Trochę mi to zajęło, ale wreszcie zabrałem się za podsumowanie drugiego sezonu Gry o Tron. Obejrzałem całość jeszcze raz, wszystko sobie przemyślałem i oto efekt.
Jest lepiej niż było.
Oczywiście ten sezon bardziej odszedł od fabuły książki. Ale według mnie w większości przypadków wyszło to serii na dobre. Patrząc z punktu widzenia samego serialu, fabuła stała się strasznie rozlazła, ale to akurat wina książek. Twórcy i tak zdołali całkiem ładnie z tego wybrnąć, dzięki bitwie o Królewską Przystań, która nadała całemu sezonowi pewnej spójności. Ale po kolei. Zacznijmy jednak od rzeczy, które niezbyt wyszły:
Robb Stark i historia jego miłości do seksownej pielęgniarki odcinającej ludziom kończyny... Ten wątek był tak absurdalnie nudny. Właściwie nic się w nim nie działo, a do tego sam Robb zdołał ostatecznie sprowadzić całą sytuację do wyboru między kobietą a mostem. Całkowicie ignorując przy tym takie elementy sytuacji jak honor, lojalność czy fakt, że Freyowie stanowią sporą część jego armii. To ostatnie nie było w sumie tak trudne, zwłaszcza, że sami Freyowie gdzieś się zapodziali, pewnie siedzą na tym swoim niezbyt istotnym dla wojny moście.
Wojna? Honor? Lojalność? Wow, spójrzcie na ten tyłek!
To zabawne, że tylko Catelyn zadaje pytanie, co w tej sytuacji zrobiłby Ned. To dobre pytanie, jako, że wszyscy wiemy, co zrobiłby Ned, bo lord Eddark Stark był w dokładnie identycznej sytuacji w wieku Robba. Musiał wybrać między miłością, a nieznaną sobie kobietą którą przyrzekł poślubić. Ned wybrał obowiązek, Robb zamkną swoją matkę w areszcie i uciekł do lasu z seksowną (temu chyba nikt nie będzie przeczył) pielęgniarką. A jak przy niej jesteśmy, co się stało z Jayne Westerling? Wydaje się, że szlachetnie urodzona kobieta opiekująca się rannym królem byłaby tu bardziej na miejscu, niż lekarka z sąsiedniego kontynentu. Choć zapewne wtedy nie mogłaby wygłaszać postępowych mów bardziej pasujących do jakiegoś "historycznego" filmu Ridleya Scotta, niż do bardziej realistycznego settingu Westeros.
GDZIE SĄ MOJE SMOKI!?
Kolejną postacią której wątek raczej nie zachwycił była Daenerys. Choć trzeba przyznać, że wątek ten i tak był lepszy niż w książkach. Choć mimo to, nadal nie zachwycał.
Dany większość czasu groziła ludziom ogniem i zachowywała się jak swój brat. Potem płakała za smokami. Czarnoksiężnicy okazali się jednym facetem uzbrojonym w moc kopiowania się. Dom nieśmiertelnych okazał się nie zawierać faktycznych nieśmiertelnych. Jedyne pozytywy to Nicholas Blane w roli Króla Przypraw, krótki powrót Drogo i oczywiście same smoki.
Najlepszy szpieg Nocnej Straży.
I wreszcie Jon Snow. Nasz ulubiony bękart spędził ten sezon w bardzo widowiskowym krajobrazie Islandii. I tu muszę pochwalić wątek Crastera i większą rolę Ygritte. Niemniej jest też druga strona medalu, a nią jest Qhorin Półręki i przejście Jona na stronę dzikich. W książkach to była bardzo dramatyczna decyzja, coś do czego fabuła zmierzała przez kilka rozdziałów. W serialu to po prostu się stało, od tak, nagle, bez ostrzeżenia. Rachu, ciachu i Jon jest w obozie dzikich. Zero dramatyzmu.
Teraz przejdźmy do tego, co dobre, a tego było zdecydowanie więcej. Po pierwsze cały wątek Theona. Uwielbiam postacie tragiczne, a on jest jedną z najtragiczniejszych postaci w dziejach tv (obok Shanea z The Shield). Alfie Allen doskonale odegrał postać zamotanego, nadmiernie ambitnego księcia, którego każdy krok okazuje się być krokiem w niewłaściwą stronę. Począwszy od konfrontacji z własny ojcem, skończywszy na wspaniałej przemowie na końcu.
Tywin Lannister przybywa na ratunek.
Arya i Tywin Lannister, czyli najlepszy duet sezonu. Oglądanie ich wspólnych scen było czystą przyjemnością. Zwłaszcza fragment o ojcu kamieniarzu. Swoją drogą zastanawia mnie, czy komentarz Tywina na temat rzadkości,jaką jest umiejący czytać kamieniarz, nie jest mrugnięciem do Robin Hooda z Russellem Crowem, gdzie ojciec Robina jest kamieniarzem który nie tylko czyta i pisze, ale do tego jeszcze tworzy rewolucyjne teorie na temat swobód obywatelskich.
Niemniej Tywin to nie wszystko, właściwie każdy element historii Aryi w tym sezonie był wspaniały. Od rozmowy o tym, kiedy mamy do czynienia z bitwą, poprzez śmierć Yorena i wygląd Harrenhal, aż po postać Jaqena. Jasne, można się czepiać. Zdecydowanie brakuje mi Łasicowej Zupy. Przedstawienia horroru wojny rozpętanej przez królów, czy przemiany jaką Arya przechodzi w Harrenhal w książkach. Co więcej serial niezbyt dobrze tłumaczy, czemu Gorąca Bułka i Gendry uciekli z Aryą, zamiast zostać w bezpiecznym zamku, ale to już szczegóły.Ostatecznie dobrych rzeczy jest wystarczająco dużo, by zadośćuczynić za braki.
Filozofia, taktyka, polityka i żarty. Czego chcieć więcej?
I tak dochodzimy do Królewskiej Przystani. A ta lokacja ewidentnie rządziła w tym sezonie. Rozmowy między Tyrionem i Varysem były chyba moim ulubionym elementem sezonu. Również Cersei nie próżnowała. I nawet Sansa wydawała się jakaś ciekawsza.
Co więcej wydarzenia w stolicy, połączone z wątkiem Stanisa, stanowiły wyraźny kręgosłup tego sezonu, nieuchronnie prowadząc do wielkiego finału w postaci bitwy o Czarny Nurt.
A ta, choć nie tak widowiskowa jak w książkach, w dalszym ciągu pozostawała czymś właściwie niespotykanym w telewizji. Jednym z najlepszych pojedynczych odcinków serialu, jaki widziałem w życiu.Trudno jest napisać o tym więcej, nie chwaląc po kolei każdej sceny z udziałem Tyriona, Bronna, Varysa, Sansy czy nawet Shae.
Do tego oczywiście dochodzi wszystko po środku, Renly, Stannis, Jaime itd. itp. Ogólnie ten sezon był większy, bardziej widowiskowy, bardziej monumentalny i ogólnie, po prostu lepszy. Twórcy ewidentnie czuli się pewniej i pozwalali sobie na więcej i dobrze. Bo to co działa w książce nie zawsze działa w serialu. Co najważniejsze, druga książka podobała mi się mniej niż pierwsza, więc już sam fakt, że uczynili lepszy sezon mimo gorszego materiału źródłowego świadczy najlepiej o tym, że D&D wiedzą co robią. I to zakończenie. Zostaje tylko czekać na trzeci sezon.
Prawie rok temu natknąłem się w odmętach internetu na zapowiedź indonezyjskiego filmu The Raid. Wyglądała ona świetnie i natychmiast wyruszyłem na poszukiwanie wspomnianej produkcji. Niestety film nie miał wówczas jeszcze dystrybutora na rynku zachodnim. Miał za to na swoim koncie szereg nagród na różnych festiwalach filmowych. Czekałem więc cierpliwie, co jakiś czas sprawdzając, jak wygląda sytuacja. I wreszcie ostatnio udało mi się położyć łapki na Serbuan maut, lub jak brzmi tytuł amerykański The Raid: Redemption (ponieważ dorzucenie przypadkowego podtytułu sprawia, że brzmi to bardziej... dobra, tak na serio, nie mam pojęcia, co to ma sprawiać). Trochę się bałem, bo narobiłem sobie przez te miesiące nadziei, a to zwykle źle się kończy. Ale nie tym razem.
Plakaty reklamujące produkcję dumnie stwierdzają, że to najlepszy film akcji dekady. Szczerze mówiąc nie wiem czy najlepszy, ale na pewno w czołówce. Ten film to jedna wielka, wspaniała orgia przemocy w najlepszym stylu. Mnie osobiście wyjebała w kosmos. Ale po kolei.
Fabuła:
Fabuła The Raid nie jest zbyt odkrywcza, ale bądźmy szczerzy, nie o wybitną fabułę tu chodzi. Oddział SWAT dostaje rozkaz pochwycenia mafioza, ukrywającego się w budynku w slumsach. Problem w tym, że budynek służy jako swego rodzaju hotel\ bezpieczne schronienie, dla najgorszych bandytów w mieście. Akcja początkowo idzie dobrze, ale z czasem wszystko się pieprzy, a nasi bohaterowie zostają uwięzieni w budynku rojącym się od uzbrojonych zbirów. W tym miejscu zaczyna się widowiskowa i trzymająca w napięciu rozwałka, czyli to, o co w tym filmie naprawdę chodzi.
Przemoc:
Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie jest łatwo nakręcić dobry film akcji. Wręcz przeciwnie, większość tak zwanego kina akcji jest po prostu nudna. Niemniej The Raid ma to coś, czego często brakuje nawet superprodukcjom z Hollywood, że nie wspomnę o filmach z budżetem ledwo przekraczającym milion dolarów. Ale właśnie ten brak funduszy sprawił, że twórcy filmu skupili się na podstawach. Brakuje tu wybuchów na tle wybuchów, głupawych hasełek i niesamowitych efektów specjalnych. Zamiast tego jest pot, krew i sceny walki w które naprawdę można uwierzyć. Walka jest tu brudna i brutalna. Ciosy naprawdę zdają się mieć siłę, a bohaterowie używają wszystkiego co wpadnie im w ręce. To prawdziwa walka o przetrwanie, w której nie ma miejsca na heroizm i zgrywanie bohatera. Równocześnie, sceny walki są niesamowicie estetyczne, w pewien niezwykły sposób wręcz piękne.
Podsumowanie:
The Raid to naprawdę efektywne kino akcji. Świetnie nakręcone, trzymające w napięciu, pełne doskonałych momentów i świetnych scen walki. Film bije na głowę większość Hollywoodzkich superprodukcji, mimo budżetu nie mogącego się z nimi równać. To obowiązkowy punkt programu dla wszystkich wielbicieli kina akcji.
Dziś kolejny serial policyjny, choć znacząco różniący się od The Wire. Gdybym miał opisać The Shield jednym zdaniem, powiedziałbym, że ten serial to Sons of Anarchy z odznakami.
Seria kręci się głównie wokół grupy niezbyt uczciwych gliniarzy próbujących przetrwać i wyjść na swoje w Farmington, najgorszej dzielnicy Los Angeles.
Tak zwana Grupa Uderzeniowa zajmuje się zwalczaniem gangów, choć jej członkowie mają dosyć specyficzne podejście do swojego zadania. Detektyw Vic Mackey i jego towarzysze kontrolują ulice miasta poprzez sieć układów, wymuszeń i szantaży. Sprawnie manewrują pomiędzy przywódcami murzyńskich i latynoskich gangów, zapewniając spokój na ulicach i przy okazji dodatkowe zarobki dla siebie. Oczywiście podobna działalność siłą rzeczy wiąże się z masą problemów.
Naciski szefostwa, podejrzenia ze strony Wydziału Wewnętrznego, niebezpiecznie bliskie związki ze światem przestępczym. Wszystko to sprawia, że regularne skargi na nadmierną brutalność są z reguły najmniejszym problemem Vica i spółki.
Vic Mackey
Czasami trafiają się w serialach wspaniali antybohaterowie, takie postacie jak Tony Soprano, Stringer Bell czy Tyrion Lannister. Wszyscy oni są dalecy od bycia tymi dobrymi. Cyniczni, skłonni do całkowicie niemoralnego zachowania, bez skrupułów manipulujący ludźmi dookoła. Równocześnie jednak nie są oni typowymi czarnymi charakterami, są czymś pośrodku. I Vic Mackey doskonale wpasowuje się w tą grupę. Główny bohater The Shield jest zasadniczo skorumpowanym dupkiem, nie uznającym autorytetów i bezwzględnie miażdżącym każdego, kto stanie na jego drodze. Równocześnie jednak, podobnie jak Tony Soprano, pozostaje on przede wszystkim człowiekiem. I właśnie to stanowi o sile tej postaci. Przy wszystkich okropnych, bezwzględnych czynach jakie Vic popełnia, widz nadal może się z nim w jakimś stopniu identyfikować. Rozumieć motywacje stojącą za jego czynami, ba, nawet kibicować Vicowi w kolejnych tarapatach, z których próbuje się on wygrzebać. Doprowadza to do ciekawego efektu, kiedy zaczynamy postrzegać ludzi próbujących złapać Vica, jako tych złych, mimo, że faktycznie są oni znacząco bardziej pozytywnymi postaciami. Dodatkowo pogłębia to uczucie fakt, że Vic jest naprawdę cholernie dobrym gliniarzem, który naprawdę przejmuje się swoją pracą. Jedynie ma niecodzienne metody jej wykonywania i przy okazji chce odłożyć coś dla swojej rodziny.
Grupa Uderzeniowa
Naprawdę mogę określić tą ekipę jedynie jako Synów Anarchii z odznakami. Towarzysze Vica to niezbyt uczciwa, dosyć brutalna i wyjątkowo sympatyczna zbieranina najskuteczniejszych policjantów w dziejach. Można krytykować ich metody, ale nie da się zaprzeczyć, że potrafią osiągać wyniki. W trakcie całej serii przez tą elitarną drużynę przewija się kilka postaci, ale trzon drużyny poza Vickiem stanowią Shane, Lem i Ronnie. Ta czwórka tworzy prawdziwe braterstwo, przechodząc razem przez masę wybojów i zakrętów.
Stodoła
Niemniej Grupa Uderzeniowa to nie wszystko. The Shield daje również naprawdę sporo miejsca innym bohaterom, starając się jak najlepiej pokazać działanie policji. I tak mamy mundurowych patrolujących ulice, detektywów tropiących zabójców i kapitana, grającego w gierki polityczne z szefostwem, by utrzymać to wszystko w ruchu. I zdecydowanie elementy te nie są jedynie dodatkowymi ozdobnikami, do historii o przekrętach Grupy Uderzeniowej. Powiem wręcz, że jest to pierwszy znany mi serial, w którym policjanci faktycznie przesłuchują ludzi w wiarygodnie wyglądający sposób. Tu nikt nie pęka po pięciu minutach przyjacielskiej rozmowy. Przesłuchania to skomplikowana gra psychologiczna, zwłaszcza, gdy po drugiej stronie stołu siedzi psychopatyczny morderca. The Shield naprawdę stara się stworzyć całościową i brutalnie szczerą wizję pracy gliniarzy.
Podsumowanie
The Shield to naprawdę mocna seria, prezentująca wyjątkowo moralnie szary świat policyjnej pracy. Seria przypomina w tym The Wire, z tą różnicą, że podczas gdy tam ta moralna niejednoznaczność tworzyła duszę serialu, tu jest raczej pretekstem do pokazania brutalnej, pełnej akcji historii Grupy Uderzeniowej. Serial naprawdę przykuwa do ekranu i trzyma w napięciu do ostatniego odcinka. Podczas gdy Vic i spółka próbują wyczołgiwać się z kolejnych tarapatów, utrzymywać porządek na ulicach miasta i przy okazji odłożyć coś na emeryturę.
When you walk through the garden you gotta watch your back
Dziś coś niezwykłego. Serial na który natknąłem się przez przypadek kilka lat temu. Wiedziałem tylko, że jest HBO i że gra w nim aktor, który ma grać Littlefingera w nadchodzącej wówczas jeszcze Grze o Tron. Podszedłem do tego, jak do kolejnego serialu o policjantach. Już po pierwszej scenie wiedziałem jednak, że trafiłem na coś zupełnie innego. Ta pierwsza scena rozmowy McNultego ze świadkiem zabójstwa była czymś niezwykłym. I reszta odcinka była już tylko lepsza. Przepaliłem się przez pierwszy sezon w trzy dni i wiedziałem, że potrzebuję więcej. Ostatecznie, po pięciu sezonach, The Wire stało się dla mnie wzorcem. Niedoścignioną perfekcją. Oglądam sporo seriali, być może nawet za dużo. Ale mimo to, do dziś nie znalazłem niczego, co mogłoby przebić The Wire. Ten program, to w moim odczuciu po prostu Święty Graal telewizji.
All the pieces matter.
The Wire zaczyna się jako serial policyjny. Pierwszy odcinek bombarduje nas hordą postaci w ilościach, porównywalnych tylko do pierwszego odcinka Gry o Tron. Większość z owych postaci to policjanci, ale nie są to typowi telewizyjni gliniarze, którzy z niegasnącym zapałem ścigają zabójców, korzystając z najnowszych zdobyczy technologi. Głównym powodem jest tu miejsce akcji.
Baltimore w stanie Maryland. Jedno z najniebezpieczniejszych miast w USA. 250 do 300 zabójstw rocznie. Skuteczność wydziału zabójstw na poziomie poniżej 50%. Co za tym idzie, policjanci w The Wire to nie herosi, a przepracowani, zmęczeni, sfrustrowani urzędnicy, próbujący przetrwać, zrobić karierę i przy okazji może rozwiązać kilka spraw. Ale przede wszystkim, to ludzie. To chyba główna siła The Wire, umiejętność tego serialu, do przedstawiania bohaterów w bardzo realistyczny i przekonujący sposób.
W Baltimorskiej policji służą więc sprzedajni karierowicze i przyzwoici karierowicze, uparci gliniarze lubiący rozwiązywać zagadki i znudzeni urzędnicy próbujący wytrwać do emerytury. Brutale nadużywający siły i czasami nawet ludzie, którzy faktycznie chcą coś zmienić. Wszyscy jednak podlegają tym samym zasadom i są częścią tego samego systemu. A system jest zdecydowanie jednym z bohaterów tej serii. Zwłaszcza w późniejszych sezonach staje się do ewidentne. Polityczne gierki, kopanie pod sobą dołków i wzajemne krycie się w razie błędów. I przede wszystkim, usadzanie każdego, kto spróbuje wyjść przed szereg. Wszyscy znają tu zasady gry, wszyscy się w nią bawią. Od komisarza, po mundurowego na patrolu.
"Patrolujący funkcjonariusz jest jedynym prawdziwym dyktatorem w Ameryce. Możemy przymknąć gościa za nic, albo za poważne wykroczenie. Możemy też powiedzieć - jebać to! - stanąć pod autostradą i zapić się na śmierć. A nasz partner będzie nas krył. Więc nikt nie będzie nam mówił, jak mamy marnotrawić naszą służbę."
Ten cytat świetnie podsumowuje podejście wielu policjantów w tym serialu. Ostatecznie, ci ludzie są na pierwszej linii wojny, której nie mogą wygrać, wojny której nie można nawet nazwać tym słowem, bo jak stwierdza jeden z bohaterów "Wojny się kończą".
You come at the King, you best not miss.
Drugą stroną medalu są tu przestępcy. Konkretnie gangsterzy, handlarze narkotyków z zachodniego Baltimore. I po raz kolejny, nie są to pozbawieni serca, zatwardziali kryminaliści. To ludzie, którzy żyją w takim, a nie innym świecie. Serial spędza z nimi tyle samo, a może nawet więcej czasu, niż z policjantami. I pod wieloma względami, to oni zapisują się w pamięci widza dużo mocniej, niż gliniarze. O postaciach będę jeszcze pisał więcej poniżej, niemniej bohaterowie pokroju Omara, Stringera czy Marlo zdarzają się w telewizji naprawdę rzadko. Ludzie wychowani w pewien sposób, grający w pewną grę. Pod wieloma względami przypomina to grę policjantów, z tą różnicą, że gliniarze po służbie wracają do domu. Gangsterzy żyją w swojej pracy. Ta gra to oni, na dobre i na złe.
The King stay the King
Niemniej w miarę jak serial rośnie, przestaje on opowiadać tylko o policjantach i przestępcach. Kolejne postacie i wątki pokazują nam wyraźnie, jak bardzo współczesne miasto jest systemem naczyń połączonych. I tak w kolejnych sezonach możemy zobaczyć jakie przekręty robią Polacy w związkach zawodowych pracowników portowych. Jak działa ratusz i gra polityczna tocząca się na szczytach władzy miejskiej. Jak radzą sobie szkoły i jak funkcjonują gazety. I w niezbyt zaskakujący sposób, okazuje się, że wszędzie tam trafiamy na tą samą grę. Każdy element systemu jest zasiedlony przez ludzi najróżniejszego typu, dobrych, złych i brzydkich. I każdy element jest równie skorumpowany i skupiony na rozwiązywaniu problemów, które sam tworzy. Gra nigdy się nie zmienia i zawsze toczy według tych samych zasad. I tak policjanci fałszują statystyki, by burmistrz mógł się pochwalić spadkiem przestępczości. Nauczyciele uczą pod testy, by dostać dofinansowanie za dobre wyniki w nauczaniu. Dziennikarze kłamią, by zwiększyć sprzedaż gazety. Politycy zaczynają z dobrymi intencjami, by prędzej czy później utknąć w grze, łamać własne zasady i ostatecznie stać się częścią problemu. W całym tym zamieszaniu, nie trudno odnieść wrażenia, że gangsterzy są tu najuczciwszą grupą, a z pewnością najbardziej szczerą.
The bigger the lie, the more they believe
Twórcą serialu i głównym scenarzystą jest David Simon. Człowiek który przez dwanaście lat pracował w Baltimore Sun, jako dziennikarz śledczy zajmujący się działem kryminalnym. Ten człowiek wie o czym pisze, i zdecydowanie nie ma tendencji do osładzania rzeczywistości. Wśród serii nad którymi pracował znajdują się inne serie policyjne, jak i świetne Generation Kill. Mini-seria przedstawiająca w brutalnie realistyczny sposób pierwsze tygodnie wojny w Iraku.
Simon opowiada swoją historię z iście dziennikarską dokładnością. Sprawia to, że The Wire wydaje się momentami nieprzyjemnie wręcz realistyczne. Dla niektórych nawet zbyt realistyczne. No, cóż, myśl, że policja naprawdę funkcjonuje w sposób przedstawiony w serialu, może być trochę przerażająca. Pocieszyć można się jedynie faktem, że mówimy tu o dosyć skrajnych warunkach miasta z absurdalnym poziomem przestępczości. Ważny jest tu również fakt, że Simon wiele razy podkreślał, jak bardzo praca dziennikarza pozbawiła go wiary w system i to, że może on faktycznie zmienić świat. I to widać w jego scenariuszach. David Simon nie próbuje dawać odpowiedzi i pouczać widza. On jedynie przedstawia sytuacją najlepiej jak potrafi, zadaje nieprzyjemne pytania i naświetla absurdalne patologie. Ostatecznie zostawiając widzowi decyzję, co o tym myśli.
I'm just a gangsta, I suppose
Najmocniejszym punktem The Wire, jak każdego naprawdę dobrego serialu, są postacie. I co jak co, ale w The Wire nie brakuje genialnych bohaterów. Każda postać jest tu pamiętna, każda ma swoje wady i zalety. Niczym w Grze o Tron. I porównanie to nasuwa się również, kiedy spojrzymy na ilość bohaterów. Zwłaszcza w zdecydowanie najlepszym, czwartym sezonie, ilość postaci i wątków może być przytłaczająca. I każda z nich ma swoją historię, swoją osobowość i całą kolekcję pamiętnych tekstów. Co jak co, ale genialnymi scenami i dialogami które na długo zapadają w pamięć, The Wire mogłoby obdzielić kilka seriali.
Za głównego bohatera można poniekąd uznać detektywa McNultego. Upartego, niepokornego i najczęściej nietrzeźwego policjanta, który po prostu nie wie kiedy odpuścić. Poza nim mamy Omara utrzymującego się z napadania handlarzy narkotyków. Stringera, gangstera o ambicjach wykraczających daleko poza rogi na których trwa dilerka. Bunka, porządnego gliniarza, który wie, kiedy mieć w dupie, co jest wyjątkowo przydatną umiejętnością w tym zawodzie. Bodyego, młodego dilera pnącego się w hierarchii gangu. Bubblesa, doświadczonego ćpuna i informatora policji. Carcettiego (w tej roli Littlefinger), ambitnego polityka próbującego dostać się do władzy. Franka Sobotkę, szefa związkowców portowych. I wiele, wiele innych postaci. Może się to wydawać przytłaczające, ale twórcy odwalili świetną robotę odpowiednio wprowadzając i przedstawiając bohaterów. A świetne dialogi i aktorstwo sprawiają, że każda postać jest niezapomniana.
Rules change. The game remains the same.
The Wire, to jednak nie serial dla każdego. Jeśli szukasz lekkiej rozrywki, trafiłeś źle. Ten serial zapewni emocje, da do myślenia i nie raz naprawdę poruszy. Ale nie będzie to łatwe, lekkie i radosne. Czasami będzie wręcz nieprzyjemne i zdecydowanie często, będzie przygnębiające. Twórcy The Wire nie bawią się w półśrodki. Pokazują rzeczywistość taką, jaką jest. A w rzeczywistości nie ma definitywnych zakończeń i łatwych zwycięstw. Wszystko ma swoją cenę i nic nigdy naprawdę się nie zmienia. Bohaterom The Wire nie udaje się naprawić świata, ale nie o to chodzi. Zawsze będą nowi gangsterzy, nowi gliniarze, nowi politycy i narkomani. Ten serial opowiada historię tych konkretnych postaci i przedstawia ich drogę. Jeśli szukasz konkretnych odpowiedzi i definitywnych rozstrzygnięć, to nie serial dla ciebie. Jeśli jednak jesteś gotowy na dojrzałą i ciężką fabułę z realistycznymi postaciami, pokochasz ten serial.
It's all in the game, yo
Ostatecznie The Wire jest świetnym, wciągającym i mocno grającym na emocjach studium współczesnego miasta, a właściwie raczej rządzących nim patologi. Twórcy doskonale pokazują, jak wszystko się ze sobą łączy. Jak każda decyzja pociąga konsekwencje. Równocześnie jednak, The Wire jest pełną napięcia historią kryminalną. Trup ścieli się tu gęsto, i nie jedna z głównych postaci kończy z kulą w głowie. Może nie jest to poziom Gry o Tron, ale na pewno nie brakuje dramatycznych i zaskakujących zgonów.
The Wire zdecydowanie jest świetnym serialem samym w sobie. Ale jest też czymś więcej. Ta seria nie ucieka od trudnych pytań. wręcz przeciwnie, na ogół wybiega im na spotkanie. Tu nie ma łatwych decyzji i właściwych odpowiedzi. Bohaterowie The Wire żyją w moralnej szarej strefie, gdzie pojęcia dobra i zła zacierają się niemal codziennie. Nie ma tu świętych, nie ma pozytywnych ani negatywnych bohaterów. Są tylko ludzie, żyjący często w brutalnej rzeczywistości ulic zachodniego Baltimore.
Ciężar gatunkowy i dosyć pesymistyczny wydźwięk sprawiły, że The Wire nigdy nie zyskało szerokiej widowni i wiążących się z nią nagród. Niemniej pozostaje on jednym z najważniejszych telewizyjnych dramatów ostatniej dekady. I w moim osobistym odczuciu, najlepszym serialem, jaki kiedykolwiek miałem przyjemność obejrzeć.
Koniec. Teraz znów 9 miesięcy czekania, aż urodzi się kolejny. Ogół sezonu podsumuję za jakiś czas, kiedy wszystko ułoży mi się w głowie i może obejrzę całość jeszcze raz. Na razie powiem, że póki co wydał mi się lepszy od pierwszego. Głównie dlatego, że nie trzymał się książek, a co za tym idzie, był naprawdę zaskakujący. To miłe uczucie, być zaskoczonym przez ten serial. A teraz wracając do samego odcinka:
W Królewskiej Przystani zaczynają się porządki i wszyscy dostają to czego chcą. No, może poza jedyną osobą, która naprawdę zasłużyła, czyli Tyrionem. On otrzymał tylko bliznę i mały pokoik gdzieś w podziemiach. Przynajmniej nadal ma Shae, Poda i Varysa. I Bronna, choć dziś nie było nam dane go zobaczyć. Tak czy inaczej, Tyrion przeszedł w tym sezonie długą drogę i teraz już wie w czym jest dobry. Odnalazł swoje miejsce w grze, teraz mósi wrócić na szczyt.
Tymczasem koń Tywina sra na podłogę sali tronowej i jest to świetna metafora tego, co dzieje się w pomieszczeniu. Teatrzyk dla ludu w którym Joff zyskuje błogosławieństwo samych bogów, by podążać za swoim sercem, prosto w ramiona Margaery. Szczęściara. Choć w przeciwieństwie do Sansy, Margaery zna się na tej grze i do tego ma do ochrony brata (obecnie najskuteczniejszego wojownika w stolicy) i już wkrótce babcię, a Królowa Cierni nie nosi swojego przezwiska na darmo. Ostatecznie Tyrellowie nie stali się drugim najbogatszym rodem królestwa, nie będąc naprawdę dobrymi w tej grze. A to już samo prowadzi do ciekawego wątku w przyszłym sezonie. Do tego Littlefinger, nowy lord Harrenhal rusza na ratunek Sansie, a Varys wykonuje swój ruch przeciw starszemu nad monetą, rekrutując Ros na swojego szpiega. W Królewskiej Przystani gra o tron nie kończy się nigdy, jedynie wchodzi w kolejne etapy.
Kolejnym ważnym wątkiem był zdecydowanie Theon. Podczas gdy większość postaci wydawała się w tym sezonie zawieszona gdzieś w pustce między poprzednim sezonem a kolejnym, on otrzymał naprawdę kompletny i dobrze przemyślany wątek. Historia o ambicji przewyższającej umiejętności, wewnętrznym rozdarciu i brnięciu w kolejne błędy na drodze bez odwrotu... brzmi jak biografia większości polityków o których słyszałem. Niestety politycy w naszym świecie rzadko płacą tak dotkliwą cenę za swoją nieudolność. Niemniej przemowa Theona była naprawdę świetna, a jej finał sprawił, że faktycznie wybuchnąłem śmiechem. I jego nienawiść do trębacza. Alfie Allen naprawdę dał w tym sezonie popis. W mojej głowie jest w tej chwili całkowicie nie do rozdzielenia z postacią Theona.
Mam tu jednak jeden zarzut. Więc oto Bran i wesoła kompania wychodzą w krypty i znajdują cały zamek spalony, a mieszkańców wymordowanych. Czy tylko ja myślę, że rozsądne byłoby zadanie pytania - Co tu się do cholery stało? - ja rozumiem, że twórcy serialu nie chcą, żebyśmy jeszcze wiedzieli, niemniej wyszło to dziwnie. A przecież i tak wszyscy wiemy, że to Stara Niania zmieniła się w smoka i spaliła zamek. It is known.Tak czy inaczej, Bran i spółka dołączają do licznej w tym serialu reprezentacji bohaterów kina drogi. Idą na Mur do Jona. I jeśli wierzyć informacjom o obsadzie kolejnego sezonu, po drodze dostaniemy wreszcie, mocno już spóźnionych Reedów.
A jak jesteśmy przy bohaterach drogi, Arya dostaje monetę i poznaje prawdę o Ludziach Bez Twarzy. Przez chwilę bałem się, że Jaqen odejdzie bez zaprezentowania swojej sztuczki, ale to był naprawdę odcinek pełen magii. Tak czy inaczej, Arya, Gendry i Gorąca Bułka wrócili do punktu wyjścia i ruszają dalej. Na północ.
Dokładnie w przeciwnym kierunku niż Jaime i Brienne. Ale za to ci po drodze zapewniają nam świetne sceny akcji. Uwielbiam interakcje między tymi dwiema postaciami. I Jaime chyba nabrał większego szacunku do swojej strażniczki, po tym pokazie umiejętności.
Czy to już wszyscy w Westeros? Nie, oczywiście, że nie. A to finał sezonu, więc musimy odwiedzić wszystkich. I tak Robb łamie przysięgę i bierze ślub z seksowną pielęgniarką. I dobrze, poza tym, że właśnie zraził swoich najpotężniejszych sojuszników i postąpił całkowicie wbrew kodeksowi honorowemu Neda Starka, który przecież sam swego czasu odrzucił miłość swego życia, dla ustalonego wcześniej małżeństwa z Catelyn.
Okazuje się, że wiele osób mylnie sądziło, że Stannis został ostatnio schwytany przez Lannisterów. Nie do końca rozumiem tą pomyłkę, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że wojacy Lannisterów mają dosyć charakterystyczne czerwone wdzianka, których ludzie odciągający króla zdecydowanie nie posiadali. Tak czy inaczej, Stannis jest cały, zdrowy i nadal pod kontrolą Melisandry. Trochę dziwi mnie tu fakt, że twórcy póki co całkowicie pomijają przepowiednię czerwonej kapłanki na temat Azora Ahaia i tego, że Stannis ma być mesjaszem, który przybył ocalić świat przed siłami ciemności. Tu wydaje się, że jest on co najwyżej wybrańcem, który ma zasiąść na tronie.
Tymczasem Jon wreszcie dociera na miejsce, zdobywa zaufanie Dzikich i możemy nareszcie przejść do jakiejś faktycznej fabuły z tą postacią. Jego wątek w tym sezonie wydawał się absurdalnie rozciągnięty i pozbawiony substancji.
A jak jesteśmy przy rozciągniętych do granic rozsądku wątkach. Dany wreszcie coś zrobiła. Ahh, Dom Nieśmiertelnych. Osobiście miałem nadzieję na coś wyjętego z koszmarów sennych Davida Lyncha. Jak Czarna Chata w Twin Peaks. Zabrakło też wspaniałych przepowiedni i przede wszystkim wzmianki o Księciu Którego Obiecano i samej Pieśni Lodu i Ognia. Niemniej w ostatecznym rozrachunku było naprawdę dobrze. Zniszczona sala tronowa, namiot w środku śnieżycy i przede wszystkim Khal Drogo! Więc jednak Jason Momoa znalazł sposób, by wrócić do tego serialu, choćby na krótką chwilę. Muszę przyznać, że ta scena naprawdę mnie wzruszyła.
A później Dany pali czarnoksiężnika i wchodzi w tryb badass. To zabawne, że zawsze udaje jej się to dopiero w ostatnim odcinku. I biedna Doreah kończy w pustym skarbcu. To chyba oznacza, że Dany potrzebuje nowej służącej do mówienia: It is known. Może załatwi sobie jakąś podczas poszukiwania statku i wreszcie ruszy dalej ze swoją fabułą.
W czasie kiedy dzieją się te wszystkie jakże istotne rzeczy, Czarni Bracia są zajęci zbieraniem gówna na opał, co jest typowym dla tego serialu wstępem do tego, co ma nadejść. Sam rozprawia o Goździk, jego towarzysze o tym, jak bardzo mają dosyć jego rozprawiania o Goździk. Nagle słychać róg. Jeden sygnał... dwa... trzy. I nagle scena przestaje być zabawna. Sam zostaje w tyle, otoczony śnieżycą i nadchodzącą hordą zombie. A później pojawia się White Walker, co ciekawe nie idący, a jadący na martwym koniu. Wydaje straszliwy odgłos i prowadzi swoją hordę nieumarłych prosto na Pięść Pierwszych Ludzi, przeciw Nocnej Straży. I to się nazywa porządne zakończenie sezonu. W książce to faktycznie otwarcie kolejnego tomu, ale cieszę się, że przesunęli je tutaj. I nadal liczę, że będzie nam za rok dane zobaczyć zombie niedźwiedzia :D Another One Bites The Dust:
RIP Qhorin Halfhand. W serialu był zdecydowanie mniej interesujący niż w książkach, głównie dlatego, że dostał nieporównywalnie mniej czasu na ekranie. Niemniej odszedł w walce, służąc Straży do końca. I zapisał się w naszej pamięci faktem, że jako jedyny Nocny Strażnik, miał na tyle rozsądku, by nosić czapkę.
RIP Maester Luwin. Był dobrym człowiekiem i dobrą postacią. Prawdziwym głosem rozsądku, służącym swoimi radami na równi Nedowi, Branowi i Theonowi. Do samego końca dbał o los młodych Starków i udzielał właściwych rad. Naprawdę wspaniała kreacja Donalda Sumptera.
RIP Xaro Xhoan Daxos i Doreah (przynajmniej przyjmuję, że zginęli). Ostatecznie okazali się zdradliwi i zapłacili za to wysoką cenę. Ale przynajmniej są razem i mają pewnie kilka godzin, zanim skończy im się tlen. Równie dobrze mogą spędzić resztę czasu na czymś przyjemnym. I jakby na to nie patrzeć, Doreah i tak przeżyła cały sezon dłużej niż w książce.
Przemyślenia:
- Naprawdę polubiłem Shae. Nieporównywalnie bardziej, niż w książkach (tam była po prostu denerwująca).
- Czy to znaczy, że w następnym sezonie Ros będzie faktyczną postacią, a nie jedynie elementem narracji? W sumie, chyba sobie na to zasłużyła przez te dwa sezony.
- Niezła blizna u Tyriona, zaczyna wyglądać jak w książkach. Choć rozumiem, czemu zostawili mu nos.
- Coraz bardziej lubię styl ubierania się Margaery.
- Co tak właściwie stało się z Davosem? Gdzie jest Duch? Co porabia Barristan? Mógłbym tak jeszcze długo, ale zostawię te pytania na kolejny sezon.
I to na tyle. Teraz 9 miesięcy czekania, urozmaiconego wieściami o nowych aktorach, nowych lokacjach itp. Może w międzyczasie jakieś nowe rozdziały z Winds of Winter. A na razie:
WOW!
To był zdecydowanie najlepszy odcinek Gry o Tron i ogólnie jeden z najlepszych pojedynczych odcinków serialu jakie widziałem. Czysta magia... Nie, źle. Brudna, krwawa, brutalna i okrutna magia. Czyli wszystko to, za co kochamy ten serial. Od otwierającej sceny przedstawiającej pełnych napięcia żołnierzy Stannisa, do ostatniej, w której widzimy triumfującego Tywina. Czysta perfekcja.
Sposób budowania napięcia w kolejnych scenach prowadzących do walki był bezbłędny. W sumie, chyba nie spodziewaliśmy się niczego innego po odcinku, którego scenariusz napisał sam George Martin. Niemniej, zacznę od zastrzeżeń:
Gdzie łańcuch? To chyba główne pytanie. Nie da się też nie zauważyć, że Stannis trochę wyszedł ze swojej roli. Powinien być raczej dowódcą rozkazującym z tyłów, zamiast tego poszedł w ślady Roberta i rzucił się na pierwszą linię. Jasne wymiatał przy tym, ale nadal było to dosyć nierozsądne jak na jego postać. I naprawdę liczyłem, że Sansa zaśpiewa swoją pieśń. Dodam jeszcze, że znów mieliśmy przypadek znikającego Bronna. Zaczynam podejrzewać, że jest on tak naprawdę Batmanem...
Co najgorsze, cała bitwa nie była tak widowiskowa, jak sobie wyobrażałem. I wiecie co? To wszystko nieważne. Żeby w pełni oddać bitwę opisaną przez Martina w książkach, potrzebowaliby większego budżetu, niż bitwa w Helmowym Jarze. Jak na serial, to i tak było absurdalnie widowiskowe. Zwłaszcza eksplozja Dzikiego Ognia. Coś niesamowitego.
Tyrion, Bronn, Ogar, Cersei, Sansa, Joff. Wszyscy byli perfekcyjni w swoich rolach. Po raz pierwszy w tym serialu, spędziliśmy całą godzinę tylko w jednej lokacji i zdecydowanie wyszło to odcinkowi na dobre. Nic nas nie rozpraszało, nic nie przeszkadzało w śledzeniu dramatycznie rozwijającej się sytuacji. Wszystko było skupione na tej jednej bitwie. Bitwie w której podział między tymi dobrymi i tymi złymi praktycznie nie istniał. Z jednej strony kibicujemy Tyrionowi, z drugiej jego zwycięstwo oznacza zwycięstwo Joffa i Cersei. Zasadniczo, nieważne kto wygra, i tak widz przegrywa. Zabawne jak to działa.
Jak jesteśmy przy mieszanych uczuciach na temat wyniku bitwy, zatrzymajmy się na chwilę przy Sansie. Sophie Turner naprawdę dała w tym odcinku popis. W większości przypadków jej rola jest trochę niedoceniana, przez porównania z Maisie Williams, która dostała o wiele ciekawszą postać Aryi. Niemniej trzeba przyznać, że kiedy Sansa dostaje okazję by zabłysnąć Sophie naprawdę ją wykorzystuje.
Cóż jeszcze można tu dodać. Zasadniczo, chyba całkiem sporo, ale czy jest w tym jakiś sens? Wszyscy widzieliśmy to samo, niektórzy z nas (wliczając mnie) zapewne nawet więcej niż raz. Mowa Tyriona, przerażenie na twarzy Ogara, Loras w zbroi Renlego, bajka opowiadana pod koniec przez Cersei, krew, pot, flaki, zdradzony Tyrion i wreszcie zwycięski Tywin. I właściwie wszystko czego doświadczyliśmy po drodze. Po prostu najlepszy odcinek w całej serii.
Another One Bites The Dust:
RIP Kilka tysięcy zabitych i rannych. Tyrion jest ciężko ranny. Los Davosa pozostaje nieznany. Lancel oberwał strzałą. Ale co dziwne, nic poza tym. To śmieszne uczucie, kiedy uświadamiasz sobie, że po tej całej rzezi, wszystkie ważniejsze postacie nadal stoją.
Przemyślenia:
- I wyjaśniło się, co Tyrion gwizdał przez cały sezon. The Rains of Castamere.
- Nie da się nie zauważyć, że zbroja Tyriona wyposażona jest w bardzo specyficzny naszyjnik.
- To niesamowite, że Tywinowi wystarcza kilka sekund na ekranie, by być największym badassem w odcinku.
- Można o Lannisterach mówić wiele złego, ale trzeba im przyznać, że mają jeden z najlepszych theme songów w dziejach. Perfekcyjnie pasujący do odcinka (dla tych którzy nie wiedzą, Deszcze Castamere to pieśń opowiadająca o rodzie, który kiedyś sprzeciwił się Tywinowi, dziś po ruinie ich zamku hulają wiatry, i będą jeszcze długo, bo Tywin nakazał zostawić je w ruinie, jako symbol tego, co się dzieje, kiedy zadzierasz z Lannisterami).
"And who are you," the proud lord said, "that I must bow so low? Only a cat of a different coat, that's all the truth I know. In a coat of gold or a coat of red, a lion still has claws, And mine are long and sharp, my lord, as long and sharp as yours." And so he spoke, and so he spoke, that lord of Castamere, But now the rains weep o'er his hall, with no one there to hear. Yes now the rains weep o'er his hall, and not a soul to hear.
Za tydzień finał. I zapowiada się na sporo clifhangerów. I oczywiście z dawna oczekiwana wizyta w Domu Nieśmiertelnych.
I oto zbliża się koniec sezonu. Wielka bitwa która zadecyduje o losach Westeros. Wszyscy gracze zbierają się przy planszy i... poświęcają godzinę na ustawianie pionków. Od razu zaznaczę, że nie uważam, żeby był to zły odcinek. Miał masę świetnych momentów. Niemniej miał też pewien problem, ten sam, który miał dokładnie ten sam odcinek rok temu. Powiem wręcz, że to dokładnie ta sama przypadłość, na którą cierpi cały 4 tom książki. Ustawianie sceny! Może to wina tego, że ostatnich kilka odcinków przyzwyczaiło mnie do bardziej zawrotnego tempa, ale po prostu, czułem po tym odcinku wyraźny niedosyt. Co więcej, stało się dziś coś bardzo dziwnego. W poprzednich odcinkach starałem się nie porównywać książek i serialu, ponieważ nie widziałem w tym sensu. Fabuła serii szła po zupełnie innych torach, wiele wątków było wręcz nierozpoznawalnych. Aż tu nagle dziś wszystko się cofnęło. Jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystkie wątki wróciły do swoich książkowych odpowiedników. Nie chcę tu narzekać na to, że serial trzyma się książek, po prostu miło było przez chwilę czuć się zaskoczonym tą serią. Ale po kolei:
Zacznę od odrobiny czepialstwa. W jaki sposób Bran i spółka dostali się z powrotem do zamku? Czy Theon zabrał ze sobą wszystkich, którzy mogli pilnować murów? Rozumiem, że strażników było mało, a Osha świetnie się wspina, ale chyba nie przerzucili Brana przez mury? Również ostatnia scena trochę mnie rozbawiła. Nie chcemy, żeby Bran się dowiedział, więc będziemy rozmawiać dwa metry od niego. Logiczne. Niemniej zaczynam się przyzwyczajać do Yary. Zwłaszcza w tym odcinku była świetna.
Tymczasem Jon zdobył nowych kolegów i powiem to od razu. Wiesz, że naprawdę jest źle, kiedy twoim przeciwnikiem jest sam Szkieletor. Z drugiej strony, Jon ma prawie magiczny miecz, całkowicie bezużytecznego wielkiego zwierzaka i wojowniczą siostrę więc kto wie, może faktycznie jest He-Menem tego świata. W następnym odcinku krzyknie: Na potęgę Posępnego Czerepu! i zmieni się w Dolpha Lundgrena... To byłby naprawdę zaskakujący zwrot akcji.
Podczas kiedy próby podrywu w wykonaniu Jona spalają na panewce, drugi z braci Stark ma więcej szczęścia. Robb najpierw zamyka matkę w areszcie domowym, a później dobiera się do seksownej pielęgniarki. Widać bycie królem faktycznie ma swoje zalety. Choć trochę dziwi mnie to ciągłe gadanie o moście. Wygląda na to, że Robb postanowił chwilowo zapomnieć, że Freyowie poza mostem, dali mu też jakieś dwa tysiące zbrojnych. Choć mając do wyboru między armią spoconych wojowników, a Ooną Chaplin też pewnie poszedłbym w jego ślady.
W tym zestawieniu najgorzej wyszedł chyba Jaime, który dostał Brienne. Choć już po ich pierwszym dialogu wiem, że ten wątek będzie wspaniały.
Oczywiście najlepsze sceny czekały na nas w stolicy. W zeszłym roku powstał filmik reklamujący fikcyjną komedię One and a Half Men, o przygodach Bronna i Tyriona. Mam nadzieję, że po tym sezonie powstanie sequel Two and a Half Men, w którym do obsady dołączy Varys. Naprawdę mógłbym słuchać dialogów między tą trójką przez cały odcinek. I podobał mi się zabieg z pomyleniem Ros z Shaeą. Kiedy w poprzednim sezonie Tyrion dał jej ten medalion uważałem to za wielce zabawne i ironiczne, że identyczne posiadają Cersei i Sansa. Fajnie, że twórcy zrobili z tego zabawnego szczególiku faktyczny wątek.
I tak docieramy do najsłabszej części. Podobały mi się dialogi Aryi z Tywinem. Uważam, że były jednym z najsilniejszych punktów tego sezonu. Niemniej brakuje mi oryginalnego przebiegu wydarzeń. Zupy łasicowej, ducha Harrenhal i sceny ucieczki, w której Arya sama podrzyna gardło strażnikowi, pokazując, że żarty się skończyły. I tak właściwie czemu zabrała ze sobą Gendrego i Gorącą Bułkę? W książce to miało sens, bo cała trójka znajdowała się w bezpośrednim zagrożeniu utraty lewej stopy, a może prawej, już nie pamiętam. Tutaj wydaje się, że Gorąca Bułka miał całkiem dobrą posadę w kuchniach i żadnego powodu do ucieczki. Mam nadzieję, że przynajmniej pojawi się wątek żelaznej monety i Valar Morghulis.
Another One Bites The Dust:
I znów nikt. Choć mam przeczucie, że za tydzień może się to zmienić.
Przypadkowe Przemyślenia:
- Miło, że wyjaśniono wreszcie kim jest Cebulowy Rycerz.
- "Wyobraź sobie trwogę Stannisa." "Staram się." Zaprawdę każda kwestia która opuszcza usta Conletha Hilla zdaje się być wykonana ze złota. Jakimś sposobem zdołał on uczynić już i tak świetną postać Varysa jeszcze lepszą.
- Biorąc pod uwagę brak wzmianek o tym i sceny w trailerach do następnego odcinka wnioskuję, że jednak nie dostaniemy łańcucha.
- To ciekawa sytuacja, z tą bitwą, nieprawdaż? Jeśli Stannis wygra, Joff wreszcie dostanie za swoje i Lannisterowie zostaną pokonani. Ale równocześnie będzie to oznaczać upadek i być może nawet śmierć Tyriona, Bronna, Ogara i może nawet Varysa. Czyli kilku z ulubionych postaci publiczności. Z drugiej strony triumf Tyriona to triumf Lannisterów. Aż trudno zdecydować, komu by tu kibicować.
Dwa odcinki do końca i wyraźnie widać, że podobnie jak w pierwszym sezonie, tak i tutaj, główny cios spadnie na nas w przedostatnim odcinku. Starcie do którego ten serial zmierzał przez cały sezon. Bitwa na potrzeby której twórcy wywalczyli od HBO kilka dodatkowych milionów dolarów i ściągnęli Neila Marshalla, który jest specem w kręceniu widowiskowych scen batalistycznych za grosze. Do tego scenariusz odcinka napisał sam George Martin. Zapowiada się naprawdę mocny i dramatyczny odcinek, zwłaszcza jeśli w tym samym odcinku dostaniemy Dom Nieśmiertelnych. Więc, pozostaje czekać na kolejny tydzień: