Oki, odnośnie Conana, zacznę od tego, co złe:
- muzyka, tak obrzydliwego soundtracku już dawno nie słyszałem. Wylewał się z każdej sceny, nieważne, czy był na miejscu czy nie. Takie okropne sentymentalno-patosowe nie wiadomo co. Taka muzyka powinna być zarezerwowana dla sceny, w której główny bohater po ocaleniu świata bierze ślub z księżniczką, wspominając wszystko, co musiał poświęcić dla zwycięstwa. Tu miałem wrażenie, że ten motyw muzyczna pojawia się kiedy Conan idzie, jedzie, myśli, uprawia seks, zabija, pije... pewnie pojawiłby się też w scenie, w której Conan stawia kloca, gdyby taka tu była.
- w pewnym momencie temu filmowi skończył się scenariusz, a mimo to film trwał, i trwał, i trwał, i trwał, przez grubo ponad pół godziny. Normalnie bym się nie czepiał fabuły w takiej produkcji, ale przez pierwsze pół filmu ona tam była, a potem bum! I seria pozbawionych sensu scen walki, które zdają się donikąd nie zmierzać.
-3D, a raczej jego totalny brak... tego nawet nie skomentuję, bo to trochę kopanie leżącego.
+ CONAN! Jeson Momoa zjadł Schwarzeneggera na śniadanie. Jego wersja po prostu zabija.
+ film, na tym etapie kiedy ma jeszcze fabułę, ma też sporo świetnych motywów i smaczków ("Obiecuję, że cię nie zabiję.")
+krew, flaki i cycki czyli to, czego wymagam od filmu o mordującym wszystko na swojej drodze barbarzyńcy, niby mała rzecz, ale jednak cieszy po plejadzie politycznie poprawnych fantasy z oznakowaniem PG-13
+ogólny brak poprawności politycznej, zwłaszcza w wypowiedziach głównego bohatera
W sumie, 5/10 (byłoby 6, gdyby w tle, zamiast tej koszmarnej muzyki, leciał jakiś Manowar czy coś takiego), czyli ogólnie nie był to zły film, ale dobry to też raczej nie był.
środa, 31 sierpnia 2011
wtorek, 23 sierpnia 2011
Eureka: Sezon Drugi i Trzeci
Jest lepiej. Powiedziałbym, że wręcz dużo lepiej. O ile pierwszy sezon oglądałem głównie dla nerdowskich smaczków, o tyle w kolejnych dwóch czerpałem z tego serialu prawdziwą przyjemność. Oczywiście, nadal nie jest to arcydzieło światowej kinematografii, ale całkiem przyjemny program familijny z masą dziwacznych problemów, zabawnych sytuacji i sympatycznych postaci. Na tym etapie serial odnalazł również swój styl i tempo. Choć nadal trochę raził mnie fakt, że zwłaszcza pod koniec 3 sezonu, praktycznie co odcinek miastu groziła całkowita zagłada. Trudno jest czuć napięcie z tego powodu, jeśli nasi bohaterowie powstrzymują podobne katastrofy w KAŻDYM kolejnym odcinku. Kolejnym plusem jest zdecydowana poprawa poziomu fabuły. Tym razem nie miałem uczucia, że już po pięciu minutach wiem, co będzie dalej. Parę razy zdarzyło się wręcz, że zwroty akcji całkowicie mnie zaskakiwały.
Wracając do postaci, w dalszym ciągu moją ulubioną jest SARAH, czyli dom szeryfa, który zawsze wie lepiej i cierpi na fobię w kwestii bycia porzuconym. Kolejną z moich ulubionych postaci będzie chyba Fargo. Cóż mogę rzec, lubię postacie comic relief, kiedy są dobrze zrobione. Plus, w jednym odcinku był Hulkiem (wspomniałem już o czysto NERDowskich żartach i nawiązaniach).
W ostatecznym rozrachunku, nadal nie jest doskonale, ale mimo wszystko jest to porządny, relaksujący i w sumie trochę odmórzdżający serial, przy którym łatwo wypocząć.
Ogólna ocena: mocne 6/10
W ostatecznym rozrachunku, nadal nie jest doskonale, ale mimo wszystko jest to porządny, relaksujący i w sumie trochę odmórzdżający serial, przy którym łatwo wypocząć.
Ogólna ocena: mocne 6/10
piątek, 12 sierpnia 2011
Eureka, Falling Skies: Sezony Pierwsze
W dzisiejszym odcinku dwa seriale na które ostatnio się natknąłem. I drobna notka, postanowiłem wprowadzić system oceny ze skalą 1 do 10, gdzie 10 to The Wire, 9 BSG i Game of Thrones a 1... nie wiem, Miecz Prawdy? Nie, chyba nawet temu, dałbym 2. Jedynka jeszcze czeka na wypełnienie.
Eureka: Sezon Pierwszy - Jak sam plakat wskazuje, mamy tu do czynienia z produkcją kanału SciFi (obecnie SyFy), który ma na swoim końcie zarówno wybitne seriale jak BSG jak i tragiczne filmy w stylu Sharktopus. Eureka w tym zestawieniu plasuje się gdzieś po środku. Ale po kolei.
Witam w miasteczku Eureka, gdzie średni poziom IQ mieszkańców jest na poziomie Sheldona i nawet miejscowy bezdomny kundel jest inteligentniejszy od ciebie. Mechanik w swoim warsztacie buduje silniki anty-grawitacyjne, w szkolnych przedstawieniach używa się Jet-Packów, a większość mieszkańców zatrudniona jest w wielkim, tajnym ośrodku badawczym, gdzie na co dzień łamie się prawa fizyki i zdrowego rozsądku. Tak Eureka to nie kolejne, przeciętne amerykańskie miasteczko, o czym szybko przekonuje się nowy szeryf (i główny bohater serii) Jack Carter. Pomysł brzmi ciekawie, niestety gorzej poszło z wykonaniem. Fabuła jest zwykle przewidywalna i niezbyt wciągająca, zwroty akcji niejednokrotnie naciągane. Niemniej jest w tym serialu coś, co sprawia, że mimo wszystko sięgnę po drugi sezon. Klimat. Absurdalnie wręcz nerdowkie miasteczko wypełnione jest małymi smaczkami w stylu inteligentnego domu, który wpada w depresję kiedy ktoś próbuje się wyprowadzić, arsenału wielkich spluw rodem z Facetów w Czerni, zainstalowanym w biurze szeryfa, czy dział strzelających Promieniami Śmierci ukrytymi pod miasteczkiem. Kolejną zaletą serialu są postacie, które mimo początkowych problemów, ostatecznie naprawdę zyskały moją sympatię. Ogólnie, serial jest taki sobie, ale zdecydowanie ma potencjał na bycie świetnym, jeśli doszlifują fabułę. I w sumie fakt, że zapowiedziano już produkcję 5 sezonu, świadczy, że tak chyba się stało. Co więcej, w kolejnych sezonach mają pojawić się James Callis (Gaius Baltar), oraz Will Wheaton.
Ogólna ocena: 5/10 (jeśli jesteś nerdem, jeśli nie, pewnie w okolicach 3)
Falling Skies: Sezon Pierwszy - Czyli serial o dzielnym historyku, walczącym z obcą inwazją... no, tyle, serial jest genialny, dostaje 10 już za sam pomysł :P. A tak poważniej. Sześć miesięcy temu zaatakowały okręty kosmiczne. Zniszczyli naszą armię, rozbili flotę, zbombardowali miasta. Później rozpoczęła się inwazja lądowa. Potężne mechy dowodzone przez Skittersów (sześcionogie poczwary). Zabijali dorosłych i porywali dzieci. Więźniom przyczepiali specjalne uprzęże zmieniające ich w niewolników. Wszystko to zostaje nam wyjaśnione w pierwszej scenie serialu, dziecięcym głosem, z dziecinnymi obrazkami, pokazującymi inwazję. Muszę przyznać, że taki początek robi odpowiednie wrażenie i wprowadza w fabułę serialu. Jak wspomniałem, wszystko to wydarzyło się pół roku przed akcją samej serii. Ta historia nie jest o walce z kosmicznymi najeźdźcami, a raczej co dzieje się po tym, jak już tą walkę przegramy.
Serial śledzi losy 2-go Regimentu Milicji Massachusett, zbieraniny wszelkich ludzi zdolnych trzymać broń, z których na przestrzeni miesięcy stworzono coś na kształt ruchu oporu. Z tym, że opór ten przejawia się głównie ochroną cywili i próbami wymknięcia się z obławy kosmitów. To raczej historia o przetrwaniu i próbie utrzymania nadziei.
Głównym bohaterem jest Tom Mason (w tej roli Noah Wyle, znany głównie z roli dr Cartera w Ostrym Dyżurze i Bibliotekarza w Bibliotekarzu) historyk i ojciec trójki synów, który w tym całym zamieszaniu został zastępcą dowódcy w regimencie. Głównie po to, by upewnić się, że stary wojskowy, jakim jest dowodzący oddziałem Kapitan Weaver, nie "przeoczy" potrzeb cywilów. No cóż, znam osobiście wielu historyków i muszę przyznać, że nie ma absolutnie nic niezwykłego w obrazie jednego z przedstawicieli tej profesji rozwalającego kosmitów seriami z kałasza i prowadzącym oddział zwiadu z wprawą wyszkolonego komandosa :P Niemniej sama postać Toma łatwo zdobyła moją sympatię. To mocno stojący na ziemi człowiek, próbujący zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie i przy okazji zrobić coś dobrego. Do tego, kiedy zaczyna mówić o historii, ludzie dookoła ziewają, co doskonale znam z własnego doświadczenia.
Świat przedstawiony to opustoszałe miasteczka, zniszczone miasta i puste drogi. Bandy degeneratów, kolaboranci i partyzanci. Mi ten klimat post-apokalipsy zdecydowanie odpowiadał. Sama fabuła trzymała poziom, rzadko popadając w przewidywalność. Postacie są wiarygodne i w większości przypadków więcej, niż jedno wymiarowe. Efekty specjalne trzymają poziom, choć często stosowane są oszczędnie.
W ostatecznym rozrachunku, może nie czekałem na kolejne odcinki z zapartym tchem, ale zdecydowanie sięgałem po nie z przyjemnością i po zakończeniu czułem się w pełni usatysfakcjonowany. Jedynym minusem który zauważyłem, to denerwujące odniesienia do amerykańskiej wojny o niepodległość. Nie są one jednak zbyt częste i ładnie usadza je jedna z postaci (nota bene moja ulubiona), stwierdzając, że to raczej podbój dzikiego zachodu z ludźmi w roli Indian. TNT już zapowiedziało sezon 2 i zdecydowanie będę go wypatrywał w przyszłym roku.
Ogólna ocena: 7/10
Eureka: Sezon Pierwszy - Jak sam plakat wskazuje, mamy tu do czynienia z produkcją kanału SciFi (obecnie SyFy), który ma na swoim końcie zarówno wybitne seriale jak BSG jak i tragiczne filmy w stylu Sharktopus. Eureka w tym zestawieniu plasuje się gdzieś po środku. Ale po kolei.
Ogólna ocena: 5/10 (jeśli jesteś nerdem, jeśli nie, pewnie w okolicach 3)
Falling Skies: Sezon Pierwszy - Czyli serial o dzielnym historyku, walczącym z obcą inwazją... no, tyle, serial jest genialny, dostaje 10 już za sam pomysł :P. A tak poważniej. Sześć miesięcy temu zaatakowały okręty kosmiczne. Zniszczyli naszą armię, rozbili flotę, zbombardowali miasta. Później rozpoczęła się inwazja lądowa. Potężne mechy dowodzone przez Skittersów (sześcionogie poczwary). Zabijali dorosłych i porywali dzieci. Więźniom przyczepiali specjalne uprzęże zmieniające ich w niewolników. Wszystko to zostaje nam wyjaśnione w pierwszej scenie serialu, dziecięcym głosem, z dziecinnymi obrazkami, pokazującymi inwazję. Muszę przyznać, że taki początek robi odpowiednie wrażenie i wprowadza w fabułę serialu. Jak wspomniałem, wszystko to wydarzyło się pół roku przed akcją samej serii. Ta historia nie jest o walce z kosmicznymi najeźdźcami, a raczej co dzieje się po tym, jak już tą walkę przegramy.
Głównym bohaterem jest Tom Mason (w tej roli Noah Wyle, znany głównie z roli dr Cartera w Ostrym Dyżurze i Bibliotekarza w Bibliotekarzu) historyk i ojciec trójki synów, który w tym całym zamieszaniu został zastępcą dowódcy w regimencie. Głównie po to, by upewnić się, że stary wojskowy, jakim jest dowodzący oddziałem Kapitan Weaver, nie "przeoczy" potrzeb cywilów. No cóż, znam osobiście wielu historyków i muszę przyznać, że nie ma absolutnie nic niezwykłego w obrazie jednego z przedstawicieli tej profesji rozwalającego kosmitów seriami z kałasza i prowadzącym oddział zwiadu z wprawą wyszkolonego komandosa :P Niemniej sama postać Toma łatwo zdobyła moją sympatię. To mocno stojący na ziemi człowiek, próbujący zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie i przy okazji zrobić coś dobrego. Do tego, kiedy zaczyna mówić o historii, ludzie dookoła ziewają, co doskonale znam z własnego doświadczenia.
W ostatecznym rozrachunku, może nie czekałem na kolejne odcinki z zapartym tchem, ale zdecydowanie sięgałem po nie z przyjemnością i po zakończeniu czułem się w pełni usatysfakcjonowany. Jedynym minusem który zauważyłem, to denerwujące odniesienia do amerykańskiej wojny o niepodległość. Nie są one jednak zbyt częste i ładnie usadza je jedna z postaci (nota bene moja ulubiona), stwierdzając, że to raczej podbój dzikiego zachodu z ludźmi w roli Indian. TNT już zapowiedziało sezon 2 i zdecydowanie będę go wypatrywał w przyszłym roku.
Ogólna ocena: 7/10
środa, 3 sierpnia 2011
Fantastic orgy of destruction, czyli o oglądaniu Złych Filmów
Razem z grupą znajomych mamy taki trochę porąbany zwyczaj. Raz na jakiś czas zbieramy się na cały dzień i oglądamy najgorsze, najniżej oceniane, najbardziej pogardzane filmy s-f jakie zdołamy znaleźć. Czemu ktoś chciałby robić coś takiego? No, cóż, szczerze mówiąc trudno mi odpowiedzieć. W jakiś dziwny, pokręcony, całkowicie masochistyczny sposób, to jest naprawdę zabawne.
Mam tylko jedną przestrogę, NIGDY nie oglądaj filmów o których będę pisał dalej w samotności! To grozi poważnymi ubytkami poczytalności. Oglądanie ich w grupie w sumie też, ale dzięki temu, można komentować film na bieżąco, co w gruncie rzeczy jest podstawą całego doświadczenia.
Na razie obejrzeliśmy 18 produkcji, niestety nie wszystkie z nich mogę polecić. Problem w tym, że część z nich nie była tak naprawdę Złymi filmami, były po prostu słabymi filmami. Na czym polega różnica? No cóż, słaby film to Power Rangers Turbo albo Catwomen, nudna, przewidywalna produkcja, o której już po tygodniu nie będziesz pamiętać. Zły film to Santa Claus Conquers the Martians albo The Beast of Yucca Flats. Produkcje tak okropne, że nie sposób o nich zapomnieć. Filmy które przekraczają wszelkie granice złego kina w taki sposób, że nie da się ich mierzyć żadną zwykłą miarą. Nie da się ich też zapomnieć. Więc, by pomóc w oddzieleniu słabych od złych, kilka przykładów filmów, na które naprawdę zapisały się w mojej pamięci i "bawiłem" się na nich, tracąc przy tym kilka punktów poczytalności:
Plan 9 from Outer Space (1959), czyli niesławne dzieło Eda Woodsa. Ma kosmitów, zombie, wampiry i wszystko po środku. Nie pytajcie czemu.
The Beast of Yucca Flats (1961), kilkoro ludzi łazi w kółko po pustyni, podczas gdy narrator z niegasnącym zapałem powtarza w kółko tą samą kwestię.
Santa Claus Conquers the Martians (1964), ("There's something wrong with children of mars"), czyli kosmici porywają Świętego Mikołaja.
Lobster Man from Mars (1989), w sumie nie powinien się liczyć, bo był parodią omawianych tu filmów, ale świetnie pokazuje wszystko, co jest w nich złe.
Attack of the Monsters/Gamera tai daiakuju Giron (1969), bo tego typu lista nie mogłaby być pełna bez produkcji Japońskiej. Gamera, czyli wielki kosmiczny żółw z petardami w tyłku i podejrzaną słabością do małych chłopców walczy z nożo potworem strzelającym z nosa shurikenami... nie do podrobienia.
Dünyayı Kurtaran Adam (1982), znany również jako Turecki Star Wars. O tym filmie mógłbym naprawdę opowiadać długo, ale w ostateczności, jego po prostu trzeba zobaczyć. Niezapomniane doznanie. I pamiętajcie, najpotężniejszą bronią we wszechświecie jest ludzki mózg, zwłaszcza połączony z mieczem.
The Gigant Claw (1957), film z którego pochodzi cytat, będący tytułem tego wpisu. Ta produkcja nie byłaby nawet taka zła, gdyby nie fakt, że straszliwy latający potwór, wielokrotnie porównywany w tym filmie do latającego pancernika, wygląda tak:
To chyba najbrzydszy potwór w dziejach. I ta paszcza!
Flesh Gordon Meets the Cosmic Cheerleaders (1990), najgorszy, najobrzydliwszy, najbardziej niesmaczny film jaki widziałem w życiu. Do dziś mam o nim koszmary.
Starcrash (1978), film ma niespotykane tempo i zwroty akcji, które mogłyby zawstydzić Grę o Tron. W gruncie rzeczy, podobnie jak Turecki Star Wars, był on naprawdę przyjemny w oglądaniu. Młody David Hasselhoff, statki kosmiczne robiące Szszszszszszszsz, strój głównej bohaterki (po prawej). Że nie wspomnę o czarnym charakterze który NIGDY nie mruga, w żadnej scenie, ani razu, przez cały film.
Sharktopus (2010), czyli nowe "arcydzieło" kanału Syfy. Ten film ma wszystko czego można się spodziewać. Dokładnie wtedy, kiedy można się tego spodziewać. Przynajmniej trzeba im przyznać, że potwór fajnie wygląda. I całość jest o niebo ciekawsza niż Mega Shark vs Gigant Octopus, to było po prostu nudne (poza jedną, jedyną sceną z samolotem).
The Creeping Terror (1964), straszliwy, poruszający się z prędkością kilometra na godzinę kosmiczny dywan pożera ludzi. Na jego szczęście prawie nikt w tym filmie nie potrafi uciekać. Wszyscy jedynie stoją i krzyczą, czasami wręcz podchodzą bliżej, by ułatwić pracę kosmicie. W między czasie narrator streszcza nam sceny dialogowe. Muszę przyznać, że są w tym filmie momenty, w których dusiłem się ze śmiechu, i to jeszcze przed osławioną sceną z samochodem (nie uwierzę, że ta scena mogła kiedykolwiek nie wywoływać u ludzi sprośnych skojarzeń).
I jeszcze honorowe wspomnienie dla serialu:
The Ancient Dogoo Girls/Kodai shôjo-tai Dogûn V (2010), są na tym świecie dziwaczne rzeczy i większość z nich jest w Japonii. Ten konkretny serial zaczyna się całkiem pozytywnie:
By z czasem pogrążyć się w odmętach absurdu i dziwactwa. A później nadchodzi trzeci odcinek... I nagle zdajesz sobie sprawę, że siedzisz wciśnięty w fotel i zadajesz sobie pytanie "co się dzieje?!", a to dopiero połowa odcinka. Po czymś takim, człowiek naprawdę zaczyna kwestionować... no cóż, wszystko.
No cóż, to tyle. Jak obejrzymy więcej podobnych produkcji, to jeszcze wspomnę. A na razie zostawiam was z tą przerażająco zabawną wizją, straszliwego potwora:
Mam tylko jedną przestrogę, NIGDY nie oglądaj filmów o których będę pisał dalej w samotności! To grozi poważnymi ubytkami poczytalności. Oglądanie ich w grupie w sumie też, ale dzięki temu, można komentować film na bieżąco, co w gruncie rzeczy jest podstawą całego doświadczenia.
Na razie obejrzeliśmy 18 produkcji, niestety nie wszystkie z nich mogę polecić. Problem w tym, że część z nich nie była tak naprawdę Złymi filmami, były po prostu słabymi filmami. Na czym polega różnica? No cóż, słaby film to Power Rangers Turbo albo Catwomen, nudna, przewidywalna produkcja, o której już po tygodniu nie będziesz pamiętać. Zły film to Santa Claus Conquers the Martians albo The Beast of Yucca Flats. Produkcje tak okropne, że nie sposób o nich zapomnieć. Filmy które przekraczają wszelkie granice złego kina w taki sposób, że nie da się ich mierzyć żadną zwykłą miarą. Nie da się ich też zapomnieć. Więc, by pomóc w oddzieleniu słabych od złych, kilka przykładów filmów, na które naprawdę zapisały się w mojej pamięci i "bawiłem" się na nich, tracąc przy tym kilka punktów poczytalności:
Plan 9 from Outer Space (1959), czyli niesławne dzieło Eda Woodsa. Ma kosmitów, zombie, wampiry i wszystko po środku. Nie pytajcie czemu.
The Beast of Yucca Flats (1961), kilkoro ludzi łazi w kółko po pustyni, podczas gdy narrator z niegasnącym zapałem powtarza w kółko tą samą kwestię.
Santa Claus Conquers the Martians (1964), ("There's something wrong with children of mars"), czyli kosmici porywają Świętego Mikołaja.
Lobster Man from Mars (1989), w sumie nie powinien się liczyć, bo był parodią omawianych tu filmów, ale świetnie pokazuje wszystko, co jest w nich złe.
Attack of the Monsters/Gamera tai daiakuju Giron (1969), bo tego typu lista nie mogłaby być pełna bez produkcji Japońskiej. Gamera, czyli wielki kosmiczny żółw z petardami w tyłku i podejrzaną słabością do małych chłopców walczy z nożo potworem strzelającym z nosa shurikenami... nie do podrobienia.
Dünyayı Kurtaran Adam (1982), znany również jako Turecki Star Wars. O tym filmie mógłbym naprawdę opowiadać długo, ale w ostateczności, jego po prostu trzeba zobaczyć. Niezapomniane doznanie. I pamiętajcie, najpotężniejszą bronią we wszechświecie jest ludzki mózg, zwłaszcza połączony z mieczem.
The Gigant Claw (1957), film z którego pochodzi cytat, będący tytułem tego wpisu. Ta produkcja nie byłaby nawet taka zła, gdyby nie fakt, że straszliwy latający potwór, wielokrotnie porównywany w tym filmie do latającego pancernika, wygląda tak:
To chyba najbrzydszy potwór w dziejach. I ta paszcza!
Flesh Gordon Meets the Cosmic Cheerleaders (1990), najgorszy, najobrzydliwszy, najbardziej niesmaczny film jaki widziałem w życiu. Do dziś mam o nim koszmary.
Starcrash (1978), film ma niespotykane tempo i zwroty akcji, które mogłyby zawstydzić Grę o Tron. W gruncie rzeczy, podobnie jak Turecki Star Wars, był on naprawdę przyjemny w oglądaniu. Młody David Hasselhoff, statki kosmiczne robiące Szszszszszszszsz, strój głównej bohaterki (po prawej). Że nie wspomnę o czarnym charakterze który NIGDY nie mruga, w żadnej scenie, ani razu, przez cały film.
Sharktopus (2010), czyli nowe "arcydzieło" kanału Syfy. Ten film ma wszystko czego można się spodziewać. Dokładnie wtedy, kiedy można się tego spodziewać. Przynajmniej trzeba im przyznać, że potwór fajnie wygląda. I całość jest o niebo ciekawsza niż Mega Shark vs Gigant Octopus, to było po prostu nudne (poza jedną, jedyną sceną z samolotem).
The Creeping Terror (1964), straszliwy, poruszający się z prędkością kilometra na godzinę kosmiczny dywan pożera ludzi. Na jego szczęście prawie nikt w tym filmie nie potrafi uciekać. Wszyscy jedynie stoją i krzyczą, czasami wręcz podchodzą bliżej, by ułatwić pracę kosmicie. W między czasie narrator streszcza nam sceny dialogowe. Muszę przyznać, że są w tym filmie momenty, w których dusiłem się ze śmiechu, i to jeszcze przed osławioną sceną z samochodem (nie uwierzę, że ta scena mogła kiedykolwiek nie wywoływać u ludzi sprośnych skojarzeń).
I jeszcze honorowe wspomnienie dla serialu:
The Ancient Dogoo Girls/Kodai shôjo-tai Dogûn V (2010), są na tym świecie dziwaczne rzeczy i większość z nich jest w Japonii. Ten konkretny serial zaczyna się całkiem pozytywnie:
By z czasem pogrążyć się w odmętach absurdu i dziwactwa. A później nadchodzi trzeci odcinek... I nagle zdajesz sobie sprawę, że siedzisz wciśnięty w fotel i zadajesz sobie pytanie "co się dzieje?!", a to dopiero połowa odcinka. Po czymś takim, człowiek naprawdę zaczyna kwestionować... no cóż, wszystko.
No cóż, to tyle. Jak obejrzymy więcej podobnych produkcji, to jeszcze wspomnę. A na razie zostawiam was z tą przerażająco zabawną wizją, straszliwego potwora:
środa, 27 lipca 2011
Torchwood: Children of Earth
Pewnego dnia wszystkie dzieci na świecie równocześnie zatrzymują się na krótką chwilę. Początkowo wydarzenie umyka uwadze opinii publicznej, ale kilka godzin później sytuacja się powtarza. I tym razem dzieci nie tylko stają w miejscu, ale dodatkowo zaczynają mówić, wszystkie, na całym świecie, jedno słowo: Nadchodzimy.
Tak zaczyna się najtrudniejsze do tej pory śledztwo Instytutu Torchwood. Oprócz kosmitów przeciwnikiem tym razem są również politycy. Dawno pogrzebane tajemnice wracają, a główni bohaterowie sami stają się celem tych, którzy zrobią wszystko, by utrzymać sekrety przed światem.
Torchwood: Children of Earth to technicznie 3 sezon tego brytyjskiego serialu, w praktyce 5 odcinkowa mini-seria połączona z wcześniejszymi sezonami tylko postaciami głównych bohaterów. Sama seria jest spin-offem Dr Who. Lecz znajomość tego serialu nie jest wymagana by nadążyć za fabułą, również sam Doctor nigdy nie zaszczyca swoją obecnością serialu, choć samo Torchwood, a w szczególności kapitan Jack Harkness, pojawiają się kilkakrotnie w Doctorze. Serial opowiada o losach Instytutu Torchwood, tajnej organizacji założonej w 1879 roku przez królową Wiktorię (po jej spotkaniu z Doctorem), by bronić Imperium Brytyjskie przed kosmitami, oraz przejmować i badać technologię obcych. Ściślej zaś mówiąc, serial opowiada o Torchwood 3, znanym również jako Torchwood Cardiff od Walijskiego miasta, w którym mieści się jego siedziba i które charakteryzuje się faktem, że przez środek miasta przebiega wyrwa czasoprzestrzenna, przez którą na ziemię regularnie przedostają się różne istoty z innych planet i czasów.
Muszę przyznać, że pierwsze dwa sezony Torchwood nie są zbyt porywające. Serial ma swój klimat i bardzo dojrzałe jak na sf podejście do tematu, ale zwłaszcza w pierwszym sezonie cierpi na strasznie powolne tempo i praktycznie brak akcji. Drugi sezon jest już znacznie lepszy, ma wybuchy, ciekawsze odcinki i Jamesa Mastersa w roli czarnego bohatera. Niemniej nadal czegoś mu brakuje. Zostawia pewne poczucie niedosytu. W szczególności w finale (który i tak jest o niebo lepszy od tragicznego wręcz finału pierwszego sezonu). A później przychodzi CoE.
Sezon ma 5 odcinków które przedstawiają wydarzenia kolejnych pięciu dni kryzysu, składając się na jedną spójną historię. Całość zaczyna się spokojnie, jak każde inne śledztwo, by wkrótce eksplodować dramatyzmem i akcją. Seria jest ciekawa przez pierwsze trzy odcinki, ale dopiero ostatnie dwa stanowią o jej wielkości. Umiejętnie budowane napięcie wreszcie osiąga szczytowy punkt, a twórcy bardzo umiejętnie manipulują emocjami widza, prowadząc do świetnego zakończenia. Powiem wprost, jeśli ktoś spodziewa się klasycznego sf, gdzie bohaterowie na końcu rzucą żarcikiem i ruszą na kolejną misję, to się zawiedzie. Tutaj postacie stają przed zbyt dużą ilością trudnych pytań i dylematów bez dobrej odpowiedzi, zbyt wiele razy muszą wybierać mniejsze zło i płacić cenę za swoje zwycięstwa. W tym świecie nie można po prostu ocalić świata i pokonać tych złych. Co za tym idzie, CoE przekracza pewną niepisaną granicę produkcji sf. BSG często szło po krawędzi swoim klimatem i ciężarem niektórych scen, ale Torchwood przekracza wszelkie granice. I za to mu chwała.
W ostatecznym rozrachunku Torchwood: Children of Earth to jedno z najlepszych sf jakie miałem przyjemność oglądać i naprawdę warto po nie sięgnąć, nawet jeśli nie ma się zamiaru oglądać dwóch pierwszych sezonów. Sama fabuła nie powinna też nastręczać zbyt dużych problemów z nadążeniem, jako, że wątki z poprzednich sezonów są tu praktycznie nieobecne. Na koniec dodam, że w tej chwili emitowany jest czwarty sezon, Torchwood: Miracle Day, tym razem serial jest współfinansowany przez telewizję Starz (między innymi Spartacus i Camelot) i wyraźnie widać ten zwiększony budżet. Jest tu więcej akcji i rozmachu. Spora część akcji dzieje się w USA i sam styl też zmienił się na bardziej amerykański. Nie wydam ostatecznej oceny dopóki nie zobaczę całości, ale póki co jest świetnie. Zdecydowanie serial ma jeden z ciekawszych pomysłów na fabułę, jaki widziałem od dłuższego czasu. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy zdołają utrzymać poziom i zafundują równie mocne zakończenie, co w Children of Earth.
wtorek, 19 lipca 2011
Still alive
Tak jest, blog jeszcze nie umarł, ani ja, jeśli o to chodzi. W najbliższym czasie znów zacznę na nim wstawiać swoje teksty, tylko rzadziej i inne. Powód tego jest jednak bardzo pozytywny. A zwie się on Bestiariusz:
http://bestiariusz.pl/
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w najbliższym czasie dołączę do redakcji portalu i moje teksty dotyczące RPG będą się pojawiać tam.
Na blogu nadal będą wpisy odnośnie prowadzonych przeze mnie kampanii (Północne Marchie mam nadzieję znów ruszą po długiej przerwie, zaopatrzyłem się też ostatnio w The Thousand Thrones), recenzje filmów i książek, przemyślenia i teksty związane z Grą o Tron (właśnie jestem w połowie 5 tomu, a w przyszłym tygodniu zaczynają się zdjęcia do drugiego sezonu).
No, to chyba tyle w tej chwili. Niedługo wstawię opis ostatniej sesji Północnych, którą udało nam się rozegrać przed przerwą i pewnie tekst o Torchwood: Children of Earth (genialna seria).
http://bestiariusz.pl/
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w najbliższym czasie dołączę do redakcji portalu i moje teksty dotyczące RPG będą się pojawiać tam.
Na blogu nadal będą wpisy odnośnie prowadzonych przeze mnie kampanii (Północne Marchie mam nadzieję znów ruszą po długiej przerwie, zaopatrzyłem się też ostatnio w The Thousand Thrones), recenzje filmów i książek, przemyślenia i teksty związane z Grą o Tron (właśnie jestem w połowie 5 tomu, a w przyszłym tygodniu zaczynają się zdjęcia do drugiego sezonu).
No, to chyba tyle w tej chwili. Niedługo wstawię opis ostatniej sesji Północnych, którą udało nam się rozegrać przed przerwą i pewnie tekst o Torchwood: Children of Earth (genialna seria).
wtorek, 28 czerwca 2011
Game of Thrones: Sezon Pierwszy Podsumowanie
Najpierw odrobina wspomnień (jeśli kiepski sentymentalizm was nie interesuje, przejdźcie do następnego akapitu). Jakieś półtorej roku temu natknąłem się gdzieś w odmętach internetu na wiadomość, że Sean Bean ma grać w serialu fantasy i to serialu produkowanym przez HBO. Powiem szczerze, że Gra o Tron w tamtym czasie kojarzyła mi się tylko z planszówką, nawet nie wiedziałem, że owa była oparta na książce. Sam serial był na etapie kręcenia pilota i HBO dopiero rozważało zakup pełnego sezonu. Co więcej ja miałem całkowicie dosyć długaśnych, powtarzających w nieskończoność te same schematy sag fantasy. Nie miałem najmniejszego zamiaru czytać książek, ale chciałem dowiedzieć się, o co chodzi. Więc nie zważając na spoilery sięgnąłem po wiki. W efekcie po pierwsze zaspoilerowałem sobie dwa najbardziej szokujące wydarzenia (śmierć Neda jest jednym, drugie ma miejsce w dalszych tomach), po drugie zdałem sobie sprawę, że to nie jest kolejny głupawy klon Władcy Pierścieni. Następnego dnia kupiłem pierwszy tom i już po kilkudziesięciu stronach wiedziałem, że na tym jednym nie skończę. Kilka tysięcy stron później byłem pewny, że oto mam przed sobą moje nowe ulubione dzieło literackie. Od tamtej pory przeczytałem Pieśń Lodu i Ognia dwukrotnie. Prowadziłem kampanię RPG w tym świecie, oczekiwałem niecierpliwie na 5 tom i codziennie zaglądałem na winter-is-coming.net śledząc losy produkcji serialu. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie śledziłem produkcji serialu czy filmu tak dokładnie jak w tym przypadku. Równocześnie cały czas obawiając się, czy HBO nie spieprzy mojej ulubionej historii. Wreszcie 10 tygodni temu oczekiwanie dobiegło końca... A efekt końcowy przeszedł wszelkie posiadane przeze mnie oczekiwania.
Nasuwa się odwieczne pytanie, co było lepsze, książka czy serial? Zwykle odpowiedzią jest proste i klasyczne: książka była lepsza. Ale nie tym razem. Nie dlatego, że serial był lepszy. Po prostu był inny. D&D (producenci) nie okaleczyli tej wspaniałej fabuły jak to często się zdarza, oni wzięli ją i mistrzowsko przedstawili wykorzystując to zupełnie inne w końcu medium, jakim jest telewizja. W tej sytuacji są rzeczy które książka robiła lepiej, ale są też takie, które lepiej zrobił serial. Po kolei więc.
Książka lepiej opisała główne postacie. Byliśmy w ich głowach, słyszeliśmy ich myśli, ich uczucia i motywacje. O wiele łatwiej było je zrozumieć i się do nich przywiązać. Również fabuła lepiej została przedstawiona w książce. Wszystkie jej zawiłości, smaczki i szczegóły, które po prostu nie zmieściły się w serialu. Było to widoczne zwłaszcza w przypadku wojny, którą twórcy znacząco uprościli. I wreszcie budowanie świata. Z oczywistych względów telewizja pokazała jedynie te elementy świata, które były niezbędne dla fabuły. Niemniej Westeros z książek sprawiało wrażenie o wiele większego i bardziej przemyślanego. Ostatecznie HBO nie wyjaśniło nawet dokładnie czym jest Gwardia Królewska, czy Maestrzy.
Serial tym czasem po pierwsze ożywił ten świat. Kostiumy, plany zdjęciowe, rekwizyty. Wszystko wykonane z niesamowitą dbałością o szczegóły. Po drugie wiele scen i sytuacji zyskało znacząco na dramatyzmie, kiedy ujrzeliśmy je na ekranie w wykonaniu świetnych aktorów. A jak przy aktorach jesteśmy. O ile serial słabiej pokazywał nam wnętrze głównych postaci, o tyle czynił je bardziej realnymi, żywymi, dając im twarze. Ale przede wszystkim, dał on twarze i głosy bohaterom pobocznym. Postaciom które w książce znaliśmy tylko z punktu widzenia głównych bohaterów. Viserys, Bronn, król Robert, nawet strażnik więzienny Mord. Wszyscy oni zyskali niesamowicie w moich oczach. Naprawdę nie sposób mi się nie zachwycać nad tym elementem serialu, kiedy nagle średnio interesująca w książkach postać Oshy, za sprawą Natalii Teny, staje się kimś na kogo pojawienie się na ekranie czekam z niecierpliwością. Prawdziwa magia.
A jak jesteśmy przy postaciach (bo to one są dla mnie istotą tej serii, i w jeszcze większym stopniu, tego serialu), to może zacznę od piątki moich ulubieńców, więc po kolei:
Tyrion, mój zdecydowany numer jeden. Cyniczny karzeł który cały czas ląduje w tarapatach, z których wygrzebuje się używając inteligencji i uroku osobistego. Równocześnie mający też swoją mroczną stronę. Dla mnie historia Tyriona opowiada o włażeniu pod górę, kiedy wszyscy dookoła miotają w ciebie gównem i Peter Dinklage uchwycił tą postać w 100% i chyba nie będę się nad tym dłużej rozwodził.
Arya. No cóż, chyba wszyscy ją uwielbiam. To taki uroczy urwis, uczy się szermierki, ściga koty, zabija chłopców stajennych. Czego tu nie lubić :D . O umiejętnościach Maisie Williams (jak i pozostałych dzieciaków) nie będę się nawet rozwodził, bo już dosyć o tym powiedziano.
Kolejne trzy postacie są dla mnie razem na trzecim miejscu. Więc, Daenerys... ahh, Emilia Clarke, ta kobieta to chyba największe odkrycie tego serialu (a przy tylu świetnych młodych aktorów, o ten tytuł niełatwo). To jak przeszła od wystraszonej dziewczynki do silnej kobiety. I jak sexy potrafiła wyglądać jedząc serce. Coś niesamowitego.
Jon. Wątek Jona jest o tyle ciekawy, że on sam wybrał swoją drogę. Tyrion nie może urosnąć, Bran nie zacznie sam chodzić, a Sansa nie wyjdzie sama z pałacu, kiedy tylko zechce. Oni wszyscy zostali wepchnięci na tą ścieżkę. Ale Jon wybrał własną drogę sam i regularnie ma okazję z niej zejść. Tak naprawdę to jest istota tej postaci, walka o to, by pozostać na wybranej przez siebie ścieżce. Po powiedzeniu tego, muszę stwierdzić, że nie znoszę Jona w pierwszym tomie. Jego wątek jest tak niesamowicie nudny, a on sam tak cholernie EMOwaty, że to boli. I obawiam się, że Kit Harington nic tu nie zmienił. Świetnie odegrał swoją rolę, ale tak naprawdę dopiero w kolejnych sezonach zobaczymy, na co go stać (co ciekawe, Kit i Sean Bean grają główne role w nowym Silent Hill).
I wreszcie Jaime i w tym wypadku zostałem dosłownie zmieciony. To jedyna z moich ulubionych postaci, która w tej wersji jest absolutnie, nieporównywalnie lepsza. Od "Rzeczy które robię z miłości" po "Nie ma ludzi takich jak ja", Nikolaj Coster-Waldau wziął każdy świetny tekst Królobójcy i uczynił go jeszcze lepszym.
Pozostałe postacie, które naprawdę zaskoczyły mnie w serialu, tym jak ciekawe się stały to zdecydowanie Robert, Drogo, Osha, Shae (wielu ludzi wkurza się, że przedstawiono ją zupełnie inaczej niż w książkach, gdzie była bliższa osobowością Ros, ale dla mnie to zdecydowana zmiana na lepsze, w książkach była denerwująca, w serialu jest intrygująca), Stara Nania (aktorka niestety już zmarła), Mord (No gold! Fuck off! mam szczerą nadzieję, że ten facet wróci), Viserys (w tej wersji naprawdę udało mi się wykrzesać jakiś cień współczucia dla niego).
No i dwie postacie które już uwielbiałem, ale były JESZCZE lepsze czyli Bronn i Syrio (Just so).
I Cat była znacząco mniej denerwująca, co też jest czymś :P .
Rany, naprawdę wymienienie wszystkich świetnych postaci wymagałoby wymienienia wszystkich postaci. Więc jeszcze wspomnę Sama, który w wersji bardziej komediowej był znacząco sympatyczniejszy.
Moją ulubioną sceną w serialu zdecydowanie jest egzekucja, ale na drugim miejscu dałbym chyba pierwszą lekcję Wodnego Tańca, było w tej scenie coś magicznego.A co wy myślicie?
Mógłbym mówić jeszcze o muzyce, kostiumach i scenografii, ale po co. Wszyscy to widzieliśmy i słyszeliśmy. Więc po tym wszystkim, muszę jeszcze zadać pytanie: Czy to najlepszy serial jaki widziałem?... i odpowiedź brzmi - nie. GoT jest wysoko, ale palma pierwszeństwa nadal należy u mnie do The Wire. Choć tamten serial potrzebował 4 sezonów, by wdrapać się na tą pozycję, więc GoT ma czas. Czy był chociaż najlepszym pierwszym sezonem? Też nie, tu chyba już zawsze wygrywać będzie u mnie Lost (mimo wszystkiego, co zrobiono z tym serialem później, pierwszy sezon był po prostu genialny). Nawet opening bardziej mi się podoba w True Blood.
Jednak we wszystkich tych kategoriach, Gra o Tron jest w ścisłej czołówce, a to nie zdarza się często i kto wie, być może za kilka lat, po kilku kolejnych sezonach, spojrzę wstecz i powiem, że oto jest najlepszy serial jaki widziałem, tak jak robię to z książkami, po przeczytaniu 4 tomów.
Co teraz? No cóż, za dwa tygodnie wychodzi A Dance with Dragons (już zamówiłem swój egzemplarz). Za miesiąc zaczną się zdjęcia do drugiego sezonu. Już zaczęły pojawiać się pierwsze newsy o castingach do ról nowych postaci (Natalie Dormer zagra Margaery Tyrell, siostrę Rycerza Kwiatów), a co za tym idzie pierwsze kontrowersje i spory między fanami. Potem przyjdzie czas na raporty z planu, plotki, pierwsze zdjęcia i filmiki, a wreszcie w kwietniu przyszłego roku drugi sezon. To daleko, ale pierwszy sezon wydawał się jeszcze bardziej odległy (że nie wspomnę o ADWD), a tym razem przynajmniej mamy pewność, że ZDECYDOWANIE jest na co czekać. W między czasie pewnie jeszcze kilka razy obejrzę pierwszy sezon :P . A puki co, trzeba czekać. WINTER IS COMING!
Nasuwa się odwieczne pytanie, co było lepsze, książka czy serial? Zwykle odpowiedzią jest proste i klasyczne: książka była lepsza. Ale nie tym razem. Nie dlatego, że serial był lepszy. Po prostu był inny. D&D (producenci) nie okaleczyli tej wspaniałej fabuły jak to często się zdarza, oni wzięli ją i mistrzowsko przedstawili wykorzystując to zupełnie inne w końcu medium, jakim jest telewizja. W tej sytuacji są rzeczy które książka robiła lepiej, ale są też takie, które lepiej zrobił serial. Po kolei więc.
Serial tym czasem po pierwsze ożywił ten świat. Kostiumy, plany zdjęciowe, rekwizyty. Wszystko wykonane z niesamowitą dbałością o szczegóły. Po drugie wiele scen i sytuacji zyskało znacząco na dramatyzmie, kiedy ujrzeliśmy je na ekranie w wykonaniu świetnych aktorów. A jak przy aktorach jesteśmy. O ile serial słabiej pokazywał nam wnętrze głównych postaci, o tyle czynił je bardziej realnymi, żywymi, dając im twarze. Ale przede wszystkim, dał on twarze i głosy bohaterom pobocznym. Postaciom które w książce znaliśmy tylko z punktu widzenia głównych bohaterów. Viserys, Bronn, król Robert, nawet strażnik więzienny Mord. Wszyscy oni zyskali niesamowicie w moich oczach. Naprawdę nie sposób mi się nie zachwycać nad tym elementem serialu, kiedy nagle średnio interesująca w książkach postać Oshy, za sprawą Natalii Teny, staje się kimś na kogo pojawienie się na ekranie czekam z niecierpliwością. Prawdziwa magia.
A jak jesteśmy przy postaciach (bo to one są dla mnie istotą tej serii, i w jeszcze większym stopniu, tego serialu), to może zacznę od piątki moich ulubieńców, więc po kolei:
Tyrion, mój zdecydowany numer jeden. Cyniczny karzeł który cały czas ląduje w tarapatach, z których wygrzebuje się używając inteligencji i uroku osobistego. Równocześnie mający też swoją mroczną stronę. Dla mnie historia Tyriona opowiada o włażeniu pod górę, kiedy wszyscy dookoła miotają w ciebie gównem i Peter Dinklage uchwycił tą postać w 100% i chyba nie będę się nad tym dłużej rozwodził.
Arya. No cóż, chyba wszyscy ją uwielbiam. To taki uroczy urwis, uczy się szermierki, ściga koty, zabija chłopców stajennych. Czego tu nie lubić :D . O umiejętnościach Maisie Williams (jak i pozostałych dzieciaków) nie będę się nawet rozwodził, bo już dosyć o tym powiedziano.
Kolejne trzy postacie są dla mnie razem na trzecim miejscu. Więc, Daenerys... ahh, Emilia Clarke, ta kobieta to chyba największe odkrycie tego serialu (a przy tylu świetnych młodych aktorów, o ten tytuł niełatwo). To jak przeszła od wystraszonej dziewczynki do silnej kobiety. I jak sexy potrafiła wyglądać jedząc serce. Coś niesamowitego.
Jon. Wątek Jona jest o tyle ciekawy, że on sam wybrał swoją drogę. Tyrion nie może urosnąć, Bran nie zacznie sam chodzić, a Sansa nie wyjdzie sama z pałacu, kiedy tylko zechce. Oni wszyscy zostali wepchnięci na tą ścieżkę. Ale Jon wybrał własną drogę sam i regularnie ma okazję z niej zejść. Tak naprawdę to jest istota tej postaci, walka o to, by pozostać na wybranej przez siebie ścieżce. Po powiedzeniu tego, muszę stwierdzić, że nie znoszę Jona w pierwszym tomie. Jego wątek jest tak niesamowicie nudny, a on sam tak cholernie EMOwaty, że to boli. I obawiam się, że Kit Harington nic tu nie zmienił. Świetnie odegrał swoją rolę, ale tak naprawdę dopiero w kolejnych sezonach zobaczymy, na co go stać (co ciekawe, Kit i Sean Bean grają główne role w nowym Silent Hill).
I wreszcie Jaime i w tym wypadku zostałem dosłownie zmieciony. To jedyna z moich ulubionych postaci, która w tej wersji jest absolutnie, nieporównywalnie lepsza. Od "Rzeczy które robię z miłości" po "Nie ma ludzi takich jak ja", Nikolaj Coster-Waldau wziął każdy świetny tekst Królobójcy i uczynił go jeszcze lepszym.
Pozostałe postacie, które naprawdę zaskoczyły mnie w serialu, tym jak ciekawe się stały to zdecydowanie Robert, Drogo, Osha, Shae (wielu ludzi wkurza się, że przedstawiono ją zupełnie inaczej niż w książkach, gdzie była bliższa osobowością Ros, ale dla mnie to zdecydowana zmiana na lepsze, w książkach była denerwująca, w serialu jest intrygująca), Stara Nania (aktorka niestety już zmarła), Mord (No gold! Fuck off! mam szczerą nadzieję, że ten facet wróci), Viserys (w tej wersji naprawdę udało mi się wykrzesać jakiś cień współczucia dla niego).
No i dwie postacie które już uwielbiałem, ale były JESZCZE lepsze czyli Bronn i Syrio (Just so).
I Cat była znacząco mniej denerwująca, co też jest czymś :P .
Rany, naprawdę wymienienie wszystkich świetnych postaci wymagałoby wymienienia wszystkich postaci. Więc jeszcze wspomnę Sama, który w wersji bardziej komediowej był znacząco sympatyczniejszy.
Moją ulubioną sceną w serialu zdecydowanie jest egzekucja, ale na drugim miejscu dałbym chyba pierwszą lekcję Wodnego Tańca, było w tej scenie coś magicznego.A co wy myślicie?
Mógłbym mówić jeszcze o muzyce, kostiumach i scenografii, ale po co. Wszyscy to widzieliśmy i słyszeliśmy. Więc po tym wszystkim, muszę jeszcze zadać pytanie: Czy to najlepszy serial jaki widziałem?... i odpowiedź brzmi - nie. GoT jest wysoko, ale palma pierwszeństwa nadal należy u mnie do The Wire. Choć tamten serial potrzebował 4 sezonów, by wdrapać się na tą pozycję, więc GoT ma czas. Czy był chociaż najlepszym pierwszym sezonem? Też nie, tu chyba już zawsze wygrywać będzie u mnie Lost (mimo wszystkiego, co zrobiono z tym serialem później, pierwszy sezon był po prostu genialny). Nawet opening bardziej mi się podoba w True Blood.
Jednak we wszystkich tych kategoriach, Gra o Tron jest w ścisłej czołówce, a to nie zdarza się często i kto wie, być może za kilka lat, po kilku kolejnych sezonach, spojrzę wstecz i powiem, że oto jest najlepszy serial jaki widziałem, tak jak robię to z książkami, po przeczytaniu 4 tomów.
Co teraz? No cóż, za dwa tygodnie wychodzi A Dance with Dragons (już zamówiłem swój egzemplarz). Za miesiąc zaczną się zdjęcia do drugiego sezonu. Już zaczęły pojawiać się pierwsze newsy o castingach do ról nowych postaci (Natalie Dormer zagra Margaery Tyrell, siostrę Rycerza Kwiatów), a co za tym idzie pierwsze kontrowersje i spory między fanami. Potem przyjdzie czas na raporty z planu, plotki, pierwsze zdjęcia i filmiki, a wreszcie w kwietniu przyszłego roku drugi sezon. To daleko, ale pierwszy sezon wydawał się jeszcze bardziej odległy (że nie wspomnę o ADWD), a tym razem przynajmniej mamy pewność, że ZDECYDOWANIE jest na co czekać. W między czasie pewnie jeszcze kilka razy obejrzę pierwszy sezon :P . A puki co, trzeba czekać. WINTER IS COMING!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
