Na początek małe ogłoszenie techniczne, w tym miesiącu nie będzie postu o miesiącu z serialami, ale w maju większość się kończy, więc za miesiąc będzie duży post podsumowujący całe sezony. A teraz:
Guess who's back, back again
W tym tygodniu zaskakująco dużo ludzi. Greyjoyowie, Bran, HODOR, nawet Ned w pewnym sensie. No i jeszcze ten jeden gość, ale o nim trochę później. Tak bardziej na końcu.
Na razie skupmy się na tym, że Bran wrócił z Hodorem i Trójokim Krukiem, który z przypadkowego statysty zmienił się w znanego aktora. Niemniej miło było zobaczyć przebłysk starych czasów, teraz brakuje już tylko jednego spojrzenia w tył i może wreszcie dowiemy się, czy R+L=J. Ostatecznie ten serial jest nam winny Tower of Joy od pierwszego sezonu, czas wreszcie zapłacić.
Tymczasem pod nieobecność Starków, Winterfell stało się dużo mniej przyjemnym miejscem. Zwłaszcza dla ludzi, stojących na drodze Ramsaya. Muszę przyznać, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Roose świetnie się trzymał do tego momentu. Ale tak się kończy tolerowanie małego psychopaty. I to miło, że twórcy Gry o Tron postanowili zapewnić nas, że może wyszliśmy już poza prozę GRRM, ale to nie znaczy, że teraz serial stanie się bardziej przyjacielski i na przykład, nie będzie miał niemowląt pożeranych przez psy.
A jak jesteśmy przy prozie GRRMa, Żelazne Wyspy wróciły! I mają fabułę z trzeciego i czwartego tomu. Wreszcie wątek, w którym mogę nadal zgrywać mądralę, bo wiem, co się stanie. I nawet dostaliśmy Eurona i Aerona. To jednak dziwne uczucie, oglądać to nieznane terytorium i nagle mieć fragment w którym dokładnie wiem, co się stanie. I nie chcę tu spoilerować, więc powiem tylko, że ta pijawka z trzeciego sezonu naprawdę się nie śpieszyła, czyniąc Balona ostatnim żywym uczestnikiem Wojny Pięciu Królów (przynajmniej przez dwie sceny).
Ehh... Wszyscy wiedzieliśmy, że to nadejdzie, ale nadal miałem cichą nadzieję, że zajmie przynajmniej do połowy sezonu. Ale nie, jeden odcinek z trupem wystarczy. I oto Książę Którego Obiecano powrócił i jego będzie Pieśń Lodu i Ognia. Radujmy się wszyscy, bo Azor Ahai powrócił i nawet nie zajęło mu to trzech dni. Mell wreszcie coś wyszło, choć sama jeszcze o tym nie wie. To chyba najbardziej podobało mi się w tej scenie, że wszyscy po prostu sobie poszli i go zostawili. Ewidentnie ludzie małej wiary.
Another One Bites The Dust:
RIP Roose Bolton, był porządnym czarnym charakterem i kolejnym Lordem, który nie docenił własnego syna. On przynajmniej nie musiał umierać na kiblu. I jak przy tym jesteśmy, RIP Gróba Walda i Roose Jr. Ledwo ich znaliśmy.
RIP Balon Greyjoy, myślę, że można go uznać za zwycięzcę Wojny Pięciu Królów. Był równie kiepskim ojcem, co Roose i Tywin, ale dla odmiany zginął z rąk swojego brata a nie syna. W tym serialu posiadanie krewnych jest cholernie niebezpieczne.
Przemyślenia:
- Olać R+L=J i wszystkie tym podobne bzdury. Prawdziwe pytanie brzmi, co się stało z Willisem? Czemu teraz mówi tylko Hodor? Lepiej, żeby ta seria miała odpowiedzi, bo inaczej się wkurzę.
- Tyrion wreszcie pogadał sobie ze smokami... i je uwolnił. To na pewno nie będzie miało złych konsekwencji. Ale przynajmniej Tyrion przeżył to doświadczenie, w przeciwieństwie do pewnego księcia, który nie istnieje w serialu.
- Może to brutalne, ale myślę, że idiota który strzelił z kuszy do olbrzyma, sam jest sobie winny. I do tego, lecąc łukiem zrobił krwawą kometę, czym być może spełnił część przepowiedni.
- I przy okazji, cieszę się, że Wun Wun nadal tam jest. Własny olbrzym będzie pewnie cholernie pomocny podczas wojny z Boltonami.
- Po drugim odcinku Jon Snow nadal... cholera.
Ogólnie, był to zaskakująco solidny odcinek. Ten sezon naprawdę wystartował mocno i trzyma poziom. Oby tak dalej i może im wyjść najlepszy sezon do tej pory.
środa, 4 maja 2016
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Game of Thrones, odc. 51: The Red Woman (6x01)
W ostatniej scenie poprzedniego sezonu, zaliczyliśmy ostatni wielki moment z książki. Teraz jesteśmy na szerokich wodach niewiedzy i ja już w pierwszym odcinku zdążyłem dwa razy powiedzieć na głos "WTF!", czy tak wyglądało oglądanie tego serialu dla ludzi, którzy nie czytali książek przez te wszystkie lata? Bo jeśli tak, to zdecydowanie oglądałem go w zły sposób.
I pomaga fakt, że to był najlepszy odcinek otwierający w historii tego serialu. Zwykle ten pierwszy odcinek czy dwa są powolnym ustawianiem sceny, przypominaniem gdzie jesteśmy i ustanawianiem, dokąd idziemy. Ale sposób zakończenia poprzedniego sezonu rzucił nas prosto wir wydarzeń. Po kolei więc:
Przemytnik, wilkor i kilku czarnych braci siedzi w pokoju z trupem. To po prostu musi być dobry wątek. I faktycznie był siłą napędową odcinka. To niby taki prosty sposób budowania napięcia, kilka osób zamkniętych w pomieszczeniu, kontra wrogowie czający się na zewnątrz. Ale bądźmy szczerzy, w narracji, oklepane metody zwykle są oklepane, bo działają. I tak jest tutaj, zwłaszcza z Davosem jako przywódcą. Mamy oczekiwanie na wsparcie Dzikich, pytanie co zrobi tytułowa Czerwona Kobieta (do niej jeszcze wrócimy) i przede wszystkim pytanie w jaki sposób wróci Jon. I może nasi bohaterowie o tym nie wiedzą, ale z punktu widzenia widzów, dosłownie są oni zamknięci w pokoju z największą zagadką sezonu.
Tymczasem w Dorne trwa spokojna rozmowa i... Co się dzieje?! Czy oni właśnie zabili księcia doktora Bashira? I jego ochroniarza? I jego syna? Czy on jest nowych Seanem Beanem? I tak właściwie, jak Obara i Nymeria dostały się na statek? Czy przypłynęły do Królewskiej Przystani innym statkiem? Ale jeśli tak, to czy Doran/Bashir nie zauważył ich zniknięcia? Ostatecznie sądząc po włosach Tyeny musiało minąć co najmniej kilka tygodni. Po raz kolejny brak synchronizacji czasowej tego serialu sprawia mi problemy. Tak czy inaczej, wątek Dorne właśnie stał się dużo bardziej pusty. Zgaduję, że to oznacza nową wojnę domową w Siedmiu Królestwach. I jak przy tym wątku jesteśmy, muszę przyznać, że robi mi się coraz bardziej żal Cersei. I jeszcze jej reakcja na śmierć córki. Żadnych krzyków i gróźb. Zaczęła nawet winić siebie i jakąś przepowiednię. I o ile się nie mylę, przez cały odcinek nie tknęła alkoholu... Ba, nie zrobiła tego co najmniej od połowy poprzedniego sezonu. Zaczynam się poważnie bać o jej stan psychiczny.
Tymczasem Daenerys zostaje na nowo zapoznana z kulturą Dothrakich. Temu serialowi zdecydowanie brakowało Dothrakich, mam wrażenie, że wszyscy którzy służyli khaleesi gdzieś zniknęli. Ale teraz mamy nowe osoby mówiące "It is known", więc wszystko wróciło na swoje miejsce. I chłopaki wnieśli potrzebną w tym odcinku dawkę humoru... Jak zwykle w przypadku hordy barbarzyńców. Ale naprawdę przez moment spodziewałem się, że ktoś powie:
What is best in life?
Crush your enemies. See them driven before you. Hear the lamentations of their women. It is known.
Z odrobinę innej beczki, można by pomyśleć, że Daenerys ze swoją wiedzą o kulturze dothrakich powinna wiedzieć, co się dzieje z wdowami po khalach. Na pewno wiedziała w książkach, bo ten motyw był kilka razy poruszany, jeszcze w pierwszym tomie.
I wreszcie ostatnia scena odcinka. Nasza ulubiona piromanka wkracza na scenę i momentalnie się rozbiera, ponieważ nie widzieliśmy jej nago od dobrych kilku odcinków, nie żebym narzekał ale... OH FUCK, CO TU ROBI ZGREDEK?!?!
Czy Melisandre była skrzatem domowym od samego początku? To tłumaczy tak wiele, na temat jej mocy i... Ahh, jest po prostu bardzo, bardzo ekstremalnie stara. To pewnie ma więcej sensu niż moje wyjaśnienie. Choć moje nadal jest lepsze. Ale to ciekawe, że zdecydowali się zakończyć odcinek odkryciem tej karty, która w sumie nic nie zmienia, ale nadal zostawiła nas w szoku. Ciekawe co Stannis by o tym powiedział... gdyby żył (ale mi wyszło piękne przejście, do następnego segmentu, aż sam muszę się pochwalić).
Another One Bites The Dust:
RIP (zaległe) Stannis Baratheon, Pierwszy tego Imienia, Prawowity Król Siedmiu Królestw. Kibicowałem mu przez większość wojny, aż do momentu, kiedy spalił własną córkę na stosie (tak, to jest ten punkt, w którym wyznaczam granicę). Był pozbawionym humoru, gramatyczny nazistą i to czyniło go przezabawnym. Nie interesowała go zabawa, przyjaźń czy opinia innych, jedynie prawo. Był porąbanym fanatykiem i w przerażający sposób, jednym z najlepszych kandydatów na króla, jakich miało Siedem Królestw w ostatnich latach. Mimo wszystko, będzie mi go brakować.
RIP połowa obsady Dorne, ledwo ich poznaliśmy i już zniknęli. A szkoda, bo naprawdę lubię Dorne, a zarówno serial, jak i książka tragicznie obcinają ten wątek.
Przemyślenia:
- Brienne już nie jest roninem.
- Czy Theon dźgną tego gościa przez tarczę na jego plecach? To nie mogła być zbyt dobra tarcza, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Theon ledwo trzymał się na nogach.
- Miło widzieć, jak bardzo Ramsey dba by psy miały co jeść, a ludzie myślą, że jest potworem.
- Arya zaczęła szkolenie na Daredevila, w następnym sezonie będzie pewnie walczyć z wojownikami ninja.
- Tyrion od początku wyglądał na takiego, co zjada dzieci.
- I co oni zrobią bez floty, przecież już prawie mieli wypływać... aha, no tak.
- Miło widzieć, że khal Drogo nadal ma szacun na dzielni.
- Po pierwszym odcinku Jon Snow nadal martwy.
I pomaga fakt, że to był najlepszy odcinek otwierający w historii tego serialu. Zwykle ten pierwszy odcinek czy dwa są powolnym ustawianiem sceny, przypominaniem gdzie jesteśmy i ustanawianiem, dokąd idziemy. Ale sposób zakończenia poprzedniego sezonu rzucił nas prosto wir wydarzeń. Po kolei więc:
Przemytnik, wilkor i kilku czarnych braci siedzi w pokoju z trupem. To po prostu musi być dobry wątek. I faktycznie był siłą napędową odcinka. To niby taki prosty sposób budowania napięcia, kilka osób zamkniętych w pomieszczeniu, kontra wrogowie czający się na zewnątrz. Ale bądźmy szczerzy, w narracji, oklepane metody zwykle są oklepane, bo działają. I tak jest tutaj, zwłaszcza z Davosem jako przywódcą. Mamy oczekiwanie na wsparcie Dzikich, pytanie co zrobi tytułowa Czerwona Kobieta (do niej jeszcze wrócimy) i przede wszystkim pytanie w jaki sposób wróci Jon. I może nasi bohaterowie o tym nie wiedzą, ale z punktu widzenia widzów, dosłownie są oni zamknięci w pokoju z największą zagadką sezonu.
Tymczasem w Dorne trwa spokojna rozmowa i... Co się dzieje?! Czy oni właśnie zabili księcia doktora Bashira? I jego ochroniarza? I jego syna? Czy on jest nowych Seanem Beanem? I tak właściwie, jak Obara i Nymeria dostały się na statek? Czy przypłynęły do Królewskiej Przystani innym statkiem? Ale jeśli tak, to czy Doran/Bashir nie zauważył ich zniknięcia? Ostatecznie sądząc po włosach Tyeny musiało minąć co najmniej kilka tygodni. Po raz kolejny brak synchronizacji czasowej tego serialu sprawia mi problemy. Tak czy inaczej, wątek Dorne właśnie stał się dużo bardziej pusty. Zgaduję, że to oznacza nową wojnę domową w Siedmiu Królestwach. I jak przy tym wątku jesteśmy, muszę przyznać, że robi mi się coraz bardziej żal Cersei. I jeszcze jej reakcja na śmierć córki. Żadnych krzyków i gróźb. Zaczęła nawet winić siebie i jakąś przepowiednię. I o ile się nie mylę, przez cały odcinek nie tknęła alkoholu... Ba, nie zrobiła tego co najmniej od połowy poprzedniego sezonu. Zaczynam się poważnie bać o jej stan psychiczny.
Tymczasem Daenerys zostaje na nowo zapoznana z kulturą Dothrakich. Temu serialowi zdecydowanie brakowało Dothrakich, mam wrażenie, że wszyscy którzy służyli khaleesi gdzieś zniknęli. Ale teraz mamy nowe osoby mówiące "It is known", więc wszystko wróciło na swoje miejsce. I chłopaki wnieśli potrzebną w tym odcinku dawkę humoru... Jak zwykle w przypadku hordy barbarzyńców. Ale naprawdę przez moment spodziewałem się, że ktoś powie:
What is best in life?
Crush your enemies. See them driven before you. Hear the lamentations of their women. It is known.
Z odrobinę innej beczki, można by pomyśleć, że Daenerys ze swoją wiedzą o kulturze dothrakich powinna wiedzieć, co się dzieje z wdowami po khalach. Na pewno wiedziała w książkach, bo ten motyw był kilka razy poruszany, jeszcze w pierwszym tomie.
I wreszcie ostatnia scena odcinka. Nasza ulubiona piromanka wkracza na scenę i momentalnie się rozbiera, ponieważ nie widzieliśmy jej nago od dobrych kilku odcinków, nie żebym narzekał ale... OH FUCK, CO TU ROBI ZGREDEK?!?!
Czy Melisandre była skrzatem domowym od samego początku? To tłumaczy tak wiele, na temat jej mocy i... Ahh, jest po prostu bardzo, bardzo ekstremalnie stara. To pewnie ma więcej sensu niż moje wyjaśnienie. Choć moje nadal jest lepsze. Ale to ciekawe, że zdecydowali się zakończyć odcinek odkryciem tej karty, która w sumie nic nie zmienia, ale nadal zostawiła nas w szoku. Ciekawe co Stannis by o tym powiedział... gdyby żył (ale mi wyszło piękne przejście, do następnego segmentu, aż sam muszę się pochwalić).
Another One Bites The Dust:
RIP (zaległe) Stannis Baratheon, Pierwszy tego Imienia, Prawowity Król Siedmiu Królestw. Kibicowałem mu przez większość wojny, aż do momentu, kiedy spalił własną córkę na stosie (tak, to jest ten punkt, w którym wyznaczam granicę). Był pozbawionym humoru, gramatyczny nazistą i to czyniło go przezabawnym. Nie interesowała go zabawa, przyjaźń czy opinia innych, jedynie prawo. Był porąbanym fanatykiem i w przerażający sposób, jednym z najlepszych kandydatów na króla, jakich miało Siedem Królestw w ostatnich latach. Mimo wszystko, będzie mi go brakować.
RIP połowa obsady Dorne, ledwo ich poznaliśmy i już zniknęli. A szkoda, bo naprawdę lubię Dorne, a zarówno serial, jak i książka tragicznie obcinają ten wątek.
Przemyślenia:
- Brienne już nie jest roninem.
- Czy Theon dźgną tego gościa przez tarczę na jego plecach? To nie mogła być zbyt dobra tarcza, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Theon ledwo trzymał się na nogach.
- Miło widzieć, jak bardzo Ramsey dba by psy miały co jeść, a ludzie myślą, że jest potworem.
- Arya zaczęła szkolenie na Daredevila, w następnym sezonie będzie pewnie walczyć z wojownikami ninja.
- Tyrion od początku wyglądał na takiego, co zjada dzieci.
- I co oni zrobią bez floty, przecież już prawie mieli wypływać... aha, no tak.
- Miło widzieć, że khal Drogo nadal ma szacun na dzielni.
- Po pierwszym odcinku Jon Snow nadal martwy.
środa, 6 kwietnia 2016
Marzec z serialami (Daredevil sezon 2)
Jestem w szoku, jak dobre stało się Gotham w tym sezonie. Prawie wszystko wychodzi im tak, jak powinno. Od Hugo Strange'a, poprzez zachowanie i przygody Bruce'a, totalnie Burtonowski wątek Pingwina, skończywszy na działaniach Nigmy. Jedyne co nie działa, to wątek Gordona w ostatnim odcinku. Najpierw udawane poronienie, później ucieczka z więzienia... czy ja nagle zacząłem oglądać Modę na Sukces? Ale to małe zastrzeżenie, do jednego wątku, który może jeszcze zaskoczy. Jeśli ktoś jeszcze się zastanawia, czy sięgnąć po ten serial, polecam zacząć od sezonu drugiego.
Zacznijmy od Agentki Carter, bo już zbyt długo odkładałem opis jej przygód. Ten sezon był całkowitym odwróceniem poprzedniego. Tam zaczęli świetnie i pod koniec obniżyli loty. Tutaj pierwsze odcinki niemal sprawiły, że sobie darowałem. Na szczęście z czasem robiło się lepiej i końcówka była całkiem udana. Choć nadal nie było to naprawdę dobre i to chyba trochę wina ilości odcinków. Niektóre wątki zdawały się wepchnięte całkowicie na siłę. Postacie zachowywały się, jak gdyby czytały scenariusz. Agentka Carter w jednym odcinku była tak ranna, że ledwo chodziła a w kolejnym już nic jej nie było (mimo, że minęło zaledwie kilka godzin). Postacie znikały z fabuły na całe odcinki, bez żadnego wyraźnego powodu. Całe społeczeństwo zdawało się zależnie od wymogów fabuły zapominać i przypominać sobie, że są lata czterdzieste i USA jest bardzo rasistowskim miejscem. I tak dalej i tym podobne. Niemniej, trzeba przyznać, że to co było dobre, było naprawdę dobre. Szczególnie Jarvis i Howard Stark. Ten serial tragicznie zaniedbywał tego drugiego. Nie powinno się zaniedbywać swojej najlepszej postaci. A jak przy tym jesteśmy.
Agents of SHIELD pozbyło się dwóch spośród swoich najlepszych postaci. Rozumiem, że oni byli tak popularni, że Marvel postanowił dać im osobny serial, ale to nadal głupie. I sposób w jaki to rozegrano, że niby widzowi powinno być smutno. To szpiedzy, którzy zostali złapani i zdołali odejść wolno. To powód do radości, a nie smutku. Niemniej, odnośnie reszty odcinków, były dobre. Powiem więcej, ostatnio wróciłem do komiksów o X-Men (po kilku latach przerwy) i po lekturze kilku numerów, muszę ze smutkiem stwierdzić, że AoS jest obecnie lepszym X-Men, niż faktyczne X-Men.
Flash i Arrow znów nie mieli za dużo odcinków, więc omówię je razem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że niewiele się wydarzyło. Flash pokonał kolejnego speedstera, odkrył prawdę (lub jakąś jej wersję) i znów podróżował w czasie. Tym razem bez żadnych konsekwencji, poza pojawieniem się Dementora. Prawdę powiedziawszy jego wizyta w Supergirl była ciekawsza. Tamten serial może jest okropny, ale przynajmniej sama wizyta Barrego była czymś lekkim i zabawnym.
Tymczasem Oliver jeszcze bardziej rozstał się z Felicity. A później walczył z armią robo-pszczół, co w sumie było zaskakująco fajne. I komentarze Curtisa przypomniały mi, jak niesamowite życie wiodą te postacie. To fajne, kiedy pojawia się ktoś, kto odrywa się od całego dramatyzmu, by zauważyć, że są superbohaterami i to coś wspaniałego. Ale nadal mam zerowe zainteresowanie retrospekcjami. Przez chwilę myślałem, że zrobią się ciekawe, ale jednak się myliłem.
Legends of Tomorrow pozostaje zaskakująco dobre. Oglądając dosłownie łapię się na tym, że myślę sobie, że nie powinienem się tak dobrze bawić. I faktycznie, muszę przyznać, że odcinek o temporalnych/kosmicznych piratach był trochę słabszy. Niemniej historia o potworach z asteroidy była ciekawą próbą połączenia dwóch originów Hawkgirl. Sprawiła też, że zdałem sobie sprawę, że w Arrowverse nie ma kosmitów. Za to jak się okazało w ostatnim odcinku, jest Talia al Ghul. To jest trochę dziwne, że nigdy jej nie spotkaliśmy. Z drugiej strony, jeśli w 1960 miała już kilka lat, to znaczy, że w pozostałych serialach jest w okolicach sześćdziesiątki. Być może żona Damiena Darhk'a. Choć w sumie ona jest zdecydowanie zbyt młoda. Chyba, że używała Jamy Łazarza, by się odmłodzić. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że ta postać jeszcze wróci w którejś z serii Arrowverse.
Daredevil sezon drugi wreszcie nadszedł i po raz kolejny potwierdził, że to najlepszy serial o superbohaterach, jaki istnieje. Zasadniczo, jeśli komuś podobał się pierwszy sezon, to ten jest mniej więcej tym samym, tylko lepszym. Postacie poboczne są mniej irytujące, fabuła bardziej skupiona, sceny akcji jeszcze lepsze. Do tego Punisher i Elektra są doskonali. Zwłaszcza Jon Bernthal był genialny jako Frank Castle, jego postać wciągała dużo bardziej, niż sam Daredevil. I z licznych "vs" między różnymi bohaterami, jakie dostaniemy w tym roku, to zapewne było najbardziej ideologicznie-merytoryczne. Mój jedyny zarzut dotyczy końcówki, za dużo ninja za mało sensownych wyjaśnień. Poza tym, ten sezon był naprawdę bliski doskonałości.
Zacznijmy od Agentki Carter, bo już zbyt długo odkładałem opis jej przygód. Ten sezon był całkowitym odwróceniem poprzedniego. Tam zaczęli świetnie i pod koniec obniżyli loty. Tutaj pierwsze odcinki niemal sprawiły, że sobie darowałem. Na szczęście z czasem robiło się lepiej i końcówka była całkiem udana. Choć nadal nie było to naprawdę dobre i to chyba trochę wina ilości odcinków. Niektóre wątki zdawały się wepchnięte całkowicie na siłę. Postacie zachowywały się, jak gdyby czytały scenariusz. Agentka Carter w jednym odcinku była tak ranna, że ledwo chodziła a w kolejnym już nic jej nie było (mimo, że minęło zaledwie kilka godzin). Postacie znikały z fabuły na całe odcinki, bez żadnego wyraźnego powodu. Całe społeczeństwo zdawało się zależnie od wymogów fabuły zapominać i przypominać sobie, że są lata czterdzieste i USA jest bardzo rasistowskim miejscem. I tak dalej i tym podobne. Niemniej, trzeba przyznać, że to co było dobre, było naprawdę dobre. Szczególnie Jarvis i Howard Stark. Ten serial tragicznie zaniedbywał tego drugiego. Nie powinno się zaniedbywać swojej najlepszej postaci. A jak przy tym jesteśmy.
Agents of SHIELD pozbyło się dwóch spośród swoich najlepszych postaci. Rozumiem, że oni byli tak popularni, że Marvel postanowił dać im osobny serial, ale to nadal głupie. I sposób w jaki to rozegrano, że niby widzowi powinno być smutno. To szpiedzy, którzy zostali złapani i zdołali odejść wolno. To powód do radości, a nie smutku. Niemniej, odnośnie reszty odcinków, były dobre. Powiem więcej, ostatnio wróciłem do komiksów o X-Men (po kilku latach przerwy) i po lekturze kilku numerów, muszę ze smutkiem stwierdzić, że AoS jest obecnie lepszym X-Men, niż faktyczne X-Men.
Flash i Arrow znów nie mieli za dużo odcinków, więc omówię je razem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że niewiele się wydarzyło. Flash pokonał kolejnego speedstera, odkrył prawdę (lub jakąś jej wersję) i znów podróżował w czasie. Tym razem bez żadnych konsekwencji, poza pojawieniem się Dementora. Prawdę powiedziawszy jego wizyta w Supergirl była ciekawsza. Tamten serial może jest okropny, ale przynajmniej sama wizyta Barrego była czymś lekkim i zabawnym.
Tymczasem Oliver jeszcze bardziej rozstał się z Felicity. A później walczył z armią robo-pszczół, co w sumie było zaskakująco fajne. I komentarze Curtisa przypomniały mi, jak niesamowite życie wiodą te postacie. To fajne, kiedy pojawia się ktoś, kto odrywa się od całego dramatyzmu, by zauważyć, że są superbohaterami i to coś wspaniałego. Ale nadal mam zerowe zainteresowanie retrospekcjami. Przez chwilę myślałem, że zrobią się ciekawe, ale jednak się myliłem.
Legends of Tomorrow pozostaje zaskakująco dobre. Oglądając dosłownie łapię się na tym, że myślę sobie, że nie powinienem się tak dobrze bawić. I faktycznie, muszę przyznać, że odcinek o temporalnych/kosmicznych piratach był trochę słabszy. Niemniej historia o potworach z asteroidy była ciekawą próbą połączenia dwóch originów Hawkgirl. Sprawiła też, że zdałem sobie sprawę, że w Arrowverse nie ma kosmitów. Za to jak się okazało w ostatnim odcinku, jest Talia al Ghul. To jest trochę dziwne, że nigdy jej nie spotkaliśmy. Z drugiej strony, jeśli w 1960 miała już kilka lat, to znaczy, że w pozostałych serialach jest w okolicach sześćdziesiątki. Być może żona Damiena Darhk'a. Choć w sumie ona jest zdecydowanie zbyt młoda. Chyba, że używała Jamy Łazarza, by się odmłodzić. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że ta postać jeszcze wróci w którejś z serii Arrowverse.
Daredevil sezon drugi wreszcie nadszedł i po raz kolejny potwierdził, że to najlepszy serial o superbohaterach, jaki istnieje. Zasadniczo, jeśli komuś podobał się pierwszy sezon, to ten jest mniej więcej tym samym, tylko lepszym. Postacie poboczne są mniej irytujące, fabuła bardziej skupiona, sceny akcji jeszcze lepsze. Do tego Punisher i Elektra są doskonali. Zwłaszcza Jon Bernthal był genialny jako Frank Castle, jego postać wciągała dużo bardziej, niż sam Daredevil. I z licznych "vs" między różnymi bohaterami, jakie dostaniemy w tym roku, to zapewne było najbardziej ideologicznie-merytoryczne. Mój jedyny zarzut dotyczy końcówki, za dużo ninja za mało sensownych wyjaśnień. Poza tym, ten sezon był naprawdę bliski doskonałości.
czwartek, 3 marca 2016
Luty z serialami (The Expanse)
DC Legends of Tomrrow całkowicie mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się
wiele po tym serialu, a tymczasem szybko stał się moim ulubieńcem pośród
serii DC. Poczucie humoru jest celne, postacie świetnie działają jako
drużyna, sceny akcji są zaskakująco kompetentne jak na budżet tv
(zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak dużo scen walki grupowej tu mamy) i
fabuła trzyma całkiem przyjemny poziom. Oczywiście są rzeczy których
można się czepiać, jak np. fakt że na statku pracującego samotnie Ripa
jest dokładnie osiem foteli. Czy całkowicie idiotyczne wyjaśnienia tego,
jak działa czas i jego zmienianie. Ale w dalszym ciągu, to historia o
podróżach w czasie z bandą drugorzędnych postaci w głównych rolach. Samo
to zdanie sprawia, że instynktownie wiem, że powinienem nie znosić tej
serii, a tym czasem nie mogę się doczekać na kolejny odcinek. Dziwne. I w
dziwaczny sposób, Snart stał się moją ulubioną postacią w Arrowverse.
Kapitan Chłód... Kto by pomyślał.
Flash wreszcie przypomniał sobie o fabule. Muszę przyznać, że Ziemia 2 wyglądała naprawdę świetnie, miło było też zobaczyć King Sharka w lepszej roli. Niemniej jest jedna kwestia: Iris West jest najgorszym detektywem w historii detektywowania. Jej mąż nagle staje się permanentnie zaskoczony wszystkim dookoła i reagują na niego wykrywacze meta ludzi. Można by pomyśleć, że to powód do zmartwienia. Przyzwoity detektyw mógłby nawet założyć, że jest zmiennokształtnym, lub coś w tym stylu. Nie Iris. Ale to dało mi do myślenia. Może popełniam błąd zakładając, że ten świat kieruje się tymi samymi zasadami co nasz. Może prawa fizyki, psychologii i kultury w świecie Flasha i Arrowa są po prostu inne. Ludzie są przyzwyczajeni do wygłaszania ekspozycji i tłumaczenie wszystkiego, wszystkim po kilka razy, bo tak działa ich kultura. Może nie ma znaczenia jak jesteś szybki, ani ilu policjantów otacza miejsce akcji, kiedy przestępca wyjdzie z kadru, nie można go dogonić, bo tak działają prawa fizyki. Myślę, że podobne podejście, może uczynić ten serial dużo przyjemniejszym i skasować wiele zarzutów które miałem przez ostatnie miesiące. I obstawiam, że człowiekiem w żelaznej masce jest Wally West z Ziemi 2.
Arrow tymczasem wywołuje u mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony Vixen i postęp w walce z Darhkem, z drugiej ten idiotyczny wątek paraliżu, który magicznie wyleczył się po zaledwie kilku odcinkach. I jeszcze ta scena w której Felicity po prostu wstaje i wychodzi. Mięśnie jej nóg nie były używane od tygodni, nie ma szans, żeby po prostu wyszła. Choć z drugiej strony, jeśli prawa fizyki są inne, może podobnie jest z biologią. Wątek walki o władzę w Lidze był fajny, zawsze fajnie zobaczyć więcej Nyssy. Z drugiej strony, wątek Kalkulatora był durny (i zgadzam się, czarne charaktery nie powinny same wymyślać sobie imion). Retrospekcje były początkowo nadal nudne, ale pod koniec miesiąca, po raz pierwszy od dobrych dwóch sezonów, zrobiły się ciekawe. Jak mówię, całkowicie mieszana paczka.
Minęło dużo czasu, odkąd zdarzyło mi się oglądać dobry serial sf osadzony w kosmosie. I dokładnie tyle samo, odkąd zdarzyło mi się oglądać dobry serial stacji Syfy. Konkretnie mówiąc, był 2009 rok, kiedy Battlestar Galactica wyemitowała swój ostatni odcinek. Na szczęście po latach, Syfy wreszcie zdało sobie sprawę, że najlepiej wychodzą im poważne, mroczne historie o moralnie niejednoznacznych postaciach, przemierzających kosmos na pokładach klaustrofobicznie źle oświetlonych statków. I tak otrzymaliśmy The Expanse.
Serial zabiera nas 200 lat w przyszłość, do świata w którym ludzkość opuściła bezpieczne schronienie ziemi i wyruszyła w kosmos. Choć nie daleko w kosmos, gdyż twórcy postanowili skupić się bardziej na science, niż fiction. Co za tym idzie, nie ma tu napędu nadświetlngo, a ludzkoś nigdy nie wydostała się poza nasz układ słoneczny. Nie ma również kosmitów. Jedynie my, nasza okolica i pustka kosmosu. W tym świecie znajdują się trzy główne siły: stara Ziemia kierowana przez ONZ, skonfliktowany z nią Mars i wreszcie Pas asteroid pomiędzy Marsem a Jupiterem. I właśnie Pas jest tu centralnym punktem fabuły. Bogaty w minerały, ale całkowicie zależny od pozostałych potęg w kwestii wod i jedzenia, Pas jest niczym nowoczesna wersja kolonialnych terenów z XIX w. Podległy, zamieszkany przez obywateli drugiej kategorii, kontrolowany przez korporacje i gotowy eksplodować rewolucją.
Sama seria kręci się wokół trzech punktów widzenia. Po pierwsze mamy Joe Millera, agenta ochrony (czyli korporacyjnego detektywa policji) w koloni na asteroidzie Ceres, który po godzinach bada sprawę zaginięcia pewnej kobiety. Po drugie Chrisjen Avasarala, wpływowa podsekretarz ONZ, która wpada na trop spisku mającego pchnąć układ słoneczny w chaos. I wreszcie James Holden, członek załogi frachtowca zbierającego lód w Pasie, który trafia na sygnał ratunkowy z zagubionego statku. Wszystkie te wątki biegną równolegle, regularnie się przeplatając i powoli odsłaniając obraz wielkiego spisku sięgającego szczytów władzy politycznej i korporacyjnej.
Serial oparty na serii książek, zawiera coś dla każdego. Mamy tu intrygi, historie kryminalne, tajemnice, bitwy kosmiczne, ciekawe postacie i zaskakująco dużo momentów przypominających, że w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Ogólnie, pełny zestaw dla każdego fana sf, czy po prostu dobrej telewizji. Jedyny minus to fakt, że na kolejny sezon przyjdzie nam czekać aż do 2017 roku.
Flash wreszcie przypomniał sobie o fabule. Muszę przyznać, że Ziemia 2 wyglądała naprawdę świetnie, miło było też zobaczyć King Sharka w lepszej roli. Niemniej jest jedna kwestia: Iris West jest najgorszym detektywem w historii detektywowania. Jej mąż nagle staje się permanentnie zaskoczony wszystkim dookoła i reagują na niego wykrywacze meta ludzi. Można by pomyśleć, że to powód do zmartwienia. Przyzwoity detektyw mógłby nawet założyć, że jest zmiennokształtnym, lub coś w tym stylu. Nie Iris. Ale to dało mi do myślenia. Może popełniam błąd zakładając, że ten świat kieruje się tymi samymi zasadami co nasz. Może prawa fizyki, psychologii i kultury w świecie Flasha i Arrowa są po prostu inne. Ludzie są przyzwyczajeni do wygłaszania ekspozycji i tłumaczenie wszystkiego, wszystkim po kilka razy, bo tak działa ich kultura. Może nie ma znaczenia jak jesteś szybki, ani ilu policjantów otacza miejsce akcji, kiedy przestępca wyjdzie z kadru, nie można go dogonić, bo tak działają prawa fizyki. Myślę, że podobne podejście, może uczynić ten serial dużo przyjemniejszym i skasować wiele zarzutów które miałem przez ostatnie miesiące. I obstawiam, że człowiekiem w żelaznej masce jest Wally West z Ziemi 2.
Arrow tymczasem wywołuje u mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony Vixen i postęp w walce z Darhkem, z drugiej ten idiotyczny wątek paraliżu, który magicznie wyleczył się po zaledwie kilku odcinkach. I jeszcze ta scena w której Felicity po prostu wstaje i wychodzi. Mięśnie jej nóg nie były używane od tygodni, nie ma szans, żeby po prostu wyszła. Choć z drugiej strony, jeśli prawa fizyki są inne, może podobnie jest z biologią. Wątek walki o władzę w Lidze był fajny, zawsze fajnie zobaczyć więcej Nyssy. Z drugiej strony, wątek Kalkulatora był durny (i zgadzam się, czarne charaktery nie powinny same wymyślać sobie imion). Retrospekcje były początkowo nadal nudne, ale pod koniec miesiąca, po raz pierwszy od dobrych dwóch sezonów, zrobiły się ciekawe. Jak mówię, całkowicie mieszana paczka.
Minęło dużo czasu, odkąd zdarzyło mi się oglądać dobry serial sf osadzony w kosmosie. I dokładnie tyle samo, odkąd zdarzyło mi się oglądać dobry serial stacji Syfy. Konkretnie mówiąc, był 2009 rok, kiedy Battlestar Galactica wyemitowała swój ostatni odcinek. Na szczęście po latach, Syfy wreszcie zdało sobie sprawę, że najlepiej wychodzą im poważne, mroczne historie o moralnie niejednoznacznych postaciach, przemierzających kosmos na pokładach klaustrofobicznie źle oświetlonych statków. I tak otrzymaliśmy The Expanse.
Serial zabiera nas 200 lat w przyszłość, do świata w którym ludzkość opuściła bezpieczne schronienie ziemi i wyruszyła w kosmos. Choć nie daleko w kosmos, gdyż twórcy postanowili skupić się bardziej na science, niż fiction. Co za tym idzie, nie ma tu napędu nadświetlngo, a ludzkoś nigdy nie wydostała się poza nasz układ słoneczny. Nie ma również kosmitów. Jedynie my, nasza okolica i pustka kosmosu. W tym świecie znajdują się trzy główne siły: stara Ziemia kierowana przez ONZ, skonfliktowany z nią Mars i wreszcie Pas asteroid pomiędzy Marsem a Jupiterem. I właśnie Pas jest tu centralnym punktem fabuły. Bogaty w minerały, ale całkowicie zależny od pozostałych potęg w kwestii wod i jedzenia, Pas jest niczym nowoczesna wersja kolonialnych terenów z XIX w. Podległy, zamieszkany przez obywateli drugiej kategorii, kontrolowany przez korporacje i gotowy eksplodować rewolucją.Sama seria kręci się wokół trzech punktów widzenia. Po pierwsze mamy Joe Millera, agenta ochrony (czyli korporacyjnego detektywa policji) w koloni na asteroidzie Ceres, który po godzinach bada sprawę zaginięcia pewnej kobiety. Po drugie Chrisjen Avasarala, wpływowa podsekretarz ONZ, która wpada na trop spisku mającego pchnąć układ słoneczny w chaos. I wreszcie James Holden, członek załogi frachtowca zbierającego lód w Pasie, który trafia na sygnał ratunkowy z zagubionego statku. Wszystkie te wątki biegną równolegle, regularnie się przeplatając i powoli odsłaniając obraz wielkiego spisku sięgającego szczytów władzy politycznej i korporacyjnej.
Serial oparty na serii książek, zawiera coś dla każdego. Mamy tu intrygi, historie kryminalne, tajemnice, bitwy kosmiczne, ciekawe postacie i zaskakująco dużo momentów przypominających, że w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Ogólnie, pełny zestaw dla każdego fana sf, czy po prostu dobrej telewizji. Jedyny minus to fakt, że na kolejny sezon przyjdzie nam czekać aż do 2017 roku.
poniedziałek, 8 lutego 2016
Styczeń z serialami (Jonathan Strange & Mr Norrell)
Styczeń nie był szczególnie porywającym miesiącem, jeśli chodzi o seriale. Wprawdzie doczekaliśmy się kilku premier, ale osobiście wolę poczekać z ocenami, aż zobaczymy coś więcej. Dlatego powiem tylko, że pierwsze odcinki DC Legends of Tomorrow zdecydowanie przypadły mi do gustu. Jak na budżet tv odwalili kawał naprawdę świetnej roboty i wygląda na to, że ten serial będzie po prostu sporą frajdą do oglądania. Zerknąłem też na Lucifera i choć sam główny bohater jest genialny, to klasyczne podejście "zabójstwa tygodnia" mocno szkodzi temu serialowi. Podobnie fakt, że jest to "standardowa" tv, a nie Showtime czy HBO. Historia o władcy piekieł robiącym sobie wakacje w LA powinna zawierać znacząco więcej dojrzałych treści. Ogólnie olbrzymie marnotrawstwo potencjału.
I wreszcie przyjrzałem się Supergirl i mam bardzo mieszane uczucia. Obecność Martian Manhuntera pomaga, ale w dalszym ciągu, większość odcinków po kilku minutach nudziła mnie na tyle, by przeskoczyć do kolejnego. W całości obejrzałem może trzy. Ogólnie, raczej nie polecam, chyba, że kogoś akurat boli głowa i chce bezmyślnie pogapić się w monitor. Do tego serial nadaje się świetnie. Niemniej wspominam o tym, ponieważ wiemy już oficjalnie, że Supergirl spotka niedługo Flasha (przypuszczalnie podczas podróży na inną ziemię), tym samym serial dołączy do Arrowverse. I tu muszę przyznać, że sposób w jaki DC łączy swoje seriale jest dużo lepszy, niż ten Marvela. Tam może są w tym samym świcie, ale nic z tego nie wynika, Luke Cage i agenci SHIELD pewnie nigdy się nie spotkają. W DC faktycznie czuć, że to jeden świat, a teraz po dodaniu Multiwersum, Supergirl może sobie istnieć osobno i przeżywać własne przygody i tylko raz na jakiś czas łączyć siły z innymi postaciami. To dużo bardziej komiksowe podejście i podoba mi się. Co więcej, to oznacza, że filmy też mogą istnieć w tym Multiwersum i równocześnie nie utrudniać pracy twórcom seriali.
Ostatecznie więc wychodzi, że na placu boju w styczniu zostały tylko Flash i Arrow. Obydwa zaliczyły tylko dwa odcinki, więc znów potraktuję je w jednym akapicie.
Flash miał ciekawy odcinek z Żółwiem i idiotycznie wtórny i pozbawiony znaczenia odcinek z Reverse Flashem. Wiem, że jesteśmy w połowie sezonu i przyszedł czas na kilka odcinków zapychaczy, zanim fabuła przyśpieszy pod koniec, ale są pewne granice. Co gorsza, to przypomniało mi, jak kilka miesięcy temu Zoom skopał Barrego i zabrał go na wycieczkę, by pokazać swoje zwycięstwo całemu miastu. To było ekscytujące... Co się stało z tym wątkiem? Bo mam wrażenie, że Zoom nagle przypomniał sobie, że jeszcze ponad pół sezonu przed nimi i wrócił do swojej jaskini, czekać, aż fabuła znów go wezwie. To jak Thanos i jego krzesło: "Czy to już? Avengers 3? Mogę wstać i coś zrobić? Co, to dopiero Avengers 2... No dobra, to jeszcze tu posiedzę. Ale powiem coś fajnego, żeby wyglądało, że już prawie wstałem".
W Arrow działo się znacznie więcej. Dostaliśmy Oracle... znaczy, Overwatch. Swoją drogą, ciekawi mnie fakt, że Oliver zażartował, że Oracle było zajęte. To oczywiste mrugnięcie do fanów, bo np. ja jak tylko zobaczyłem wózek inwalidzki, od razu krzyknąłem Oracle (w myślach, tak naprawdę nie krzyczę na ekran... naprawdę). Ale jednak zacząłem się zastanawiać, czy to nie był komentarz twórców. Bo wracam myślami do tej sceny z trailera BvS, w której Bruce mówi, że wszyscy dobrzy w Gotham odeszli. Oczywiście wszyscy pomyśleliśmy o Jasonie Toddzie, bo jego kostium wisiał w gablocie. Ale ma sens, że Dick został Nightwingiem i wyjechał, a Batgirl oberwała kulkę i wylądowała na wózku inwalidzkim. Niemniej to zupełnie nie w temacie Arrowa, więc już skończę tą dygresję. I powiem, że Arrow w tym sezonie trzyma poziom. Choć nawet na sekundę nie uwierzyłem, że Waller nie żyje, ale to już nie do końca wina serialu. Choć to i tak nie jest prawdziwa Waller. I oficjalnie nie jestem zainteresowany tym, kto jest w grobie. Zwłaszcza, że nie jestem pewny, czy sami twórcy to wiedzą.
A teraz serial tego miesiąca i mam tu coś mniej znanego, ale naprawdę świetnego. Jonathan Strange & Mr Norrell to siedmioodcinkowa mini-seria produkcji BBC, która opisuje historię dwóch magów, próbujących odbudować angielską magię w epoce wojen napoleońskich.
Serial jest naprawdę świetny, przedstawiając swoją historię w stylu, który przywodzi na myśl filmy o Harrym Potterze zmieszane z Piekłem Pocztowym i Labiryntem. Magia jest tu mistyczna i często nieprzewidywalna, postacie i wydarzenia historyczne przeplatają się z fikcyjnymi, fabuła idzie naprzód pewnym krokiem, ale nie spiesząc się, do tego kolekcja barwnych i ciekawych postaci pobocznych czyni oglądanie tego serialu prawdziwą przyjemnością. Sama fabuła również trzyma poziom, rozciągając się na kilka lat i w świetny sposób grając standardowymi zdawałoby się elementami, jak przepowiednie, elfy, magowie bojowi itp.
No i wreszcie mamy samych tytułowych bohaterów. Norrella jako zakopanego w książkach introwertyka, który stara się przywrócić magi należne miejsce poprzez odrzucenie starych przesądów i bardziej nowoczesne, intelektualne, niemal naukowe podejście do tematu. I Strangea jako ekstrawertyka z naturalnym talentem do magii i zjednywania sobie ludzi, który skłania się bardziej do dawnych, mistycznych metod legendarnego Króla Kruków. Każdy, kto grał w D&D od razu rozpozna w tym dwa główne archetypy magów w tym systemie. Do tego, ten konflikt podejść czyni ich świetnymi przyjaciółmi/rywalami. Do tego dochodzą jeszcze manipulacje pewnego elfa wyglądającego trochę jak David Bowie w Labiryncie.
Podsumowując, po raz kolejny polecam serial każdemu, kto w jakimkolwiek stopniu lubi podobne klimaty. I pamiętajcie, elfy to straszne dupki.
I wreszcie przyjrzałem się Supergirl i mam bardzo mieszane uczucia. Obecność Martian Manhuntera pomaga, ale w dalszym ciągu, większość odcinków po kilku minutach nudziła mnie na tyle, by przeskoczyć do kolejnego. W całości obejrzałem może trzy. Ogólnie, raczej nie polecam, chyba, że kogoś akurat boli głowa i chce bezmyślnie pogapić się w monitor. Do tego serial nadaje się świetnie. Niemniej wspominam o tym, ponieważ wiemy już oficjalnie, że Supergirl spotka niedługo Flasha (przypuszczalnie podczas podróży na inną ziemię), tym samym serial dołączy do Arrowverse. I tu muszę przyznać, że sposób w jaki DC łączy swoje seriale jest dużo lepszy, niż ten Marvela. Tam może są w tym samym świcie, ale nic z tego nie wynika, Luke Cage i agenci SHIELD pewnie nigdy się nie spotkają. W DC faktycznie czuć, że to jeden świat, a teraz po dodaniu Multiwersum, Supergirl może sobie istnieć osobno i przeżywać własne przygody i tylko raz na jakiś czas łączyć siły z innymi postaciami. To dużo bardziej komiksowe podejście i podoba mi się. Co więcej, to oznacza, że filmy też mogą istnieć w tym Multiwersum i równocześnie nie utrudniać pracy twórcom seriali.
Ostatecznie więc wychodzi, że na placu boju w styczniu zostały tylko Flash i Arrow. Obydwa zaliczyły tylko dwa odcinki, więc znów potraktuję je w jednym akapicie.
Flash miał ciekawy odcinek z Żółwiem i idiotycznie wtórny i pozbawiony znaczenia odcinek z Reverse Flashem. Wiem, że jesteśmy w połowie sezonu i przyszedł czas na kilka odcinków zapychaczy, zanim fabuła przyśpieszy pod koniec, ale są pewne granice. Co gorsza, to przypomniało mi, jak kilka miesięcy temu Zoom skopał Barrego i zabrał go na wycieczkę, by pokazać swoje zwycięstwo całemu miastu. To było ekscytujące... Co się stało z tym wątkiem? Bo mam wrażenie, że Zoom nagle przypomniał sobie, że jeszcze ponad pół sezonu przed nimi i wrócił do swojej jaskini, czekać, aż fabuła znów go wezwie. To jak Thanos i jego krzesło: "Czy to już? Avengers 3? Mogę wstać i coś zrobić? Co, to dopiero Avengers 2... No dobra, to jeszcze tu posiedzę. Ale powiem coś fajnego, żeby wyglądało, że już prawie wstałem".
W Arrow działo się znacznie więcej. Dostaliśmy Oracle... znaczy, Overwatch. Swoją drogą, ciekawi mnie fakt, że Oliver zażartował, że Oracle było zajęte. To oczywiste mrugnięcie do fanów, bo np. ja jak tylko zobaczyłem wózek inwalidzki, od razu krzyknąłem Oracle (w myślach, tak naprawdę nie krzyczę na ekran... naprawdę). Ale jednak zacząłem się zastanawiać, czy to nie był komentarz twórców. Bo wracam myślami do tej sceny z trailera BvS, w której Bruce mówi, że wszyscy dobrzy w Gotham odeszli. Oczywiście wszyscy pomyśleliśmy o Jasonie Toddzie, bo jego kostium wisiał w gablocie. Ale ma sens, że Dick został Nightwingiem i wyjechał, a Batgirl oberwała kulkę i wylądowała na wózku inwalidzkim. Niemniej to zupełnie nie w temacie Arrowa, więc już skończę tą dygresję. I powiem, że Arrow w tym sezonie trzyma poziom. Choć nawet na sekundę nie uwierzyłem, że Waller nie żyje, ale to już nie do końca wina serialu. Choć to i tak nie jest prawdziwa Waller. I oficjalnie nie jestem zainteresowany tym, kto jest w grobie. Zwłaszcza, że nie jestem pewny, czy sami twórcy to wiedzą.
Serial jest naprawdę świetny, przedstawiając swoją historię w stylu, który przywodzi na myśl filmy o Harrym Potterze zmieszane z Piekłem Pocztowym i Labiryntem. Magia jest tu mistyczna i często nieprzewidywalna, postacie i wydarzenia historyczne przeplatają się z fikcyjnymi, fabuła idzie naprzód pewnym krokiem, ale nie spiesząc się, do tego kolekcja barwnych i ciekawych postaci pobocznych czyni oglądanie tego serialu prawdziwą przyjemnością. Sama fabuła również trzyma poziom, rozciągając się na kilka lat i w świetny sposób grając standardowymi zdawałoby się elementami, jak przepowiednie, elfy, magowie bojowi itp.
No i wreszcie mamy samych tytułowych bohaterów. Norrella jako zakopanego w książkach introwertyka, który stara się przywrócić magi należne miejsce poprzez odrzucenie starych przesądów i bardziej nowoczesne, intelektualne, niemal naukowe podejście do tematu. I Strangea jako ekstrawertyka z naturalnym talentem do magii i zjednywania sobie ludzi, który skłania się bardziej do dawnych, mistycznych metod legendarnego Króla Kruków. Każdy, kto grał w D&D od razu rozpozna w tym dwa główne archetypy magów w tym systemie. Do tego, ten konflikt podejść czyni ich świetnymi przyjaciółmi/rywalami. Do tego dochodzą jeszcze manipulacje pewnego elfa wyglądającego trochę jak David Bowie w Labiryncie.
Podsumowując, po raz kolejny polecam serial każdemu, kto w jakimkolwiek stopniu lubi podobne klimaty. I pamiętajcie, elfy to straszne dupki.
niedziela, 3 stycznia 2016
Grudzień z serialami (Dr Who s9)
I oto dotarliśmy do końca roku. Oczywiście święta wiązały się ze skróconymi sezonami dla większości seriali i oczywiście, mimo to, ja nadal nie zdołałem wstawić tego posta w 2015. Niemniej teraz tu jest, z podsumowaniem naszych czterech stałych serii i do tego jeszcze nowym sezonem Doctora Who.
Gotham w tym miesiącu miało tylko jeden odcinek (właściwie, to miało go już w zeszłym miesiącu, ale po tym, jak już napisałem posta, więc będę udawał, że to było w tym), ale za to jaki. Najlepsza drużyna jakiej kiedykolwiek przyszło ratować Bruca Wayne'a dała niezły pokaz. I ogólnie myślę, że było to doskonałe podsumowanie tego sezonu. Nie doskonały, ale zdecydowanie dobry. Powiedziałbym wręcz, że najlepszy z tych czterech, które opisuję co miesiąc. Bruce wreszcie zachowuje się tak jak powinien i faktycznie widzimy, jak trudno jest Gordonowi utrzymać się po właściwej stronie i nie łamać własnych zasad. Czyli ta seria wreszcie osiąga to, co sobie założyła. Gotham od początku miało duży potencjał i po bardzo chwiejnym pierwszym sezonie, nareszcie go osiągnęło. Byle tak dalej, zwłaszcza, że na ciąg dalszy przyjdzie nam poczekać aż do końca lutego.
Flash i Arrow tym razem opiszę w jednym akapicie, bo te dwa seriale w tym miesiącu były zasadniczo jednym. I tu zacznę od wyjaśnienia pewnej kwestii. Łatwo jest spojrzeć na Daredevila i powiedzieć, że Arrow jest słabym serialem. Ale należy tu pamiętać, że takie seriale jak DD czy Jessica Jones mają znacząco większy budżet na odcinek, niż Flash czy Arrow. To trochę jak porównywanie Kroniki z Avengers. Co za tym idzie, oceniam te seriale w trochę innej skali, jako to, czym są. Oczywiście z powodu ograniczeń czasowych i finansowych, obydwie serie idą na skróty. I tak mógłbym się nabijać z tego, że Vandal Savage po prostu znika ze sceny w kawiarni, jakby po przybyciu Flasha wszyscy zapomnieli o psychopacie z nożami. Czy fakt, że przez sporą część pierwszego odcinka, Vandal faktycznie był nieśmiertelnym psychopatą z nożami, którego można było po prostu zamknąć w jednej z super cel w Guantanamo Flash. I jest tego jeszcze sporo, ale w ostatecznym rozrachunku, mam wrażenie, że to rozdrabnianie się. Ponieważ, biorąc poprawkę na standardy telewizyjne, to nadal była najbardziej widowiskowa historia o superbohaterach, jaką do tej pory było nam dane zobaczyć. Do tego już w osobnych odcinkach dostaliśmy jak zwykle świetnego Marka Hamila, wreszcie pojawił się Wally West i w życiu Ollego zaszła dramatyczna zmiana. Wszystko to uczyniło grudzień dobrym miesiącem, dla seriali DC.
Agents of SHIELD również dobili do końca pierwszej połowy sezonu i teraz na jakiś czas ustąpią miejsca Agentce Carter. Osobiście miałem wrażenie, że wiele elementów tego finału toczyło się trochę zbyt szybko, niemniej całościowo byłem zadowolony. Wątek portalu doszedł do końca, najważniejsze elementy posprzątano i całość zapowiada ciekawą drugą połowę. I nawet znaleźli sposób, by utrzymać Granta jako istotną postać. Choć zastanawia mnie jedna rzecz... jeśli ten nowy wróg jest tak potężny, że Hydra istnieje tylko po to, by go ściągnąć i wiemy, że potrafi niszczyć całe cywilizacje, to czemu ktoś nie wezwie Avengersów? Jasne, może to kwestia Wojny Domowej, lub coś w tym stylu, ale bądźmy szczerzy, wszyscy zadajemy sobie to pytanie w większości solowych filmów, a co dopiero tutaj. Niemniej poza tym, naprawdę nie mogę się doczekać na ciąg dalszy.
Doctor Who zaliczył w tym roku wyjątkowo nierówny sezon. Z jednej strony Sleep No More, które było jednym z najsłabszych odcinków w historii tej serii i pierwszym, który faktycznie przerwałem w połowie, bo całkowicie mnie znudził. Z drugiej strony Heaven Sent to jeden z najlepszych odcinków serii. Co jest niezwykłe, zwłaszcza, że to dosłownie teatr jednego aktora, a ja zwykle nie lubię tego typu odcinków. I taki był dla mnie cały ten sezon, z jednej strony świetna opowieść o Zygonach z drugiej oklepana i nudna historyjka o duchach w podwodnej bazie. Niemniej ostatecznie, było zdecydowanie więcej dobrego, niż złego. Szczególnie powrót Missy i historia Ashildry z jak zawsze świetną Maisie Williams. Oczywiście muszę tu też wspomnieć o zakończeniu. Usłyszałem kilka opinii, że było trochę rozczarowujące. Prawdę powiedziawszy, nie dla mnie. Było małe, bardziej osobiste i emocjonalne, ale według mnie, nadal bardzo dobre. I mimo, że jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do Clary, to muszę przyznać, że chętnie obejrzałbym spin-off o T.A.R.D.I.S. Diner.
Że nie wspomnę o świątecznym odcinku z River. Choć nadal żałuję, że Moffat porzucił wątek przeciwstawnych linii czasowych. O ile ciekawsza byłaby historia, w której Doctor spotyka Dr Song po raz ostatni, a ona nie wie jeszcze kim on jest. Niemniej, pomijając ten element, to było świetne pożegnanie z jej postacią. To też chyba oznacza, że Moffat ostatecznie wytarł tablicę, teraz czas na nową towarzyszkę i całkowicie nowe wątki.
To tyle jeśli chodzi o grudzień, i o cały 2015. Serialowo, to był naprawdę świetny rok, wystarczy wspomnieć Sense8, Narcos, Jessicę Jones, Daredevila i multum innych seriali. Miejmy nadzieję, że 2016 utrzyma poziom.
Gotham w tym miesiącu miało tylko jeden odcinek (właściwie, to miało go już w zeszłym miesiącu, ale po tym, jak już napisałem posta, więc będę udawał, że to było w tym), ale za to jaki. Najlepsza drużyna jakiej kiedykolwiek przyszło ratować Bruca Wayne'a dała niezły pokaz. I ogólnie myślę, że było to doskonałe podsumowanie tego sezonu. Nie doskonały, ale zdecydowanie dobry. Powiedziałbym wręcz, że najlepszy z tych czterech, które opisuję co miesiąc. Bruce wreszcie zachowuje się tak jak powinien i faktycznie widzimy, jak trudno jest Gordonowi utrzymać się po właściwej stronie i nie łamać własnych zasad. Czyli ta seria wreszcie osiąga to, co sobie założyła. Gotham od początku miało duży potencjał i po bardzo chwiejnym pierwszym sezonie, nareszcie go osiągnęło. Byle tak dalej, zwłaszcza, że na ciąg dalszy przyjdzie nam poczekać aż do końca lutego.
Flash i Arrow tym razem opiszę w jednym akapicie, bo te dwa seriale w tym miesiącu były zasadniczo jednym. I tu zacznę od wyjaśnienia pewnej kwestii. Łatwo jest spojrzeć na Daredevila i powiedzieć, że Arrow jest słabym serialem. Ale należy tu pamiętać, że takie seriale jak DD czy Jessica Jones mają znacząco większy budżet na odcinek, niż Flash czy Arrow. To trochę jak porównywanie Kroniki z Avengers. Co za tym idzie, oceniam te seriale w trochę innej skali, jako to, czym są. Oczywiście z powodu ograniczeń czasowych i finansowych, obydwie serie idą na skróty. I tak mógłbym się nabijać z tego, że Vandal Savage po prostu znika ze sceny w kawiarni, jakby po przybyciu Flasha wszyscy zapomnieli o psychopacie z nożami. Czy fakt, że przez sporą część pierwszego odcinka, Vandal faktycznie był nieśmiertelnym psychopatą z nożami, którego można było po prostu zamknąć w jednej z super cel w Guantanamo Flash. I jest tego jeszcze sporo, ale w ostatecznym rozrachunku, mam wrażenie, że to rozdrabnianie się. Ponieważ, biorąc poprawkę na standardy telewizyjne, to nadal była najbardziej widowiskowa historia o superbohaterach, jaką do tej pory było nam dane zobaczyć. Do tego już w osobnych odcinkach dostaliśmy jak zwykle świetnego Marka Hamila, wreszcie pojawił się Wally West i w życiu Ollego zaszła dramatyczna zmiana. Wszystko to uczyniło grudzień dobrym miesiącem, dla seriali DC.
Agents of SHIELD również dobili do końca pierwszej połowy sezonu i teraz na jakiś czas ustąpią miejsca Agentce Carter. Osobiście miałem wrażenie, że wiele elementów tego finału toczyło się trochę zbyt szybko, niemniej całościowo byłem zadowolony. Wątek portalu doszedł do końca, najważniejsze elementy posprzątano i całość zapowiada ciekawą drugą połowę. I nawet znaleźli sposób, by utrzymać Granta jako istotną postać. Choć zastanawia mnie jedna rzecz... jeśli ten nowy wróg jest tak potężny, że Hydra istnieje tylko po to, by go ściągnąć i wiemy, że potrafi niszczyć całe cywilizacje, to czemu ktoś nie wezwie Avengersów? Jasne, może to kwestia Wojny Domowej, lub coś w tym stylu, ale bądźmy szczerzy, wszyscy zadajemy sobie to pytanie w większości solowych filmów, a co dopiero tutaj. Niemniej poza tym, naprawdę nie mogę się doczekać na ciąg dalszy.
Doctor Who zaliczył w tym roku wyjątkowo nierówny sezon. Z jednej strony Sleep No More, które było jednym z najsłabszych odcinków w historii tej serii i pierwszym, który faktycznie przerwałem w połowie, bo całkowicie mnie znudził. Z drugiej strony Heaven Sent to jeden z najlepszych odcinków serii. Co jest niezwykłe, zwłaszcza, że to dosłownie teatr jednego aktora, a ja zwykle nie lubię tego typu odcinków. I taki był dla mnie cały ten sezon, z jednej strony świetna opowieść o Zygonach z drugiej oklepana i nudna historyjka o duchach w podwodnej bazie. Niemniej ostatecznie, było zdecydowanie więcej dobrego, niż złego. Szczególnie powrót Missy i historia Ashildry z jak zawsze świetną Maisie Williams. Oczywiście muszę tu też wspomnieć o zakończeniu. Usłyszałem kilka opinii, że było trochę rozczarowujące. Prawdę powiedziawszy, nie dla mnie. Było małe, bardziej osobiste i emocjonalne, ale według mnie, nadal bardzo dobre. I mimo, że jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do Clary, to muszę przyznać, że chętnie obejrzałbym spin-off o T.A.R.D.I.S. Diner.
Że nie wspomnę o świątecznym odcinku z River. Choć nadal żałuję, że Moffat porzucił wątek przeciwstawnych linii czasowych. O ile ciekawsza byłaby historia, w której Doctor spotyka Dr Song po raz ostatni, a ona nie wie jeszcze kim on jest. Niemniej, pomijając ten element, to było świetne pożegnanie z jej postacią. To też chyba oznacza, że Moffat ostatecznie wytarł tablicę, teraz czas na nową towarzyszkę i całkowicie nowe wątki.
To tyle jeśli chodzi o grudzień, i o cały 2015. Serialowo, to był naprawdę świetny rok, wystarczy wspomnieć Sense8, Narcos, Jessicę Jones, Daredevila i multum innych seriali. Miejmy nadzieję, że 2016 utrzyma poziom.
wtorek, 1 grudnia 2015
Listopad z serialami (Jessica Jones)
Gotham ostatecznie udowodniło, że mieszana forma z poprzedniego sezonu jest już za tym serialem. W tym miesiącu mieliśmy spiski, intrygi, eksplozje, tajne organizacje, fanatyków religijnych, morderców i wszystko po środku. Bruce wreszcie dał nam przebłysk postaci, którą się stanie. Nigma i Pingwin stworzyli dziwaczny i zaskakująco dobrze działający duet. Gordon znalazł się na krawędzi, pokazując nam, jak trudno trzymać się zasad, broniąc prawa w tym mieście. To wszystko sprawiło, że w tym miesiącu Gotham było tym serialem, na którego kolejne odsłony najbardziej czekałem i z którego czerpałem największą frajdę. Zdecydowanie polecam.
Będę szczery, ten miesiąc w Arrow nie zachwycił. Jasne, wizyta Constantina była miłym akcentem, fajnie widzieć, że ta postać nadal jest częścią uniwersum. Ale poza tym, widzę tu za dużo budowania w kierunku Legends of Tommorow. Z trzech odcinków w tym miesiącu, aż dwa były poświęcono członkom tej przyszłej drużyny. Do tego jeśli mam być szczery retrospekcje całkowicie mnie nie interesują. Ostatni raz interesowały mnie w drugim sezonie, teraz zaczyna się z tego robić Lost. Jest na wyspie, jest poza wyspą, znów jest na wyspie. Teraz wyspa jest magiczna, brakuje tylko potwora z dymu. Głównym plusem jest tu fakt, że w dalszym ciągu naprawdę lubię te postacie.
Zoom jest przerażający. Wygląda jak Black Racer (w komiksach to awatar śmierci, który specjalizuje się w speedsterach). I ta scena, kiedy zabiera Barrego do kolejnych miejsc i pokazuje ludziom, że wygrał. Świetny moment... który zdaje się nie mieć żadnych konsekwencji dla naszych bohaterów i świata, w którym żyją. Niemniej muszę przyznać, że poza irytującym brakiem konsekwencji, ten serial naprawdę punktuje w moich oczach. I nowy Wells jest świetny. Dużo lepszy, niż jego zły poprzednik. Co mogę dodać poza tym, to były solidne trzy odcinki i zawsze miło zobaczyć Grodda.
Czy w świecie Marvela istnieją jakiekolwiek tajne organizacje rządowe, nie kontrolowane przez Hydrę? To pytanie retoryczne, oczywiście, że nie. Ostatecznie Hydra jest bardzo, bardzo stara. Zatrzymam się dłużej na tym, bo jeśli mam być szczery, zakończenie tego ostatniego odcinka, było najciekawszym, co zdarzyło się w tych czterech serialach w tym miesiącu. Są tu pozytywne i negatywne strony. Negatywem jest fakt, że większość przywódców Hydry, których spotkaliśmy najwyraźniej nie wiedziała, jaki jest cel ich organizacji. Oczywiście można też założyć, że po prostu znudziło ich czekanie. Co ciekawe, w nowych komiksach zarówno Hydra jak i SHIELD wywodzą się z tej samej organizacji, liczącej tysiąclecia i dwie grupy faktycznie walczą ze sobą od starożytności. Inną kwestią jest to, że bohaterom naszego serialu w kilka miesięcy (i dwa odcinki) udało się osiągnąć coś, czego Hydra nie potrafiła zrobić przez tysiąclecia. Mało tego, wychodzi, że przez cały ten czas, Hydra po prostu wrzucała ludzi przez portal, powtarzając w nieskończoność tą samą czynność, oczekując, że za którymś razem otrzymają inny wynik. To dosłownie, jedna z definicji szaleństwa.
Ale z pozytywów, to była świetna scenakońcowa. Naprawdę mnie zaskoczyli i do tego udało im się powiązać wszystkie trzy wątki tego sezonu, które do tej pory zdawały się dryfować w różnych kierunkach. Inhumans, portal i Hydra, nagle stały się częściami tej samej układanki. I to jest naprawdę ładny przykład tego, jak powinno się budować spójną fabułę.
W tym miesiącu nawiedziła nas też nowa produkcja Netflixa z uniwersum Marvela. Po świetnym Daredevilu przyszedł czas na Jessicę Jones. Postać raczej mało znaną, bo jak na standardy amerykańskiego komiksu zaskakująco młodą. Jessica zadebiutowała w 2001 roku w komiksie Alias, na którym luźno oparta jest seria o jej przygodach. Był to pierwszy komiks z Marvelowskiej serii MAX, zawierającej bardziej dojrzałe historie i serial zdecydowanie poszedł tym tropem, serwując nam jedną z najmroczniejszych historii o superbohaterach, jaka zagościła w kinie czy telewizji. Jeśli można tu w ogóle mówić o superbohaterach, bo serii brakuje kostiumów, pseudonimów i heroicznych akcji. Zamiast tego, dostajemy mroczną historię w stylu noir, która zawiera postacie z super mocami.Głównym problemem MCU od początku były czarne charaktery. Poza Lokim, wszyscy są nudni, nijacy i właściwie identyczni. Netflix w tej kwestii zapewnił nam miłą odmianę świetnym Kingpinem w Daredevilu i jeszcze lepszym Kilgravem. David Tennant którego niektórzy mogą kojarzyć jako dziesiątego (i najlepszego) Doctora, odwala kawał świetnej roboty grając socjopatę, który zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego moc sprawia, że ludzie robią to, co im każe. Wszystko, od oddania mu swojej marynarki, po zamordowanie swojej rodziny, czy pocięcie sobie twarzy nożem. To samo w sobie jest przerażającą zdolnością, zwłaszcza w rękach tej postaci, ale dodaje też inną, równie przerażającą kwestię. Czy na miejscu Kilgravea też nie stalibyśmy się czarnymi charakterami? Ostatecznie ta moc jest tak łatwa do nadużywania, że on sam musi bardzo uważać na swoje słowa, kiedy nie chce jej użyć. Kto z nas może powiedzieć, że nie nadużywałby podobnej zdolności? A żyjąc w świecie, w którym wszyscy robią to, co im każesz, ile czasu zajmie, zanim przeciętny człowiek stanie się opętanym własną potęgą potworem. Sądzę, że każdy z nas ma w sobie takiego Kilgravea i to czyni jego postać jeszcze bardziej przerażającą.
Oczywiście sam czarny charakter to nie wszystko i tutaj świetnie wtóruje mu sama Jessica (grana przez Krysten Ritter), była superbohaterka, obecnie nadużywająca alkoholu prywatna detektyw, z poważnymi problemami z zaufaniem. Razem z kolekcją barwnych postaci pobocznych, zawierającą między innymi Luka Cagea (który sam w przyszłym roku ma wystąpić we własnej serii), daje to świetny zestaw postaci, które zasiedliły tą wciągającą i trzymającą w napięciu historię. W mojej ocenie najlepszą, jaką do tej pory przedstawił nam Marvel. Choć równocześnie całkowicie nie pasującą do lekkiego klimatu filmów z MCU.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































