sobota, 14 maja 2011

L5K Scenki z Cesarstwa: O sztuce

Obsada:
Akodo Katsu (Lew) - "Mam plan."
Mirumoto Hotaka (Smok) - "Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem."
Kakita Kintaro (Żuraw) - "Pozwól, że ja z nimi porozmawiam."
Bayushi Rei (Skorpion) - "Powiedz tylko, co trzeba załatwić." 



Zatłoczony targ:
Mirumoto Hotaka zatrzymał się przy stoisku z rysunkami przedstawiającymi sceny erotyczne. Z zaciekawieniem przyglądał się ilustracjom, gdyż nigdy nie widział podobnego przykładu „sztuki”.
- Mirumoto-san, co ty oglądasz?! – obok pojawił się zaskoczony Akodo Katsu.
- Przyglądam się tym rysunkom – stwierdził ze spokojem Smok. – Czy to normalne tu na południu?
- Nie, zdecydowanie nie – Lew zatrzymał spojrzenie na jednym z rysunków. – Wiesz, my samuraje nie powinniśmy oglądać takich rzeczy – stwierdził nie odrywając oczu od ilustracji.
- Hai – przyznał Hotaka. – Dostrzegam, że może to być rozpraszające.
- No proszę – stwierdził Kakita Kintaro podchodząc. – Naprawdę drodzy towarzysze, zaskoczyliście mnie.
- To nie tak jak myślisz Kakita-san – stwierdził Katsu czerwieniąc się.
- A sądziłem, że całkowicie nie macie smaku do sztuki.
- Sztuki? – zdziwił się Lew.
- Tylko spójrz tu, na te linie, te kolory, sposób w jaki autor operuje cieniami na tym rysunku. Wspaniałe.
- Yyy... Tak, sztuka. Rzeczywiście – Katsu powoli odzyskiwał rezon. – I te... krzywizny – stwierdził z uśmiechem.
- Ten najbardziej po lewej jest najciekawszy – odezwał się kobiecy głos za nimi.
Lew odwrócił się nerwowo i zrobi cały czerwony.
- Bayushi-san – stwierdził, wyglądając, jak dziecko przyłapane na kradzieży ciastek. – My właśnie...
- Ostatni po lewej – zauważył Kintaro. – To ten z dwiema kobietami?
- CO!? – Katsu odwrócił się i spojrzał na rysunek. Potem znów na samurai-ko Skorpiona. Nawet spokój Smoka wydawał się trochę zachwiany.
Bayushi Rei uśmiechnęła się tajemniczo, zadowolona z wywartego efektu.
- Powinniśmy chyba ruszać dalej – odwróciła się i odeszła.
Lew w mgnieniu oka opanował się i wyprostował dumnie.
- Tak jest, mamy misję – rzucił ostatnie spojrzenie na rysunek wskazany przez Rei, po czym pomaszerował za nią.
Hotaka wzruszył ramionami i podążył za towarzyszami.
Ostatni odszedł Żuraw, po kilku krokach wrócił, położył na ladzie monetę, wziął kilka rysunków, zwiną w rulon, wsadził do rękawa i ruszył w dalszą podróż.

wtorek, 10 maja 2011

Game of Thrones, odc. 4: Cripples, Bastards, and Broken Thing


W związku z zapotrzebowaniem zgłoszonym przez niektórych znajomych, od teraz będę zamieszczał też recenzje kolejnych odcinków Gry o Tron. Na wstępie zaznaczę, że Pieśń Lodu i Ognia to moja ulubiona seria książek ogólnie. Po prostu kocham tą historię, te postacie i styl samego Georga Martina. Co więcej, niemal od początku dosyć dokładnie śledzę produkcję samego serialu, co zapewne ostro waży na moim zdaniu o programie. Dodam również, że absolutnie nie przeszkadzają mi zmiany wprowadzone przez twórców, tak długo, jak nie zmieniają niczego naprawdę ważnego. No, cóż to teraz do mięsa:
To zdecydowanie był najlepszy odcinek jak na razie. Wreszcie nie czułem pośpiechu w przedstawianiu kolejnych scen. Postacie i fabuła zajmowały odpowiednią ilość miejsca. A sam wątek główny wreszcie ruszył naprzód. Ogólnie same plusy. Co więcej twórcy nadrobili trochę zaległości wprowadzając w końcu kruka o trzech oczach i Ducha (już się zastanawiałem, czy Jon nie zgubił go gdzieś w drodze na mur). No i dostaliśmy Hodora! Wprawdzie był on już widoczny w pierwszym odcinku, ale teraz miał okazję powiedzieć swoją ikoniczną kwestię: „Hodor!”. I mieliśmy pierwsze, choć krótkie, spojrzenie na naszego ulubionego bezwzględnego najemnika o humorze czarnym jak... coś bardzo czarnego... Batman? W karzdym razie, miałem na myśli Bronna. Do tego Sam, naprawdę nie mogłem się na to doczekać, zawsze lubiłem tą postać w książkach.
Zdecydowanie moją ulubioną sceną była rozmowa Jaimego z Jorym. Strasznie podoba mi się kierunek w którym poszli z postacią Jaimego, czyniąc go bardziej osobą, którą pamiętam z 3 i 4 tomu. Na kolejnych miejscach uplasowałaby się scena z Aryą i Nedem. Maisie Williams jest doskonała w każdej kolejnej scenie (Wodny Taniec z 3 odcinka jest jak na razie moją ulubioną sceną w serialu), a do tego podobają mi się sceny w których widzimy Eddara w bardziej rodzinnej scenerii (o Seanie Beanie w tej scenie nie będę wspominał, bo on po prostu jest Nedem Starkiem, tak jak Peter Dinklage jest Tyrionem). I wreszcie rozmowa Jona i Sama na temat kobiet. Twórcy wyraźnie poszli z Samem w bardziej komediowym kierunku niż książka, ale wg mnie wyszło mu to jak najbardziej na dobre.
Wątek Dothraki w tym odcinku trochę kulał, ale nie da się ukryć, że w książkach też dużo się tam nie działo, przez pierwsze pół historii. Miło chociaż zobaczyć Danny w wersji choć trochę bad ass (tekst o obcinaniu rąk był cudowny).
Samo śledztwo Neda też nabiera rozpędu i miło było zobaczyć Gendrego, zwłaszcza, że gra go aktor, którego bardzo lubię po Skins.
I wreszcie turniej, tu będę się odrobinę czepiał. Najpierw słyszeliśmy, że miasto pęka w szwach, a później na samej imprezie widzimy kilkaset osób. Trochę to nie pasowało, a można było dodać trochę tłumów dzięki CGI. Góry nie było też dużo, choć to chyba nadrobią w kolejnym odcinku. Ale co najgorsze, czemu Ogar sam nie opowiedział historii swoich oparzeń?! Nie zrozumcie mnie źle, Aidan Gillen był w tej scenie świetny jako Littlefinger (a właściwie, w tym kontekście trochę Pedofinger), ale ta scena była dosyć cholernie ważne dla dalszego rozwoju Ogara. Mam nadzieję, że dodadzą jakąś inną scenę, by to nadrobić. Chyba, że cały wątek San\San został przesunięty całkowicie do drugiego sezonu.
A jak już jesteśmy przy Sansie, to scena w której Septa Mordena stwierdza, że nikt nie mógłby nienawidzić Sansy wywołała u mnie prawdziwy wybuch śmiechu. Choć trzeba przyznać Sophie Turner punkty, za tak dobre odegranie tej postaci :P .
Podsumowując, to był dobry, solidny odcinek, ale nie mogę się doczekać na kolejny. Bo po zakończeniu wygląda na to, że tam zabawa zacznie się naprawdę.

Północne Marchie Część 2: Dead Man In My Bed

Od bitwy o Brindol minął miesiąc i sytuacja w miasteczku nie układa się najlepiej. Goblińska armia pokonana uprzednio, okazała się jedynie strażą przednią. Kolejna, licząca być może nawet sto tysięcy goblinów horda, już przygotowuje się do natarcia na miasto. Oczywiste staje się, że do odparcia tego zagrożone niezbędna będzie pomoc Sojuszu. Sir Edington wyrusza więc do Silveron, zabierając ze sobą czwórkę towarzysz. Mordimera (kapłan) oraz trójkę nowo przybyłych: barda Agelatusa (by propagował pieśń o bitwie), rycerza Hectora Greenflamea (by dodał sprawie wagi swoim szlacheckim słowem) i Savilara Ravenswifta, awanturnika (prywatnie łotrzyka) który przyłączył się do wyprawy. Droga mija im szybko i przyjemnie, w kolejnych wioskach Mordimer (kapłan) udziela ślubów a Agelatus (bard) gra na weselach. Okazuje się również, że bitwa o Brindol zyskała pewną sławę w całych Marchiach.
Po tygodniu podróży gracze trafiają do wioski, gdzie na wejściu wita ich widok wisielca z tabliczką głoszącą „heretyk”. Mimo tego widoku wszystko przebiega normalnie... do czasu. W środku nocy Savilar (łotrzyk) wstaje za potrzebą, a kiedy wraca do chaty sołtysa, orientuje się, że ktoś śpi w jego łóżku. Tym kimś okazuje się wisielec, a konkretnie w tym przypadku, zombie wisielec. Dochodzi do zaskakująco długiej potyczki (głównie dzięki ilości 1 które wypadają) z której możemy się dowiedzieć następujących rzeczy: kusze mają w zwyczaju się psuć, nie należy wywracać się na własną tarczę, dźganie zombie sztyletem nie robi dużo, zwłaszcza, że nie można na nim użyć ukradkowego ataku, nocnik jest traktowany jako broń obuchowa i jako taki, po opróżnieniu, radzi sobie z zombie lepiej niż sztylet. Ostatecznie nieumarły zostaje zmiażdżony młotem boskim, czyli przez Mordimera (kapłana). Śledztwo wykazuje, że ów heretyk głosił, że należy odrzucić wszystkich bogów, dobrych i złych, i przygotować się na przebudzenie nowych bogów, którzy zmiażdżą obecnych i zmienią świat. Chłopi rozsądnie powiesili go, zanim ściągną na nich gniew zarówno Lugosa jak i Nannara. Dalsze śledztwo ujawniło, że ktoś faktycznie narysował na ziemi pod wisielcem jakiś symbol, ale niestety później go zatarł i zniknął w lesie.
Dalsza podróż minęła spokojnie i gracze dotarli do Silveron, gdzie przywitał ich Victor Essex, osobisty doradca Lady Elustriel. Przy okazji popisał się on sporą wiedzą na temat BG, wiedząc nawet, że Savilar (łotrzyk) jest agentem Moltara Sługi, władcy Żelaznej Bramy.
Oczekując na audiencję u władczyni Silveron gracze spotkali jej małego synka, Nathaniela, któremu Mordimer opowiedział historię swoich wyczynów. Następnie było kilka rozmów, wprowadzających graczy w polityczną grę toczącą się w Sojuszu. W skrócie: Lady Elustriel chce jak najlepiej ale: Northshore zależy tylko na transportach rudy i nie zrobią wiele, dopóki te nie są zagrożone. Starfall ma własne problemy z barbarzyńcami i też nie ruszy palcem. Żelazna Brama pomogłaby, ale jest za daleko i nie ma zbyt silnej armii. I wreszcie Smoczy Bastion, którego władca Khorin Żelazny ma armię i pewnie pomoże, ale za cenę. Khorin jest wojownikiem marzącym o chwale i podbojach. Uważa, że sam powinien władać Marchiami żelazną pięścią, jako największa siła militarna. Marzy nawet o podbojach poza terenem Północy. Ostatecznie gracze zostają wysłani do Smoczego Bastionu, by wezwać Khorina na naradę Sojuszu i przy okazji spróbować nastawić go pozytywnie do wojny z goblinami.
Potężna krasnoludzka warownia jaką jest Smoczy Bastion, okazuje się jednym wielkim obozem wojskowym. Warunki są spartańskie, a wszędzie dookoła kręcą się zakuci w zbroje żołnierze. Lord Khorin utrzymuje tysięczną stałą armię i może zebrać drugie tyle wojska w krótkim czasie. Jego główną siłą jest ciężkozbrojna piechota i setka rycerzy, nazywanych Smoczym Legionem. Khorin przyjmuje graczy w swojej sali tronowej, siedząc na tronie z żelaza, uformowanym na kształt smoka. U jego boku siedzą dwie córki Izabele i Emma. Szybko okazuje się, że Khorin pogardza Lady Elustriel jako „politykiem” i twierdzi, że tylko silne przywództwo może przeprowadzić Marchie przez czas próby. Na politykę będzie czas, gdy zabezpieczymy granicę. I jest to rozumowanie, które do części graczy przemawia. Przed wyruszeniem w drogę powrotną do Silveron, Mordimer (kapłan) wyzywa Khorina na pojedynek, ten zamiast siebie wystawia do walki swoją córkę Emmę. Początkowo starcie nie idzie dobrze dla kapłana, ale później wydarza się cud. Młot Mordimera świeci światłem Lugosa, samą postać kapłana otacza świetlista zbroja a z jego pleców wyrastają na chwilę anielskie skrzydła. Potężny cios pokonuje Emmę, ale sam Mordimer traci przytomność na kilka dni. Walka zostaje nierozstrzygnięta.
Po powrocie do Silveron zaczyna się gra dyplomatyczna. Mordimer, opromieniony teraz sławą wybrańca Lugosa, popiera Khorina a Hector (rycerz) dołącza do Legionu Smoka. Ostatecznie na pomoc Brindol wyrusza dwutysięczna armia sił Smoczego Bastionu i Silveron pod osobistym dowództwem Khorina (jemu również ma przypaść chwała zwycięstwa). Na prośbę Mordimera, po zakończeniu wojny w samym mieście ma również zostać oddział żołnierzy ze Smoczego Bastionu, pod dowództwem Hectora, co niejako samoistnie wrzuca Brindol w sferę wpływów Khorina. Najpierw trzeba jednak pokonać gobliny... ale to już temat na kolejną sesję. 

Po przerwie: GoT.

sobota, 7 maja 2011

Różne: Play The Game Tonight (kaidan kai)

Krótka notka odnośnie pewnego fajnego motywu do RPG, który dziś wyczytałem.
Otóż sprawa dotyczy kaidan kai. To japoński zwyczaj z epoki Edo, który polegał na nocnym opowiadaniu historii. Grupa ludzi zbierała się w pomieszczeniu oświetlonym przez lampion, wewnątrz którego w miseczce oleju zapalono sto knotów (później zastąpiono to setką świec). W czasie nocy uczestnicy kolejno opowiadali straszne, niezwykłe historie. Po każdej historii wciągano jeden knot (gaszono świecę), tak, że w pomieszczeniu robiło się coraz ciemniej. Według przesądu, po opowiedzeniu ostatniej, setnej historii miało wydarzyć się coś niezwykłego. W większości przypadków ludzie kończyli na 99 historyjce, by nie kusić losu. Zresztą same spotkania i to co się na nich zdarza, było tematem wielu klasycznych opowieści.
Czemu o tym wszystkim piszę? Bo to świetny motyw do RPG na którym można oprzeć niejedną sesję. I nie mówię tu tylko o L5K, wręcz przeciwnie z łatwością widzę ten motyw wprowadzony choćby w Warhu. Kilka przykładów z różnych systemów, wszystkie łatwo przerabialne na inne:
Warh: W trakcie Nocy Czarownic gracze zatrzymują się w wiosce, gdzie panuje specyficzny zwyczaj, w trakcie nocy każdy musi opowiedzieć przerażającą historyjkę (karz graczom przygotować je przed sesją). Oczywiście Noc Wiedźm nie jest zwykła nocą i wkrótce opowieści stają się trochę zbyt realne. Opcjonalnie, wszystko przebiega spokojnie i gracze wreszcie idą spać. Następnego dnia jednak, wydarzenia z ich opowieści zaczynają stawać się rzeczywistością.
L5K: Pan któremu służą gracze przygotowuje podobne spotkanie dla wpływowych ludzi. Na graczy spada zadania przygotowania jakiejś atrakcji, która zaskoczy uczestników po zgaśnięciu ostatniej świecy. Zależnie od humoru MG, graczom może przeszkadzać jakiś dociekliwy uczestnik lub faktyczny psocący duszek przyzwany przez historyjki. Mogą w trakcie własnych przygotowań natknąć się na plan skrytobójcy, chcącego zabić jednego z gości (w przypadku L5K, przerwanie spotkania mogłoby podważyć honor daimyo, więc gracze musieliby załatwić sprawę po cichu, nie przerywając opowiadań), lub, jeśli jesteś w nastroju na dark, rytuał może przyzwać faktycznego demona, chcącego skrzywdzić uczestników.
Manastyr: Gracz biorą udział w oficjalnym spotkaniu towarzyskim. Obecni ludzie w większości wcześniej się nie znali i nic ich nie łączy. Częścią spotkania są opowiadane historie (powinieneś mieć ich kilka przygotowanych). Krótko później ktoś zaczyna kolejno zabijać uczestników spotkania. Czy powodem jest jedna z opowiedzianych historii? Czy gracze przysłuchali się im wystarczająco uważnie, by rozgryźć zagadkę, zanim sami staną się celem zabójcy?

Jeszcze książka z której wziąłem cały ten zwyczaj: Tatarczuk M., Kaidan japońskie opowieści niesamowite epoki Edo, Warszawa 2011.

To tyle. Następny wpis pewnie zgodnie z harmonogramem we wtorek, z opisem kolejnej części Północnych Marchii.

czwartek, 5 maja 2011

L5K Scenki z Cesarstwa: Poranek

Oki, oto coś co mam nadzieje stanie się serią. Konkretnie serią krótkich opowiadanek, śledzących przygody czwórki młodych samurajów służących jako yoriki dla Szmaragdowego Namiestnika. Na razie mam dwie takie scenki, napisane już jakiś czas temu, ale mam też pomysł na kilka kolejnych, więc pewnie od czasu do czasu będą się pojawiać nowe:

Obsada:
Akodo Katsu (Lew) - "Mam plan."
Mirumoto Hotaka (Smok) - "Jestem pewien, że gdzieś o tym czytałem."
Kakita Kintaro (Żuraw) - "Pozwól, że ja z nimi porozmawiam."
Bayushi Rei (Skorpion) - "Powiedz tylko, co trzeba załatwić."



Poranek:
Hotaka otworzył oczy czując na twarzy pierwsze promienie słońca. Wstał powoli i rozejrzał się po ogrodzie w którym zwykł sypać. Minęły tygodnie, ale spokój tego miejsca i panująca tu harmonia nadal go zachwycały. Skłonił się głęboko Amaterasu i przystąpił do porannej medytacji, starając się uspokoić umysł i przygotować ducha na nadchodzący dzień.
Katsu otworzył oczy, ziewną głośno i natychmiast zerwał się ze swojej maty. Z typowym dla siebie nadmiarem energii przystąpił do porannej gimnastyki. Skłony, przysiady, pompki. Dopiero po kilkunastu minutach uznał, że jest gotów. Ubrał się szybko i ruszył do dojo na poranny trening.
Rei otworzyła oczy i badawczo rozejrzała się po pomieszczeniu. Szybko i bezszelestnie wstała, wyjęła lustro i pośpiesznie ułożyła włosy, potem zabrała się za dobranie stroju na dziś. W krótkim czasie znalazła coś odpowiedniego, praktycznego, ładnego i odpowiednio dużo odkrywającego. Później zapisała kodem kilka słów w dzienniku i ruszyła na poranny trening.
Kintaro otworzył oczy i przekręcił się na drugi bok. W pokoju obok słyszał ćwiczącego Lwa i wiedział, że nie będzie mu dane dłużej spać. Powoli wstał i zabrał się za poranne przygotowania. Wyjął lustro i zaczął czesać włosy, potem przez kilka minut dobierał odpowiedni struj. Zrozumiał, że czas się zbierać, kiedy usłyszał dudniące kroki Katsu biegnącego korytarzem.
Hotaka wstał, zebrał swoją matę i ruszył do pomieszczenia, które powinno być jego sypialnią. Wszedł do środka złożył matę w rogu i wziął ze skrzyni jedno z trzech, identycznych, prostych kimon. Ubierając się zerknął na zajmujące większość pokoju zwoje, po czym ruszył na trening.
Katsu zapalił świeczkę w kapliczce swoich przodków i przez chwilę modlił się, prosząc ich o przewodnictwo. Dokładnie kiedy skończył, drzwi do dojo otworzyły się.
Rei wkroczyła do dojo cicho i przez chwilę przyglądała się modlącemu się Lwu. Dopiero nadejście Smoka zwróciło uwagę Katsu.
Kintaro spokojnie wkroczył do dojo. Jak zwykle był spóźniony i jak zwykle spotkał się z wyrazem niezadowolenia na twarzy Lwa. Uśmiechnął się tylko przyjaźnie, z aprobatą rzucił okiem na dzisiejszy struj Rei, podniósł boken i zabrał się za trening.

Hataka podszedł do studni, wylał na siebie kilka wiaderek wody, wyuczonymi ruchami ogolił głowę, wrócił do swojego pokoju i czytał do czasu śniadania.
Katsu został w dojo jeszcze długo po tym, jak inni wyszli. Uparcie ćwiczył z niemalejącym zapałem. Dopiero dzwonek wzywający na śniadanie oderwał go od pracy. Wybiegł szybko na dziedziniec, wylał na siebie wiaderko wody i pobiegł jeść.
Rei powolnym krokiem udała się wziąć kąpiel po porannym treningu. Długo leżała w wannie, obmywając się dokładnie, wcierając w skórę wonne olejki. Wyszła dopiero na śniadanie.
Kintaro skończył trening jako pierwszy, jak zawsze. Pośpiesznie poszedł do łaźni. Szybko wziął kąpiel, by zwolnić pomieszczenie dla Rei. Wychodząc dorzucił kilka drewien do ognia, by utrzymać ciepło. Sam udał się do swojego pokoju, wyjął kartkę papieru i zaczął szkicować nowy rysunek. Dopiero dzwonek na śniadanie połączony z burczeniem w brzuchu wyrwały go z zapału twórczego.

wtorek, 3 maja 2011

Różne: L5K “Sharp like an edge of a samurai sword”

some days, some nights
some live, some die
in the way of the samurai
some fight, some bleed
sun up to sun down
the sons of a battlecry

Battlecry - Nujabes Feat. Shing02

Uwielbiam L5K. Po prostu kocham ten system. Jest u mnie na drugim lub trzecim miejscu (zależy jak liczyć). Ale mam z nim dwa problemy. Po pierwsze, muszę czuć klimat by w niego grać. Przez większość czasu tego nie czuję, ale od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na ten klimat i wtedy na kilka tygodni zmieniam się w fanatyka Rokuganu (zwykle na wiosnę, kiedy, tak jak teraz, wszędzie dookoła widzę kwiaty wiśni). Drugi problem, ten większy, to problem z ludźmi, którzy nie rozumieją tego systemu. Bądźmy szczerzy, L5K nie jest dla każdego. To nie jest typowy system w którym awanturnicy przemierzają świat w poszukiwaniu złota i sławy. Rokugan kieruje się zupełnie innymi zasadami niż pseudo-europejskie światy klasycznego fantasy. Co za tym idzie, mentalność mieszkańców Cesarstwa jest zupełnie inna. W tym tekście chciałem skupić się właśnie na tym zagadnieniu, na graniu samurajem i wynikającymi z tego problemami.
L5K można prowadzić w różnych klimatach, może być mroczne lub heroiczne. Może być mangowe lub Kurosawowate. Może opowiadać o polityce, walce z ciemnością lub siekaniu bandytów. Jeśli bohaterami uczyni się drużynę roninów, można mieć typową historię awanturniczą. Jeśli prowadzi się drużynie ninja, można zignorować większość tego, co zaraz powiem. Kampania dla drużyny Skorpionów będzie rządzić się innymi zasadami, niż taka dla drużyny Krabów. Nie mam zamiaru rozpatrywać tu wszystkich opcji, zamiast tego przedstawię pewne ogólne założenia, będące w 100% moją opinią na ten temat (każdy może się nie zgodzić). Swoje przemyślenia opieram w dużej mierze na odgrywaniu własnej postaci (samuraj Żurawia) i filmie Ghost Dog, który dla mnie już chyba na zawsze pozostanie najbardziej samurajskim filmem w dziejach. Zaznaczę jeszcze, że podobnie jak legenda Arturiańska przedstawia wyidealizowany obraz rycerzy europejskich, tak w świecie L5K samuraje są wyidealizowani. Co za tym idzie, fakt, że historyczni samuraje często byli na bakier z regułami bushido, nie przekłada się na realia Rokuganu.
Więc po kolei, Droga Samuraja, którą kroczą bohaterowie w L5K opiera się na trzech kwestiach, każdej coraz trudniejszej do zaakceptowania dla ludzi wychowanych w kulturze zachodniej.

Po pierwsze służba. Samo słowo samuraj nie oznacza wojownika, czy rycerza, a raczej osobę, służącą swemu panu. I to właśnie jest kwintesencja stanu samurajskiego. Oni żyją by służyć, w każdej chwili i w każdym zadaniu. Oczywiście, mówimy tu o ludziach, co za tym idzie mają oni swoje ambicje i przywary. Mają dążenia inne niż służba swemu panu. Niemniej ta służba zawsze musi być na pierwszym miejscu. To wydaje się całkiem proste, problemy pojawiają się dopiero, kiedy idziemy dalej.

Honor. To chyba kwestia, która najczęściej odstrasza ludzi od tego systemu. I to co mnie osobiście najbardziej w nim pociąga. Cóż mogę powiedzieć, należę do graczy, którzy lubią się ograniczać. Zwykle narzucam swojej postaci jakiś kodeks moralny, sprawiający, że nie mogę nią robić, co tylko mi się podoba. To dla mnie część zabawy, po części dlatego tak kocham ten system. Należy tu zrozumieć ważny element tego świata: oni są wychowani w kulturze w której zasady honoru są równie powszechne i typowe jak u nas to, że nie powinno się zabijać ludzi na ulicy czy biegać po mieście na golasa. Oczywiście zdarzają się ludzie łamiący te zasady, ale spotyka się to raczej ze społecznym ostracyzmem. Honor jest częścią tych postaci, czymś naturalnym, niemal intuicyjnym. Czymś czego uczono ich, dosłownie od dnia narodzin. To ważne by zrozumieć ten element swojego BG, on nie robi tego dlatego, że zapewnia mu to lepsze staty, lub dlatego, że tak jest łatwiej. On po prostu wierzy, że tak trzeba. Nie oznacza to jednak, że wszyscy samurajowie to posępne, szalenie honorowe klony Eddara Starka. Za przykład podam mojego samuraja klanu Żurawia, Kakita Kachiro. Był on leniem i lekkoduchem. Chętnie spał do późna, przesiadywał w domach gejsz i spędzał czas w ogrodach, pisząc poezję, a szermierka interesowała go raczej jako forma sztuki, niż sposób zabijania wrogów. Miał też w zwyczaju zrzucanie niewygodnych zadań na towarzysz („Co, patrol za Murem? Jestem pewien, że Mugen-san chętnie wykorzysta taką okazję, by udowodnić swoją odwagę.”). Niemniej kiedy rozkaz padał, wypełniał go z pełną sumiennością, nigdy nie wahał się przed sięgnięciem po miecz, a z czasem wziął na siebie odpowiedzialność za cały klan (i poniekąd Cesarstwo), choć osobiście wolałby zamieszkać gdzieś na uboczu, gdzie jest dużo wygód i luksusów i bardzo mało obowiązków. W moich oczach honor i obowiązek po prostu zawsze przewyższały dla tej postaci wszelkie osobiste ambicje.
Kiedy odgrywa się postać w L5K, honor nie jest czymś, co musisz oszukać, czy przetrwać. To coś, czym powinno się żyć i cieszyć. Bo w żadnym innym systemie tego nie znajdziesz.

“The Way of the Samurai is found in death.”
Ghost Dog

I wreszcie najtrudniejszy i najbardziej niezrozumiany element. Śmierć. Ze zrozumiałych powodów większość graczy wychodzi z założenia, że śmierć BG jest czymś złym. Problem w tym, że ich postacie nie podzielają tego punktu widzenia. Dla samuraja śmierć jest po prostu elementem życia. W świecie gdzie można spotkać ducha swojego dziadka, a reinkarnacja jest faktem, a nie wiarą, śmierć nie jest aż tak przerażająca. Co więcej nawet w naszym świecie od samurajów oczekiwało się pełnej gotowości na śmierć. Jeśli ktoś boi się śmierci, nie może bez wahania oddać życia za swego pana. Dla bushi śmierć jest bardzo nisko na liście złych rzeczy, które mogą mu się przydarzyć. Utrata honoru jest naprawdę straszna. Zszarganie reputacji własnego rodu i rozczarowanie przodków. Zawiedzenie swojego pana. Oto tragedie samuraja, śmierć to jedynie drobna niedogodność.
I tak dochodzimy do seppuku. Praktyki którą większość graczy uznaje za swego rodzaju karę, lub pułapkę, którą próbuje zastawić na nich MG. Nic bardziej mylącego. Dla samuraja seppuku to honorowe wyjście. Furtka, by wybrnąć z sytuacji bez wyjścia. Sposób ocalenia twarzy. Dobra śmierć. Happy End. W L5K nie ma no win scenarios, nawet jeśli przeciwnik zagoni cię do punktu, gdzie każde rozwiązanie jest złe, możesz wybrać wyjście awaryjne pokazać MG środkowy palec, podczas gdy twoja postać wbija sobie nóż w bebechy.
I po raz kolejny przykład. Moja postać została raz wrobiona w zabójstwo generała lwów. Cała sytuacja groziła wybuchem wojny. Więc Kachiro zaproponował, że jeśli to powstrzyma konflikt, jest gotów przyznać się do winy, pod warunkiem, że pozwolą mu popełnić seppuku (mina moje MG była w tym momencie bezcenna). Oczywiście nie chciałem tracić postaci (to była zdecydowanie moja ulubiona postać ever), ale wiedziałem, że bohater którego wymyśliłem, właśnie tak by postąpił. Ostatecznie sprawa się rozwiązała i zostałem oczyszczony z zarzutów. Niemniej nie miałbym pretensji, gdyby ta postać wtedy zginęła.
Innym razem, Kachiro znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Żaden wybór nie był dobry, a seppuku też by nie pomogło. Więc wyzwałem na pojedynek jednego z największych szermierzy w Rokuganie. MG powiedział mi wprost, że nie zdołam wygrać. Ale to nie miało znaczenia, to było właściwe rozwiązanie i to był dla mnie najlepszy moment w grze tą postacią. Walka z przeciwnikiem nie do pokonania, o coś w co wierzyłem. Pewność dobrej śmierci... Do czasu, aż pewien, mniej niż honorowy, Smok wtrącił się w sytuację i wszystko zepsuł :P . Ostatecznie, to była chyba jedyna rzecz, której żałuję odnośnie tej postaci, że nie miała ona dobrej, samurajskiej śmierci.

Na koniec jeszcze takie przemyślenie. Lubię grać postaciami, która kierują się zasadami honoru i gotowe są bez wahania poświęcić się za to w co wierzą. To pewnie dlatego, że w prawdziwym życiu jest całkowicie inaczej. I wg mnie w L5K o to właśnie chodzi. Jeśli chcesz grać zwykłym poszukiwaczem przygód, który robi co mu się podoba, graj w coś innego.



I jeszcze jedno, doszedłem do wniosku, że czas nadać temu blogowi odrobinę bardziej zorganizowany harmonogram. Od dzisiaj nowe notki będą we wtorek (z podsumowaniem sesji z weekendu) i w czwartek (z przemyśleniami i opowiadaniami). Jeśli nie dotrzymam terminów, macie prawo być czepialscy.

sobota, 30 kwietnia 2011

Opowiadanko: Szare Płaszcze i Problemy Matrymonialne

Tekst jest niejako kontynuacją tekstu, który napisałem kilka miesięcy temu, a który niestety jest zbyt długi, by go tu wstawić (36 stron standardowego maszynopisu), gdyby ktoś chciał, zawsze mogę posłać na maila. A na razie, dzielni rekruci z Komandorii 54 stawiają czoła kolejnemu zadaniu:

Ależ mnie boli tyłek – pomyślał Lucius zwlekając się z konia.
- Coś nie tak? – spytał Duncan, sprawnie zeskakując ze swojego.
- Nie, tylko... nie jestem przyzwyczajony.
- W klasztorze zapewne nie było za dużo jazdy konnej – stwierdził Nathaniel patrząc z wysokości swojego rumaka. Zarówno on, jak i Duncan wydawali się wręcz urodzeni w siodle.
Luciusa pocieszał jedynie fakt, że Magnus i Ulgar wyglądali na równie zmęczonych i obolałych. Żaden z nich nie jeździł konno przed wstąpieniem do Straży.
Nowa wioska była drugą co do wielkości osadą w okolicy, prezentowała się jednak o wiele skromniej, niż Nowa Srebrnica. Kilkuset mieszkańców rozlokowało się w niewielkich, otoczonych prymitywnymi ogrodzeniami chatach, dookoła wzgórza, na którym stała duża kamienna sala, pełniąca zarówno funkcję miejsca spotkań, jak i struktury obronnej. Lucius poświęcił chwile, próbując dostrzec jakiś schemat w sposobie rozlokowania poszczególnych domostw. Skutek był mniej niż zadowalający, wyglądało to tak, jakby ludzie po prostu budowali domy akurat tam, gdzie im się podobało, całkowicie ignorując wszelkie względy estetyczne i praktyczne.
- Nie mają nawet palisady – zauważył Ulgar z dezaprobatą. – Z dwudziestoma wikingami, można by zniszczyć całą osadę.
- Więc dobrze, że w okolicy nie ma dwudziestu wikingów – stwierdził Duncan ostro. – Magnus, przypilnuj koni. Reszta za mną. Lucius, wziąłeś książkę?
- Tak – potwierdził Mnich. – Najgrubszą i najstarszą jaką znalazłem. To zbiór podań ludowych na temat grzybów, zabranych z całego Imperium. Autor...
- Nieważne – przerwał mu dowódca rekrutów. – Po prostu trzymaj ją tak, żeby wszyscy widzieli i rób mądrą minę. Ulgar, ty wyglądaj groźnie.
- A czy zdarza mi się wyglądać inaczej? – uśmiechną się Nord, poprawiając uczepione przy pasie topory.
- Nathaniel... ty po prostu się nie odzywaj.
Książe skinął głową, nie powstrzymując się przy tym, od pogardliwego prychnięcia.
Czwórka rekrutów ruszyła na szczyt wzgórza, starając się omijać wszechobecne psy, dzieci i kurze odchody. Jak zwykle, najwięcej brudnych, półnagich wyrostków biegło za Ulgarem. Wiking odstraszał je robiąc groźną minę, choć Lucius miał wrażenie, że zainteresowanie go cieszyło.
W Wielkiej Sali panował przyjemny chłód. Kamienną posadzkę pokrywała słoma i naniesiona z pola ziemia. Podłużne ławy ustawiono pod ścianą, by nie przeszkadzały, kilka kobiet krzątało się obok nich z mokrymi szmatami, czyszcząc pozostałości po wczorajszej uczcie. Jakieś dziecko grzebało patykiem w popiołach wielkiego paleniska, ulokowanego na środku pomieszczenia. Sędzia Adrian siedział na dębowym krześle, na końcu sali. Dookoła stali inni starsi mieszkańcy, jak i trzej potężnie zbudowani synowie sędziego, stanowiąc wioskową milicję.
Duncan podszedł powoli i usiadł na brudnym, rozpadającym się taborecie na przeciwko mieszkańców. Ulgar staną za nim, wyglądając nawet groźniej niż zwykle. Lucius ustawił się po drugiej stronie, starając się wyglądać inteligentnie i trzymać księgę w jak najbardziej demonstracyjny sposób. Nathaniel obrzucił całe pomieszczenie z typowym dla siebie wyrazem dezaprobaty na twarzy, po czym oparł się o jeden z licznych drewnianych słupów, podtrzymujących dach.
Przez chwilę panowała cisza, zagłuszana jedynie przez bawiące się na środku pomieszczenia dziecko.
- Nie ma mowy – zaczął wreszcie Adrian. – Chłopak już jest zaręczony z dziewczyną ze Starego Dębu – sędzia był starym wojakiem, noszącym liczne blizny i nadal postawnym mimo wieku. Żołnierska przeszłość zapewniała mu szacunek miejscowych, ale mimo wieku wyraźnie brakowało mu cierpliwości.
- Mógł o tym pomyśleć, zanim zrobił brzuch Polinie – głos Duncana był całkowicie beznamiętny.
- Nie ma pewności, że to jego. Rozkładała nogi przed jednym, mogła rozkładać przed innymi.
- Dziewczyna twierdzi, że tylko przed nim.
Sędzia prychną.
- A kto by tam jej, kurwie, wierzył – wtrącił się jeden z siedzących obok starców. Inni zgromadzeni poparli go zgodnym pomrukiem.
- Dziewczyna jest z biednej rodziny – przemówił sędzia, uciszając ich ręką. – Nie ma szans na dobry posag, urodą też nie grzeszy. Nie uda jej się złapać takiego chłopaka jak Jokov inaczej, niż jak na brzuch. Jakby była przyzwoita, to by poszła do zielarki i się brzucha pozbyła.
- Kapłani Solara zakazują takich praktyk – stwierdził Duncan, zerkając na wiszący na ścianie krzyż solarny.
- Rozkładanie nóg przed ślubem też. Jak już raz zgrzeszyła, to niech teraz załatwi sprawę – kolejny pomruk aprobaty rozległ się wśród chłopów.
- Jeśli chcesz, Lucius może przeczytać, co na ten temat mówi Kodeks Imperialny.
Sędzia prychną z pogardą, ale mina mu wyraźnie zrzedła. Od ponad stu lat nie widziano tu urzędnika Imperialnego – pomyślał Mnich – a oni nadal czują zabobonny wręcz szacunek do praw ustanowionych przez dawnych Imperatorów. I być może jeszcze większy, przed tym, co było zapisane w księgach.
- Jokov ma miesiąc żeby ożenić się z Poliną, albo znaleźć jej innego męża – zarządził Duncan nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Chcę o tym porozmawiać z Olafem – sprzeciwił się sędzia.
- Olaf wyznaczył mnie, by zajął się tą sprawą. Moja decyzja, jest decyzją Straży.
Adrian przez chwilę mierzył wzrokiem młodszego o dobre trzydzieści lat mężczyznę. Wreszcie pokiwał głową z rezygnacją.
Duncan wstał i bez słowa ruszył do wyjścia.
- Chłopcze – odezwał się za nim sędzia. – Robisz się za dobry w tej grze.
Duncan dopiero teraz pozwolił sobie na uśmiech.
- Nie, to ty robisz się za stary – odpowiedział przyjacielsko.