Chcąc nie chcąc, na przełomie roku zrobiłem sobie małą przerwę, ale teraz czas powrócić do naszej klasycznej ramówki. Kolejny miesiąc za nami i sporo się w nim działo, ale po kolei:
Zacznijmy od Flasha. Powiem szczerze, że od początku miałem wątpliwości odnośnie tego serialu i w dalszym ciągu, wyraźnie zbyt niski budżet bije mnie po oczach w każdym odcinku. Do tego sposób w jaki przedstawiane jest działanie mocy Barrego... Super szybkość do najtrudniejsza moc do przedstawienia w sensowny sposób. Flash powinien pokonać każdego przeciwnika automatycznie, jeszcze zanim ten zauważy, że coś się dzieje. To oczywiście byłoby nudne, więc mamy te dziwaczne momenty, kiedy najszybszy człowiek na świecie pokonuje grupę uzbrojonych żołnierzy, po czym nagle zatrzymuje się i pozwala pokonać złemu generałowi. To dziwne i zdarza się w każdym odcinku. Niemniej, jako pozytyw muszę przyznać, że historia o Firestormie była całkiem udana i bardzo komiksowa. Więc tu mają plusa. I ogólnie, coraz ciekawiej ogląda się przygody tych postaci.
Z innego, ale powiązanego tematu. Ostatnio coraz częściej słychać o serialu Supergirl. Nie mam pojęcia czemu ktoś uważa to za dobry pomysł, ale jeśli sceny akcji z Flashem wyglądają słabo na budżecie telewizyjnym, to aż strach pomyśleć o scenach z Supergirl.
Arrow tymczasem wrócił do świata żywych i ruszył w kierunku ostatecznego starcia z Ligą Zabójców. Co więcej, wreszcie wszyscy poznali prawdę na wszystkie tematy. Ja rozumiem, że historie o super bohaterach mają w zwyczaju wątki ukrywania prawdy, ale Arrow po prostu przesadzał. Często w tym sezonie miałem poczucie, że postacie utrzymują sekrety tylko po to, by tworzyć sztuczne konflikty w fabule. Cieszy mnie więc, że wreszcie skończyliśmy z tym.
Jednak nadal mam zamiar czepiać się odcinka z Wyspą. To więzienie jest tak idiotycznym pomysłem. Wprawdzie nie tak złym jak lochy pod Star Labs, ale na pewno w tej samej lidze. Nie dość, że nikt nie zauważa, kiedy więzień ucieka, to jeszcze jak się okazuje, zaprojektowano je tak, że da się dosięgnąć przycisku otwierającego z wnętrza celi. Loch w Star Labs może okrutnie łamią prawa człowieka i zapewne doprowadzą wszystkich osadzonych do obłędu i samobójczej śmierci, ale przynajmniej są skuteczne. Za to pod koniec miesiąca wątek Blue Beetl... znaczy Atoma, wreszcie wystartował. Ogólnie, jestem naprawdę ciekaw, co stanie się dalej, a to znacznie więcej, niż mogę powiedzieć o Flashu.
Tymczasem Agents of SHIELD zrobiło sobie przerwę na korzyść Agent
Carter. Przyznam, że byłem bardzo sceptyczny odnośnie serialu o
dziewczynie Kapitana Ameryki. Myliłem się. To osiem odcinków opowiada
świetną historię szpiegowską, pełną zakrętów, akcji i ciekawych postaci.
Całość utrzymana w radośnie seksistowskim klimacie w stylu Mad Mena. Z
tą różnicą, że tutaj wszystkie najbardziej niebezpieczne i fizycznie
sprawne postacie są kobietami. I serial zawiera Howarda Starka, czyli
drugiego najlepszego Starka w świecie Marvela. Ogólnie serial
zdecydowanie warty jest polecenia, bo choć krótki, zawiera wszystko
czego można pragnąć. Intrygi, tajemnice, tajne organizacje, rosyjskich
szpiegów i główną bohaterkę, która walczy o równouprawnienie wysadzając
rzeczy w powietrze.
Gotham idzie jak burza. Ten serial naprawdę znalazł swój styl i głos w drugiej połowie sezonu. Począwszy od przedstawienia początków klasycznych wrogów Batmana jak Strach na Wróble i Joker, poprzez rodziców Robina i początku motywu Red Hooda. Nareszcie widzimy podwaliny mitologi Batmana w tej historii. Do tego Pingwin i Nigma pozostają najlepszymi przedstawieniami tych postaci w historii kina i telewizji. Że nie wspomnę o Fish Mooney. Początkowo wiele osób czepiało się faktu, że twórcy stworzyli nową postać w sytuacji, gdy komiksy o Batmanie zawierają tak dużo nie wykorzystywanych antagonistów. Zarzut ten był o tyle dziwny, że Harley Quinn, jedna z najpopularniejszych obecnie postaci Batmanowego zakątka uniwersum DC, sama debiutowała na ekranie, w klasycznej kreskówce z lat 90. Po tym miesiącu chyba nie ma wątpliwości, że jest tylko kwestią czasu, zanim Fish trafi do komiksów. Styl w jakim rozwiązuje sprawę lochów jest po prostu genialny. I na marginesie, wciąż uważam, że te lochy są bardziej humanitarne, niż to co robią w Star Labs.
W tym miesiącu pojawił się również nowy sezon House of Cards. Netflix będąc nowoczesnym i rozsądnym nadawcą wypościł wszystkie odcinki w jednym podejściu. Tym razem zamiast walczyć o władzę, Frank Underwood próbuje ją utrzymać, przy okazji pokazując bardzo mroczną i cyniczną wizję prezydentury. Trochę jak zły brat bliźniak West Wing. Szczerze mówiąc, po obejrzeniu całego sezonu, miałem ochotę zmyć z siebie cały ten cynizm, porządną porcją idealizmu prezydenta Bartletta.
Ale wracając do tematu, pod wieloma względami, był to najlepszy sezon HoC. Dynamika między Underwoodami stała się dużo ciekawsza. Również ciężar korony był wyraźny, pokazując zmiany zachodzące w samym Franku. Jak i rywalizację z godnym przeciwnikiem w postaci prezydenta Petrova.
Jedyne zarzuty jakie mam, to fakt, że serial za dużo czasu poświęcał Daugowi. Jego postać miała fajny wątek, który ostatecznie dotarł, do bardzo satysfakcjonującego finału, ale równocześnie, przez większość sezonu był zbyt oddalony od centrum akcji. Było to widać choćby w samym pierwszym odcinku, który trochę się ciągnął i sprawiał wrażenie oderwanego od reszty serii. Drugim zarzutem jest dla mnie zdecydowanie zakończenie. Było za słabe, brakowało w nim pamiętnej sceny w stylu pukania w biurko na końcu drugiego sezonu. Wyglądało jak solidne zakończenie odcinka, ale nie całego sezonu.
Niemniej, mimo tych potknięć, trzeci sezon House of Cards pozostaje mocnym wpisem w tej cynicznej epopei o władzy i żądzy. Godny polecenia każdemu.
środa, 4 marca 2015
wtorek, 2 grudnia 2014
Listopad z serialami
Zacznijmy od Doctora. Wreszcie nadeszły jego dwa finałowe odcinki i... były świetne. Gdyby reszta sezonu miała taki poziom, nie miałbym na co narzekać... Tak, to znaczy, że będę narzekał. Ale po kolei, zacznijmy od pozytywów, czyli głównie tych dwóch ostatnich odcinków. Michelle Gomez była absolutnie genialna w roli Missy. Zaprawdę uwielbiałem Johna Simma w roli Mistrza, ale wersja Michelle całkowicie go zmiotła. Na koniec naprawdę miałem nadzieję, że Missy zostanie nową towarzyszką Doctora. Jego próby zapanowania nad nią mogłyby spokojnie zapewnić nam najlepszy sezon w długiej historii tego serialu. Ale tak czy inaczej cieszę się, że pozbyliśmy się Clary. Niestety była ona zdecydowanie najmniej interesującą z "nowożytnych" towarzyszek Doctora. Przynajmniej dostaliśmy bardzo fajne zakończenie, w którym obydwoje skłamali. I Nick Frost w roli Mikołaja! Już nie mogę się doczekać odcinka świątecznego [edit: jak się okazuje, w odcinku świątecznym będzie Clara... crap].
A teraz odnośnie samego sezonu... był głupi. Jasne, ten serial już dawno odrzucił logikę, ale przynajmniej zwykle odrzuca ją na korzyść frajdy. Kill the Moon nie było frajdą. Było nudnawym odcinkiem z absurdalnie głupią fabułą i jeszcze gorszym zakończeniem. Księżyc jest smoczym jajkiem i zamknięty w nim stwór zaraz po wyjściu jest w stanie znieść jajko będące dokładną repliką tego z którego wyszedł... czyli znieść jako większe od niego samego. A Doctor stoi obok i zachowuje się jak dupek, oceniając nas niczym Q w Star Treku. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo twórcy nie rozumieli jak działa grawitacja. Bo nawet twórcy filmu Gravity bardziej to ogarniali (a oni totalnie nie ogarniali). I jak przy tym jesteśmy, większa ilość tlenu w atmosferze ocali nas przed pożarem... pewnie dlatego strażacy zawsze starają się dostarczyć pożarowi jak najwięcej tlenu, logika. Że nie wspomnę o tym, że nadmiar drzew (i produkowanego przez nie tlenu) w połączeniu z wielkim pożarem, był jedną z przyczyn wymierania permskiego, znanego też jako największe z Wielkich Wymierań. Ale prawdziwy problem polega na tym, że nie było nic, co mogłoby te wszystkie idiotyzmy równoważyć. Finał piątego sezonu doprowadza mnie do szału, za każdym razem kiedy próbuję go brać na logikę, co nie zmienia faktu, że świetnie się go ogląda. Tu niestety tego zabrakło. Kilka fajnych odcinków to za mało, jeśli nie ma wśród nich czegoś na miarę The Time of Angels czy The Girl in the Fireplace. Więc ogólnie, świetny Doctor, dobry finał, kiepski sezon.
A teraz Supernatural... nie, sorry, niestety to tylko Constantine. Będę szczery, nie oglądam Supernatural (głównie z powodu odstraszającej ilości sezonów, która do tego cały czas rośnie), ale widziałem kilka odcinków i były całkiem fajne. I mam wrażenie, że Constantine jest dokładnie tym samym, tylko jakby... nie fajnym. Sleepy Hollow przynajmniej próbowało jakoś się wyróżnić, dać nam na dzień dobry wątki tajnych organizacji i uwikłania Ojców Założycieli w magiczną wojnę. Constantine nie wysilił się nawet na to. Mógłbym rozwodzić się długo nad tym, co nie działa w tym serialu. Mógłbym też krótko wspomnieć o rzeczach fajnych, ale to na nic. Wszystko sprowadza się do tego, że tych kilka pierwszych odcinków nie dało mi żadnego powodu, by oglądać dalej. Szkoda, bo była okazja, by zrobić coś ciekawego. Mroczną, poważną historię o czarnej magii ze świetnym antybohaterem. To już samo brzmi jak opis serialu HBO. Niestety zamiast tego dostaliśmy gorszą wersję Supernatural. Jeśli będę miał na to ochotę, to po prostu obejrzę Supernatural i na tym przygodę z tym serialem pewnie zakończę.
The Flash... tu krótko. Ten serial jest po prostu przeciętny. Nie mogę mu zarzucić nic konkretnego, ale trudno również znaleźć coś szczególnie dobrego. Po siedmiu odcinkach rządzi głównie nijakość. Jedynie wątek który daje nadzieję to dr Wells.
The Arrow, jak jesteśmy w tym zakątku serialosfery, nadal trzyma poziom. Choć w tym miesiącu nie zaszaleli raczej z ilością odcinków. Niemniej Arrow konsekwentnie utrzymuje klimat street level superhero i robi to lepiej niż jakikolwiek poprzednik. Jedyne czego brakuje, to większa ciągłość. Rozbijanie tej fabuły na pojedyncze historyjki sprawia, że traci ona impet. I wyraźny niedobór Johna Barrowmana w kolejnych odcinkach też daje się serialowi we znaki.
Tymczasem Agents of SHIELD coraz wyraźniej staje się świetne. Po tragicznym pierwszym sezonie chyba nikt nie spodziewał się takiego powrotu. Fabuła pędzi do przodu w wyraźnym kierunku, dając widzom to poczucie wyścigu pomiędzy dobrymi i złymi. Mnożą się wątki szpiegowskie nawiązujące stylem do drugiej części Kapitana Ameryki. Nowe postacie są świetne, stare są lepsze niż były. I do tego Ward. W pierwszym sezonie uważałem go za najnudniejszą postać, jaka kiedykolwiek pojawiła się w serialu Jossa Whedona, teraz uważam go za jedną z najciekawszych. Zwłaszcza w tym miesiącu, każda scena z jego udziałem, była ciekawa i trzymająca w napięciu. Ogólnie (i nie spodziewałem się, że to kiedyś napiszę) Agents of SHIELD jest w tym momencie najlepszą serią w tym zestawieniu.
Tymczasem w Gotham dobrze się dzieje. To znaczy w samym mieście dzieje się bardzo źle, ale to bardzo dobrze dla serialu. Zaprawdę mógłbym obejrzeć całą serię w której nieletni Bruce i Celina przeżywają przygody na ulicach Gotham i spotykają wśród bezdomnych dzieci przyszłych wrogów Batmana, podczas gdy Bullock i Alfred łączą siły, by wyciągać dzieciaki z kłopotów (pewnie działałoby to lepiej jako kreskówka). I Gordon też znacząco zyskał, odkąd jego życie się zawaliło i zaczął zjeżdżać równią pochyłą. Do tego wątek walki o władzę nad miastem coraz wyraźniej wychodzi na pierwszy plan, przyćmiewając motyw "zabójstwa tygodnia" co też należy uznać za spory plus. Gotham wyraźnie zaczyna odnajdywać swój styl i podnosić poziom. Nie powiem jeszcze, że w pełni mnie przekonali, ale z pewnością są na dobrej drodze.
A teraz odnośnie samego sezonu... był głupi. Jasne, ten serial już dawno odrzucił logikę, ale przynajmniej zwykle odrzuca ją na korzyść frajdy. Kill the Moon nie było frajdą. Było nudnawym odcinkiem z absurdalnie głupią fabułą i jeszcze gorszym zakończeniem. Księżyc jest smoczym jajkiem i zamknięty w nim stwór zaraz po wyjściu jest w stanie znieść jajko będące dokładną repliką tego z którego wyszedł... czyli znieść jako większe od niego samego. A Doctor stoi obok i zachowuje się jak dupek, oceniając nas niczym Q w Star Treku. I nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo twórcy nie rozumieli jak działa grawitacja. Bo nawet twórcy filmu Gravity bardziej to ogarniali (a oni totalnie nie ogarniali). I jak przy tym jesteśmy, większa ilość tlenu w atmosferze ocali nas przed pożarem... pewnie dlatego strażacy zawsze starają się dostarczyć pożarowi jak najwięcej tlenu, logika. Że nie wspomnę o tym, że nadmiar drzew (i produkowanego przez nie tlenu) w połączeniu z wielkim pożarem, był jedną z przyczyn wymierania permskiego, znanego też jako największe z Wielkich Wymierań. Ale prawdziwy problem polega na tym, że nie było nic, co mogłoby te wszystkie idiotyzmy równoważyć. Finał piątego sezonu doprowadza mnie do szału, za każdym razem kiedy próbuję go brać na logikę, co nie zmienia faktu, że świetnie się go ogląda. Tu niestety tego zabrakło. Kilka fajnych odcinków to za mało, jeśli nie ma wśród nich czegoś na miarę The Time of Angels czy The Girl in the Fireplace. Więc ogólnie, świetny Doctor, dobry finał, kiepski sezon.
A teraz Supernatural... nie, sorry, niestety to tylko Constantine. Będę szczery, nie oglądam Supernatural (głównie z powodu odstraszającej ilości sezonów, która do tego cały czas rośnie), ale widziałem kilka odcinków i były całkiem fajne. I mam wrażenie, że Constantine jest dokładnie tym samym, tylko jakby... nie fajnym. Sleepy Hollow przynajmniej próbowało jakoś się wyróżnić, dać nam na dzień dobry wątki tajnych organizacji i uwikłania Ojców Założycieli w magiczną wojnę. Constantine nie wysilił się nawet na to. Mógłbym rozwodzić się długo nad tym, co nie działa w tym serialu. Mógłbym też krótko wspomnieć o rzeczach fajnych, ale to na nic. Wszystko sprowadza się do tego, że tych kilka pierwszych odcinków nie dało mi żadnego powodu, by oglądać dalej. Szkoda, bo była okazja, by zrobić coś ciekawego. Mroczną, poważną historię o czarnej magii ze świetnym antybohaterem. To już samo brzmi jak opis serialu HBO. Niestety zamiast tego dostaliśmy gorszą wersję Supernatural. Jeśli będę miał na to ochotę, to po prostu obejrzę Supernatural i na tym przygodę z tym serialem pewnie zakończę.
The Flash... tu krótko. Ten serial jest po prostu przeciętny. Nie mogę mu zarzucić nic konkretnego, ale trudno również znaleźć coś szczególnie dobrego. Po siedmiu odcinkach rządzi głównie nijakość. Jedynie wątek który daje nadzieję to dr Wells.
The Arrow, jak jesteśmy w tym zakątku serialosfery, nadal trzyma poziom. Choć w tym miesiącu nie zaszaleli raczej z ilością odcinków. Niemniej Arrow konsekwentnie utrzymuje klimat street level superhero i robi to lepiej niż jakikolwiek poprzednik. Jedyne czego brakuje, to większa ciągłość. Rozbijanie tej fabuły na pojedyncze historyjki sprawia, że traci ona impet. I wyraźny niedobór Johna Barrowmana w kolejnych odcinkach też daje się serialowi we znaki.
Tymczasem Agents of SHIELD coraz wyraźniej staje się świetne. Po tragicznym pierwszym sezonie chyba nikt nie spodziewał się takiego powrotu. Fabuła pędzi do przodu w wyraźnym kierunku, dając widzom to poczucie wyścigu pomiędzy dobrymi i złymi. Mnożą się wątki szpiegowskie nawiązujące stylem do drugiej części Kapitana Ameryki. Nowe postacie są świetne, stare są lepsze niż były. I do tego Ward. W pierwszym sezonie uważałem go za najnudniejszą postać, jaka kiedykolwiek pojawiła się w serialu Jossa Whedona, teraz uważam go za jedną z najciekawszych. Zwłaszcza w tym miesiącu, każda scena z jego udziałem, była ciekawa i trzymająca w napięciu. Ogólnie (i nie spodziewałem się, że to kiedyś napiszę) Agents of SHIELD jest w tym momencie najlepszą serią w tym zestawieniu.
Tymczasem w Gotham dobrze się dzieje. To znaczy w samym mieście dzieje się bardzo źle, ale to bardzo dobrze dla serialu. Zaprawdę mógłbym obejrzeć całą serię w której nieletni Bruce i Celina przeżywają przygody na ulicach Gotham i spotykają wśród bezdomnych dzieci przyszłych wrogów Batmana, podczas gdy Bullock i Alfred łączą siły, by wyciągać dzieciaki z kłopotów (pewnie działałoby to lepiej jako kreskówka). I Gordon też znacząco zyskał, odkąd jego życie się zawaliło i zaczął zjeżdżać równią pochyłą. Do tego wątek walki o władzę nad miastem coraz wyraźniej wychodzi na pierwszy plan, przyćmiewając motyw "zabójstwa tygodnia" co też należy uznać za spory plus. Gotham wyraźnie zaczyna odnajdywać swój styl i podnosić poziom. Nie powiem jeszcze, że w pełni mnie przekonali, ale z pewnością są na dobrej drodze.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Październik z serialami
Za oknem zimno, ciemno, deszczowo i nieprzyjemnie... Ale od czego są seriale. Sezony rozkręciły się już na dobre i o większości z nich można powiedzieć już coś konkretnego.
Doctor Who powoli zbliża się do końca. Zostały już tylko dwa finałowe odcinki, w związku z czym, możemy chyba wysilić się na pewne podsumowanie tego sezonu (choć faktycznie zrobię to za miesiąc). Niestety nie jest dobrze. Można wręcz powiedzieć, że jest źle. To znaczy Peter Capaldi jest genialny w roli Doctora i zdarzały się w tym sezonie dobre odcinki, ale mam poczucie, że na każdy z nich, przypadał jeden absurdalnie głupi i jeden nijaki. Najlepszym przykładem jest trója: świetny Mummy on the Orient Express, nijaki Flatline i tragiczny Kill the Moon (serio, księżyc to smocze jajo? ehh, choć z drugiej strony it is known... ehhh). Pozostaje mieć nadzieję, że finał podciągnie to wyżej, bo inaczej będzie świetny Doctor z najgorszym sezonem.
Agents of SHIELD zdecydowanie trzyma tytuł serialu, który najbardziej poprawił się pomiędzy sezonami. Wprawdzie nie skorzystali z okazji z Lucy Lawless, ale poza tym, trudno narzekać. Nowe postacie są świetne, stare stały się ciekawsze, nawet Skye i Ward przestali irytować. Fabuła stała się dużo ciekawsza i póki co kolejne odcinki trzymają solidny poziom. Jeśli uda się utrzymać to w kolejnych miesiącach, Agents staną się faktycznie kolejnym świetnym serialem Whedona.
Arrow i Flash czyli dwa seriale DC, jak się okazuje, zapewne nie łączące się z filmami. Pierwszy zaczął trzeci sezon i choć początek wywoływał u mnie pewne wątpliwości, muszę przyznać, że ostatecznie uznaję go za najlepszy z dotychczasowych w tym serialu. Da się poczuć, że świat się powiększył, i miasto Olivera jest tylko małym elementem większej całości. Niestety Flash nie podziela tego poziomu. Po prostu po X-Men: Days of Future Past trudno być pod wrażeniem tego, jak moce Flasha są przedstawione w serialu. Na razie twórcy mogą sobie z tym poradzić stwierdzając, że Barry jest dopiero na początku swojej drogi, ale na dłuższą metę zacznie się to rzucać w oczy. Arrow jest bohaterem na tzw. street level więc nie wymaga widowiskowych efektów, ale Flash może być już krokiem za daleko.
Gotham czyli serial który naprawdę chciałbym lubić. Bo na oko mają wszystko, świetne przedstawienie miasta, genialne postacie (Pingwin wygrywa wszystko), ciekawy wątek walki o władzę wśród mafiozów. Niby wszystko jest na swoim miejscu... poza fabułą. I to dziwne, bo są momenty kiedy wydaje się, że twórcy próbują czegoś bardziej poważnego i dojrzałego, ale w ostatniej chwili tchórzą i uciekają w uproszczenia i wyświechtane rozwiązania. Tak jakby sam serial nie do końca mógł się zdecydować, na ile poważny ma być. Co za tym idzie, ja nie wiem jak poważnie mam go brać. Ogólnie, mam bardzo mieszane uczucia, wahające się między zachwytem i znudzeniem. Jeszcze nie wiem, co wygra.
Constantine to serial o dupkowatym egzorcyście z brytyjskim akcentem. Ani główny bohater, ani fabuła nie są tak fajne jak w komiksach. Poza tym, trudno coś powiedzieć po jednym odcinku. Nie był zły, nie był jakoś szczególnie porywający. Wyglądał trochę jak podróbka Supernaturals. Niestety nasza tv zawiera już Supernaturals, więc nie za bardzo widzę powód, by tworzyć kolejne.
Doctor Who powoli zbliża się do końca. Zostały już tylko dwa finałowe odcinki, w związku z czym, możemy chyba wysilić się na pewne podsumowanie tego sezonu (choć faktycznie zrobię to za miesiąc). Niestety nie jest dobrze. Można wręcz powiedzieć, że jest źle. To znaczy Peter Capaldi jest genialny w roli Doctora i zdarzały się w tym sezonie dobre odcinki, ale mam poczucie, że na każdy z nich, przypadał jeden absurdalnie głupi i jeden nijaki. Najlepszym przykładem jest trója: świetny Mummy on the Orient Express, nijaki Flatline i tragiczny Kill the Moon (serio, księżyc to smocze jajo? ehh, choć z drugiej strony it is known... ehhh). Pozostaje mieć nadzieję, że finał podciągnie to wyżej, bo inaczej będzie świetny Doctor z najgorszym sezonem.
Arrow i Flash czyli dwa seriale DC, jak się okazuje, zapewne nie łączące się z filmami. Pierwszy zaczął trzeci sezon i choć początek wywoływał u mnie pewne wątpliwości, muszę przyznać, że ostatecznie uznaję go za najlepszy z dotychczasowych w tym serialu. Da się poczuć, że świat się powiększył, i miasto Olivera jest tylko małym elementem większej całości. Niestety Flash nie podziela tego poziomu. Po prostu po X-Men: Days of Future Past trudno być pod wrażeniem tego, jak moce Flasha są przedstawione w serialu. Na razie twórcy mogą sobie z tym poradzić stwierdzając, że Barry jest dopiero na początku swojej drogi, ale na dłuższą metę zacznie się to rzucać w oczy. Arrow jest bohaterem na tzw. street level więc nie wymaga widowiskowych efektów, ale Flash może być już krokiem za daleko.
Gotham czyli serial który naprawdę chciałbym lubić. Bo na oko mają wszystko, świetne przedstawienie miasta, genialne postacie (Pingwin wygrywa wszystko), ciekawy wątek walki o władzę wśród mafiozów. Niby wszystko jest na swoim miejscu... poza fabułą. I to dziwne, bo są momenty kiedy wydaje się, że twórcy próbują czegoś bardziej poważnego i dojrzałego, ale w ostatniej chwili tchórzą i uciekają w uproszczenia i wyświechtane rozwiązania. Tak jakby sam serial nie do końca mógł się zdecydować, na ile poważny ma być. Co za tym idzie, ja nie wiem jak poważnie mam go brać. Ogólnie, mam bardzo mieszane uczucia, wahające się między zachwytem i znudzeniem. Jeszcze nie wiem, co wygra.
Constantine to serial o dupkowatym egzorcyście z brytyjskim akcentem. Ani główny bohater, ani fabuła nie są tak fajne jak w komiksach. Poza tym, trudno coś powiedzieć po jednym odcinku. Nie był zły, nie był jakoś szczególnie porywający. Wyglądał trochę jak podróbka Supernaturals. Niestety nasza tv zawiera już Supernaturals, więc nie za bardzo widzę powód, by tworzyć kolejne.
środa, 1 października 2014
Wrzesień z serialami
Oto i zaczął się wrzesień, a wraz z nim nadeszły seriale. To znaczy, część seriali. Część zacznie się dopiero w przyszłym miesiącu, ale nimi zajmiemy się następnym razem. Tymczasem dzisiaj mamy trzy tytuły w tym dwa powroty i jeden debiut. Po kolei więc:
Agenci SHIELD powracają. Powiem szczerze, nie byłem zbytnim fanem pierwszego sezonu. Był nijaki, nudnawy, pozbawiony interesujących postaci. Zapewne nawet nie spojrzałbym na drugi sezon, gdyby nie wydarzenia ostatnich kilku odcinków, pokazujące konsekwencję drugiej części Kapitana Ameryki.
Drugi sezon kontynuuje ten wątek, przedstawiając nam świat, w którym główni bohaterowie są uciekinierami toczącymi tajną wojnę zarówno z Hydrą jak i z amerykańskim rządem. I muszę przyznać, robią to w całkiem niezłym stylu. Tym razem czuć zagrożenie, nieufność i tajemniczość. Widać narastającą desperację naszych bohaterów. To dużo lepszy początek niż mieli w zeszłym roku, pozostaje zobaczyć, czy utrzymają poziom. Dodatkowo w obsadzie pojawia się Lucy Lawless co zawsze liczy się jako zaleta.
Tak konkretnie mówiąc, Doctor powrócił na ekrany jeszcze w sierpniu, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tych pierwszych kilka odcinków z nowym Doctorem zawsze jest trochę dziwnych, ale muszę przyznać, że Peter Capaldi znacząco ułatwił proces przystosowawczy. Jego wersja Doctora jest tak bardzo inna od dwóch poprzedników, a równocześnie na tyle znajoma, że bardzo łatwo się przestawić. Nie do końca rozumiem jego nagłą niechęć do żołnierzy, ale to pewnie wyjaśni się przed końcem sezonu. A tymczasem, jest dobrze. Wprawdzie brakuje mi naprawdę pamiętnych odcinków, jak Blink czy The Time of Angels, ale seria póki co trzyma poziom dając jeden solidny odcinek po drugim. A Capaldi zdecydowanie wnosi świeżość ze swoją eksploracją mrocznej strony Doctora, w czym idzie zdecydowanie dalej, niż jego poprzednicy. Do tego stopnia, że chwilami można zadać sobie pytanie, czy Doctor nadal jest bohaterem, czy może już tylko "mad man with a box".
I wreszcie najbardziej oczekiwana premiera tej jesieni.To trochę zaskakujące, bo początkowo chyba nikt nie wziął tej serii na poważnie. Batman bez Batmana? Ja od razu machnąłem na to ręką. Ale później rozkręciła się machina promująca serial i ludzie w filmikach na YouTubie mówili i pokazywali wszystkie właściwe rzeczy. Tak, że kiedy serial do nas dotarł, miał już u mnie status najbardziej oczekiwanej serii roku. A potem obejrzałem pierwszy odcinek i mówiąc szczerze, miałem mieszane uczucia. Być może spodziewałem się zbyt wiele, ostatecznie po tym jak The Shield i Hannibal wprowadziły nową jakość odpowiednio do historii o policjantach i psychopatycznych zabójcach, miałem prawo oczekiwać czegoś podobnego. Marzyła mi się seria łącząca cyniczne spojrzenie na korupcję systemu z The Wire z mrocznym klimatem Siedem (którego akcja sama, równie dobrze mogłaby toczyć się w Gotham). Oczywiście Gotham nie jest niczym podobnym, niemniej nie oznacza to, że jest gorsze. Choć pierwszy odcinek miał sporą wadę w postaci opowiadanej historii. Fabuła była po prostu słaba, pędziła zbyt szybko i wprowadzała za dużo elementów, w większości przypadków robiąc to dosyć nieporadnie. Ale było też coś, co sprawiło, że przymknąłem na to oczy. Miasto. Gotham Burtona było groteskowe, Schumachera przesadzone, a Nolana nijakie. Na tym tle ta nowa wizja trafiła prosto w dziesiątkę. Gargulce i gotycka zabudowa są na miejscu, ale tkwią w tle, filtry kolorów nadają obrazowi trochę nierealistyczny posmak, Bullock ubiera się jakby tropił Ala Capone i jeździ samochodem ze starego filmu detektywistycznego, a mimo to jest całkowicie na miejscu. To Gotham jest ponadczasowe, realistyczne i oderwane od realizmu równocześnie. A zasiedlające je postacie tylko pogłębiają to wrażenie. Szaleńcy, gangsterzy i skorumpowani gliniarze, wszyscy żyjący w swoim mały ekosystemie, gdzie Don Falcone wydaje się najrozsądniejszą osobą w okolicy. Co więcej, w drugim odcinku, gdzie scena jest już ustawiona, twórcy mogą się skupić na opowiadaniu historii i jak się okazuje, robią to dosyć sprawnie.
W tym momencie jedyny zarzut jaki mam, to sam Jim Gordon. W szalonym świecie pełnym groteskowych postaci przypadł mu niewdzięczny obowiązek bycia ostoją normalności, co już samo w sobie czyni go mniej interesującym niż Bullock czy Pingwin (póki co te dwie postacie całkowicie dominują tę serię), ale co gorsze, wydaje się, że Jim nie może przetrwać choć jednej sceny, bez bicia nas w głowę wielkim młotkiem z napisem: "Jestem jedynym uczciwym gliniarzem w mieście!" Mam nadzieję, że to jedynie punkt wyjścia i z czasem zobaczymy, jak poza odwagą i szlachetnością wykształca on też spryt i zaczyna grać systemem (jak McNulty w The Wire). Inaczej nie mam pojęcia jak uda mu się dożyć nadejścia Batmana.
To tyle na ten miesiąc, w kolejnym swoje premiery mają jeszcze Constantine, The Flash i wraca The Arrow.
Agenci SHIELD powracają. Powiem szczerze, nie byłem zbytnim fanem pierwszego sezonu. Był nijaki, nudnawy, pozbawiony interesujących postaci. Zapewne nawet nie spojrzałbym na drugi sezon, gdyby nie wydarzenia ostatnich kilku odcinków, pokazujące konsekwencję drugiej części Kapitana Ameryki.
Drugi sezon kontynuuje ten wątek, przedstawiając nam świat, w którym główni bohaterowie są uciekinierami toczącymi tajną wojnę zarówno z Hydrą jak i z amerykańskim rządem. I muszę przyznać, robią to w całkiem niezłym stylu. Tym razem czuć zagrożenie, nieufność i tajemniczość. Widać narastającą desperację naszych bohaterów. To dużo lepszy początek niż mieli w zeszłym roku, pozostaje zobaczyć, czy utrzymają poziom. Dodatkowo w obsadzie pojawia się Lucy Lawless co zawsze liczy się jako zaleta.
Tak konkretnie mówiąc, Doctor powrócił na ekrany jeszcze w sierpniu, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tych pierwszych kilka odcinków z nowym Doctorem zawsze jest trochę dziwnych, ale muszę przyznać, że Peter Capaldi znacząco ułatwił proces przystosowawczy. Jego wersja Doctora jest tak bardzo inna od dwóch poprzedników, a równocześnie na tyle znajoma, że bardzo łatwo się przestawić. Nie do końca rozumiem jego nagłą niechęć do żołnierzy, ale to pewnie wyjaśni się przed końcem sezonu. A tymczasem, jest dobrze. Wprawdzie brakuje mi naprawdę pamiętnych odcinków, jak Blink czy The Time of Angels, ale seria póki co trzyma poziom dając jeden solidny odcinek po drugim. A Capaldi zdecydowanie wnosi świeżość ze swoją eksploracją mrocznej strony Doctora, w czym idzie zdecydowanie dalej, niż jego poprzednicy. Do tego stopnia, że chwilami można zadać sobie pytanie, czy Doctor nadal jest bohaterem, czy może już tylko "mad man with a box".
I wreszcie najbardziej oczekiwana premiera tej jesieni.To trochę zaskakujące, bo początkowo chyba nikt nie wziął tej serii na poważnie. Batman bez Batmana? Ja od razu machnąłem na to ręką. Ale później rozkręciła się machina promująca serial i ludzie w filmikach na YouTubie mówili i pokazywali wszystkie właściwe rzeczy. Tak, że kiedy serial do nas dotarł, miał już u mnie status najbardziej oczekiwanej serii roku. A potem obejrzałem pierwszy odcinek i mówiąc szczerze, miałem mieszane uczucia. Być może spodziewałem się zbyt wiele, ostatecznie po tym jak The Shield i Hannibal wprowadziły nową jakość odpowiednio do historii o policjantach i psychopatycznych zabójcach, miałem prawo oczekiwać czegoś podobnego. Marzyła mi się seria łącząca cyniczne spojrzenie na korupcję systemu z The Wire z mrocznym klimatem Siedem (którego akcja sama, równie dobrze mogłaby toczyć się w Gotham). Oczywiście Gotham nie jest niczym podobnym, niemniej nie oznacza to, że jest gorsze. Choć pierwszy odcinek miał sporą wadę w postaci opowiadanej historii. Fabuła była po prostu słaba, pędziła zbyt szybko i wprowadzała za dużo elementów, w większości przypadków robiąc to dosyć nieporadnie. Ale było też coś, co sprawiło, że przymknąłem na to oczy. Miasto. Gotham Burtona było groteskowe, Schumachera przesadzone, a Nolana nijakie. Na tym tle ta nowa wizja trafiła prosto w dziesiątkę. Gargulce i gotycka zabudowa są na miejscu, ale tkwią w tle, filtry kolorów nadają obrazowi trochę nierealistyczny posmak, Bullock ubiera się jakby tropił Ala Capone i jeździ samochodem ze starego filmu detektywistycznego, a mimo to jest całkowicie na miejscu. To Gotham jest ponadczasowe, realistyczne i oderwane od realizmu równocześnie. A zasiedlające je postacie tylko pogłębiają to wrażenie. Szaleńcy, gangsterzy i skorumpowani gliniarze, wszyscy żyjący w swoim mały ekosystemie, gdzie Don Falcone wydaje się najrozsądniejszą osobą w okolicy. Co więcej, w drugim odcinku, gdzie scena jest już ustawiona, twórcy mogą się skupić na opowiadaniu historii i jak się okazuje, robią to dosyć sprawnie.
W tym momencie jedyny zarzut jaki mam, to sam Jim Gordon. W szalonym świecie pełnym groteskowych postaci przypadł mu niewdzięczny obowiązek bycia ostoją normalności, co już samo w sobie czyni go mniej interesującym niż Bullock czy Pingwin (póki co te dwie postacie całkowicie dominują tę serię), ale co gorsze, wydaje się, że Jim nie może przetrwać choć jednej sceny, bez bicia nas w głowę wielkim młotkiem z napisem: "Jestem jedynym uczciwym gliniarzem w mieście!" Mam nadzieję, że to jedynie punkt wyjścia i z czasem zobaczymy, jak poza odwagą i szlachetnością wykształca on też spryt i zaczyna grać systemem (jak McNulty w The Wire). Inaczej nie mam pojęcia jak uda mu się dożyć nadejścia Batmana.
To tyle na ten miesiąc, w kolejnym swoje premiery mają jeszcze Constantine, The Flash i wraca The Arrow.
czwartek, 18 września 2014
Hobbit vs Rasizm
Jak powszechnie i bezsprzecznie wiadomo, brać fandomowa to jedna wielka banda seksistowskich rasistów. Bo jaki inny powód moglibyśmy mieć, by interesować się światami opartymi na średniowieczu, ba, czasami wręcz je idealizować. Jak wiadomo, średniowiecze to wstrętny okres, gdy biali mężczyźni okładali się nawzajem mieczami w ogólnej pogardzie dla sztuki i nauki, a kobiet to nie wypuszczano z kuchni. A jak już się wypuściło, to zaraz jakiś zbój porwał i biali mężczyźni mieli okazję do kolejnej przygody, by takową niewiastę, niczym jakiś rekwizyt, ratować z kłopotów. Co za tym idzie, wszyscy którzy lubią Władcę Pierścieni, Grę o Tron, czy (Cthulhu broń) Conana, to jak nic seksistowscy rasiści. Ale na szczęście, coś się w świecie fantasy ruszyło, kampania przeciw rasizmowi, poprowadzona przez jednego z guru współczesnego kina fantasy, Petera Jacksona.
Swego czasu Star Trek przeszedł do historii sceną po prawej. Był to pierwszy pocałunek białego mężczyzny i czarnej kobiety w amerykańskiej tv. Niestety minęły dekady i sf (a w szczególności sam Star Trek) przestało być na pierwszej linii postępu w kwestii równości. Na szczęście pałeczkę przejęła fantasy i oto Hobbit. Pustkowia Smauga zapewnił nam wątek miłości ponad podziałami rasowymi. Tauriel i Kili, dwójka młodych kochanków w świecie, który nie toleruje ich związku. Naprawdę wzruszyłem się w tej sali kinowej i pomyślałem sobie: Jak to dobrze, że już nie ma rasizmu w świecie fantasy. Niestety później przeczytałem komentarze na forach internetowych (robię to rzadko, ze względu na sympatię, jaką darzę swoje szare komórki, niestety tym razem nie dało się uciec) i nie uwierzyłem własnym oczom. Herezja! Hańba! I dużo gorsze słowa padały z wszystkich stron. Przecież wszyscy wiedzą, że elfy i krasnoludy nie mogą mieć wątku miłosnego. I zadałem sobie pytanie: czemu? Przecież nikogo nie oburzało, kiedy inny brodaty jegomość (Aragorn) zapałał odwzajemnioną miłością do elfki. I to księżniczki, a nie zwykłej leśnej panny. Więc jak to? Aragornowi wolno, a Kiliemu już nie? A w czym Kili jest gorszy? Bo niższy, bo krasnolud? Otóż to. Wyszło szydło z worka, człowiekowi wolno, ale krasnolud łapy precz. Toż to jawna dyskryminacja, rasizm, wertykalizm nawet!!! (tak, wertykalizm faktycznie oznacza coś zupełnie innego)
I rozglądam się dalej i co widzę? Krasnoludy do jaskiń, elfy na drzewa! Jawna segregacja rasowa i to na każdym kroku. Krasnolud nie może popijać wina i tańczyć z driadami, a elf sączyć piwa w jaskini, pracując nad wiertłem parowym. A czy ktoś spytał tego elfa i tego krasnoluda, co oni chcą robić i w kim się kochać? Nie! A czemu? Bo elfy i krasnoludy nie istnieją. Co więcej, według mojej wiedzy, nigdy nie istniały. A to oznacza, że mogą robić, co tylko zamarzy się autorowi.
Jasne, ktoś zaraz powie: Ale czy taki niekrasnoludzki krasnolud to nadal krasnolud, czy już niski, brodaty elf? Dobre pytanie, a odpowiedź brzmi: Jest dokładnie tym, czym nazwał go autor, bo ani on, ani krasnoludy, ani elfy nie istnieją. W tym wypadku autorem jest Peter Jackson i on powiedział, że ma być tak. Gdyby trzymał się bardziej wizji Tolkiena, mielibyśmy krasnoludy w kolorowych wdziankach, które popijają wino grając na fletach. Więc w zestawieniu, sądzę, że wyszliśmy zdecydowanie na plus.
Więc, zanim następnym razem powiesz, że coś nie pasuje do elfów czy krasnoludów, pamiętaj: Elfy i krasnoludy nie istnieją! I dobrze, bo w przeciwnym razie fandom fantasy byłby straszną bandą rasistów.
Jeśli o mnie chodzi, to mam do tego wątku całkowicie obojętne podejście. Pasował do historii opowiadanej przez PJ, ale jakoś się nie wybijał. Za to reakcje internautów były i nadal są naprawdę wspaniałe.
To tyle na dzisiaj, od przyszłego miesiąca wrócę do częstszych aktualizacji, wraz z rozpoczęciem sezonu serialowego. W tym roku mamy aż pięć serii na podstawie komiksów więc pewnie będę je podsumowywał na końcu każdego miesiąca.
Swego czasu Star Trek przeszedł do historii sceną po prawej. Był to pierwszy pocałunek białego mężczyzny i czarnej kobiety w amerykańskiej tv. Niestety minęły dekady i sf (a w szczególności sam Star Trek) przestało być na pierwszej linii postępu w kwestii równości. Na szczęście pałeczkę przejęła fantasy i oto Hobbit. Pustkowia Smauga zapewnił nam wątek miłości ponad podziałami rasowymi. Tauriel i Kili, dwójka młodych kochanków w świecie, który nie toleruje ich związku. Naprawdę wzruszyłem się w tej sali kinowej i pomyślałem sobie: Jak to dobrze, że już nie ma rasizmu w świecie fantasy. Niestety później przeczytałem komentarze na forach internetowych (robię to rzadko, ze względu na sympatię, jaką darzę swoje szare komórki, niestety tym razem nie dało się uciec) i nie uwierzyłem własnym oczom. Herezja! Hańba! I dużo gorsze słowa padały z wszystkich stron. Przecież wszyscy wiedzą, że elfy i krasnoludy nie mogą mieć wątku miłosnego. I zadałem sobie pytanie: czemu? Przecież nikogo nie oburzało, kiedy inny brodaty jegomość (Aragorn) zapałał odwzajemnioną miłością do elfki. I to księżniczki, a nie zwykłej leśnej panny. Więc jak to? Aragornowi wolno, a Kiliemu już nie? A w czym Kili jest gorszy? Bo niższy, bo krasnolud? Otóż to. Wyszło szydło z worka, człowiekowi wolno, ale krasnolud łapy precz. Toż to jawna dyskryminacja, rasizm, wertykalizm nawet!!! (tak, wertykalizm faktycznie oznacza coś zupełnie innego)
I rozglądam się dalej i co widzę? Krasnoludy do jaskiń, elfy na drzewa! Jawna segregacja rasowa i to na każdym kroku. Krasnolud nie może popijać wina i tańczyć z driadami, a elf sączyć piwa w jaskini, pracując nad wiertłem parowym. A czy ktoś spytał tego elfa i tego krasnoluda, co oni chcą robić i w kim się kochać? Nie! A czemu? Bo elfy i krasnoludy nie istnieją. Co więcej, według mojej wiedzy, nigdy nie istniały. A to oznacza, że mogą robić, co tylko zamarzy się autorowi.
Jasne, ktoś zaraz powie: Ale czy taki niekrasnoludzki krasnolud to nadal krasnolud, czy już niski, brodaty elf? Dobre pytanie, a odpowiedź brzmi: Jest dokładnie tym, czym nazwał go autor, bo ani on, ani krasnoludy, ani elfy nie istnieją. W tym wypadku autorem jest Peter Jackson i on powiedział, że ma być tak. Gdyby trzymał się bardziej wizji Tolkiena, mielibyśmy krasnoludy w kolorowych wdziankach, które popijają wino grając na fletach. Więc w zestawieniu, sądzę, że wyszliśmy zdecydowanie na plus.
Więc, zanim następnym razem powiesz, że coś nie pasuje do elfów czy krasnoludów, pamiętaj: Elfy i krasnoludy nie istnieją! I dobrze, bo w przeciwnym razie fandom fantasy byłby straszną bandą rasistów.
Jeśli o mnie chodzi, to mam do tego wątku całkowicie obojętne podejście. Pasował do historii opowiadanej przez PJ, ale jakoś się nie wybijał. Za to reakcje internautów były i nadal są naprawdę wspaniałe.
To tyle na dzisiaj, od przyszłego miesiąca wrócę do częstszych aktualizacji, wraz z rozpoczęciem sezonu serialowego. W tym roku mamy aż pięć serii na podstawie komiksów więc pewnie będę je podsumowywał na końcu każdego miesiąca.
piątek, 27 czerwca 2014
I żywy stąd nie wyjdzie nikt, czyli odrobina autopromocji
"I żywy stąd nie wyjdzie nikt" to zbiór opowiadań, który właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Zbiór o tyle ciekawy, że wśród 10 tekstów pojawił się również jeden autorstwa mojej skromnej osoby.
Więc, jeśli chcecie zobaczyć, jak mój styl pisania broni się, kiedy piszę prozę, to zachęcam. Opowiadanie nosi tytuł "47. Oddział Zwiadu Imperialnego" i ponoć jest najsłabszym w zestawieniu, co osobiście uznaję za dowód na to, jak dobre są pozostałe. Więc, miłej lektury.
http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki/i-zywy-stad-nie-wyjdzie-nikt
Więc, jeśli chcecie zobaczyć, jak mój styl pisania broni się, kiedy piszę prozę, to zachęcam. Opowiadanie nosi tytuł "47. Oddział Zwiadu Imperialnego" i ponoć jest najsłabszym w zestawieniu, co osobiście uznaję za dowód na to, jak dobre są pozostałe. Więc, miłej lektury.
http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki/i-zywy-stad-nie-wyjdzie-nikt
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Game of Thrones, odc. 40: The Children (4x10)
"Ludzie umierają przy kolacji, w łóżku i na nocnikach."
- Littlefinger, dwa odcinki temu.
"Jego kiszki rozluźniły się w momencie zgonu. (...) Fetor, który wypełnił wychodek, świadczył jednak dobitnie, że często powtarzany żart o jego ojcu był tylko kolejnym kłamstwem. Okazało się, że Tywin Lannister wcale nie srał złotem."
- George R.R. Martin, "Nawałnica Mieczy"
I oto nadszedł ten smutny dzień, kiedy Gra o Tron po raz kolejny opuszcza nas na prawie dziesięć miesięcy. Przynajmniej odchodzi z przytupem. Tym razem ciosy spadły w ósmym i dziesiątym odcinku, zamiast w tradycyjnym dziewiątym. Prawdę powiedziawszy, w skali całego sezonu, dziewiąty tym bardziej wydaje się zbędny.
Ale skupmy się na rzeczach najważniejszych, a te wyrażają się w jednym zdaniu... Przestańcie zabijać postacie, które nadal żyją w serialu! Co jest nie tak z tymi ludźmi?
Ogólnie, wątku Brana będę się odrobinę czepiał. Po pierwsze, Dzieci. Widzowie mają prawo być trochę zagubieni ich obecnością, jako, że serial był generalnie dosyć oszczędny w informowaniu nas o tych istotach. I pisząc to, mam na myśli, że wspomniano o nich raz, jeszcze w pierwszym sezonie. Otóż Dzieci Lasu, to magiczne istoty, które zamieszkiwały Westeros przed nadejściem Pierwszych Ludzi. To one sadziły Czardrzewa i uczyły ludzi o Starych Bogach. Nie pamiętam, by miotały Kulami Ognia, ale pamięć już nie ta co kiedyś, więc głowy nie dam. No i jest Trójoki Kruk, kim on jest, tego nie wiedzą nawet niektórzy czytelnicy książek, więc nie będę zdradzał. Niemniej każdy, kto czytał wydane niedawno w Polsce opowiadania o Dunku i Jaju (Rycerz Siedmiu Królestw) powinien natychmiast rozpoznać wzmiankę o "tysiącu i jednym oku". Gdybym był czepialski (a przecież nie jestem), mógłbym jeszcze wspomnieć, że w serialu pan Kruk wyglądał, jak starzec siedzący pośród korzeni. W książkach jego opis był odrobinę bardziej klimatyczny.
Z drugiej strony, można podnieść argument, że w książce nie było żadnego trójokiego kruka, była trójoka wrona. Co zresztą zawsze wydawało mi się dziwne, bo wspomniany człowiek, zanim powiedziano mu, że może zostać kim tylko zechce i postanowił zostać częścią drzewa (ale suchar), miał w swoim przydomku słowo kruk. Być może to znak, że George w połowie drogi zmienił koncepcję, odnośnie tego za jakim dużym, czarnym ptakiem ma podążać Bran (dwa zdania, dwa suchary... jestem z siebie dumny). Jest też kwestia tego, że brodacz w serialu zdawał się posiadać dwoje sprawnych oczu, co trochę psuje to przysłowie o "tysiącu i jednym oku". Więc kto wie, może to naprawdę zupełnie inna postać.
Ale to nie wszystko. I tak, wiem, że jestem już trzy obrazki wgłąb tego postu i nadal piszę o Branie, ale to finał sezonu, więc nie zamierzam się śpieszyć. Otóż widzę w tym zakończeniu pewien znaczący problem. Tak, Bran wreszcie, po dwóch sezonach, dotarł na miejsce, ale nadal nie wiemy czemu tak właściwie powinniśmy się tym przejmować? Jasne, Jojen w kółko powtarzał, że to bardzo, bardzo ważne, ale on nie żyje, więc kogo obchodzi co on myślał? W książkach George dał nam jeszcze jeden rozdział, w którym tłumaczył, czego Bran będzie się uczył i w jaki sposób może to mieć decydujące znaczenie dla całej historii. Tutaj stary dziad powiedział, że nauczy go latać i tyle, koniec. Do zobaczenia za dziesięć miesięcy. To nie był dobry sposób, na zamknięcie tego wątku.
A jak jesteśmy przy zamykaniu wątku, to muszę zauważyć, że tym sposobem dotarliśmy prawie do końca wątku Brana w piątym tomie. Czy to znaczy, że teraz czeka nas sezon bez Hodora? A może twórcy zaczną spoilerować kolejne tomy, lub wymyślą własny wątek, by zapewnić nam wymaganą dawkę Hodorowania? Oto jedno z najważniejszych pytań, które będą nas trzymać w napięciu przez kolejny rok.
A teraz pomówmy o innych dzieciach. Takich trochę większych i jakby to powiedzieć... ziejących ogniem i mordujących inne dzieci. Ale zanim przejdziemy, do dramatyzmu i powagi sytuacji, chciałbym zauważyć, że suknia Dany w tym odcinku, jest ewidentnie wzorowana na kostiumie Power Girl. Czy to znaczy, że Matka Smoków też nie miała pomysłu na własne logo (a teraz suchar zrozumiały tylko dla garstki ludzi czytających komiksy DC, idzie mi coraz lepiej)?
Tak czy inaczej, władczyni Meereen nauczyła się w tym odcinku dwóch rzeczy. Po pierwsze, że danie ludziom wolności nie rozwiązuje wszystkich problemów, co stoi w wyraźnej sprzeczności z zakończeniem każdego amerykańskiego filmu "historycznego", jaki w życiu widziałem. Po drugie, że smoki są faktycznie niebezpiecznymi stworzeniami. Kto mógł się tego spodziewać? No cóż, zapewne nie ktoś wychowany na filmach o ludziach (i osłach) ujeżdżających smoki... oraz Dany. Te dwie rzeczy pewnie się ze sobą nie łączą. Nie wiem, czemu o tym piszę... nieważne. Z drugiej strony w sumie trudno powiedzieć coś więcej o tym wątku. Zdecydowanie pasował tematycznie do odcinka i scena z zakuwaniem smoków w łańcuchy była fajna (zwłaszcza, jeśli weźmiemy poprawkę na to, że jednym z licznych tytułów Daenerys jest "Wyzwolicielka z Okowów"), ale nie dawał nam żadnego spojrzenia w przyszłość. Niczego, na co moglibyśmy czekać.
Tymczasem słudzy Ognistego Boga wreszcie odnajdują miejsce, którego mieszkańcy podzielają ich zamiłowanie do palenia ciał. I postanawiają uczcić to konną szarżą w środku cholernego lasu! Widać Stannis jest fanem Ostatniego Samuraja. Osobiście tez bardzo lubię ten film (mimo absurdalnej ilości bzdur, które zawiera), co nie zmienia faktu, że podobna szarża jest wyjątkowo głupim pomysłem. Na szczęście dla "jedynego słusznego" króla, konnica (podobnie jak we wspomnianym filmie) trafiła na bandę niezorganizowanych idiotów nie potrafiących sformować nawet najprostszego szyku. Niemniej, pomijając ten drobny zarzut, muszę przyznać, że Stannis zrobił coś, czego nie spróbował nawet zrobić żaden z pretendentów do tronu. Ocalił królestwo! Dany, Renly nawet Rob, byli zbyt zajęci walką o władzę i zemstę i wyzwalaniem niewolników. Nikt nawet nie pomyślał o obronie Westeros. Dlatego też, od tego momentu, choć sam nie wierzę, że to mówię, Stannis jest jedynym pretendentem, który naprawdę ZASŁUGUJE na to cholerne krzesło. I co ważniejsze, w tym wątku mieliśmy prawdziwą zmianę w stanie gry. I to zmianę, którą możemy zrozumieć.
Mam jedno, bardzo ważne pytanie... Dlaczego wszyscy gryzą Ogara?! Dajcie mu spokój, ten człowiek chce tylko zjeść w spokoju kurczaka. To nie jest Walking Dead! Ehh... Niemniej walka była fajna, zaczynała się jak bardzo filmowy pojedynek (nie)rycerzy, a kończyła jak burda między dwójką nieustępliwych wojowników gotowych sięgać po kamienie, zęby i kopniaki.To pasowało do starcia między tą dwójką. No i to spojrzenie Aryi w czasie rozmowy z Ogarem. Aż ciarki przechodziły. To jest dokładnie to samo, co robi Sean Bean. Wpatruje się w kamerę z tą dziwaczną intensywnością, sprawiającą, że nie musi robić ani mówić nic więcej. Maisie Williams ma zapewnione role bad-assów i seryjnych zabójców do końca życia. Że nie wspomnę o ostatniej przemowie Ogara, klasa. I ten moment, kiedy na końcu Arya zabiera jego złoto i odchodzi. To się nazywa pojętna uczennica. Choć przez chwilę miałem nadzieję, że zostanie z Brienne. To znaczy, wiedziałem, że to się nie stanie bo znam książki, ale z drugiej strony, w książkach Arya nie miała scen dialogowych z Tywinem, a Ogar nie walczył z Brienne, więc kto wie co może się stać w serialu. Tak czy inaczej, Arya wreszcie ruszyła w drogę, używając monety od magicznego skrytobójcy. Chyba wszyscy domyślamy się, gdzie to ją może zabrać... Do górskiego klasztoru Ligi Cieni, gdzie Liam Neeson nauczy ją sztuki bycia ninja. I tak, właśnie zasugerowałem, że Arya zostanie Batmanem tego świata, przepraszam wszystkich fanów Assasin Creed, ale Batman jest po prostu lepszy. Mając do wyboru między assasinem a Batmanem, zawsze wybiorę Batmana... Gorąca Bułka może robić za Alfreda.
I dla tych, którzy zastanawiają się nad losem Ogara. Stara zasada mówi, że dopóki nie zobaczymy ciała, postać żyje. W książce nic nie było powiedziane wprost, ale jeden z fragmentów wyraźnie sugerował, że Sandor nadal oddycha. Jak będzie w serialu? Trudno powiedzieć. I tak swoją drogą, kiedy Ogar stracił swój hełm? Bo zauważyłem jego brak dopiero teraz, ale wydaje mi się, że nie miał go już od drugiego sezonu. Lubiłem ten hełm, był absurdalnie niepraktyczny, ale wyglądał świetnie.
Dobra, czas przejść do ostatniej sceny. W dniu premiery tego odcinka w USA obchodzono dzień ojca. No cóż, Tyrion miał dla swojego papy aż dwa prezenty. I to była chyba największa zmiana w stanie gry, jaką zaserwował nam ten odcinek i ten sezon. Prawdziwie najpotężniejszy człowiek w królestwie nie żyje. Władza została w rękach nieletniego króla, co oznacza walkę o wpływy między Cersei i Margaery. Do tego Tyrion i Varys dali nogę, LF i Sansa wynieśli się już dawno. W Królewskiej Przystani zaczyna się robić dosyć pusto.
Wracając do samego Tyriona i jego przygód. Zabrakło mi tu pewnej sceny. W książkach przed
rozstaniem Jaime wyznaje swojemu bratu prawdę o jego pierwszym małżeństwie (jak się okazuje Tysha nie była prostytutką). Tam to jest ten moment który pcha Tyriona w ciemność. Sprawia, że ma on poczucie, że cała rodzina go zdradziła, nawet Jaime. I również przy tej okazji Tyrion informuje swojego brata o wątpliwej wierności jego ukochanej. Rozumiem, że twórcy chcieli skupić sytuację bardziej na Shae niż jakiejś dawnej ukochanej Tyriona, której nigdy nie spotkaliśmy, niemniej ciekawi mnie, jak poradzą sobie z konsekwencjami tej zmiany.
Tak czy inaczej, teraz nasz ulubiony karzeł jest na statku w drodze do innego miejsca. Ci, którzy zastanawiają się, dokąd płynie Tyrion, powinni wrócić do pierwszego sezonu i obejrzeć jeszcze raz scenę, w której Arya (ukryta w czaszce smoka) podsłuchuje rozmowę Varysa z pewną postacią, której nie spotkaliśmy już od kilku sezonów. Choć osobiście mam szczerą nadzieję, że serial znów trochę zboczy z trasy i faktycznie dostaniemy pół sezonu wspólnych przygód Aryi i Tyriona w Braavos. A nawet jeśli nie, to może przynajmniej obydwoje dotrą do swoich celów szybciej niż Gendry.
I tu rzucił mi się w oczy brak epilogu. I w sumie nie tylko mi. Osobiście trochę żałuję bo myślę, że ta scena byłaby świetnym zamknięciem i dokładnie tym, czego ten odcinek potrzebował, by przekonać ludzi, że w następnym sezonie będzie się działo. Z drugiej strony rozumiem, czemu twórcy zdecydowali, że nie ma sensu ściągać tych wszystkich aktorów do Irlandii dla jednej sceny. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej zaczną od Stoneheart następny sezon (i naprawdę lepiej nie googloj tej nazwy, jeśli nie chcesz olbrzymiego spoilera).
Another One Bites The Dust:
RIP Jojen, odszedł przed swoim czasem. W serialu był mniej ciekawy niż w książkach, co nie zmienia faktu, że Thomas Brodie-Sangster wycisnął z tej roli wszystko co mógł. Będzie mi go brakować w kolejnych sezonach.
RIP Shea, w serialu była nieporównywalnie ciekawszą postacią niż w książce i ostatecznie, naprawdę będzie mi jej brakować. Sibel Kekilli stworzyła naprawdę wielowymiarową, wiarygodną osobę w miejscu, gdzie George Martin ograniczył się do rekwizytu.
RIP Tywin Lannister, zabity na nocniku przez własnego syna. Szczęśliwego Dnia Ojca Tywin. Byłeś beznadziejnym rodzicem i na końcu się to na tobie zemściło. Cersei i Jaime się zbuntowali, a Tyrion pociągnął za spust. I po raz kolejny, wracamy do motywu wad i słabości. Tywin mógł być świetnym strategiem ale był też nadętym dupkiem, który nie uznawał sprzeciwu i nie dostrzegał rzeczy oczywistych. Zignorował Littlefingera, nie dostrzegał co dzieje się w jego własnym domu, wykoleił wszystkie swoje dzieci i (co najważniejsze) nigdy, nawet na chwilę, nie pozwolił sobie pomyśleć o Tyrionie jako o osobie. Mało tego, nie dostrzegł, że jego najmłodszy syn jest najlepszym graczem i najbardziej godnym następcą. A Tyrion pragnął tak niewiele, jedynie odrobiny szacunku i ojcowskiej miłości. Ale co tu począć, Tywin poszedł drogą Elvisa i umarł w odpowiednim miejscu dla polityka. Będzie mi go brakować i zdecydowanie będzie mi brakować Charlesa Dancea, był genialny od tej pierwszej sceny w której skórował łosia aż do samego końca.
Przemyślenia:
- Te szkielety może wyglądały jak z innej bajki, ale równocześnie wyglądały świetnie.
- Jaime, wybieram cię... czy tylko ja oczekiwałem, że Cersei zaraz wyciągnie Pokeball?
- Tyrion oglądał Zombieland - Rule #2: Always Double Tap
- Gdzie jest Yara? Bo finał ostatniego sezonu sugerował, że będzie ona w jakiś sposób istotna. A tu jedna scena, rachu ciachu i koniec. Do tego jej ojciec nadal żyje. Co z tą trzecią pijawką Mel?
- Myślę, że prawdziwą tragedią tutaj jest fakt, że Arya nigdy nie dostała swojego chleba w kształcie Wilkora od Gorącej Bułki.
I to tyle, jeśli chodzi o czwarty sezon Gry o Tron. Zakończenie było świetne, lecz w moim odczuciu kiepsko ustawiało scenę pod to, co przed nami. A tu robi się niebezpiecznie. Wprawdzie w teorii przed nami jeszcze dwie książki (wątek Jona jest nawet kilka rozdziałów przed końcem 3 tomu), ale wątki Sansy i Brana są już na końcówce 5 tomu, a Dany jest w jego połowie. Brienne w ogóle zeszła z trasy i odkąd opuściła Królewską Przystań przeżywa całkowicie nowe przygody. Wszystko to wskazuje, że już w 5 sezonie D&D mogą sięgnąć po materiał z 6 tomu. Oczywiście, sporo z tego będzie wytworami ich autorstwa (trzymam kciuki za wspólne przygody Aryi i Tyriona), już wiadomo np. że Dorne odegra w serialu większą rolę, niż w książkach (co niezmiernie mnie cieszy). Mało tego, jest pewne, że ostatni sezon serialu ukarze się przed finałowym tomem. Wielu ludzi to martwi, ale mnie osobiście cieszy. Wiem już jak to jest, oglądać tą serią wiedząc co się stanie, miło będzie choć do jednego sezonu podejść z poziomu niewiedzy. Poza tym, książka jest tak rozbudowana, że serial może spoilerować co najwyżej część wątków. I to tyle, przed nami miesiące oczekiwania i 3 kolejne sezony w perspektywie. A tymczasem za nami najlepszy z dotychczasowych sezonów Gry o Tron, co mówię chyba na końcu każdego sezonu, więc oby tak dalej.
- Littlefinger, dwa odcinki temu.
"Jego kiszki rozluźniły się w momencie zgonu. (...) Fetor, który wypełnił wychodek, świadczył jednak dobitnie, że często powtarzany żart o jego ojcu był tylko kolejnym kłamstwem. Okazało się, że Tywin Lannister wcale nie srał złotem."
- George R.R. Martin, "Nawałnica Mieczy"
I oto nadszedł ten smutny dzień, kiedy Gra o Tron po raz kolejny opuszcza nas na prawie dziesięć miesięcy. Przynajmniej odchodzi z przytupem. Tym razem ciosy spadły w ósmym i dziesiątym odcinku, zamiast w tradycyjnym dziewiątym. Prawdę powiedziawszy, w skali całego sezonu, dziewiąty tym bardziej wydaje się zbędny.
Ale skupmy się na rzeczach najważniejszych, a te wyrażają się w jednym zdaniu... Przestańcie zabijać postacie, które nadal żyją w serialu! Co jest nie tak z tymi ludźmi?
Ogólnie, wątku Brana będę się odrobinę czepiał. Po pierwsze, Dzieci. Widzowie mają prawo być trochę zagubieni ich obecnością, jako, że serial był generalnie dosyć oszczędny w informowaniu nas o tych istotach. I pisząc to, mam na myśli, że wspomniano o nich raz, jeszcze w pierwszym sezonie. Otóż Dzieci Lasu, to magiczne istoty, które zamieszkiwały Westeros przed nadejściem Pierwszych Ludzi. To one sadziły Czardrzewa i uczyły ludzi o Starych Bogach. Nie pamiętam, by miotały Kulami Ognia, ale pamięć już nie ta co kiedyś, więc głowy nie dam. No i jest Trójoki Kruk, kim on jest, tego nie wiedzą nawet niektórzy czytelnicy książek, więc nie będę zdradzał. Niemniej każdy, kto czytał wydane niedawno w Polsce opowiadania o Dunku i Jaju (Rycerz Siedmiu Królestw) powinien natychmiast rozpoznać wzmiankę o "tysiącu i jednym oku". Gdybym był czepialski (a przecież nie jestem), mógłbym jeszcze wspomnieć, że w serialu pan Kruk wyglądał, jak starzec siedzący pośród korzeni. W książkach jego opis był odrobinę bardziej klimatyczny.
Z drugiej strony, można podnieść argument, że w książce nie było żadnego trójokiego kruka, była trójoka wrona. Co zresztą zawsze wydawało mi się dziwne, bo wspomniany człowiek, zanim powiedziano mu, że może zostać kim tylko zechce i postanowił zostać częścią drzewa (ale suchar), miał w swoim przydomku słowo kruk. Być może to znak, że George w połowie drogi zmienił koncepcję, odnośnie tego za jakim dużym, czarnym ptakiem ma podążać Bran (dwa zdania, dwa suchary... jestem z siebie dumny). Jest też kwestia tego, że brodacz w serialu zdawał się posiadać dwoje sprawnych oczu, co trochę psuje to przysłowie o "tysiącu i jednym oku". Więc kto wie, może to naprawdę zupełnie inna postać.
Ale to nie wszystko. I tak, wiem, że jestem już trzy obrazki wgłąb tego postu i nadal piszę o Branie, ale to finał sezonu, więc nie zamierzam się śpieszyć. Otóż widzę w tym zakończeniu pewien znaczący problem. Tak, Bran wreszcie, po dwóch sezonach, dotarł na miejsce, ale nadal nie wiemy czemu tak właściwie powinniśmy się tym przejmować? Jasne, Jojen w kółko powtarzał, że to bardzo, bardzo ważne, ale on nie żyje, więc kogo obchodzi co on myślał? W książkach George dał nam jeszcze jeden rozdział, w którym tłumaczył, czego Bran będzie się uczył i w jaki sposób może to mieć decydujące znaczenie dla całej historii. Tutaj stary dziad powiedział, że nauczy go latać i tyle, koniec. Do zobaczenia za dziesięć miesięcy. To nie był dobry sposób, na zamknięcie tego wątku.
A jak jesteśmy przy zamykaniu wątku, to muszę zauważyć, że tym sposobem dotarliśmy prawie do końca wątku Brana w piątym tomie. Czy to znaczy, że teraz czeka nas sezon bez Hodora? A może twórcy zaczną spoilerować kolejne tomy, lub wymyślą własny wątek, by zapewnić nam wymaganą dawkę Hodorowania? Oto jedno z najważniejszych pytań, które będą nas trzymać w napięciu przez kolejny rok.
A teraz pomówmy o innych dzieciach. Takich trochę większych i jakby to powiedzieć... ziejących ogniem i mordujących inne dzieci. Ale zanim przejdziemy, do dramatyzmu i powagi sytuacji, chciałbym zauważyć, że suknia Dany w tym odcinku, jest ewidentnie wzorowana na kostiumie Power Girl. Czy to znaczy, że Matka Smoków też nie miała pomysłu na własne logo (a teraz suchar zrozumiały tylko dla garstki ludzi czytających komiksy DC, idzie mi coraz lepiej)?
Tak czy inaczej, władczyni Meereen nauczyła się w tym odcinku dwóch rzeczy. Po pierwsze, że danie ludziom wolności nie rozwiązuje wszystkich problemów, co stoi w wyraźnej sprzeczności z zakończeniem każdego amerykańskiego filmu "historycznego", jaki w życiu widziałem. Po drugie, że smoki są faktycznie niebezpiecznymi stworzeniami. Kto mógł się tego spodziewać? No cóż, zapewne nie ktoś wychowany na filmach o ludziach (i osłach) ujeżdżających smoki... oraz Dany. Te dwie rzeczy pewnie się ze sobą nie łączą. Nie wiem, czemu o tym piszę... nieważne. Z drugiej strony w sumie trudno powiedzieć coś więcej o tym wątku. Zdecydowanie pasował tematycznie do odcinka i scena z zakuwaniem smoków w łańcuchy była fajna (zwłaszcza, jeśli weźmiemy poprawkę na to, że jednym z licznych tytułów Daenerys jest "Wyzwolicielka z Okowów"), ale nie dawał nam żadnego spojrzenia w przyszłość. Niczego, na co moglibyśmy czekać.
Tymczasem słudzy Ognistego Boga wreszcie odnajdują miejsce, którego mieszkańcy podzielają ich zamiłowanie do palenia ciał. I postanawiają uczcić to konną szarżą w środku cholernego lasu! Widać Stannis jest fanem Ostatniego Samuraja. Osobiście tez bardzo lubię ten film (mimo absurdalnej ilości bzdur, które zawiera), co nie zmienia faktu, że podobna szarża jest wyjątkowo głupim pomysłem. Na szczęście dla "jedynego słusznego" króla, konnica (podobnie jak we wspomnianym filmie) trafiła na bandę niezorganizowanych idiotów nie potrafiących sformować nawet najprostszego szyku. Niemniej, pomijając ten drobny zarzut, muszę przyznać, że Stannis zrobił coś, czego nie spróbował nawet zrobić żaden z pretendentów do tronu. Ocalił królestwo! Dany, Renly nawet Rob, byli zbyt zajęci walką o władzę i zemstę i wyzwalaniem niewolników. Nikt nawet nie pomyślał o obronie Westeros. Dlatego też, od tego momentu, choć sam nie wierzę, że to mówię, Stannis jest jedynym pretendentem, który naprawdę ZASŁUGUJE na to cholerne krzesło. I co ważniejsze, w tym wątku mieliśmy prawdziwą zmianę w stanie gry. I to zmianę, którą możemy zrozumieć.
Mam jedno, bardzo ważne pytanie... Dlaczego wszyscy gryzą Ogara?! Dajcie mu spokój, ten człowiek chce tylko zjeść w spokoju kurczaka. To nie jest Walking Dead! Ehh... Niemniej walka była fajna, zaczynała się jak bardzo filmowy pojedynek (nie)rycerzy, a kończyła jak burda między dwójką nieustępliwych wojowników gotowych sięgać po kamienie, zęby i kopniaki.To pasowało do starcia między tą dwójką. No i to spojrzenie Aryi w czasie rozmowy z Ogarem. Aż ciarki przechodziły. To jest dokładnie to samo, co robi Sean Bean. Wpatruje się w kamerę z tą dziwaczną intensywnością, sprawiającą, że nie musi robić ani mówić nic więcej. Maisie Williams ma zapewnione role bad-assów i seryjnych zabójców do końca życia. Że nie wspomnę o ostatniej przemowie Ogara, klasa. I ten moment, kiedy na końcu Arya zabiera jego złoto i odchodzi. To się nazywa pojętna uczennica. Choć przez chwilę miałem nadzieję, że zostanie z Brienne. To znaczy, wiedziałem, że to się nie stanie bo znam książki, ale z drugiej strony, w książkach Arya nie miała scen dialogowych z Tywinem, a Ogar nie walczył z Brienne, więc kto wie co może się stać w serialu. Tak czy inaczej, Arya wreszcie ruszyła w drogę, używając monety od magicznego skrytobójcy. Chyba wszyscy domyślamy się, gdzie to ją może zabrać... Do górskiego klasztoru Ligi Cieni, gdzie Liam Neeson nauczy ją sztuki bycia ninja. I tak, właśnie zasugerowałem, że Arya zostanie Batmanem tego świata, przepraszam wszystkich fanów Assasin Creed, ale Batman jest po prostu lepszy. Mając do wyboru między assasinem a Batmanem, zawsze wybiorę Batmana... Gorąca Bułka może robić za Alfreda.
I dla tych, którzy zastanawiają się nad losem Ogara. Stara zasada mówi, że dopóki nie zobaczymy ciała, postać żyje. W książce nic nie było powiedziane wprost, ale jeden z fragmentów wyraźnie sugerował, że Sandor nadal oddycha. Jak będzie w serialu? Trudno powiedzieć. I tak swoją drogą, kiedy Ogar stracił swój hełm? Bo zauważyłem jego brak dopiero teraz, ale wydaje mi się, że nie miał go już od drugiego sezonu. Lubiłem ten hełm, był absurdalnie niepraktyczny, ale wyglądał świetnie.
Dobra, czas przejść do ostatniej sceny. W dniu premiery tego odcinka w USA obchodzono dzień ojca. No cóż, Tyrion miał dla swojego papy aż dwa prezenty. I to była chyba największa zmiana w stanie gry, jaką zaserwował nam ten odcinek i ten sezon. Prawdziwie najpotężniejszy człowiek w królestwie nie żyje. Władza została w rękach nieletniego króla, co oznacza walkę o wpływy między Cersei i Margaery. Do tego Tyrion i Varys dali nogę, LF i Sansa wynieśli się już dawno. W Królewskiej Przystani zaczyna się robić dosyć pusto.Wracając do samego Tyriona i jego przygód. Zabrakło mi tu pewnej sceny. W książkach przed
rozstaniem Jaime wyznaje swojemu bratu prawdę o jego pierwszym małżeństwie (jak się okazuje Tysha nie była prostytutką). Tam to jest ten moment który pcha Tyriona w ciemność. Sprawia, że ma on poczucie, że cała rodzina go zdradziła, nawet Jaime. I również przy tej okazji Tyrion informuje swojego brata o wątpliwej wierności jego ukochanej. Rozumiem, że twórcy chcieli skupić sytuację bardziej na Shae niż jakiejś dawnej ukochanej Tyriona, której nigdy nie spotkaliśmy, niemniej ciekawi mnie, jak poradzą sobie z konsekwencjami tej zmiany.
Tak czy inaczej, teraz nasz ulubiony karzeł jest na statku w drodze do innego miejsca. Ci, którzy zastanawiają się, dokąd płynie Tyrion, powinni wrócić do pierwszego sezonu i obejrzeć jeszcze raz scenę, w której Arya (ukryta w czaszce smoka) podsłuchuje rozmowę Varysa z pewną postacią, której nie spotkaliśmy już od kilku sezonów. Choć osobiście mam szczerą nadzieję, że serial znów trochę zboczy z trasy i faktycznie dostaniemy pół sezonu wspólnych przygód Aryi i Tyriona w Braavos. A nawet jeśli nie, to może przynajmniej obydwoje dotrą do swoich celów szybciej niż Gendry.
I tu rzucił mi się w oczy brak epilogu. I w sumie nie tylko mi. Osobiście trochę żałuję bo myślę, że ta scena byłaby świetnym zamknięciem i dokładnie tym, czego ten odcinek potrzebował, by przekonać ludzi, że w następnym sezonie będzie się działo. Z drugiej strony rozumiem, czemu twórcy zdecydowali, że nie ma sensu ściągać tych wszystkich aktorów do Irlandii dla jednej sceny. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej zaczną od Stoneheart następny sezon (i naprawdę lepiej nie googloj tej nazwy, jeśli nie chcesz olbrzymiego spoilera).
Another One Bites The Dust:
RIP Jojen, odszedł przed swoim czasem. W serialu był mniej ciekawy niż w książkach, co nie zmienia faktu, że Thomas Brodie-Sangster wycisnął z tej roli wszystko co mógł. Będzie mi go brakować w kolejnych sezonach.
RIP Shea, w serialu była nieporównywalnie ciekawszą postacią niż w książce i ostatecznie, naprawdę będzie mi jej brakować. Sibel Kekilli stworzyła naprawdę wielowymiarową, wiarygodną osobę w miejscu, gdzie George Martin ograniczył się do rekwizytu.
RIP Tywin Lannister, zabity na nocniku przez własnego syna. Szczęśliwego Dnia Ojca Tywin. Byłeś beznadziejnym rodzicem i na końcu się to na tobie zemściło. Cersei i Jaime się zbuntowali, a Tyrion pociągnął za spust. I po raz kolejny, wracamy do motywu wad i słabości. Tywin mógł być świetnym strategiem ale był też nadętym dupkiem, który nie uznawał sprzeciwu i nie dostrzegał rzeczy oczywistych. Zignorował Littlefingera, nie dostrzegał co dzieje się w jego własnym domu, wykoleił wszystkie swoje dzieci i (co najważniejsze) nigdy, nawet na chwilę, nie pozwolił sobie pomyśleć o Tyrionie jako o osobie. Mało tego, nie dostrzegł, że jego najmłodszy syn jest najlepszym graczem i najbardziej godnym następcą. A Tyrion pragnął tak niewiele, jedynie odrobiny szacunku i ojcowskiej miłości. Ale co tu począć, Tywin poszedł drogą Elvisa i umarł w odpowiednim miejscu dla polityka. Będzie mi go brakować i zdecydowanie będzie mi brakować Charlesa Dancea, był genialny od tej pierwszej sceny w której skórował łosia aż do samego końca.
Przemyślenia:
- Te szkielety może wyglądały jak z innej bajki, ale równocześnie wyglądały świetnie.
- Jaime, wybieram cię... czy tylko ja oczekiwałem, że Cersei zaraz wyciągnie Pokeball?
- Tyrion oglądał Zombieland - Rule #2: Always Double Tap
- Gdzie jest Yara? Bo finał ostatniego sezonu sugerował, że będzie ona w jakiś sposób istotna. A tu jedna scena, rachu ciachu i koniec. Do tego jej ojciec nadal żyje. Co z tą trzecią pijawką Mel?
- Myślę, że prawdziwą tragedią tutaj jest fakt, że Arya nigdy nie dostała swojego chleba w kształcie Wilkora od Gorącej Bułki.
I to tyle, jeśli chodzi o czwarty sezon Gry o Tron. Zakończenie było świetne, lecz w moim odczuciu kiepsko ustawiało scenę pod to, co przed nami. A tu robi się niebezpiecznie. Wprawdzie w teorii przed nami jeszcze dwie książki (wątek Jona jest nawet kilka rozdziałów przed końcem 3 tomu), ale wątki Sansy i Brana są już na końcówce 5 tomu, a Dany jest w jego połowie. Brienne w ogóle zeszła z trasy i odkąd opuściła Królewską Przystań przeżywa całkowicie nowe przygody. Wszystko to wskazuje, że już w 5 sezonie D&D mogą sięgnąć po materiał z 6 tomu. Oczywiście, sporo z tego będzie wytworami ich autorstwa (trzymam kciuki za wspólne przygody Aryi i Tyriona), już wiadomo np. że Dorne odegra w serialu większą rolę, niż w książkach (co niezmiernie mnie cieszy). Mało tego, jest pewne, że ostatni sezon serialu ukarze się przed finałowym tomem. Wielu ludzi to martwi, ale mnie osobiście cieszy. Wiem już jak to jest, oglądać tą serią wiedząc co się stanie, miło będzie choć do jednego sezonu podejść z poziomu niewiedzy. Poza tym, książka jest tak rozbudowana, że serial może spoilerować co najwyżej część wątków. I to tyle, przed nami miesiące oczekiwania i 3 kolejne sezony w perspektywie. A tymczasem za nami najlepszy z dotychczasowych sezonów Gry o Tron, co mówię chyba na końcu każdego sezonu, więc oby tak dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























