piątek, 4 stycznia 2013

The West Wing, czyli Prezydencki Poker

Zachodnie skrzydło Białego Domu, to miejsce gdzie urzęduje cała prezydencka administracja. Ludzie którzy na co dzień podejmują decyzje wpływające na losy całego świata. Wszczynają wojny i wymuszają pokój, tworzą prawa i wetują ustawy. Prawdziwe centrum amerykańskiej, a właściwie ogólnoświatowej polityki. Najbliższe co mamy na tej planecie, do centrum dowodzenia światem. I właśnie o tym opowiada serial The West Wing, o ludziach grających w najważniejszą i największą z wszystkich gier. Niemniej, wbrew polskiemu tytułowi, jest to raczej gra w szachy, niż w pokera.

In This White House
Twórcą The West Wing jest Aaron Sorkin, świetny scenarzysta stojący między innymi za takimi filmami jak Ludzie Honoru, Social Network, czy Wojna Charliego Wilsona. W tej serii postanowił on zmierzyć się z ciężkim wyzwaniem, jakim jest wejście za kulisy Białego Domu i pokazanie widzowi jak wygląda rządzenie krajem od kuchni. I zrobił to w stylu, nieosiągalnym dla większości twórców.
Naprawdę świetne dialogi dostarczane przez świetnych aktorów sprawiają, że od serialu trudno się oderwać. Jest tu wszystko, humor, dramat, napięcie. Wielkie, międzynarodowe kryzysy i proste historie o zwykłych ludziach. A wszystko to podane w zaskakująco inteligentny sposób. West Wing to zdecydowanie jeden z tych seriali, które wymagają od widza myślenia, samemu też dając o czym myśleć. Powiedziałbym wręcz, że jest to najinteligentniejszy serial, jaki widziałem od czasu The Wire i ja sam odszedłem z niego ze znacznie lepszym zrozumieniem procesów politycznych i problemów rządzących współczesnym światem.

Let Bartlet Be Bartlet
Obsada pierwszego sezonu.
Serial kręci się głównie wokół kilkorga najbliższych współpracowników prezydenta. To całkowicie fikcyjna administracja, wzorowana w pewnym stopniu na administracjach Clintona i Cartera.
Oczywiście główną postacią serii jest sam prezydent Josiah 'Jed' Bartlet, grany z niesamowitą charyzmą przez Martina Sheena. Prezydent Bartlet jest zdecydowanie postacią wyidealizowaną. Człowiek nauki,myśliciel,  noblista w dziedzinie ekonomi, prawdziwy mąż stanu oddany swojemu państwu. Równocześnie nie pozbawiony humoru i boleśnie świadomy odpowiedzialności i ograniczeń narzucanych na niego przez pełniony urząd. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych kreacji w długiej karierze aktora, który zdołał stworzyć tu bardzo złożoną i intrygującą postać, równocześnie w pełni oddając ciążący na niej ciężar władzy.
I mimo, że Sheen bez trudu kradnie większość scen ze swoim udziałem, serial nadal pozostawia miejsce dla innych genialnych postaci i aktorów. Począwszy od trzymającej go w szachu pierwszej damy (Stockard Channing), poprzez pełniącego funkcję szefa sztabu i niejako szarej eminencji Leo McGarrego (John Spencer), aż po doradców politycznych, ludzi odpowiadających za pisanie przemów i sekretarki (to straszne, jak duży wpływ na losy świata mają sekretarki w Białym Domu).
Jednak z tego znacznego (w skali 7 sezonów) grona postaci zdecydowanie wybija się jeszcze jedna, C. J. Cregg, rzeczniczka prasowa Białego Domu. Grająca ją Allison Janney odeszła z tego serialu z chyba największą kolekcją nagród (4 Emmy i 4 nominacje do Złotych Globów) i w pełni zasłużenie, bo zdołała ona wykreować jedną z najlepszych postaci żeńskich w dziejach telewizji. Zmuszona do radzenia sobie w zdominowanym przez mężczyzn świecie waszyngtońskiej polityki, pełniąca typowo zarezerwowaną dla mężczyzn rolę w administracji, C.J. nie potrzebuje pistoletów i sztuk walki, by być naprawdę silną i niezależną postacią kobiecą.
Do tego dochodzą postacie poboczne, pojawiające się okazjonalnie, grane przez prawdziwie wybitnych aktorów jak John Goodman, Mary-Louise Parker, Alan Alda, Jimmy Smith, Glenn Close czy Edward James Olmos.
To wszystko tworzy doskonałą kolekcję postaci, poprzez losy których dostajemy wgląd, za kulisy politycznego świata.



The Debate
W przeciwieństwie do cynicznego, pozbawionego wiary w system Davida Simona (twórca The Wire), Aaron Sorkin jest idealistą, wierzącym w prawdziwych mężów stanu. Jego serial jest wypełniony pozytywnym przesłaniem. Oczywiście, nie wszystko jest tu kolorowe. Serial ma sporą ilość kombinatorów i moralnych bankrutów. Również główni bohaterowie nie raz popełniają błędy i dają się ponieść politycznym rozgrywkom. Wielka gra zawsze czai się gdzieś w tle, mimo to, serial stara się skupiać na tych postaciach, które naprawdę o coś walczą. Prawdziwych mężach stanu gotowych poświęcić wszystko dla swego kraju i idei które go napędzają. Niezależnie od tego jakie te idee są i co za tym idzie, po której stronie sceny politycznej dane postacie stoją.
Równocześnie nie ma tu postaci znających wszystkie odpowiedzi. W każdej sytuacji Sorkin stara się przedstawić różne punkty widzenia i argumenty za i przeciw, równocześnie nie oceniając, kto ma rację. Do tego stopnia, że w siódmym sezonie, skupiającym się na kolejnych wyborach prezydenckich, fabuła śledzi w równej mierze losy kandydatów obydwu partii. Posuwając się nawet do transmitowanego w oryginale na żywo odcinka, przedstawiającego debatę między kontrkandydatami. I zdecydowanie była to najciekawsza i najlepiej napisana debata prezydencka jaką widziałem.
Ostatecznie The West Wing to wspaniały, pełny humoru i napięcia serial, pokazujący zarówno wielką grę jak i ludzką stronę polityki. Jego siedem sezonów naprawdę przykuło mnie do ekranu i po ostatnim odcinku miałem ochotę na więcej, co rzadko się zdarza przy serii tej długości.

piątek, 16 listopada 2012

Najemnik, cz. 1

 Dziś coś odrobinę innego. Pierwszy fragment opowiadania, które przyszło mi do głowy jakiś czas temu. Kolejne części z czasem... mam nadzieję.

- Rycerz? - zdziwił się strażnik. - Co to do cholery jest rycerz?
- Ty to głupi jesteś Ziutek. Rycerz to taki wojownik, tylko na modłę zachodnią - pośpieszył z wyjaśnieniem Flavius. - Konno jeździ i z mieczem walczy.
- Mało tu wojowników się kręci? Po cholerę nam jakiś rycerz?
- Bo pan Jonter kazał - stwierdził twardo sierżant. - A jak on karze, to wy głąby macie słuchać.
- Dobra, jak tam wolisz - Ziutek wzruszył ramionami. - Ale jak mamy rozpoznać, tego rycerza. Przecież nie będziemy się pytać każdego zbrojnego, który tu przyjedzie. Jeszcze nam któryś przywali.
Flavius pokiwał głową z niemym poparciem.
- Prawdziwi, kurwa, herosi z was. Od razu się bezpieczniej czuję z taką strażą miejską - zganił ich sierżant, niemniej po chwili zastanowienia najwyraźniej uznał racje swoich podwładnych. - Pewnie będzie miał miecz i konia. I ten, pas rycerski.
- A czym to się różni od zwykłego pasa?
- No, tego, lepszy jest. I jeszcze, tego, ty Flavius jesteś z zachodu, co jeszcze rycerze mają?
Wskazany strażnik wzruszył ramionami.
- Cholera wie, ja tam w życiu może z raz jakiegoś widziałem. Ale chyba powinni mieć zbroje, tarczę i ten, herb.
- No, to takiego właśnie szukajcie, z herbem i tarczą i tym, pasem. Ponoć jeden się kręci po okolicy, to jak go znajdziecie, to skierujcie do pana Jontera.
Sierżant odwrócił się i wrócił do karczmy, torując sobie drogę przez tłum wielkim brzuszyskiem.
Ziutek i Flavius odprowadzili go spojrzeniem, po czym przystąpili do poszukiwań rycerza. Zadanie nie było łatwe, gdyż w dzień targowy miasteczko roiło się od ludzi. Otoczony z trzech stron drewnianymi chatami główny rynek wypełniały dziesiątki stoisk i setki klientów. Wszyscy brodzili w tym samym błocie, wdychając powietrze nasączone śmierdzącą mieszanką wszelkich zapachów, jakie podobne miejsce mogło zaproponować.
- Powiedz mi Flavius, czym się taki rycerz różni, od zwykłego najemnika?
- Bo widzisz rycerze, to są tego... szlachetni.
- Że jacy?
- No tego, wiesz, to znaczy, że dziewki ratują i maluczkim pomagają - Flavius stwierdził z wątpliwym przekonaniem.
- No to tak jak my - zauważył Ziutek, przeganiając jakiegoś żebraka ciosem pałki.
- Ale nam za to płacą.
- A rycerzom to nie płacą?
- Głupi ty. Rycerz to robi dla sławy i honoru. I tych, żeby w pieśniach być.
- Oj, pierdolisz mi tu Flavius, pierdolisz, aż nie miło - oburzył się Ziutek. - Żaden człowiek nie będzie narażał własnej rzyci, dla jakiejś piosenki, czy coś.
- Ja ci tylko mówię, jak mi mama opowiadała. Bo sam, to tylko raz takiego widziałem, jeszcze jak mieszkałem na zachodzie. Zbroję miał i herb i giermków. Ale mówię ci, tacy rycerze to na Rubieże na pewno nie zaglądają. Co by mieli robić, na takim zadupiu?
- Hej, wy! Strażnicy - zawołał ich jakiś mężczyzna. - Gdzie tu można nagrodę odebrać za głowę przestępcy?
- Jakiego przestępcy znowuż? - spytał Ziutek, mierząc rozmówcę wzrokiem.
- Czarnego Olka - przybysz podał im płócienny worek, pokryty zaschniętą krwią. W środku znajdowała się obcięta głowa.
- Oż kurwa - stwierdził niezbyt elokwentnie Flavius, po czym odwrócił się i zwymiotował na własne buty.
- No wygląda jak Olek - przyznał Ziutek, wyglądając, jakby miał zamiar podążyć w ślady towarzysza. - Po nagrodę, to trzeba się zgłosić do sierżanta. Zaprowadzimy.
Odczekali chwilę, aż Flavius doszedł do siebie, po czym ruszyli w kierunku karczmy.
- A pan to z zachodu? - spytał Ziutek. - Bo po akcencie słyszę.
- Z Rion - odparł krótko nieznajomy.
- Aha... I wojownik pan?
- Nie, komediant. Zabiłem tego banitę żartami - ton przybysza był bezbarwny i znudzony. - Co tam się dzieje? - wskazał na klatkę, zawieszoną obok karczmy.
Wewnątrz zamknięto nagą kobietę, ogoloną na łyso i dotkliwie pobitą. W pochmurne, jesienne popołudnie wyglądała na całkowicie przemarzniętą.
- Cudzołożnica - pośpieszył z wyjaśnieniem Ziutek. - U nas na wschodzie, to się niemoralne baby każe.
- A co zrobili jej wspólnikowi?
- Wspólnikowi? - zdziwił się Ziutek.
- Sama z sobą chyba nie cudzołożyła?
- Yyyy, no, nic. Przecie czemu? - strażnik zdawał się całkowicie zaskoczony pytaniem. - To ona, wiedźma jedna, biednego szewca uwiodła, to czemu by my mieli jego karać?
- Kobieta jest występna, tak mówią księgi - mimo zapewnień, Flavius nie sprawiał wrażenia kogoś, kto umiałby czytać.
- A pan to może niewiasty ratuje? - spytał niby mimochodem Ziutek.
- A czemu? Macie jakąś do ocalenia?
- My to nie. Ale tego... szukamy rycerza.
- Rycerza? - nieznajomy przez chwilę przyglądał się im, jakby rozważając coś. - To znaleźliście. Sir Wilhelm Gilbert, rycerz - przedstawił się, lecz coś jego tonie sprawiło, że Ziutek nie był pewien, czy nie pada ofiarą kpiny.
- To tego, oczekują pana w karczmie.
- Tam gdzie nagroda za Olka?
- Tak.
- Świetnie, to chyba już trafię - minął ich i ruszył do drzwi karczmy.
- To niby ma być ten cały rycerz? - zdziwił się Ziutek po jego odejściu.
- Nie wygląda - przyznał Flavius. - Raczej jak jakiś łachudra, albo bandyta nawet.
- Mówiłem ci. Z tym rycerstwem to jakieś pierdolenie jest i tyle.

czwartek, 8 listopada 2012

Arrested Development, czyli "I've made a huge mistake"

Dziś przyjrzymy się jednemu z najlepszych i najbardziej pamiętnych seriali komediowych ostatniej dekady. Arrested Development (w Polsce znane jako Bogaci Bankruci), czyli seria o najsympatyczniejszej (sarkazm) rodzinie w dziejach telewizji.

Oto rodzina Bluth. Są bogaci, egoistyczni, całkowicie porąbani i w olbrzymich kłopotach. Kiedy poznajemy naszych bohaterów, ich rodzinna firma wpada w olbrzymie tarapaty.
Liczne przekręty ojca rodziny, Georga Sr. sprawiają, że ląduje on w więzieniu, zaś rodzinny interes i przetrwanie całej rodzinny spada na barki Michaela. Jedynego normalnego i w miarę odpowiedzialnego członka rodu. I tak rozpoczyna się absurdalnie komiczny koszmar, jakim jest dla naszego herosa próba doprowadzenia rodziny do porządku.
Ale kim tak właściwie są Bluthowie, cudowna dziewiątka, z którą spędzamy póki co 3 sezony serii.
Przede wszystkim mamy tu Michaela, tego odpowiedzialnego, moralnego i porządnego. Czyli zasadniczo, tego który ma przewalone. Jego syn George Michael (grany przez świetnego Michaela Cerę, znanego choćby z absolutnie genialnego Scott Pilgrim vs The World), czyli znerwicowany nastolatek zadużony we własnej kuzynce. Lindsey, czyli siostra bliźniaczka Michaela i zatwardziała aktywistka, jej mąż Tobias (chyba jedna z najzabawniejszych postaci), czyli nieporadny psychiatra z zacięciem do aktorstwa i dosyć wątpliwą orientacją seksualną. Ich córka Maeby, będąca buntowniczką bez powodu. Dwaj bracia Michaela Gob i Buster. Z których pierwszy jest nieudolnym i bardzo moralnie giętkim magikiem, a drugi baaaardzo znerwicowanym człowiekiem z baaaardzo niezdrowym przywiązaniem do swojej matki. I wreszcie założyciele rodu, czyli George Sr. i Lucille czyli para całkowicie pozbawionych sumienia manipulatorów, gotowych na wszystko, by osiągnąć swoje cele.
Od lewej do prawe: Michael, George Michael, Tobias, Buster, Lindsey, Maeby, Lucille, George Sr. i Gob.

Arrested Development to serial niezbyt realistyczny. W dużej mierze opiera się on na operowaniu absurdem i burzeniu czwartej ściany. Wprawdzie twórcy nie posuwają się, aż tak daleko jak Community, co nie zmienia faktu, że fani tamtego serialu z pewnością powinni przyjrzeć się Arrested.
Dodam również, że choć oryginalnie serial trwał zaledwie 3 sezony (2003 - 2006), to dzięki długo toczącej się w internecie walce, udało się przywrócić serię i to w wielkim stylu, obecnie planowany jest nowy sezon i film kinowy.
I na koniec z cyklu Guzio poleca Arrested Westeros, czyli strona biorąca sceny z Gry o Tron i dodająca dialogi z Arrested Development. Są zaskakujące na miejscu.

Arrested Westeros

środa, 31 października 2012

Star Wars Episode 7, czyli Disney w kosmosie

Raczej nie faktyczny tytuł.
I oto nadszedł dzień, którego wszyscy oczekiwaliśmy (obawialiśmy się). Oto nadchodzi nowa część Gwiezdnych Wojen. Lucas sprzedał swoje największe dzieło Disneyowi za 4 miliardy dolarów. Według mnie dosyć tanio, jak za najpopularniejszą sagę w dziejach sf. Niemniej to oznacza, że jednak dostaniemy nową nową trylogię. I może nawet nie będzie tak zła jak stara nowa trylogia (to wywoła istny koszmar z nazewnictwem). Oczywiście wywołuje to spore kontrowersje. Wystarczy przejrzeć komentarze na necie, by znaleźć całe spektrum mieszanych opinii, często w wersji graficznej.
Oni ewidentnie są za niscy na Szturmowców.

Pomyślałem więc, że też dorzucę swoje przysłowiowe trzy grosze. I oto one:
Zacznijmy od tego, że sama nazwa Disney niczego nie przesądza. Filmy Marvela też są z Disneya i jasno pokazuje to, że studio to ma bardzo rozsądne podejście, jeśli chodzi o ich wielkie serie. Co więcej, szefową projektu ma być Kathleen Kennedy, czyli długoletnia współpracownica Lucasa.
Oczywiście pojawia się ryzyko, że Disney będzie naciskał, by filmy były bardziej familijne... Aczkolwiek bądźmy szczerzy, to już coś, co Lucas i tak sam robił.
W ostatecznym rozrachunku, da się tylko powiedzieć, że właściwie nie da się nic powiedzieć na podstawie tego, że to będzie film Disneya. Co innego odnośnie faktu, że nie będzie to film Lucasa.

Bądźmy całkowicie szczerzy, najlepsza część Gwiezdnych Wojen to Imperium Kontratakuje, czyli ta, z którą Lucas miał najmniej wspólnego. Z drugiej strony mamy starą nową trylogię, w której Lucas miał pełną kontrolę i wszyscy wiemy, jak się to skończyło. Drewnianymi dialogami, kiepskimi postaciami i olbrzymią ilością zdjęć na zielonym tle. Że nie wspomnę o stale irytujących fanów przeróbkach oryginalnej trylogii. Myślę, że wynika to w dużej mierze z faktu, że Lucas uparcie chciał robić filmy dla dzieci, podczas gdy większość jego fanów, już dawno dziećmi nie jest. I tu nowe szefostwo może wyjść filmom bardzo na plus, choć z całą pewnością nie będzie to poważna, dojrzała historia jakiej wielu zdaje się oczekiwać. Gwiezdne Wojny nigdy nie będą Grą o Tron... i chyba nikt faktycznie się tego nie spodziewa.

Pytanie pozostaje, czym więc będzie nowa nowa trylogia?
Wielu ludzi wspomina powszechnie lubianą trylogię Thrawna, książkową serię autorstwa Timothyego Zahna. No cóż, książki były świetne, choć oczywiście można od razu wykluczyć ten pomysł. Po pierwsze, trylogia Zahna toczy się tuż po Powrocie Jedi. To oznacza, że Luk, Han i Leia powinni się postarzeć tylko o kilka lat, nie o kilka dekad. I bądźmy szczerzy, całkowita wymiana aktorów nie wchodzi w grę. Poza tym, trylogia Thrawna ma zdecydowanie za mało widowiskowych scen walki na miecze świetlne. I przede wszystkim, byłaby to adaptacja książek, a możemy być raczej pewni, że twórcy filmu będą woleli opowiedzieć oryginalną historię.
Z tego samego powodu odpada Mroczne Imperium i wszelkie inne historie z EU.
Więc raczej nowa historia z nowymi postaciami, gdzie Harrison Ford pojawi się co najwyżej na krótką chwilę, by symbolicznie przekazać pochodnię nowemu pokoleniu herosów.
I tu trafiamy na kolejny problem, jakim jest właśnie EU. Jakby na to nie patrzeć, spora część przyszłości po Powrocie jest już mocno zagospodarowana. Jeśli twórcy nowego filmu będą chcieli uszanować te wszystkie książki, komiksy i gry, to akcja nowego filmu umieszczona będzie gdzieś między rokiem 45 a 120 po Nowej Nadziei. Co sugeruje, że bohaterami będą raczej wnuki oryginalnych bohaterów.  Co więcej, bądźmy szczerzy, większość widzów nie będzie miała pojęcia o tym, co działo się w książkach i komiksach. A twórcy raczej nie poświęcą zbyt wiele czasu na tłumaczenie, kim są ci cali Yuuzhan Vong i co się działo z galaktyką przez ostatnie pół wieku. Co za tym idzie, większość EU zostanie raczej zignorowana.
Ostatecznie, to wszystko jednak gdybanie. Zapewne więcej konkretów pojawi się na przestrzeni najbliższych tygodni i miesięcy. Mam nadzieję, że twórcy wezmą tu przykład z Petera Jacksona i Georga Martina i postarają się informować fanów na bieżąco.
I ostatecznie, no cóż, raczej nie będzie gorzej niż Mroczne Widmo ani lepiej niż Imperium Kontratakuje. I to jeden konkret który z pewnością mogę podać.
Plus fakt, że będziemy mieli jeszcze więcej seriali, gier i książek, niż tych ze znaczkiem Wojen Klonów. I przede wszystkim, to oznacza, że seria nadal będzie żyć i się rozwijać, a to (prawie) zawsze dobre.

poniedziałek, 22 października 2012

Life on Mars, czyli szalone lata 70-te

Dzisiaj, w całkowicie zaskakujący sposób, sięgniemy po kolejny serial brytyjski. Co więcej, serial o dosyć mylącym tytule. Otóż wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie jest to seria s-f o wyprawie na Marsa. W rzeczywistości, Life on Mars opowiada o latach 70, a tytuł zawdzięcza piosence Davida Bowie:



Głównym bohaterem serialu jest DCI Sam Tyler (w tej roli świetny John Simm, znany choćby z roli Mistrza w Doctorze Who). Współczesny policjant o bardzo profesjonalnym podejściu do swojego zawodu. Człowiek z misją, używający najnowocześniejszych technik śledczych i wielki zwolennik przejrzystych i jasnych reguł. Ów dogłębnie współczesny policjant doznaje ciężkiego wypadku i budzi się w latach 70. Czasach kiedy praca policyjna była dużo prostsza i zasadniczo opierała się na wymuszaniu z ludzi zeznań używając pięści. Nic tu nie jest takie, jak być powinno. Procedury prowadzenia śledztw praktycznie nie istnieją, pokój przesłuchań znajduje się w składziku, identyfikacja winnego odbywa się twarzą w twarz, bo nikt jeszcze nie pomyślał o lustrze weneckim, praktycznie nie istnieje system ochrony świadków, a możliwości nauki ledwo pozwalają badać odciski palców. I co najgorsze, sam Sam jest jedynie DI i podlega Geneowi Huntowi, wzorcowemu gliniarzowi swoich czasów.
Jakby tego było mało, nasz bohater regularnie słyszy głosy, sugerujące, że faktycznie jest w śpiączce z której za żadne skarby nie może się obudzić.

Największą siłą serii jest zdecydowanie DCI Gene Hunt. Dowódca głównego bohatera i jeden z najlepszych gliniarzy, jacy kiedykolwiek zaszczycili swoją obecnością ekrany telewizorów. On nie puka, on wywarza drzwi. Zadawanie pytań w jego wykonaniu opiera się na biciu podejrzanego, aż zacznie gadać. Jego metoda zarządzania personelem, polega na biciu podwładnych i zamykaniu ich w bagażniku, aż zaczną się z nim zgadzać. Mówiąc prościej, Gene Hunt jest prawem! I jeśli komuś się to nie podoba, może stracić zęby. Równocześnie jednak szef wydziału zabójstw jest 100% gliniarzem. Może zdarza mu się czasami iść na kompromisy i przyjmować "darowizny" od obywateli w zamian za drobne przysługi, ale jeśli ktoś wejdzie na jego teren i spróbuje zagrozić jego obywatelom, Gene Hunt dopadnie go wszędzie, zawsze i niezależnie od tak trywialnych rzeczy jak regulamin, prawa człowieka, czy choćby faktyczne dowody. Przejawia on również fanatyczną wręcz lojalność wobec swoich ludzi, nawet tak niesubordynowanych i upierdliwych jak Sam Tyler.
Niekończący się konflikt między Samem i jego szefem jest zdecydowanie główną osią serialu. To zderzenie nowego i starego sposobu myślenia, które nieubłaganie prowadzi do ciągłych sporów i, w zaskakujący sposób, do doskonałych wyników na froncie rozwiązywania zagadek kryminalnych.
Wśród innych ważnych postaci znajduje się młody policjant rozdarty między swoich dwóch "mentorów", uparty i niezbyt bystry sierżant o ciężkich pięściach i wykształcona policjantka próbująca radzić sobie w świecie mężczyzn. Razem muszą ścigać zabójców, walczyć z kibolami, uwalniać zakładników i badać wszelkie inne zbrodnie. A wszystko to w niepowtarzalnymi i wspaniałym stylu prosto z lat 70.
Podsumowując, Life on Mars to świetna seria kryminalna z wciągającą fabułą, wartką akcją, bardzo brytyjskim humorem i doskonałymi postaciami.

piątek, 12 października 2012

Cleanskin, czyli Sean Bean kontra terroryści

Sean Bean powraca, by raz jeszcze stawić czoła wrogom i udowodnić, że jest jednym z największych twardzieli współczesnego kina. Tym razem na jego drodze staje nie kto inny, jak grupa islamskich terrorystów chcących zakłócić spokojne życie mieszkańców Londynu przy użyciu dużej ilości środków wybuchowych. By ich powstrzymać, Sean dostaje rozkaz posłużenia się wszelkimi metodami, jakie uzna za konieczne. Wliczając tortury i egzekucje na miejscu, przy użyciu benzyny i zapalniczki. Oczywiście jego działania są całkowicie nieoficjalne i niezbyt zgodne z prawem międzynarodowym. Co w sumie nie stanowi zbytniej przeszkody dla naszego bohatera.

Terroryści i historie miłosne
Wbrew tego, co mogłoby się wydawać po plakatach, trailerach i moim własnym wstępie do tego tekstu, Cleanskin nie jest do końca filmem akcji, zaś sam Sean nie jest do końca głównym bohaterem. Niemniej po kolei.
Bohater grany przez Beana to Ewan, były wojskowy, a obecnie agent służb specjalnych. Człowiek twardy, zdeterminowany i nieustępliwy. Gotowy na wszystko, by osiągnąć cel i dopaść terrorystów. Ewan zdecydowanie jest osobą, przez oczy której widzimy to co się dzieje. Choć w ostatecznym rozrachunku pozostaje on dla nas zagadką. Poznajemy tylko fragmenty jego historii i tak faktycznie tylko talent aktorski Seana Beana ratuje tą postać przed byciem całkowicie jednowymiarową.
Przeciwnikiem Ewana jest Ash i tu zaczynają się schody. Film wyposażony jest otóż w całą masę retrospekcji, pokazujących nam całą historię tej postaci. I tak Ash zajmuje w sumie chyba więcej czasu na ekranie niż Ewan. Co więcej długość tych retrospekcji sprawia, że momentami można zapomnieć, jaki film tak właściwie się ogląda. W rezultacie Ash jest świetnie nakreśloną postacią, dodatkowo naprawdę dobrze zagraną przez Abhina Galeya. Zachodzące w nim przemiany i droga którą przechodzi od studenta prawa do terrorysty, jest dokładnie przedstawiona, sprawiając, że wydaje się on znacząco bliższy roli głównego bohatera, niż tajemniczy Ewan.

Wojna z terrorem
Podsumowując, film zawiera intrygę jak z thrillera, ale niestety nie ma ona sensu. Naprawdę, nawet nie próbujcie jej zrozumieć. Sceny akcji są niezłe, choć nie jakieś wyjątkowe. Najmocniejszym elementem jest tu zdecydowanie postać Asha, który pozostaje najsympatyczniejszym islamskim terrorystą od czasu Four Lions (genialny film), a jego historia jest świeża i daleka od klasycznego w przypadku postaci terrorystów banału. No i jest Sean Bean w roli twardziela, co zawsze jest plusem. Niemniej jeśli ktoś szuka klasycznego kina akcji, może się trochę wynudzić w trakcie licznych retrospekcji. Tak naprawdę, trudno mi powiedzieć dla kogo jest ten film, bo zawiera on masę elementów z różnych gatunków i nie udało się ich połączyć zbyt płynnie. Ostatecznie to jak oglądanie trzech filmów naraz, z których jeden jest kiepski, jeden niezły i jeden dobry.

czwartek, 13 września 2012

Sympathy for Mr.\ Lady Vengeance, czyli zemsta kontratakuje

Boksuneun naui geot i Chinjeolhan geumjassi, znane w Polsce jako Pan Zemsta i Pani Zemsta, to pierwsza i trzecia część słynnej Trylogii Zemsty, Chan-wook Parka. Środkową i najlepszą częścią trylogii jest Oldboy, o którym pisałem już wcześniej. Filmy nie są wprawdzie połączone fabularnie, ale łączy je tematyka. Zemsta! Jedna z najciekawszych i najbardziej destruktywnych motywacji znanych rasie ludzkiej. W kolejnych swoich filmach Chan-wook Park przygląda się ludziom ogarniętym obsesją zemsty, przedstawia ich losy w najróżniejszy sposób, zadając ciekawe, często prowokujące pytania. Jak daleko ludzie są gotowi się posunąć, jak wiele mogą poświęcić?
Niemniej zemsta w tych filmach to miecz obusieczny. A właściwie wielosieczny, bo najczęściej rani wszystkich dookoła, niezależnie od ich winy, czy poziomu uwikłania w sprawę.


Sympathy for Mr. Vengence
Pierwszy film w trylogii opowiada o losach młodego, głuchoniemego mężczyzny imieniem Ryu, który stara się pomóc swojej ciężko chorej siostrze, potrzebującej przeszczepu nerek. Idąc za radą swojej, dosyć "ekscentrycznej" dziewczyny, Cha próbuje on dosyć niekonwencjonalnej metody zdobycia pieniędzy na operację. Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem, a kolejne wydarzenia pchają Ryu i otaczające go postacie coraz dalej na samonapędzającej się spirali przemocy i zemsty.
Pan Zemsta jest zdecydowanie najmniej sensacyjną częścią trylogii. Nie ma tu wielkiego planu i pełnych determinacji postaci, jak w Oldboyu i Pani Zemście. Nie ma też tylu scen akcji. Ten film jest o wiele bardziej artystyczny. Jest tu dużo powolnych, statycznych scen dialogowych. Fabuła rozwija się bardzo powoli, wielokrotnie dając bohaterom okazję do zatrzymania się. Odwrócenia biegu wydarzeń. Nie ma tu również jednej konkretnej zemsty, zamiast tego mamy kilka postaci, dążących do własnej vendetty i padających jej ofiarą. Najlepiej podsumowuje tą historię stwierdzenie jednego z bohaterów:
- Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem... ale ty wiesz, że muszę cię zabić...

Sympathy for Lady Vengence
Ostatnia część trylogii zemsty opowiada o losach Geum-ja Lee. Poznajemy naszą bohaterkę w momencie gdy wychodzi z więzienia, gdzie odsiedziała 13 lat za porwanie i zabójstwo 5 letniego chłopca. W więzieniu nasza bohaterka zyskała przydomek "Życzliwa", ponieważ zawsze była uprzejma i wszystkim pomagała.
Teraz na wolności Geum-ja gotowa jest wykorzystać uzyskane znajomości i zemścić się na człowieku, który odpowiadał za jej uwięzienie.
Pani Zemsta to świetny film, opowiadający o niezwykle zdeterminowanej postaci z planem. Zdecydowanie najciekawszym elementem produkcji jest właśnie patrzenie jak jej historia się rozwija i możemy zobaczyć wszystkie elementy jej planu i jej opartej na determinacji osobowości.
Kolejnym elementem który ten film bada, jest skłonność do zemsty. Jak łatwo zwykli ludzie mogą być przekonani do brutalnych, zbrodniczych zachowań, w imię zemsty.
Podsumowując, Pan i Pani Zemsta to świetne filmy. Nie są, aż tak dobre jak Oldboy, ale z całą pewnością godne uwagi. Zwłaszcza Pani zemsta.