poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Game of Thrones, odc. 64: The Spoils of War (7x04)

Połowa sezonu nadeszła w tym roku zdecydowanie zbyt szybko. Ale za to nadeszła w bardzo wybuchowej formie. Zacznijmy jednak od czegoś spokojniejszego.
Cała sekwencja z jaskinią, była strasznie rozkojarzająca. Najpierw Daenerys i Missandei rozmawiają o pożegnaniu z Szarym Robakiem (a wszyscy wiemy, co się wtedy stało). Później Jon zabiera Dany do jaskini (a wszyscy wiemy, co lubi on robić z kobietami w jaskiniach). Całą scenę wpatrują się sobie w oczy i wreszcie Daenerys każe mu paść na kolana. Ile innuendo można zmieścić w jednej scenie? Mam nadzieję, że nie mówili w niej nic ważnego, bo naprawdę nie słuchałem.

Tymczasem Arya wróciła do domu! Muszę przyznać, jej wymiana zdań z Flipem i Flapem sprawiła, że naprawdę bałem się, że w ostatniej chwili ucieknie, ale nie. Nie w tym sezonie.
Zamiast tego mieliśmy naprawdę mocne przypomnienie, jak bardzo nasi bohaterowie się zmienili odkąd ostatnio Starkowie byli razem w Winterfell, jakieś 60 odcinków temu. Teraz wszyscy mają niesamowite zdolności... oprócz Sansy. Ewidentnie reszta min-maxowała walkę i magię, a gracz Sansy wolał zbalansowaną postać opartą na umiejętnościach społecznych. Samemu wielokrotnie byłem w tej pozycji, więc mam nadzieję, że w przyszłości Sansa też dostanie szansę zabłysnąć.

I to prowadzi nas do bitwy. Ten styl kończenia każdego odcinka sceną batalistyczną robi się trochę nudny, ale sama rozwałka była piękna. Początkowo zastanawiałem się, czemu Jaime i Bron zatrzymali się w miejscu wyglądającym jak z dzikiego zachodu, ale kiedy pojawili się Dothraki wszystko stało się jasne. To dlatego, że oglądaliśmy western. W tym momencie zacząłem się zastanawiać, jak wojska Dany się tam znalazły. Jasne, ta bitwa toczyła się niedaleko stolicy więc musieli tylko przepłynąć zatokę, ale to i tak bardzo nieprawdopodobne, że nikt ich nie zauważył... O smok!!! 
To była naprawdę szokująco dobra scena bitewna. I tak dużo się w niej działo, że nie sposób wspomnieć o wszystkim. Począwszy od rekordowej ilości podpalonych kaskaderów, poprzez przerażającą groźbę zabicia Brona i ludzi rozpadających się w pył na oczach Jaime'a. To naprawdę pokazało, że smoki są cholernie przerażające. I to finałowe starcie, Bron vs smok. Nie miałem pojęcia komu kibicować (choć Bron Smokobójca to świetny przydomek). 
To ewidentnie pokazało, że Cersei ma przewagę ekonomiczną i kontroluje morza, ale na lądzie, jej wojska nie mają szans. Czyli znów remis. A następny odcinek nosi wiele mówiący tytuł Eastwatch. Więc Król Nocy chyba postanowi wreszcie o sobie przypomnieć. 

Another One Bites The Dust:
RIP cała masa żołnierzy i szczęśliwie nie Bron ani Jaime.

Przemyślenia:
- Arya vs Brienne, to była naprawdę świetna scena walki. Mimo wszystkiego, co działo się pod koniec, to i tak pozostało moją ulubioną sceną. I to niesamowite, jak wiele się w niej działo mimo tak małej ilości dialogu. Opierając się tylko na spojrzeniach. Mam nadzieję, że przed końcem sezonu, dostaniemy więcej scen walki z Aryą. Może nawet z dawna wyczekiwane starcie z Górą.

- Arya szybko przypomniała sobie, jak zachowują się szlachcice.

- Davos zacytował Stannisa. I to mój ulubiony cytat z tej postaci "fewer".

- Wiem, że teraz mówię to co odcinek, ale jestem permanentnie w szoku, ile dostajemy spotkań pomiędzy postaciami, które dawno się nie widziały (lub nigdy, jak w przypadku Daenerys i Jame'a).

- Zaczynam lubić Dickona, mam nadzieję, że przeżył. 

- Czy Daenerys spaliła wozy z zapasami żywności? Dobra robota, ostatecznie kto nie chciałby zaczynać rządów od masowego głodu, podczas kilkuletniej zimy.

- Wciąż nie ma Gendrego.

środa, 2 sierpnia 2017

Game of Thrones, odc. 63: The Queen’s Justice (7x03)

Ten odcinek, bardziej niż jakikolwiek w tym sezonie, uświadomił mi jak mały stał się świat Gry o Tron. Kiedyś dotarcie do Smoczej Skały zajęłoby Jonowi pół sezonu, ale teraz wszyscy zdają się mieć dostęp do opcji Szybkiej Podróży. I to nie jest krytyka, wręcz przeciwnie, szybkość z jaką rzeczy się dzieją zdecydowanie ułatwia śledzenie fabuły.
I tak wreszcie dostaliśmy z dawna wyczekiwane spotkanie Jona z Dany. Twórcy słusznie nie śpieszyli się z tą sceną, poświęcając jej pierwszych 15 minut serialu. Wszystkie zaangażowane postacie miały okazję zabłysnąć i przedstawić swój punkt widzenia na sytuację. Co więcej, mieliśmy tu świetną sytuację, w której wszystkie strony miały rację i mimo to, żadna z nich nie mogła się dogadać. Choć nie mogę nie odnieść wrażenia, że łatwym sposobem naprawienia sytuacji, byłoby małżeństwo Jona i Daenerys. Wtedy Północ i Siedem Królestw byłyby połączone Unią Personalną, która rozciągałaby się na potomków tych postaci. Sprawa załatwiona.

 Oczywiście to nie było jedyne z dawna wyczekiwane spotkanie. Sansa w Winterfell ma kolejną rozmowę z Littlefingerem, a później odzyskuje swojego brata, Brana. Po czym sama musi zadać sobie pytanie, który z nich jest obecnie bardziej creepy. To naprawdę wyczyn, jestem dumny z naszego Trójokiego Kruka.

I to prowadzi nas do Eurona, który wciąż jest największą gwiazdą rocka w Westeros. Za każdym razem, kiedy myślę, że ta seria zabiła swój najlepszy czarny charakter, pojawia się ktoś zdolny go zastąpić. To chyba kwestia dobrej zabawy, bo Joff, Ramsey i Euron wydają się jedynymi postaciami, które naprawdę czerpią satysfakcje z życia w tym świecie. Starkowie powinni kiedyś tego spróbować.
Sukces Eurona z ostatniego tygodnia natychmiast zostaje przekuty na całkowite, bezapelacyjne zwycięstwo Cersei. I pomyśleć, że jeszcze trzy odcinki temu, była otoczona ze wszystkich strony. A teraz (z odrobiną zmiennych lojalności i teleportującej się Żelaznej Floty) znów jest na górze. I nawet nie kryje się już z incestem. Prawie będzie mi jej żal, kiedy to wszystko nieubłaganie zawali się w przeciągu następnych kilku odcinków.

Another One Bites The Dust:
 RIP Olenna "Królowa Cierni" Tyrell, była zdecydowanie jedną z najlepszych postaci w całej tej historii. I choć ostatecznie nie doceniła Cersei, w dalszym ciągu zdołała mieć ostatnie słowa w ich konflikcie.

RIP Tyene Sand, zabita pocałunkiem złej królowej, jak w jakiejś baśni. Niestety w pamięci widzów, zachowa się tylko jako Bękarcica numer 3 i kolejny dowód na to, że postacie z Grze o Tron powinny wreszcie zrozumieć prostą zasadę: Don't fuck with Cersei.

Przemyślenia:
- Miło zobaczyć, że smoki nadal robią na ludziach wrażenie. 

- Po rozmowie Varysa z Melisandrą zaczynam podejrzewać, że żadne z nich nie dożyje ostatniego odcinka.

- Jorah jest już zdrowy... to poszło szybko. I nawet dostał wreszcie nową koszulę. Tak trzymać.

- Jedno mignięcie przed kamerą, to zdecydowanie za mało Brona, ale przynajmniej dostaliśmy jego cytat z pierwszego sezonu. 

- Casterly Rock i Wysogród wyglądały znacząco mniej widowiskowo, niż się spodziewałem. 

- Brakuje mi rozmów Varysa z Littlefingerem. 

- Widzę, że Cersei zapoczątkowała wśród dam dworu modę na krótkie włosy.

- Deszcze Castamere pod koniec były świetnym akcentem. 

- Zdałem sobie sprawę, że po śmierci Stannisa, Rickona i Tommena, powinienem wybrać mojego nowego faworyta w wyścigu do tronu. Na ten moment chyba skłaniam się w kierunku Cersei, ale jeszcze się waham.

- Wciąż nie ma Gendrego.

wtorek, 25 lipca 2017

Game of Thrones, odc. 62: Stormborn (7x02)

Kolejny odcinek za nami. Ten był znacząco wolniejszy, bardziej budujący świat. Choć miał dosyć wybuchowe zakończenie.

Zacznę od Cersei, która w zaskakujący sposób, zaczyna zdobywać przewagę w tym konflikcie. Podkrada wasali swoim wrogom, pali ich flotę, strzela do czaszki smoka z gigantycznej kuszy. Naprawdę zastanawiałem się, jakim sposobem nasza Zła Królowa będzie mogła mieć szansę, przeciw tym wszystkim wrogom. Po tym odcinku mam poczucie, że pole bitwy jest znacząco bardziej wyrównane.

Tymczasem tytułowa bohaterka tego odcinka zbiera wszystkich swoich towarzyszy na naradę. Wszyscy mają coś do zrobienia: Varys przyrzeka nie być lojalnym, co jest bardzo oryginalnym sposobem zapewniania o swojej lojalności. Melisandre znajduje nowego wybrańca. Tyrion próbuje doprowadzić do wyczekiwanego przez fanów spotkania Daenerys i Jona. Ollena pokazuje, że na tym etapie ma wszystko gdzieś i chce po prostu spalić Cesrei. Missandei tłumaczy zawiłości translacji i odkrywa, co Szary Robak ma w spodniach. Żmijowe Bękarcice są bezużyteczne, a potem giną. Ogólnie, dużo budowania fundamentów, pod to co nadchodzi. 


Jon i Sansa naprawdę niczego się nie nauczyli po ostatnim odcinku. Na tym etapie ich wasale muszą już zakładać, że ta dwójka będzie się kłócić publicznie. I jasne, to dużo lepsza scena, niż gdyby omówili to wcześniej we dwójkę, ale nadal wydaje mi się to głupie. Co więcej, tym razem nawet Lady Mormont się z nim nie zgadzała, co nie wróży najlepiej całej wyprawie. Osobiście myślałem, że powinien wysłać Sansę jako swojego posła, by negocjowała ze swoim mężem. 


Bardziej na południu, Arya spotyka Gorącą Bułkę! Uwielbiam tego gościa, on nie chce władzy, ani zemsty, on chce tylko piec ciasta. I to takie, bez kawałków Freyów w środku. Facet naprawdę zrezygnował z gry, będąc w dobrej pozycji i teraz może z dumą stwierdzić, że jako jedyny miał tutaj szczęśliwe zakończenie. Co sprawia też, że boję się za każdym razem, kiedy go widzimy, ale na szczęście póki co serial ogranicza się, do robienia z niego centrum informacyjnego, dla innych postaci. Po tym spotkaniu, Arya rusza do domu, po drodze spotykając Nymerię. To była dobra scena, dająca zamknięcie kolejnemu zapomnianemu od lat wątkowi. Naprawdę czuć, że jesteśmy coraz bliżej końca tej historii. 


I tak docieramy do finałowej sceny. I trzeba tu przyznać, Euron potrafi zrobić wejście. Co po raz kolejny potwierdza, że ten facet jest prawdziwą gwiazdą rocka. Gdyby miał jeszcze płonącą gitarę elektryczną (lutnię elektryczną?), stałby się moją nową ulubioną postacią. I jestem tym bardziej pod wrażeniem, że pokonał trzy inne postacie z imionami w jednej walce. Prawdę powiedziawszy, to zdaje się trochę stawiać pod znakiem zapytania, po co Euronowi Cersei? Już pokonał swoich oponentów do władzy nad Żelaznymi Wyspami i wątpię, by wierzył, że Lannisterowie go nie zdradzą. Co on chce tu ugrać? 
Jestem też zawiedziony, że w tej ostatniej scenie, do Theona nie podpłynął Gendry. 

Ogólnie, to był solidny odcinek, jeden z tych spokojniejszych, ale dobrze ustawiający scenę pod resztę sezonu.

Another One Bites The Dust:
RIP Obara i Nymeria Sand, ironicznie zabite swoim własnym uzbrojeniem. Co kończy moją nadzieję, że te postacie kiedyś faktycznie zrobią coś ciekawszego, niż stanie w tle.

Przemyślenia:
- Sam dostaje w tym sezonie wszystkie najbardziej obrzydliwe sceny.

- Scena w której Jon dusi Littlefingera wyglądała bardzo znajomo, mam nadzieję, że nie skończy się to tak jak z Nedem.

- Theon naprawdę wymiatał z mieczem... to znaczy do czasu, aż zmienił się znów w Fetora.

- Jakim cudem w Winterfell nadal nie wiedzą, o odnalezieniu Brana?

- Wciąż nie ma Gendrego.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Game of Thrones, odc. 61: Dragonstone (7x01)


When people ask you what happened here, tell them, 'The North remembers.' Tell them, 'Winter came for House Frey.'

W tym roku Gra o Tron naprawdę kazała nam czekać. Niemniej jak już przybyła, zrobiła to z przytupem. Ta otwierająca sekwencja była świetna. Naprawdę miałem ochotę klaskać. Ostatecznie, czemu nie miałbym oklaskiwać masowego mordu w wykonaniu nastoletniej dziewczyny. Nie ma w tym nic dziwnego... prawda? Ehh, co ten serial ze mną robi.

Trzymając się Starków, nowy Król Północy pokazuje, że jest zwolennikiem łaski i równouprawnienia. I niech ktoś spróbuje powiedzieć Lady Mormont, że dziewczyny nie mogą walczyć.
Gorzej, że Sansa nie rozumie, że nie powinna podważać decyzji króla przy wszystkich. To polityczna podstawa. Niemniej przynajmniej później całkowicie gasi Littlefingera, czym odzyskuje moją wiarę w jej umiejętności.
I nawet Bran się pojawia. Choć przy tym muszę zaznaczyć, że "nieumarli nadchodzą", nie jest właściwą odpowiedzią na pytanie, czy możesz udowodnić, że należysz do rodu Starków. Z drugiej strony, czemu ktoś miałby się podawać za Starka, przynależność do tego rodu, jest jak wyrok śmierci.

Tymczasem trochę mniej na północy, Ogar i spółka trafiają na dom farmera z 4 sezonu (nie, nie wyłapałem tego sam, ale na szczęście żyjemy w epoce internetu). Wiele lat temu Ogar i Aria odwiedzili ten dom, po czym Sandor okradł jego mieszkańców i stwierdził, że z nadejściem zimy i tak umrą, bo są słabi. Jak się okazało miał rację, choć raczej nie wydaje się zbyt zadowolony z tego faktu. Muszę przyznać, że to świetnie pokazuje drogę, jaką ta postać przeszła przez te lata, może wciąż jest dupkiem, ale teraz faktycznie się przejmuje. I co ważniejsze, zaczął kwestionować swoją rolę w świecie. Bo czemu on i jego kampanii nadal żyją, kiedy tyle bardziej wartościowych jednostek już dawno umarło. Oczywiście Thoros odpowiada na te wątpliwości, jak przystało na kapłana ognia, proponując Ogarowi spojrzenie w płomienie. A tam otrzymujemy potwierdzenie tego, co nadchodzi. Co oznacza, że już niedługo Bractwo bez Chorągwi i (największy uwodziciel po tej stronie Muru) Tormund Giantsbane, staną razem przeciwko hordzie nieumarłych. I mam przeczucie, że ten Mur nie pomoże im już długo.

Nasza ulubiona alkoholiczna władczyni, jak zawsze z kielichem w ręce, postanowiła przygotować najlepszą planszę do Gry o Tron w historii. Jest nawet lepsza, niż ta drewniana w Smoczej Skale. Co prawda Jaime nie wydaje się równie pewny zwycięstwa jak ona, ale to pewnie tylko dlatego, że za mało wypił. 
Po tym na scenę powraca (zakładam) nowy czarny charakter tej serii Euron Greyjoy. Trzeba mu przyznać, ten facet zachowuje się jak prawdziwa gwiazda rocka, flirtując z Cersei i rzucając żartami, na temat kalectwa jej brata. Całkowicie nie zwracając przy tym uwagi na fakt, że jest otoczony przez żołnierzy Lannisterów. I na koniec obiecuje prezent... i mam złe przeczucie, że tym prezentem może być głowa smoka. Ostatecznie, nie ma szans, żeby wszystkie trzy przetrwały do finału, ich istnienie rozwiązuje zdecydowanie zbyt wiele problemów, dla pozytywnych bohaterów. 

I wreszcie Daenerys dotarła do domu. Czekaliśmy na to 6 sezonów i w irytujący sposób, twórcy kazali nam czekać jeszcze prawie cały odcinek. Niemniej jak już ten moment nadszedł, to naprawdę nadszedł z pompą. Pomiędzy Smoczą Skałą i Żelazną Flotą, zaczynam rozumieć, czemu starczyło im pieniędzy tylko na 7 odcinków. Aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądał w tym roku odcinek bitewny (zakładając, że będzie tylko jeden). 
Ogólnie, to był świetny początek sezonu. Odwiedziliśmy wszystkie najważniejsze postacie (co pokazuje, jak niewiele ich zostało), ustanowiliśmy stan gry przed rozpoczęciem rzezi i do tego dostaliśmy kilka świetnych, pamiętnych scen. Oby tak dalej i GoT może być niesamowicie rzadkim przykładem serialu, który wciąż jest świetny w 7 sezonie.

Another One Bites The Dust:
RIP Ród Freyów, nie, żebyśmy któregoś z nich znali.

RIP farmer z czwartego sezonu i jego córka. Nie mogę uwierzyć, że ten wątek został zamknięty, a Gendry dalej nie wrócił.

Przemyślenia:
- Co prawda sama scena mi się podobała, ale żałuję, że Aria nie zabiła Eda Sheerana. To byłaby dużo zabawniejsze.

- Miło, że ludzie dalej śpiewają piosenki o Tyrionie, choć równocześnie, to chyba już wszystkie piosenki z książek.

- Dawne zbroje Gwardii Królewskiej wyglądały lepiej. Choć nowe są bardziej w stylu Darth Cersei.

- Sam dostał najbardziej gówniany montaż w historii. Co gorsze, jadłem w trakcie tej sceny... przynajmniej na jej początku.

- I jak jesteśmy przy Samie, sztylet w tamtej książce wyglądał znajomo. Czyżby wreszcie postanowili zamknąć ten wątek, otwarty od pierwszego sezonu?

- Jorah jest na złym końcu mapy... teraz już naprawdę wątpię, czy będzie nam dane zobaczyć Asshai.

- Średnia wieku lordów na Północy robi się coraz niższa, ale przynajmniej Lady Mormont ma się z kim bawić.

- Zombie olbrzymy! Ponieważ ludzkość nie miała dotąd wystarczająco przewalone.

- Wciąż nie ma Gendrego.

- Shall we begin?

środa, 7 czerwca 2017

Maj z serialami

Dotarliśmy do końca sezonu 2016/17. Przed nami wakacje z Grą o Tron, i kilka innych zaległych serii, którym będę musiał się przyjrzeć. Tymczasem podzielę się moimi przemyśleniami na temat naszych standardowych serii.

Zacznijmy od Agentów Hydry. Muszę przyznać, że to była ciekawa przejażdżka po alternatywnej rzeczywistości. Trochę jak House of M, co zawsze jest pozytywnym skojarzeniem. Choć całość sprawiała trochę gorsze wrażenie w porównaniu, kiedy zaczęły ukazywać się numery Secret Empire, nowego eventu Marvela w którym Kapitan Ameryka podbija USA i wprowadza dyktaturę Hydry. Nawet Inhumans są tam wrogiem publicznym numer jeden, z tym, że przypadku komiksu dzieje się to naprawdę, a nie w matrixie i w historię uwikłani są faktyczni herosi Marvela. Niemniej odkładając na bok podobne porównania, podobała mi się większość tej fabuły. Role które przyjęły poszczególne postacie w rzeczywistości Hydry, rozwój intrygi, praktycznie wszystko do momentu kiedy się uwolnili. Po tym miałem poczucie, że seria trochę się gubi. Motywacja Aidy, sprowadzona do zazdrości, wydawała się wręcz idiotyczna. Rozumiem, że uczucia to dla niej coś nowego, ale przejście od chęci odkupienia, do morderczego szału w jednej scenie to spora przesada. Niemniej Ivanov nadrabiał jako czarny charakter i samo finałowe starcie z Ghost Riderem w roli głównej wystarczyło, by zostawić mnie z na tyle pozytywnymi odczuciami, bym wrócił do tej serii za rok i sprawdził, jak potoczą się przygody agentów w kosmosie.

 Przejdźmy do Gotham, serialu, który w tym sezonie postanowił skakać od świetnego do okropnego, bez żadnych wyraźnych powodów. Tych kilka ostatnich odcinków było prawdziwym maratonem wszystkiego najlepszego i najgorszego, co twórcy mieli do zaoferowania. Kończąc dziwacznie zagmatwanym finałem w którym cała masa postaci próbowała zabić inne postacie i o ile się nie mylę, ponosząc porażkę w każdym możliwym przypadku. Wymienianie wszystkich pozytywów i negatywów zajęło by raczej zbyt długo i jest ich mniej więcej po równo, dlatego skupię się na najważniejszych. Z negatywów to wszystko, co dotyczyło Gordona i wirusa. Z pozytywów: Bruce stał się zaczątkiem Batmana, dostaliśmy zapowiedź faktycznej Catwoman i Ra's al Ghul dla odmiany był grany przez aktora o właściwym kolorze skóry (i to świetnego Alexandra Siddiga). Ostatecznie, z całą pewnością wrócę do tej serii w przyszłym sezonie i mam nadzieję, że tym razem jej poziom będzie bardziej wyrównany.

Tymczasem Flash walczy z samym sobą z przyszłości, który jest kimś innym, ale jest tym samym... To było debilne. Bądźmy szczerzy, Savitar był najbardziej idiotycznym przeciwnikiem, jakiego do tej pory mieli. I gdyby Flash zrobił tę sztuczkę ze zniszczeniem zbroi pół sezonu temu, zaoszczędziłby nam sporo idiotycznych dziur w fabule i logice. Do tego zabili jedną z moich ulubionych postaci, natychmiast zastępując ją inną wersją. I po tym jeszcze mieli czelność wciskać to niedorzecznie długie pożegnanie z  Barrym, jakby nie miał wrócić zapewne już w kolejnym odcinku. I tu muszę zaznaczyć, że mimo całego tego narzekania, nadal lubię ten serial i wrócę do niego po wakacjach. Ale mam wrażenie, że jestem jeden debilny paradoks czasowy od dania sobie spokoju.

Muszę przyznać, finał Arrow był naprawdę udany. Niestety nie można tego powiedzieć, o odcinkach prowadzących do tego finału. Zacznę więc od tego co nie do końca zadziałało i to standardowo było zbytnie rozciągnięcie fabuły, na zdecydowanie zbyt dużo odcinków. I biorąc pod uwagę, z jaką łatwością wszyscy przeciwnicy dostają się do tego bunkra, naprawdę trudno mi uwierzyć, że Oliver nie mógł się z niego wydostać.
Niemniej wracając do samego finału, był świetnie zrobiony, dokończył wreszcie flashbacki, przywrócili Daethstroka (choć jego parada zdrad była przesadą) i masę innych postaci. Same plusy. Poza tym, że nawet przez sekundę nie wierzę, że zabili wszystkich. Nie wierzę nawet w to, że zabili Merlyna. Co całkowicie zabija emocjonalne uderzenie tego odcinka. Ale za to, teraz Oliver potrzebuje nowej drużyny, a Team Flash jest bez przywódcy... przypadek? Ogólnie jestem gotów wrócić za rok, choćby tylko z ciekawości.

I to prowadzi nas do Supergirl. I podobnie jak z Legends w zeszłym miesiącu, nie dotrwałem do końca. Próbowałem, ale po prostu nie dałem rady. Sam finał też nie zachęcił mnie do wrócenia po wakacjach. Miło zobaczyć, że Cat Grant wróciła na swoje miejsce, ale poza tym... Ta seria starała się być znacząco bardziej ambitna, niż pozwalał jej budżet. Walka z Supermanem rozczarowywała i miała durny powód (czy ten srebrny kryptonit był jednorazowego użytku?), Daxamici mieli prawie identyczne kostiumy co Guardian, jestem pewny, że duże stężenie ołowiu w atmosferze miałoby duże konsekwencje dla całej planety itd. itp. Mógłbym wymieniać dalej, ale szczerze mówiąc, po prostu nie mam wystarczającego zainteresowania tą serią, by poświęcać jej więcej miejsca. I dlatego też, raczej nie wrócę do niej po wakacjach.

I to tyle w tym sezonie, ale przed nami lato z Grą o Tron.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Marzec z serialami

Marzec był okresem przerwy dla Gotham i AoS, zostały nam więc tylko seriale CW, z których jeden dotarł do finału, a pozostałe do punktu przystankowego, przed zrobieniem przerwy w kwietniu. Zacznijmy więc od Flasha i Supergirl. Zaliczyli oni odcinek muzyczny... który był głęboko rozczarowujący. Od razu zaznaczę, że standardem tutaj jest dla mnie odcinek musicalowy w Buffy... To nie było to. Tylko dwie oryginalne piosenki, z których tylko jedna była naprawdę na temat... Cytując prezydenta Trumpa #SAD.
Niemniej w samym Flashu historia wciąż trzyma poziom, czyniąc go najlepszą z serii CW. Co tym bardziej niesamowite, że w dalszym ciągu bawią się z podróżami w czasie i toczeniem ponownie bitew które już wygrali w przyszłości, i pewnie wtedy były znacząco ciekawsze. I nadal nie rozumiem, dlaczego niektórzy meta po prostu mają moce a inni muszą stawać się źli. To dziwne. Niemniej ostatnia prosta do finału zapowiada się ciekawie.

Tymczasem w latach 90-tych, Lois Lane, Superman i Herkules łączą siły, by pokonać Supergirl. Będę szczery, o ile miło było zobaczyć tych aktorów w tej serii, całość wydawała się średnio ciekawa. Historia miłosna Kary i Mon-Ela jest po prostu przewidywalna i nudna. Większość rzeczy dziejących się dookoła wydaje się dużo ciekawsza.
Niemniej jest też jeden element, który naprawdę mnie irytuje, to fakt, że DEO nadal jest tajną organizacją. To znaczy, że rząd USA przyznał, że kosmici istnieją, zwykła policja ma wydział zajmujący się ich sprawami, ale rząd federalny oficjalnie nie ma nic. To głupie i nie mam pojęcia, z czego wynika, bo fabularnie wydaje się absolutnie nic nie robić.

Tymczasem Oliver ma kryzys tożsamości. A my dowiadujemy się, że twórcy tego serialu nie wiedzą, jak działa Sarin. Również, ten odcinek z atakiem chemicznym był szokująco na czasie. To było dziwne patrzeć, jak głupiutki wątek z serialu, nagle stał się faktyczną tragedią.
Poza tym ten serial robi dokładnie to, co robił od początku. Tylko teraz wprost przyznaje, że główny bohater jest seryjnym zabójcą. I bądźmy szczerzy, na przestrzeni tych pięciu sezonów, on musiał zabić ponad setkę ludzi. To absurdalne. Niemniej poza tym, nadal bardzo lubię jego nową drużynę.

I to prowadzi nas do Legends of Tomorrow i będę szczery, nie dotrwałem do końca. A raczej przeskoczyłem kilka odcinków i przeszedłem prosto do końca i obejrzałem dwa finałowe odcinki. Nie były złe, motyw z odwróconym House of M, był nawet całkiem ciekawy, niemniej całościowo, ten sezon po prostu nie dał mi powodu, by się przejmować. Pod koniec najlepszą częścią był Legion, ale oni zostali pokonani i chyba już nie wrócą. Zakończenie daje nadzieję dla kolejnego sezonu, niemniej jeśli nie zajdą spore zmiany w sposobie funkcjonowania tej serii, to raczej sobie ją odpuszczę. I przy okazji, grożenie, że zmieni się rzeczywistość nie działa, kiedy w tej rzeczywistości rozgrywają się dwa inne, popularniejsze seriale, które na pewno się nie zmienią. 

wtorek, 7 marca 2017

Luty z serialami

Luty przyniósł dosyć sporo nowych odcinków w większości seriali o superbohaterach. Było trochę dobrego, trochę złego i trochę brzydkiego. Po kolei więc:

Kończy mi się cierpliwość do Legends of Tomorrow. Mam coraz mniej sympatii dla tych postaci, a sposób w jaki wewnętrzna logika serii zapada się w sobie z każdym kolejnym odcinkiem, zaczyna mnie poważnie irytować. Potrafię wybaczyć coś takiego Doctorowi Who, bo tamten serial jest świetny, ale tutaj. Choćby sam odcinek o Camelocie, nic w nim nie wygląda właściwie do epoki w której byli. Nic! Wszystkie kostiumy, lokacje i idee które się przewijają, są o jakieś osiemset do tysiąca lat późniejsze, niż punkt historii w którym byli nasi bohaterowie. I najgorsze, że oni sami zwracają na to uwagę, po czym najwyraźniej całkowicie zapominają, że są w środku aberracji rozmiarów całego królestwa. Jeśli ktoś cofnie się do starożytnej Grecji, stworzy armię metaludzi i urządzi sobie Iliadę, to też uznają, że nie ma problemu, bo przecież tak było w micie? To głupie i niestety coraz mniej zabawne, więc na tym etapie naprawdę nie wiem, czy wrócę do tej serii w 3 sezonie.

Supergirl wywołuje u mnie coraz bardziej mieszane uczucia. Z jednej strony mam coraz więcej sympatii dla tych postaci i zdarzają się całkiem porządne odcinki, jak ten z białymi marsjanami. Z drugiej, mamy ostatni odcinek z ojcem Denversów, w którym większość postaci zachowuje się jak banda debili i z jakiegoś powodu tylko Mon-El przejawia jakiekolwiek ślady inteligencji. Rozumiem, do czego dążyli twórcy, ale coś takiego całkowicie burzy zawieszenie niewiary. I nie sposób nie zauważyć, że Mr. Mxyzptlk w żaden sposób nie przypominał swojej oryginalnej wersji.

Arrow tymczasem stał się zaskakująco polityczny. I to na więcej niż jeden sposób. Z jednej strony polityka zaczęła odgrywać naprawdę dużą rolę w fabule, kładąc większy nacisk na Olivera jako burmistrza. Z drugiej, pojawiły się bardzo politycznie naładowane wątki, jak dostęp do broni, ochrona prywatności czy wolność prasy. I twórcy radzą sobie z nimi w zaskakująco przyzwoity sposób. To dobrze, że pomiędzy całym szaleństwem podróży w czasie, telepatycznych goryli i amantów piątego wymiaru, jest też miejsce dla serialu, którego bohaterowie radzą sobie z bardziej realistycznymi problemami. I naprawdę polubiłem nową ekipę, co też jest zasługą dobrych odcinków z ich udziałem. Jedyny zarzut jaki mam, to fakt, że ludzie ciągle atakują budynki i limuzyny wypełnione superbohaterami, po czym udaje im się uciec. To trochę dziwne, ale poza tym, po małym spadku formy, ta seria znów trzyma się na najlepszym poziomie od drugiego sezonu.

Flash w międzyczasie wreszcie zajął się tym, czym powinien, innymi wymiarami. I jasne, plan Grodda był dosyć głupi (nie wiem, co jego armia miała ze swoimi dzidami poradzić, jak zjawiłaby się Gwardia Narodowa z bronią palną i czołgami), ale przynajmniej w fajny sposób. Do tego kolejny speedster w drużynie, dwóch Wellsów, miasto goryli, to był naprawdę dobry miesiąc dla drużyny z Central City. Jedyny zarzut jaki mogę mieć, to fakt, że w komiksach Flash przefazował cały samolot, co było znacząco bardziej widowiskowe niż pociąg, ale sama scena nadal robiła wrażenie.

Muszę przyznać, dostrzegam oszczędność w tym, że czarne charaktery są grane przez tych samych aktorów, co główni bohaterowie. I będę szczerzy, ostatnich kilka odcinków AoS raczej nie zachwycało, ale pojawiła się nadzieja. Ostatni odcinek, z ucieczką z bazy (czy oni znów wysadzili swoją piwnicę? Czy to znaczy, że dostaniemy nowe plany zdjęciowe?) był zdecydowanie lepszy. I zakończenie sprawiło, że naprawdę mam ochotę na więcej. Ta alternatywna rzeczywistość przypomina mi House of M, co zawsze jest dobrym skojarzeniem. I znaleźli sposób, by przywrócić choć na chwile Warda (mam nadzieję, że nadal jest czarnym charakterem). Więc, zasadniczo, nie było dobrze, ale pod koniec podbili formę i teraz czekam na kwietniowy powrót serii.