąca i mam tu coś mniej znanego, ale naprawdę świetnego. Jonathan Strange & Mr Norrell to siedmioodcinkowa mini-seria produkcji BBC, która opisuje historię dwóch magów, próbujących odbudować angielską magię w epoce wojen napoleońskich. 
Serial jest naprawdę świetny, przedstawiając swoją historię w stylu, który przywodzi na myśl filmy o Harrym Potterze zmieszane z Piekłem Pocztowym i Labiryntem. Magia jest tu mistyczna i często nieprzewidywalna, postacie i wydarzenia historyczne przeplatają się z fikcyjnymi, fabuła idzie naprzód pewnym krokiem, ale nie spiesząc się, do tego kolekcja barwnych i ciekawych postaci pobocznych czyni oglądanie tego serialu prawdziwą przyjemnością. Sama fabuła również trzyma poziom, rozciągając się na kilka lat i w świetny sposób grając standardowymi zdawałoby się elementami, jak przepowiednie, elfy, magowie bojowi itp.
No i wreszcie mamy samych tytułowych bohaterów. Norrella jako zakopanego w książkach introwertyka, który stara się przywrócić magi należne miejsce poprzez odrzucenie starych przesądów i bardziej nowoczesne, intelektualne, niemal naukowe podejście do tematu. I Strangea jako ekstrawertyka z naturalnym talentem do magii i zjednywania sobie ludzi, który skłania się bardziej do dawnych, mistycznych metod legendarnego Króla Kruków. Każdy, kto grał w D&D od razu rozpozna w tym dwa główne archetypy magów w tym systemie. Do tego, ten konflikt podejść czyni ich świetnymi przyjaciółmi/rywalami. Do tego dochodzą jeszcze manipulacje pewnego elfa wyglądającego trochę jak David Bowie w Labiryncie. 
Podsumowując, po raz kolejny polecam serial każdemu, kto w jakimkolwiek stopniu lubi podobne klimaty. I pamiętajcie, elfy to straszne dupki.

niedziela, 3 stycznia 2016

Grudzień z serialami (Dr Who s9)

I oto dotarliśmy do końca roku. Oczywiście święta wiązały się ze skróconymi sezonami dla większości seriali i oczywiście, mimo to, ja nadal nie zdołałem wstawić tego posta w 2015. Niemniej teraz tu jest, z podsumowaniem naszych czterech stałych serii i do tego jeszcze nowym sezonem Doctora Who.

Gotham w tym miesiącu miało tylko jeden odcinek (właściwie, to miało go już w zeszłym miesiącu, ale po tym, jak już napisałem posta, więc będę udawał, że to było w tym), ale za to jaki. Najlepsza drużyna jakiej kiedykolwiek przyszło ratować Bruca Wayne'a dała niezły pokaz. I ogólnie myślę, że było to doskonałe podsumowanie tego sezonu. Nie doskonały, ale zdecydowanie dobry. Powiedziałbym wręcz, że najlepszy z tych czterech, które opisuję co miesiąc. Bruce wreszcie zachowuje się tak jak powinien i faktycznie widzimy, jak trudno jest Gordonowi utrzymać się po właściwej stronie i nie łamać własnych zasad. Czyli ta seria wreszcie osiąga to, co sobie założyła. Gotham od początku miało duży potencjał i po bardzo chwiejnym pierwszym sezonie, nareszcie go osiągnęło. Byle tak dalej, zwłaszcza, że na ciąg dalszy przyjdzie nam poczekać aż do końca lutego.

Flash i Arrow tym razem opiszę w jednym akapicie, bo te dwa seriale w tym miesiącu były zasadniczo jednym. I tu zacznę od wyjaśnienia pewnej kwestii. Łatwo jest spojrzeć na Daredevila i powiedzieć, że Arrow jest słabym serialem. Ale należy tu pamiętać, że takie seriale jak DD czy Jessica Jones mają znacząco większy budżet na odcinek, niż Flash czy Arrow. To trochę jak porównywanie Kroniki z Avengers. Co za tym idzie, oceniam te seriale w trochę innej skali, jako to, czym są. Oczywiście z powodu ograniczeń czasowych i finansowych, obydwie serie idą na skróty. I tak mógłbym się nabijać z tego, że Vandal Savage po prostu znika ze sceny w kawiarni, jakby po przybyciu Flasha wszyscy zapomnieli o psychopacie z nożami. Czy fakt, że przez sporą część pierwszego odcinka, Vandal faktycznie był nieśmiertelnym psychopatą z nożami, którego można było po prostu zamknąć w jednej z super cel w Guantanamo Flash. I jest tego jeszcze sporo, ale w ostatecznym rozrachunku, mam wrażenie, że to rozdrabnianie się. Ponieważ, biorąc poprawkę na standardy telewizyjne, to nadal była najbardziej widowiskowa historia o superbohaterach, jaką do tej pory było nam dane zobaczyć. Do tego już w osobnych odcinkach dostaliśmy jak zwykle świetnego Marka Hamila, wreszcie pojawił się Wally West i w życiu Ollego zaszła dramatyczna zmiana. Wszystko to uczyniło grudzień dobrym miesiącem, dla seriali DC.

Agents of SHIELD również dobili do końca pierwszej połowy sezonu i teraz na jakiś czas ustąpią miejsca Agentce Carter. Osobiście miałem wrażenie, że wiele elementów tego finału toczyło się trochę zbyt szybko, niemniej całościowo byłem zadowolony. Wątek portalu doszedł do końca, najważniejsze elementy posprzątano i całość zapowiada ciekawą drugą połowę. I nawet znaleźli sposób, by utrzymać Granta jako istotną postać. Choć zastanawia mnie jedna rzecz... jeśli ten nowy wróg jest tak potężny, że Hydra istnieje tylko po to, by go ściągnąć i wiemy, że potrafi niszczyć całe cywilizacje, to czemu ktoś nie wezwie Avengersów? Jasne, może to kwestia Wojny Domowej, lub coś w tym stylu, ale bądźmy szczerzy, wszyscy zadajemy sobie to pytanie w większości solowych filmów, a co dopiero tutaj. Niemniej poza tym, naprawdę nie mogę się doczekać na ciąg dalszy.

Doctor Who zaliczył w tym roku wyjątkowo nierówny sezon. Z jednej strony Sleep No More, które było jednym z najsłabszych odcinków w historii tej serii i pierwszym, który faktycznie przerwałem w połowie, bo całkowicie mnie znudził. Z drugiej strony Heaven Sent to jeden z najlepszych odcinków serii. Co jest niezwykłe, zwłaszcza, że to dosłownie teatr jednego aktora, a ja zwykle nie lubię tego typu odcinków. I taki był dla mnie cały ten sezon, z jednej strony świetna opowieść o Zygonach z drugiej oklepana i nudna historyjka o duchach w podwodnej bazie. Niemniej ostatecznie, było zdecydowanie więcej dobrego, niż złego. Szczególnie powrót Missy i historia Ashildry z jak zawsze świetną Maisie Williams. Oczywiście muszę tu też wspomnieć o zakończeniu. Usłyszałem kilka opinii, że było trochę rozczarowujące. Prawdę powiedziawszy, nie dla mnie. Było małe, bardziej osobiste i emocjonalne, ale według mnie, nadal bardzo dobre. I mimo, że jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do Clary, to muszę przyznać, że chętnie obejrzałbym spin-off o T.A.R.D.I.S. Diner.
Że nie wspomnę o świątecznym odcinku z River. Choć nadal żałuję, że Moffat porzucił wątek przeciwstawnych linii czasowych. O ile ciekawsza byłaby historia, w której Doctor spotyka Dr Song po raz ostatni, a ona nie wie jeszcze kim on jest. Niemniej, pomijając ten element, to było świetne pożegnanie z jej postacią. To też chyba oznacza, że Moffat ostatecznie wytarł tablicę, teraz czas na nową towarzyszkę i całkowicie nowe wątki.

To tyle jeśli chodzi o grudzień, i o cały 2015. Serialowo, to był naprawdę świetny rok, wystarczy wspomnieć Sense8, Narcos, Jessicę Jones, Daredevila i multum innych seriali. Miejmy nadzieję, że 2016 utrzyma poziom.

wtorek, 1 grudnia 2015

Listopad z serialami (Jessica Jones)

Gotham ostatecznie udowodniło, że mieszana forma z poprzedniego sezonu jest już za tym serialem. W tym miesiącu mieliśmy spiski, intrygi, eksplozje, tajne organizacje, fanatyków religijnych, morderców i wszystko po środku. Bruce wreszcie dał nam przebłysk postaci, którą się stanie. Nigma i Pingwin stworzyli dziwaczny i zaskakująco dobrze działający duet. Gordon znalazł się na krawędzi, pokazując nam, jak trudno trzymać się zasad, broniąc prawa w tym mieście. To wszystko sprawiło, że w tym miesiącu Gotham było tym serialem, na którego kolejne odsłony najbardziej czekałem i z którego czerpałem największą frajdę. Zdecydowanie polecam.

Będę szczery, ten miesiąc w Arrow nie zachwycił. Jasne, wizyta Constantina była miłym akcentem, fajnie widzieć, że ta postać nadal jest częścią uniwersum. Ale poza tym, widzę tu za dużo budowania w kierunku Legends of Tommorow. Z trzech odcinków w tym miesiącu, aż dwa były poświęcono członkom tej przyszłej drużyny. Do tego jeśli mam być szczery retrospekcje całkowicie mnie nie interesują. Ostatni raz interesowały mnie w drugim sezonie, teraz zaczyna się z tego robić Lost. Jest na wyspie, jest poza wyspą, znów jest na wyspie. Teraz wyspa jest magiczna, brakuje tylko potwora z dymu. Głównym plusem jest tu fakt, że w dalszym ciągu naprawdę lubię te postacie.

Zoom jest przerażający. Wygląda jak Black Racer (w komiksach to awatar śmierci, który specjalizuje się w speedsterach). I ta scena, kiedy zabiera Barrego do kolejnych miejsc i pokazuje ludziom, że wygrał. Świetny moment... który zdaje się nie mieć żadnych konsekwencji dla naszych bohaterów i świata, w którym żyją. Niemniej muszę przyznać, że poza irytującym brakiem konsekwencji, ten serial naprawdę punktuje w moich oczach. I nowy Wells jest świetny. Dużo lepszy, niż jego zły poprzednik. Co mogę dodać poza tym, to były solidne trzy odcinki i zawsze miło zobaczyć Grodda.

Czy w świecie Marvela istnieją jakiekolwiek tajne organizacje rządowe, nie kontrolowane przez Hydrę? To pytanie retoryczne, oczywiście, że nie. Ostatecznie Hydra jest bardzo, bardzo stara. Zatrzymam się dłużej na tym, bo jeśli mam być szczery, zakończenie tego ostatniego odcinka, było najciekawszym, co zdarzyło się w tych czterech serialach w tym miesiącu. Są tu pozytywne i negatywne strony. Negatywem jest fakt, że większość przywódców Hydry, których spotkaliśmy najwyraźniej nie wiedziała, jaki jest cel ich organizacji. Oczywiście można też założyć, że po prostu znudziło ich czekanie. Co ciekawe, w nowych komiksach zarówno Hydra jak i SHIELD wywodzą się z tej samej organizacji, liczącej tysiąclecia i dwie grupy faktycznie walczą ze sobą od starożytności. Inną kwestią jest to, że bohaterom naszego serialu w kilka miesięcy (i dwa odcinki) udało się osiągnąć coś, czego Hydra nie potrafiła zrobić przez tysiąclecia. Mało tego, wychodzi, że przez cały ten czas, Hydra po prostu wrzucała ludzi przez portal, powtarzając w nieskończoność tą samą czynność, oczekując, że za którymś razem otrzymają inny wynik. To dosłownie, jedna z definicji szaleństwa. 
Ale z pozytywów, to była świetna scenakońcowa. Naprawdę mnie zaskoczyli i do tego udało im się powiązać wszystkie trzy wątki tego sezonu, które do tej pory zdawały się dryfować w różnych kierunkach. Inhumans, portal i Hydra, nagle stały się częściami tej samej układanki. I to jest naprawdę ładny przykład tego, jak powinno się budować spójną fabułę.



W tym miesiącu nawiedziła nas też nowa produkcja Netflixa z uniwersum Marvela. Po świetnym Daredevilu przyszedł czas na Jessicę Jones. Postać raczej mało znaną, bo jak na standardy amerykańskiego komiksu zaskakująco młodą. Jessica zadebiutowała w 2001 roku w komiksie Alias, na którym luźno oparta jest seria o jej przygodach. Był to pierwszy komiks z Marvelowskiej serii MAX, zawierającej bardziej dojrzałe historie i serial zdecydowanie poszedł tym tropem, serwując nam jedną z najmroczniejszych historii o superbohaterach, jaka zagościła w kinie czy telewizji. Jeśli można tu w ogóle mówić o superbohaterach, bo serii brakuje kostiumów, pseudonimów i heroicznych akcji. Zamiast tego, dostajemy mroczną historię w stylu noir, która zawiera postacie z super mocami.
Głównym problemem MCU od początku były czarne charaktery. Poza Lokim, wszyscy są nudni, nijacy i właściwie identyczni. Netflix w tej kwestii zapewnił nam miłą odmianę świetnym Kingpinem w Daredevilu i jeszcze lepszym Kilgravem. David Tennant którego niektórzy mogą kojarzyć jako dziesiątego (i najlepszego) Doctora, odwala kawał świetnej roboty grając socjopatę, który zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego moc sprawia, że ludzie robią to, co im każe. Wszystko, od oddania mu swojej marynarki, po zamordowanie swojej rodziny, czy pocięcie sobie twarzy nożem. To samo w sobie jest przerażającą zdolnością, zwłaszcza w rękach tej postaci, ale dodaje też inną, równie przerażającą kwestię. Czy na miejscu Kilgravea też nie stalibyśmy się czarnymi charakterami? Ostatecznie ta moc jest tak łatwa do nadużywania, że on sam musi bardzo uważać na swoje słowa, kiedy nie chce jej użyć. Kto z nas może powiedzieć, że nie nadużywałby podobnej zdolności? A żyjąc w świecie, w którym wszyscy robią to, co im każesz, ile czasu zajmie, zanim przeciętny człowiek stanie się opętanym własną potęgą potworem. Sądzę, że każdy z nas ma w sobie takiego Kilgravea i to czyni jego postać jeszcze bardziej przerażającą.
Oczywiście sam czarny charakter to nie wszystko i tutaj świetnie wtóruje mu sama Jessica (grana przez Krysten Ritter), była superbohaterka, obecnie nadużywająca alkoholu prywatna detektyw, z poważnymi problemami z zaufaniem. Razem z kolekcją barwnych postaci pobocznych, zawierającą między innymi Luka Cagea (który sam w przyszłym roku ma wystąpić we własnej serii), daje to świetny zestaw postaci, które zasiedliły tą wciągającą i trzymającą w napięciu historię. W mojej ocenie najlepszą, jaką do tej pory przedstawił nam Marvel. Choć równocześnie całkowicie nie pasującą do lekkiego klimatu filmów z MCU.

środa, 4 listopada 2015

Październik z serialami

I oto wracamy do standardowego programu. Mamy październik, co oznacza, że seriale ruszyły pełną parą.

Zacznijmy od Gotham, miasta w którym na pewno nikt nie chciałby spędzić wakacji. Muszę przyznać, że w tym serialu naprawdę dużo się dzieje. Nowe postacie, nowe wątki, całkowicie nowa sytuacja. Gotham w pierwszym sezonie miało sporo problemów, ale widać, że twórcy wyciągnęli z nich wnioski i poszli w kierunku tych rzeczy, które im wychodziły. Które odróżniają ten serial od innych serii policyjnych. I tak, przede wszystkim, samo miasto nadal pozostaje cudownie przedstawione. To chyba najlepsza wizja Gotham jaką widziałem, perfekcyjnie balansująca pomiędzy przerysowaniem Burtona i nijakim realizmem Nolana. Podobnie czarne charaktery, choć barwne i komiksowe, pozostają wielowymiarowymi i realistycznymi. Nie istnieje żadna wersja Pingwina i Nigmy (ani w filmach, ani w komiksach) która choćby zbliżyła się do bohaterów tej serii. I fakt, że w tym sezonie serial postanowił skoncentrować się jeszcze bardziej na czarnych charakterach pokazuje, że twórcy zdają sobie z tego sprawę.  Oczywiście nie wszystko jest doskonałe. Przez tych sześć odcinków serial miał kilka potknięć, zwłaszcza w drugim odcinku, myślę, że wszyscy wiedzieliśmy, że serial lecący na FOXie nie spali autobusu pełnego nastolatków, co całkowicie zabiło napięcie. Niemniej, mimo tych i podobnych minusów, całość drugiego sezonu Gotham póki co zdecydowanie wychodzi na plus. Fabuła jest spójna, nowe postacie interesujące, cały czas czuć, że to wszystko jest tylko częścią większej układanki, zagrzebanej w historii miasta. Pojawiają się wątki wskazujące, że Wayneowie nie byli zbyt dobrymi ludźmi, przez większość swojej historii. Bruce wreszcie zaczął prawdziwe szkolenie. Do tego w ostatnich odcinkach sezonu twórcy zaczęli zbaczać w naprawdę mroczne terytoria, szczególnie w 6 odcinku. I do tego wszystkiego Vic Mackey z The Shield zakłada Strike Team. Jeśli twórcy czegoś nie zepsują, widzę przed Gotham świetlaną przyszłość (znaczy przed serialem, faktyczne miasto jest zgubiona).

Agents of SHIELD wywołuje u mnie mieszane uczucia. Wątek Inhumans naprawdę mi się podoba, poszli na całego z zastąpieniem nimi mutantów i to dobrze. Byłoby fajnie zobaczyć trochę więcej wątków pokazujących wpływ tego na świat, a nie tylko pojedyncze tajne agencje. Tymczasem wątek pogoni za Wardem póki co mnie nie przekonuje. Cały plan Huntera był całkowicie idiotyczny. Jeśli można w ogóle użyć słowa plan na: "mam nadzieję, że zobaczę jego, zanim on zobaczy mnie". Ale moim największym rozczarowaniem był najnowszy, piąty odcinek, zdradzający, co działo się z Jemmą. Odpowiedź brzmi: nic. Dymowy potwór z Losta i kolejny nudny trójkąt miłosny. Ale poza tym, pod koniec odcinka miałem wrażenie, że Jemma i pan z NASA żyli sobie dosyć sielankowo. Oglądali wschód słońca i w ogóle, ale niestety nie byli w stanie obydwoje biec naraz w kierunku portalu. Bo powszechnie wiadomo, że kiedy atakuje dymowy potwór, tylko jedna osoba jest w stanie biec w kierunku portalu. Co gorsza, po drugiej stronie, na kilka dni całkowicie zapomniała o tym, by powiedzieć komuś o swoim ukochanym, który utknął na innej planecie z dymowym potworem, który zasypie go piaskiem, lub zmusi do samobójstwa. Jedno z tych, chyba, ponieważ powody. Więc podsumowując, po pierwszych pięciu odcinkach, wątek Inhumans świetny, cała reszta zdecydowanie gorzej.

I kolejna seria, która wywołuje u mnie mieszane uczucia. Ogólnie jest fajnie. Fabuła stała się bardziej spójna, wątki się rozwiązały, Flash stał się bohaterem na cześć którego robi się parady. Pojawiła się nawet Ziemia 2. Z drugiej strony, ojciec Barrego zszedł ze sceny, jakby wiedział, że gra w serialu, który nie pomieści kolejnej postaci. Do tego nasi bohaterowie awansowali z nielegalnego przetrzymywania ludzi, do zabijania ich. To jak odwrotna fabuła Arrow. Choć nie, bezprawne przetrzymywanie też nadal praktykują. I po całym gadaniu o poprawie zabezpieczeń w Star Labs, ludzie nadal wchodzą tam, jak gdyby nigdy nic. Inną kwestią jest tu Cold. Wiem, że muszą ocieplić jego wizerunek zanim dołączy do Legends of Tomorrow i faktycznie podoba mi się, że poszli bardziej komiksową drogą "rabusia, ale nie mordercy", ale wydaje mi się to strasznie naciągane. Ten Cold którego spotkaliśmy po raz pierwszy, był bezwzględnym zabójcą. To strasznie dziwne, że nagle bez wyraźnego powodu, przesunął się na pozycję anty-bohatera. Więc to tyle czepiania się, ogólnie serial trzyma poziom wypracowany pod koniec poprzedniego sezonu i oby tak dalej.

Źle się dzieje z Star City. I to naprawdę źle. Jeśli Gotham jest Baltimore  świata komiksów, to Star City właśnie spadło do poziomu Detroit. Wszyscy wyjeżdżają, policja nie działa, jedyna duża firma stoi na granicy bankructwa. Nie sądziłem, że to możliwe, ale chyba z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wolałbym mieszkać w Gotham. Ale są też pozytywy, oto na scenę wkroczył nowy lepszy Arrow. W sensie Green Arrow, taki prawdziwy, komiksowy. Wciąż trochę brakuje mu na froncie poczucia humoru, ale w sumie, obecny komiksowy Oliver też nie jest, aż takim komediantem. Niemniej trzeba przyznać, że ta seria zrobiła się dużo bardziej komiksowa, z tajną bazą i całym oddziałem postaci w kostiumach. Naprawdę czuć, że to uniwersum się poszerza. Minusem tego rozwoju jest fakt, że podobnie jak we Flashu widać tu wyraźnie budowanie do Legends of Tomorrow. Tak Palmer żyje i tak Sarah wróciła i poczuje się lepiej, wiemy to, bo obydwoje byli w trailerze LoT. To naprawdę zabija dramatyzm tych wątków. Niemniej tak po za tym, ten sezon zaczął się naprawdę dobrze. Poza nudnym jak zawsze wątkiem wyspy, sytuacja wygląda całkiem fajnie. Dodali prawie Mr Terrifica i nowego, bardziej magicznego wroga, Oliver wreszcie ogarnia też swoje życie poza kostiumem (co ciekawe, wątek kandydowania na burmistrza jest wzięty prosto z komiksów, i to z dwóch różnych historii o tej postaci), ogólnie jest dobrze, mam tylko nadzieję, że nie zepsują tego tak, jak ostatnio.
Czepianie się: Oni naprawdę muszą przestać wpychać Hala Jordana do historii, która nie będzie go zawierać. To za każdym razem robi mi nadzieję. Zwłaszcza w tej scenie w barze w pierwszym odcinku, wszyscy wiemy, że Hal Jordan by się wtrącił.

Więc to tyle, w tym miesiącu nie ma żadnych dodatkowych seriali, bo wszystko dopiero się zaczyna, niemniej mam nadzieję, że już za miesiąc się to zmieni.

czwartek, 1 października 2015

Wrzesień z Serialami (Parks and Recreation, Sense8, Narcos)

Witam po wakacyjnej przerwie. Dziś trochę inny wpis, niż zwykle. Jako, że większość seriali dopiero startuje, zamiast skupiać się na pojedynczych odcinkach, przełożę to na przyszły miesiąc, a dziś zamiast tego, kilka ciekawych serii, które obejrzałem przez ostatnie miesiące.


“I have the most powerful currency in America. The blind, stubborn belief that what I am doing is 100 percent right.”

Parks and Recreation - Witam w Pawnee w stanie Indiana, małym, urokliwym miasteczku słynącym z absurdalnego poziomu otyłości, niezbyt wysokiego poziomu średniej inteligencji i historii składającej się praktycznie w całości ze zbrodni przeciw miejscowym Indianom. Tutaj rozgrywa się również fabuła świetnego sitcomu śledzącego losy urzędników z wydziału Parków i Rekreacji.

Serial ma formę paradokumentu, choć nigdy nie zostaje wyjaśnione kto i z jakich powodów go kręci. W dalszych sezonach twórcy faktycznie coraz bardziej odchodzą od tej konwencji, pozostawiają jednak fragmenty, w których postacie na osobności udzielają wywiadu, komentując bieżące wydarzenia, jak i okazjonalne przełamania czwartej ściany momentami, w których postacie patrzą prosto w kamerę. Seria liczy 7 sezonów o bardzo różnej długości (od 6 do ponad 20 odcinków), które w sumie docierają do 125 odcinków. Całość jest świetną satyrą na temat amerykańskiej polityki i urzędniczego żywota.

Główną siłą serialu są zdecydowanie postacie. Niezdyscyplinowana, niekompetentna i nienawidząca swojej pracy zbieranina urzędników, którzy woleliby robić cokolwiek innego. Przynajmniej początkowo, gdyż na przestrzeni lat ci bohaterowie przechodzą długą drogę. O każdej z nich można by długo opowiadać, ale zdecydowanie filarami serii są dwa zestawy postacie. Leslie i Ron oraz April i Dany. Leslie jest główną bohaterką serii. Ambitna, kompetentna, zdyscyplinowana, ogólnie urzędniczka doskonała. Leslie najczęściej jest jedyną osobą faktycznie pracującą w tym urzędzie, do tego idealizuje służbę publiczną i ideę rządu. Jej postać jest ewidentnym spoiwem grupy i głównym katalizatorem zdarzeń. Ron tymczasem jest całkowitym przeciwieństwem Leslie. To stoicki dyrektor wydziału Parków i Rekreacji, który nienawidzi rządu. Jego życiową misją jest jak najbardziej utrudniać pracę wszelkich urzędów, zwalczać rozrost biurokracji i ogólnie niszczyć wszystko, na czym zależy Leslie. Do tego Ron je tylko mięso (najlepiej upolowane przez niego), nigdy nie rozmawia o uczuciach (na ile może, w ogóle nie rozmawia) i nienawidzi europy (poza tą częścią Szkocji, gdzie robią jego ulubioną whisky). Współpraca między tymi postaciami sama w sobie jest wspaniałym materiałem na serial.
Drugi filar stanowią April i Andy. Od razu przyznam, że Chris Pratt jest jednym z powodów, dla których sięgnąłem po ten serial i nie zawiodłem się. Andy jest absurdalnie sympatycznym idiotą, który gra we własnym zespole, lubi mieć dookoła ludzi, zawsze chce dobrze, regularnie robi sobie krzywdę i uwielbia wchodzić w rolę agenta FBI Berta Macklina. Tymczasem April nienawidzi ludzi, uwielbia sprawiać, by czuli się niekomfortowo i manipulować nimi, by dali jej spokój. Jedyne co zdaje się łączyć te dwie postacie, to całkowita niedojrzałość i bezwarunkowa miłość, sprawiające, że są oni jedną z najsympatyczniejszych i mimo różnic, najlepiej zgranych par w historii sitcomów.
Oczywiście poza tą czwórką, przez serię przewijają się też inne postacie, zarówno główne jak i poboczne. Każda ma coś do zaoferowania i większość przechodzi sporą przemianę na przestrzeni tych siedmiu sezonów.

Parks and Recreation to świetna satyra na amerykańską politykę i służbę publiczną. I do tego wspaniały serial komediowy, zaludniony masą oryginalnych i zapadających w pamięci postaci (od miejscowej gwiazdy porno po powszechnie kochanego w miasteczku kucyka) i poruszający ważne problemy (od małżeństwa homoseksualnych pingwinów po edukację seksualną seniorów). Co więcej jest to rzadki przypadek sitcomu, który może pochwalić się gościnnymi występami Joe Bidena, Johna McCaina, Michelle Obamy czy Madeleine Albright. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do serialu, to fakt, że pierwszy sezon (6 odcinków) nie jest zbyt dobry, ale w połowie drugiego seria odnajduje swój styl, a później z każdym sezonem jest coraz lepiej.



"Smart Money's on the Skinny Bitch"

Sense8 to nowa seria Natflixu, autorstwa rodzeństwa Wachowskich (Matrix) i J. M. Starczynskiego (Babylon V). Serial opowiada historię ośmiu rozrzuconych po świecie postaci, które pewnego dnia odkrywają, że są połączone telepatycznie. Seria w swojej konstrukcji jest bardzo podobna do Atlasu Chmur, przeplatając różne wątki, historie i światy, niemniej robi to dużo sprawniej i zachowuje znacząco większą spójność. Dodatkowo, całość fabuły toczy się w tym samym czasie, ale równocześnie, każdy bohater ma swój własny wątek, osadzony w swojej części świata. I to w dużej mierze stanowi o sile Sense8, oglądając ma się uczucie, jakby zaliczyło się 8 różnych seriali. Co więcej, reżyserzy byli przydzieleni do lokacji, a nie odcinków, i najczęściej pochodzili z krajów, w których kręcili, co pozwalało im lepiej oddać różnorodność i styl wspomnianych miejsc.

Jak wspomniałem mamy tu osiem postaci. Nomi jest hakerem z San Francisco, Lito meksykańską gwiazdą filmową, Will policjantem w Chcago, Riley londyńskim DJ-em, Wolfgang niemieckim gangsterem, Capheus kierowcą busa (o wdzięcznej nazwie Van Damme) w Nairobi, Kala pracuje w indyjskiej firmie farmaceutycznej a Sun zajmuje wysokie stanowisko w południowo koreańskiej korporacji. Każde z nich ma własną opowieść w odpowiadającym stylu, co za tym idzie oglądając mamy trochę kina gangsterskiego, odrobinę Bollywood, garść telenoweli, sporo kina akcji i jeszcze więcej dramatu. A wszystko to opatrzone poważną dawką ciekawych komentarzy do kształtu współczesnego świata.
Sense8 zaczyna się dosyć powoli, ale z kolejnymi odcinkami rozkręca się w świetny thriller sf w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Do tego serial naprawdę wyróżnia się różnorodnością miejsc, postaci, stylów i wątków, poruszając wiele problemów i tematów ważnych we współczesnym społeczeństwie. Takich jak różnice społeczne, konflikty kulturowe, tożsamość płciowa i seksualna, wolność osobista itp. A wszystko w naprawdę dobrym stylu.



"Al Capone never had this much cash"

I kolejna świetna seria od Netflix. Tym razem opisująca historię Pablo Escobara (w tej roli genialny Wagner Moura), największego barona narkotykowego w historii Kolumbii. Głównymi bohaterami Narcos są dwaj agenci DEA Javier Peña i Steve Murphy (sami byli konsultantami przy serialu), którzy z szalonych latach osiemdziesiątych pracowali w Kolumbii, próbując dopaść tamtejsze kartele. Choć prawdę powiedziawszy, mimo, że amerykanie są narratorami, ilość czasu ekranowego i poziom skupienia fabuły, ewidentnie świadczy, że prawdziwym bohaterem jest Escobar. Ambitny człowiek z marzeniami i planem. A równocześnie bezwzględny zabójca, który nie cofnie się przed utopieniem całego kraju we krwi, żeby osiągnąć swoje cele. Nie jest łatwo przedstawić na ekranie taką postać w odpowiedni sposób. Widzowie muszą czuć do niego sympatię, mimo wszystkich okropności których się dopuszcza, ale przede wszystkim, muszą rozumieć powody, dla których to robi. I tu Narcos odnosi pełny sukces. Pablo jest jednym z najlepiej przedstawionych kryminalistów od czasów Stringera Bella i Tonego Soprano. Nasuwają się wręcz skojarzenia z Michaelem Corleone (choć zbrodnie Escobara przewyższają wszystkie dokonania tych postaci razem wzięte).
Największa siła Narcos leży jednak nie w postaciach, a w opowiadanej historii. I to historii prawdziwej, choć oczywiście ubarwionej. Narodziny kartelu, dojście do władzy, brutalna wojna, niesamowite rzeczy, dziejące się w państwie bezprawia. Trudno wręcz uwierzyć, że coś takiego mogło mieć miejsce. A serial cały czas podbija stawkę, prezentując coraz bardziej absurdalne sytuacje. Nie zliczę, ile razy oglądając ten serial stwierdzałem: "Teraz już przesadzili", po czym zerkałem na Wikipedię i okazywało się, że wcale nie przesadzali (bo jeśli coś jest na wiki, to jest faktem).
Narcos to naprawdę mocna seria, pokazująca jak wygląda walka z przestępcami w kraju, gdzie to oni mają władzę i środki. Nie ma tu pozytywnych bohaterów. Policjanci są bezwzględni i nie cofają się przed torturami i morderstwami, podobnie jak przestępcy. Obydwie strony konfliktu nie zważają na ofiary poboczne i to widać. Ten serial przedstawia wojnę i to wojnę toczoną w sposób absurdalny i pełen dziwacznych zwrotów akcji, które mogły być napisane tylko przez prawdziwe życie. Polecam.

To tyle na dzisiaj, a za miesiąc wracamy do standardowego programu.