wtorek, 25 lipca 2017

Game of Thrones, odc. 62: Stormborn (7x02)

Kolejny odcinek za nami. Ten był znacząco wolniejszy, bardziej budujący świat. Choć miał dosyć wybuchowe zakończenie.

Zacznę od Cersei, która w zaskakujący sposób, zaczyna zdobywać przewagę w tym konflikcie. Podkrada wasali swoim wrogom, pali ich flotę, strzela do czaszki smoka z gigantycznej kuszy. Naprawdę zastanawiałem się, jakim sposobem nasza Zła Królowa będzie mogła mieć szansę, przeciw tym wszystkim wrogom. Po tym odcinku mam poczucie, że pole bitwy jest znacząco bardziej wyrównane.

Tymczasem tytułowa bohaterka tego odcinka zbiera wszystkich swoich towarzyszy na naradę. Wszyscy mają coś do zrobienia: Varys przyrzeka nie być lojalnym, co jest bardzo oryginalnym sposobem zapewniania o swojej lojalności. Melisandre znajduje nowego wybrańca. Tyrion próbuje doprowadzić do wyczekiwanego przez fanów spotkania Daenerys i Jona. Ollena pokazuje, że na tym etapie ma wszystko gdzieś i chce po prostu spalić Cesrei. Missandei tłumaczy zawiłości translacji i odkrywa, co Szary Robak ma w spodniach. Żmijowe Bękarcice są bezużyteczne, a potem giną. Ogólnie, dużo budowania fundamentów, pod to co nadchodzi. 


Jon i Sansa naprawdę niczego się nie nauczyli po ostatnim odcinku. Na tym etapie ich wasale muszą już zakładać, że ta dwójka będzie się kłócić publicznie. I jasne, to dużo lepsza scena, niż gdyby omówili to wcześniej we dwójkę, ale nadal wydaje mi się to głupie. Co więcej, tym razem nawet Lady Mormont się z nim nie zgadzała, co nie wróży najlepiej całej wyprawie. Osobiście myślałem, że powinien wysłać Sansę jako swojego posła, by negocjowała ze swoim mężem. 


Bardziej na południu, Arya spotyka Gorącą Bułkę! Uwielbiam tego gościa, on nie chce władzy, ani zemsty, on chce tylko piec ciasta. I to takie, bez kawałków Freyów w środku. Facet naprawdę zrezygnował z gry, będąc w dobrej pozycji i teraz może z dumą stwierdzić, że jako jedyny miał tutaj szczęśliwe zakończenie. Co sprawia też, że boję się za każdym razem, kiedy go widzimy, ale na szczęście póki co serial ogranicza się, do robienia z niego centrum informacyjnego, dla innych postaci. Po tym spotkaniu, Arya rusza do domu, po drodze spotykając Nymerię. To była dobra scena, dająca zamknięcie kolejnemu zapomnianemu od lat wątkowi. Naprawdę czuć, że jesteśmy coraz bliżej końca tej historii. 


I tak docieramy do finałowej sceny. I trzeba tu przyznać, Euron potrafi zrobić wejście. Co po raz kolejny potwierdza, że ten facet jest prawdziwą gwiazdą rocka. Gdyby miał jeszcze płonącą gitarę elektryczną (lutnię elektryczną?), stałby się moją nową ulubioną postacią. I jestem tym bardziej pod wrażeniem, że pokonał trzy inne postacie z imionami w jednej walce. Prawdę powiedziawszy, to zdaje się trochę stawiać pod znakiem zapytania, po co Euronowi Cersei? Już pokonał swoich oponentów do władzy nad Żelaznymi Wyspami i wątpię, by wierzył, że Lannisterowie go nie zdradzą. Co on chce tu ugrać? 
Jestem też zawiedziony, że w tej ostatniej scenie, do Theona nie podpłynął Gendry. 

Ogólnie, to był solidny odcinek, jeden z tych spokojniejszych, ale dobrze ustawiający scenę pod resztę sezonu.

Another One Bites The Dust:
RIP Obara i Nymeria Sand, ironicznie zabite swoim własnym uzbrojeniem. Co kończy moją nadzieję, że te postacie kiedyś faktycznie zrobią coś ciekawszego, niż stanie w tle.

Przemyślenia:
- Sam dostaje w tym sezonie wszystkie najbardziej obrzydliwe sceny.

- Scena w której Jon dusi Littlefingera wyglądała bardzo znajomo, mam nadzieję, że nie skończy się to tak jak z Nedem.

- Theon naprawdę wymiatał z mieczem... to znaczy do czasu, aż zmienił się znów w Fetora.

- Jakim cudem w Winterfell nadal nie wiedzą, o odnalezieniu Brana?

- Wciąż nie ma Gendrego.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Game of Thrones, odc. 61: Dragonstone (7x01)


When people ask you what happened here, tell them, 'The North remembers.' Tell them, 'Winter came for House Frey.'

W tym roku Gra o Tron naprawdę kazała nam czekać. Niemniej jak już przybyła, zrobiła to z przytupem. Ta otwierająca sekwencja była świetna. Naprawdę miałem ochotę klaskać. Ostatecznie, czemu nie miałbym oklaskiwać masowego mordu w wykonaniu nastoletniej dziewczyny. Nie ma w tym nic dziwnego... prawda? Ehh, co ten serial ze mną robi.

Trzymając się Starków, nowy Król Północy pokazuje, że jest zwolennikiem łaski i równouprawnienia. I niech ktoś spróbuje powiedzieć Lady Mormont, że dziewczyny nie mogą walczyć.
Gorzej, że Sansa nie rozumie, że nie powinna podważać decyzji króla przy wszystkich. To polityczna podstawa. Niemniej przynajmniej później całkowicie gasi Littlefingera, czym odzyskuje moją wiarę w jej umiejętności.
I nawet Bran się pojawia. Choć przy tym muszę zaznaczyć, że "nieumarli nadchodzą", nie jest właściwą odpowiedzią na pytanie, czy możesz udowodnić, że należysz do rodu Starków. Z drugiej strony, czemu ktoś miałby się podawać za Starka, przynależność do tego rodu, jest jak wyrok śmierci.

Tymczasem trochę mniej na północy, Ogar i spółka trafiają na dom farmera z 4 sezonu (nie, nie wyłapałem tego sam, ale na szczęście żyjemy w epoce internetu). Wiele lat temu Ogar i Aria odwiedzili ten dom, po czym Sandor okradł jego mieszkańców i stwierdził, że z nadejściem zimy i tak umrą, bo są słabi. Jak się okazało miał rację, choć raczej nie wydaje się zbyt zadowolony z tego faktu. Muszę przyznać, że to świetnie pokazuje drogę, jaką ta postać przeszła przez te lata, może wciąż jest dupkiem, ale teraz faktycznie się przejmuje. I co ważniejsze, zaczął kwestionować swoją rolę w świecie. Bo czemu on i jego kampanii nadal żyją, kiedy tyle bardziej wartościowych jednostek już dawno umarło. Oczywiście Thoros odpowiada na te wątpliwości, jak przystało na kapłana ognia, proponując Ogarowi spojrzenie w płomienie. A tam otrzymujemy potwierdzenie tego, co nadchodzi. Co oznacza, że już niedługo Bractwo bez Chorągwi i (największy uwodziciel po tej stronie Muru) Tormund Giantsbane, staną razem przeciwko hordzie nieumarłych. I mam przeczucie, że ten Mur nie pomoże im już długo.

Nasza ulubiona alkoholiczna władczyni, jak zawsze z kielichem w ręce, postanowiła przygotować najlepszą planszę do Gry o Tron w historii. Jest nawet lepsza, niż ta drewniana w Smoczej Skale. Co prawda Jaime nie wydaje się równie pewny zwycięstwa jak ona, ale to pewnie tylko dlatego, że za mało wypił. 
Po tym na scenę powraca (zakładam) nowy czarny charakter tej serii Euron Greyjoy. Trzeba mu przyznać, ten facet zachowuje się jak prawdziwa gwiazda rocka, flirtując z Cersei i rzucając żartami, na temat kalectwa jej brata. Całkowicie nie zwracając przy tym uwagi na fakt, że jest otoczony przez żołnierzy Lannisterów. I na koniec obiecuje prezent... i mam złe przeczucie, że tym prezentem może być głowa smoka. Ostatecznie, nie ma szans, żeby wszystkie trzy przetrwały do finału, ich istnienie rozwiązuje zdecydowanie zbyt wiele problemów, dla pozytywnych bohaterów. 

I wreszcie Daenerys dotarła do domu. Czekaliśmy na to 6 sezonów i w irytujący sposób, twórcy kazali nam czekać jeszcze prawie cały odcinek. Niemniej jak już ten moment nadszedł, to naprawdę nadszedł z pompą. Pomiędzy Smoczą Skałą i Żelazną Flotą, zaczynam rozumieć, czemu starczyło im pieniędzy tylko na 7 odcinków. Aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądał w tym roku odcinek bitewny (zakładając, że będzie tylko jeden). 
Ogólnie, to był świetny początek sezonu. Odwiedziliśmy wszystkie najważniejsze postacie (co pokazuje, jak niewiele ich zostało), ustanowiliśmy stan gry przed rozpoczęciem rzezi i do tego dostaliśmy kilka świetnych, pamiętnych scen. Oby tak dalej i GoT może być niesamowicie rzadkim przykładem serialu, który wciąż jest świetny w 7 sezonie.

Another One Bites The Dust:
RIP Ród Freyów, nie, żebyśmy któregoś z nich znali.

RIP farmer z czwartego sezonu i jego córka. Nie mogę uwierzyć, że ten wątek został zamknięty, a Gendry dalej nie wrócił.

Przemyślenia:
- Co prawda sama scena mi się podobała, ale żałuję, że Aria nie zabiła Eda Sheerana. To byłaby dużo zabawniejsze.

- Miło, że ludzie dalej śpiewają piosenki o Tyrionie, choć równocześnie, to chyba już wszystkie piosenki z książek.

- Dawne zbroje Gwardii Królewskiej wyglądały lepiej. Choć nowe są bardziej w stylu Darth Cersei.

- Sam dostał najbardziej gówniany montaż w historii. Co gorsze, jadłem w trakcie tej sceny... przynajmniej na jej początku.

- I jak jesteśmy przy Samie, sztylet w tamtej książce wyglądał znajomo. Czyżby wreszcie postanowili zamknąć ten wątek, otwarty od pierwszego sezonu?

- Jorah jest na złym końcu mapy... teraz już naprawdę wątpię, czy będzie nam dane zobaczyć Asshai.

- Średnia wieku lordów na Północy robi się coraz niższa, ale przynajmniej Lady Mormont ma się z kim bawić.

- Zombie olbrzymy! Ponieważ ludzkość nie miała dotąd wystarczająco przewalone.

- Wciąż nie ma Gendrego.

- Shall we begin?

środa, 7 czerwca 2017

Maj z serialami

Dotarliśmy do końca sezonu 2016/17. Przed nami wakacje z Grą o Tron, i kilka innych zaległych serii, którym będę musiał się przyjrzeć. Tymczasem podzielę się moimi przemyśleniami na temat naszych standardowych serii.

Zacznijmy od Agentów Hydry. Muszę przyznać, że to była ciekawa przejażdżka po alternatywnej rzeczywistości. Trochę jak House of M, co zawsze jest pozytywnym skojarzeniem. Choć całość sprawiała trochę gorsze wrażenie w porównaniu, kiedy zaczęły ukazywać się numery Secret Empire, nowego eventu Marvela w którym Kapitan Ameryka podbija USA i wprowadza dyktaturę Hydry. Nawet Inhumans są tam wrogiem publicznym numer jeden, z tym, że przypadku komiksu dzieje się to naprawdę, a nie w matrixie i w historię uwikłani są faktyczni herosi Marvela. Niemniej odkładając na bok podobne porównania, podobała mi się większość tej fabuły. Role które przyjęły poszczególne postacie w rzeczywistości Hydry, rozwój intrygi, praktycznie wszystko do momentu kiedy się uwolnili. Po tym miałem poczucie, że seria trochę się gubi. Motywacja Aidy, sprowadzona do zazdrości, wydawała się wręcz idiotyczna. Rozumiem, że uczucia to dla niej coś nowego, ale przejście od chęci odkupienia, do morderczego szału w jednej scenie to spora przesada. Niemniej Ivanov nadrabiał jako czarny charakter i samo finałowe starcie z Ghost Riderem w roli głównej wystarczyło, by zostawić mnie z na tyle pozytywnymi odczuciami, bym wrócił do tej serii za rok i sprawdził, jak potoczą się przygody agentów w kosmosie.

 Przejdźmy do Gotham, serialu, który w tym sezonie postanowił skakać od świetnego do okropnego, bez żadnych wyraźnych powodów. Tych kilka ostatnich odcinków było prawdziwym maratonem wszystkiego najlepszego i najgorszego, co twórcy mieli do zaoferowania. Kończąc dziwacznie zagmatwanym finałem w którym cała masa postaci próbowała zabić inne postacie i o ile się nie mylę, ponosząc porażkę w każdym możliwym przypadku. Wymienianie wszystkich pozytywów i negatywów zajęło by raczej zbyt długo i jest ich mniej więcej po równo, dlatego skupię się na najważniejszych. Z negatywów to wszystko, co dotyczyło Gordona i wirusa. Z pozytywów: Bruce stał się zaczątkiem Batmana, dostaliśmy zapowiedź faktycznej Catwoman i Ra's al Ghul dla odmiany był grany przez aktora o właściwym kolorze skóry (i to świetnego Alexandra Siddiga). Ostatecznie, z całą pewnością wrócę do tej serii w przyszłym sezonie i mam nadzieję, że tym razem jej poziom będzie bardziej wyrównany.

Tymczasem Flash walczy z samym sobą z przyszłości, który jest kimś innym, ale jest tym samym... To było debilne. Bądźmy szczerzy, Savitar był najbardziej idiotycznym przeciwnikiem, jakiego do tej pory mieli. I gdyby Flash zrobił tę sztuczkę ze zniszczeniem zbroi pół sezonu temu, zaoszczędziłby nam sporo idiotycznych dziur w fabule i logice. Do tego zabili jedną z moich ulubionych postaci, natychmiast zastępując ją inną wersją. I po tym jeszcze mieli czelność wciskać to niedorzecznie długie pożegnanie z  Barrym, jakby nie miał wrócić zapewne już w kolejnym odcinku. I tu muszę zaznaczyć, że mimo całego tego narzekania, nadal lubię ten serial i wrócę do niego po wakacjach. Ale mam wrażenie, że jestem jeden debilny paradoks czasowy od dania sobie spokoju.

Muszę przyznać, finał Arrow był naprawdę udany. Niestety nie można tego powiedzieć, o odcinkach prowadzących do tego finału. Zacznę więc od tego co nie do końca zadziałało i to standardowo było zbytnie rozciągnięcie fabuły, na zdecydowanie zbyt dużo odcinków. I biorąc pod uwagę, z jaką łatwością wszyscy przeciwnicy dostają się do tego bunkra, naprawdę trudno mi uwierzyć, że Oliver nie mógł się z niego wydostać.
Niemniej wracając do samego finału, był świetnie zrobiony, dokończył wreszcie flashbacki, przywrócili Daethstroka (choć jego parada zdrad była przesadą) i masę innych postaci. Same plusy. Poza tym, że nawet przez sekundę nie wierzę, że zabili wszystkich. Nie wierzę nawet w to, że zabili Merlyna. Co całkowicie zabija emocjonalne uderzenie tego odcinka. Ale za to, teraz Oliver potrzebuje nowej drużyny, a Team Flash jest bez przywódcy... przypadek? Ogólnie jestem gotów wrócić za rok, choćby tylko z ciekawości.

I to prowadzi nas do Supergirl. I podobnie jak z Legends w zeszłym miesiącu, nie dotrwałem do końca. Próbowałem, ale po prostu nie dałem rady. Sam finał też nie zachęcił mnie do wrócenia po wakacjach. Miło zobaczyć, że Cat Grant wróciła na swoje miejsce, ale poza tym... Ta seria starała się być znacząco bardziej ambitna, niż pozwalał jej budżet. Walka z Supermanem rozczarowywała i miała durny powód (czy ten srebrny kryptonit był jednorazowego użytku?), Daxamici mieli prawie identyczne kostiumy co Guardian, jestem pewny, że duże stężenie ołowiu w atmosferze miałoby duże konsekwencje dla całej planety itd. itp. Mógłbym wymieniać dalej, ale szczerze mówiąc, po prostu nie mam wystarczającego zainteresowania tą serią, by poświęcać jej więcej miejsca. I dlatego też, raczej nie wrócę do niej po wakacjach.

I to tyle w tym sezonie, ale przed nami lato z Grą o Tron.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Marzec z serialami

Marzec był okresem przerwy dla Gotham i AoS, zostały nam więc tylko seriale CW, z których jeden dotarł do finału, a pozostałe do punktu przystankowego, przed zrobieniem przerwy w kwietniu. Zacznijmy więc od Flasha i Supergirl. Zaliczyli oni odcinek muzyczny... który był głęboko rozczarowujący. Od razu zaznaczę, że standardem tutaj jest dla mnie odcinek musicalowy w Buffy... To nie było to. Tylko dwie oryginalne piosenki, z których tylko jedna była naprawdę na temat... Cytując prezydenta Trumpa #SAD.
Niemniej w samym Flashu historia wciąż trzyma poziom, czyniąc go najlepszą z serii CW. Co tym bardziej niesamowite, że w dalszym ciągu bawią się z podróżami w czasie i toczeniem ponownie bitew które już wygrali w przyszłości, i pewnie wtedy były znacząco ciekawsze. I nadal nie rozumiem, dlaczego niektórzy meta po prostu mają moce a inni muszą stawać się źli. To dziwne. Niemniej ostatnia prosta do finału zapowiada się ciekawie.

Tymczasem w latach 90-tych, Lois Lane, Superman i Herkules łączą siły, by pokonać Supergirl. Będę szczery, o ile miło było zobaczyć tych aktorów w tej serii, całość wydawała się średnio ciekawa. Historia miłosna Kary i Mon-Ela jest po prostu przewidywalna i nudna. Większość rzeczy dziejących się dookoła wydaje się dużo ciekawsza.
Niemniej jest też jeden element, który naprawdę mnie irytuje, to fakt, że DEO nadal jest tajną organizacją. To znaczy, że rząd USA przyznał, że kosmici istnieją, zwykła policja ma wydział zajmujący się ich sprawami, ale rząd federalny oficjalnie nie ma nic. To głupie i nie mam pojęcia, z czego wynika, bo fabularnie wydaje się absolutnie nic nie robić.

Tymczasem Oliver ma kryzys tożsamości. A my dowiadujemy się, że twórcy tego serialu nie wiedzą, jak działa Sarin. Również, ten odcinek z atakiem chemicznym był szokująco na czasie. To było dziwne patrzeć, jak głupiutki wątek z serialu, nagle stał się faktyczną tragedią.
Poza tym ten serial robi dokładnie to, co robił od początku. Tylko teraz wprost przyznaje, że główny bohater jest seryjnym zabójcą. I bądźmy szczerzy, na przestrzeni tych pięciu sezonów, on musiał zabić ponad setkę ludzi. To absurdalne. Niemniej poza tym, nadal bardzo lubię jego nową drużynę.

I to prowadzi nas do Legends of Tomorrow i będę szczery, nie dotrwałem do końca. A raczej przeskoczyłem kilka odcinków i przeszedłem prosto do końca i obejrzałem dwa finałowe odcinki. Nie były złe, motyw z odwróconym House of M, był nawet całkiem ciekawy, niemniej całościowo, ten sezon po prostu nie dał mi powodu, by się przejmować. Pod koniec najlepszą częścią był Legion, ale oni zostali pokonani i chyba już nie wrócą. Zakończenie daje nadzieję dla kolejnego sezonu, niemniej jeśli nie zajdą spore zmiany w sposobie funkcjonowania tej serii, to raczej sobie ją odpuszczę. I przy okazji, grożenie, że zmieni się rzeczywistość nie działa, kiedy w tej rzeczywistości rozgrywają się dwa inne, popularniejsze seriale, które na pewno się nie zmienią. 

wtorek, 7 marca 2017

Luty z serialami

Luty przyniósł dosyć sporo nowych odcinków w większości seriali o superbohaterach. Było trochę dobrego, trochę złego i trochę brzydkiego. Po kolei więc:

Kończy mi się cierpliwość do Legends of Tomorrow. Mam coraz mniej sympatii dla tych postaci, a sposób w jaki wewnętrzna logika serii zapada się w sobie z każdym kolejnym odcinkiem, zaczyna mnie poważnie irytować. Potrafię wybaczyć coś takiego Doctorowi Who, bo tamten serial jest świetny, ale tutaj. Choćby sam odcinek o Camelocie, nic w nim nie wygląda właściwie do epoki w której byli. Nic! Wszystkie kostiumy, lokacje i idee które się przewijają, są o jakieś osiemset do tysiąca lat późniejsze, niż punkt historii w którym byli nasi bohaterowie. I najgorsze, że oni sami zwracają na to uwagę, po czym najwyraźniej całkowicie zapominają, że są w środku aberracji rozmiarów całego królestwa. Jeśli ktoś cofnie się do starożytnej Grecji, stworzy armię metaludzi i urządzi sobie Iliadę, to też uznają, że nie ma problemu, bo przecież tak było w micie? To głupie i niestety coraz mniej zabawne, więc na tym etapie naprawdę nie wiem, czy wrócę do tej serii w 3 sezonie.

Supergirl wywołuje u mnie coraz bardziej mieszane uczucia. Z jednej strony mam coraz więcej sympatii dla tych postaci i zdarzają się całkiem porządne odcinki, jak ten z białymi marsjanami. Z drugiej, mamy ostatni odcinek z ojcem Denversów, w którym większość postaci zachowuje się jak banda debili i z jakiegoś powodu tylko Mon-El przejawia jakiekolwiek ślady inteligencji. Rozumiem, do czego dążyli twórcy, ale coś takiego całkowicie burzy zawieszenie niewiary. I nie sposób nie zauważyć, że Mr. Mxyzptlk w żaden sposób nie przypominał swojej oryginalnej wersji.

Arrow tymczasem stał się zaskakująco polityczny. I to na więcej niż jeden sposób. Z jednej strony polityka zaczęła odgrywać naprawdę dużą rolę w fabule, kładąc większy nacisk na Olivera jako burmistrza. Z drugiej, pojawiły się bardzo politycznie naładowane wątki, jak dostęp do broni, ochrona prywatności czy wolność prasy. I twórcy radzą sobie z nimi w zaskakująco przyzwoity sposób. To dobrze, że pomiędzy całym szaleństwem podróży w czasie, telepatycznych goryli i amantów piątego wymiaru, jest też miejsce dla serialu, którego bohaterowie radzą sobie z bardziej realistycznymi problemami. I naprawdę polubiłem nową ekipę, co też jest zasługą dobrych odcinków z ich udziałem. Jedyny zarzut jaki mam, to fakt, że ludzie ciągle atakują budynki i limuzyny wypełnione superbohaterami, po czym udaje im się uciec. To trochę dziwne, ale poza tym, po małym spadku formy, ta seria znów trzyma się na najlepszym poziomie od drugiego sezonu.

Flash w międzyczasie wreszcie zajął się tym, czym powinien, innymi wymiarami. I jasne, plan Grodda był dosyć głupi (nie wiem, co jego armia miała ze swoimi dzidami poradzić, jak zjawiłaby się Gwardia Narodowa z bronią palną i czołgami), ale przynajmniej w fajny sposób. Do tego kolejny speedster w drużynie, dwóch Wellsów, miasto goryli, to był naprawdę dobry miesiąc dla drużyny z Central City. Jedyny zarzut jaki mogę mieć, to fakt, że w komiksach Flash przefazował cały samolot, co było znacząco bardziej widowiskowe niż pociąg, ale sama scena nadal robiła wrażenie.

Muszę przyznać, dostrzegam oszczędność w tym, że czarne charaktery są grane przez tych samych aktorów, co główni bohaterowie. I będę szczerzy, ostatnich kilka odcinków AoS raczej nie zachwycało, ale pojawiła się nadzieja. Ostatni odcinek, z ucieczką z bazy (czy oni znów wysadzili swoją piwnicę? Czy to znaczy, że dostaniemy nowe plany zdjęciowe?) był zdecydowanie lepszy. I zakończenie sprawiło, że naprawdę mam ochotę na więcej. Ta alternatywna rzeczywistość przypomina mi House of M, co zawsze jest dobrym skojarzeniem. I znaleźli sposób, by przywrócić choć na chwile Warda (mam nadzieję, że nadal jest czarnym charakterem). Więc, zasadniczo, nie było dobrze, ale pod koniec podbili formę i teraz czekam na kwietniowy powrót serii.

środa, 8 lutego 2017

Styczeń z serialami (Dirk Gently's Holistic Detective Agency)

Mamy nowy rok, więc czas wrócić do standardowego programu. Prawdę powiedziawszy, w przypadku Arrowverse nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Większość tych serii miała przez te dwa miesiące tylko po dwa odcinku i mimo wyraźnych chęci twórców, niewiele się w nich wydarzyło. Co innego z Agents of SHIELD i Gotham, gdzie wydarzyło się całkiem sporo. Ale po kolei.

Więc Arrow znów zabija, a potem znów nie zabija. Pojawia się nowa Black Canary, potem następna nowa Black Canary. Szkoda, bo ten sezon był póki co zdecydowaną poprawą, ale teraz znów zdaje się gubić drogę. I w ramach ciekawoski, nowa Black Canary to wersja postaci ze Złotego Wieku, która w komiksach była matką, poprzedniej Black Canary... naprawdę zastanawiam się, na ile jeszcze sposobów zdołają odgrzać tego kotleta.

Tymczasem Legends... Będę szczery, nadal lubię tą drużynę i doceniam cały motyw z Georgem Lucasem i nawet Wilhelm Scream Johna Barrowmana. Ale w tym momencie, to wszystko czym ten serial jest, fajnymi momentami, dryfującymi na morzu bezsensu. Nawet same postacie zauważają, jak głupie jest to, co dzieje się dookoła. I do tego walczą z przeciwnikami, którzy zostali już pokonani w przyszłości we wcześniejszych sezonach innych seriali. To znaczy, że albo wymarzą tamte sezony, albo już wiemy, jak skończy się ta historia. Obydwie opcje są równie słabe.
A jak jesteśmy przy fajnych postaciach, których fabułę zaburzają podróże w czasie, zaczynam mieć dosyć Flasha. To uniwersum już ma jeden serial o podróżach w czasie, i to jeden za dużo. Czemu Flash nie może się skupić na multiwersum? To nieporównywalnie ciekawsze, niż Barry po raz setny zmieniający historię i jakimś cudem nie wywołujący aberracji.
Tymczasem Supergirl... jest zaskakująco solidnym serialem. Bez jakiś fajerwerków, ale trzyma poziom, i jest sto razy lepsze, niż w pierwszym sezonie (którego nie dało się oglądać, bez straty poczytalności). Więc, tak trzymać.

Tymczasem Gotham zaliczyło pełne 180 stopni, jeśli chodzi o poziom. Po koszmarnie debilnym półfinale (w momencie, kiedy ten nóż wpadł do jeziora, byłem gotów zrezygnować z dalszego oglądania), postanowili wrócić do podstaw i dać nam czarny charakter. I Jerome, jest właśnie tym, jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się temu sezonowi. Jego rozmowa z Leslie była perfekcyjna, i nawet Gordon na chwilę przestał być irytujący. I do tego Bruce. On jest Batmanem, jasne, trzeba mu jeszcze trochę treningu, ale ewidentnie w tych odcinkach myślał, działał i brzmiał jak Batman. Ostatecznie nawet zmanipulował i pokonał Jokera. Po słabej pierwszej połowie, tu mamy powrót do formy sprzed roku.

W Agents of SHIELD faktycznie sporo się wydarzyło, przez te dwa miesiące. Przede wszystkim, najwyraźniej obcięli im budżet, bo kosztowny Ghost Rider zniknął, a fabuła sprawia wrażenie, jakby kręciła się wokół tych samych 4 pomieszczeń i jednego korytarza. Co za tym idzie, jestem pod wrażeniem, jak udaje im się utrzymywać poziom w gorszych warunkach. Jasne, są pewne kwestie, których mogę się czepić. Na przykład tego, że po obowiązkowej rozmowie na temat tego, czy roboty mają dusze, bohaterowie po prostu zaczęli je palić, bez żadnych wątpliwości moralnych. I ewidentnie na końcu pomylili Coulsona z postacią Stana Lee. Bo jeden z nich faktycznie stoi w tle zawsze kiedy coś się dzieje, a drugi nie był istotny przy dużych wydarzeniach od lat.

Dirk Gently's Holistic Detective Agency, to jeden z lepszych seriali, jakie widziałem w ostatnim czasie. Seria oparta jest na książkach Douglasa Adamsa (twórca Autostopem przez Galaktykę), i choć nie jest faktyczną adaptacją, a jedynie nową fabułą opartą na pomysłach i postaciach tego autora, to Max Landis z pewnością oddał styl Adamsa. Serial opowiada o bardzo niekonwencjonalnym, prywatnym detektywie, który... Będę szczery, trudno opisać o czym jest ten serial i jak działa jego tytułowy bohater. Pierwszy odcinek zaczyna się od postaci Elijah Wooda w roli przeciętnego, niezbyt szczęśliwego, trochę nieudolnego (bądźmy szczerzy, w tej roli co zawsze) pracownika hotelu. W ciągu zaledwie kilku pierwszych minut zasugerowane zostają podróże w czasie i morderstwo z rekinem jako narzędziem zbrodni, a później z każdą sceną robi się coraz dziwniej. 
Do punktu w którym faktycznie pojawia się podróżujący w czasie, steam-punkowy, rycerz rewolwerowiec. I to nie jest nawet najbardziej osobliwy element tego konkretnego odcinka. 
Niemniej przy całym tym szaleństwie, fabuła prowadzona jest w dosyć jasny, zrozumiały i naprawdę zabawny sposób. 
Główną siłą serii są jednak zdecydowanie postacie. I tutaj muszę pochwalić szczególnie Samuela Barnetta w tytułowej roli, który odwala kawał świetnej roboty, grając całkowicie niekompetentną i wiecznie przestraszoną wersję Doctora. 
Choć postacią, która zdecydowanie najbardziej zapada w pamięć jest Bart (Fiona Dourif), holistyczna zabójczyni, wierząca, że jej życiowym celem jest zabicie Dirka. 
Ostatecznie trudno jest powiedzieć o tej serii coś więcej, nie zdradzając szalonych zwrotów akcji, na których opiera się fabuła. Niemniej to fantastyczna, przepełniona humorem jazda bez trzymanek.

czwartek, 22 grudnia 2016

Superbohaterowie dla początkujących, cz. 3 czyli Batman a Król Artur

Zajęło trochę dłużej niż planowałem, ale oto wreszcie trzecia i ostatnia część tej serii. Od ostatniego postu przeczytałem komiks, w którym Galactus tłumaczy, jak działa czas w uniwersum Marvela i czemu bohaterowie się nie starzeją, więc od tego zaczniemy. Później porównamy Batmana i Króla Artura. I wreszcie wyjaśnię obecne statusy quo w komiksach Marvela i DC. I dam kilka rekomendacji, gdzie zacząć czytanie, jeśli nie chce się być zbyt zagubionym.

Czas to nie czas 2, czyli wujek Galactus tłumaczy
W (już nie) nowej serii Ultimates z 2015, znajduje się scena, w której Galactus wyjaśnia, jak działa czas we wszechświecie Marvela. Jest to dziwne i dosyć skomplikowane tłumaczenie, dostosowane do możliwości umysłowych ludzi. Zasadniczo, sprowadza się do tego, że nie istnieje jedna, stała wersja historii. Czas jest rzeką, która stale zmienia swój bieg, dopasowując się do zmian. Do tego, niektóre wydarzenia są tak ważne, że zyskują własne pole grawitacyjne, w które łapią pobliskie wydarzenia. Również teraźniejszość zostaje pochwycona w to pole i zaczyna ciągnąć dane wydarzenie przez czas, za sobą. Jednym z takich wydarzeń było powstanie Fantastycznej Czwórki (jako początek nowoczesnego uniwersum Marvela). Co za tym idzie, przez kilka pierwszych lat, czas biegł normalnie, ale później teraźniejszość dotarła do skraju rzeczonego pola grawitacyjnego i zaczęła ciągnąć to wydarzenie. A, że z nim połączone były debiuty innych bohaterów (większość wczesnych postaci w Marvelu debiutowała w F4), to nagle wszystkie te postacie przestały się starzeć. I tak ich debiut zawsze jest tylko kilka lat w przeszłości, a rzeczywistość stale dopasowuje się (np. zmieniając wojnę, w której walczył Punisher). Dlatego Kapitan Ameryka zawsze walczył w latach czterdziestych w II wojnie światowej (to było przed F4), ale moment w którym go rozmrożono, stale się przesuwa. Do tego, im dłużej to trwa, tym bardziej dane wydarzenie zostaje w tyle za teraźniejszością, więc te postacie faktycznie się starzeją, tylko bardzo powoli.

Mit Arturiański w Gotham
A teraz wracając do tego, o czym pierwotnie miałem pisać. Historie o Królu Arturze opowiadano w takiej czy innej formie od okolic VI wieku. Najpopularniejsza dziś wersja mitu, to Le Morte d'Arthur, napisany przez Thomasa Mallorego dopiero w XV-wieku. Oczywiście od tamtej pory powstały setki książek, komiksów, filmów itp. Ta legenda nadal żyje, nadal się rozwija. I chodź dziś możemy patrzeć na nią jako kompletną opowieść, z początkiem, środkiem i końcem oraz jasnym zestawem postaci, oryginalnie tak nie było. Artur był po prostu heroicznym królem, który gromił Sasów, razem z grupką towarzyszy i po drodze dokonywał różnych heroicznych czynów. Większość znanych nam obecnie elementów jego historii, jak czarodziej Merlin, Lancelot, Święty Gral czy Okrągły Stół, pochodzi z XII i XIII w. Elementy te powstawały i ewoluowały na przestrzeni kolejnych historii opowiadanych przez różnych autorów. Niektóre pomysły się przyjmowały i zostawały na stałe, inne po jakimś czasie znikały, lub zmieniały się w coś zupełnie innego. Brzmi znajomo?
A teraz spójrzmy na komiksy, a dokładnie na Batmana, bo jego zna najwięcej ludzi. Początkowo była to historia o jednym gościu, który przebierał się za nietoperza i bił przestępców, z pomocą zaprzyjaźnionego komisarza Gordona. Z czasem dowiedzieliśmy się, czemu to robi. Pojawiła się Jaskinia, Batmobil i Alfred. Dick Grayson jako Robin, Joker, Catwoman i cała horda innych wrogów. Później Dick zmienił ksywę na Nightwing, zastąpił go drugi Robin, Jason Todd, który ostatecznie zginął z ręki Jokera, by później powrócić jak Red Hood. Później był trzeci Robin, Tim Drake, który sam rozgryzł tożsamość Batmana. W międzyczasie, Bane złamał naszemu bohaterowi kręgosłup. Joker postrzelił i sparaliżował Batgirl itd. itp. Ta historia stale się rozwija, stale dodaje nowe elementy, najnowszymi są Damian Wayne i Trybunał Sów. I nie mam wątpliwości, że ostatecznie znajdzie też swoje zakończenie. Po prostu nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, Batman nie miał jeszcze swojego Le Morte d'Arthur i pewnie zajmie jeszcze wiele dekad, zanim się go doczeka. I nawet wtedy, nie mam wątpliwości, że nie będzie to koniec jego historii. Tak jak nie był faktycznym końcem króla Artura. Za sto lat ludzie wciąż będą opowiadać o Batmanie i jego Bat rodzinie. A na razie jesteśmy w tym punkcie, w którym Mit Arturiański był w XII wieku.

Stan obecny
Zacznijmy od DC, bo to prostsze. W 2011 roku, po Flashpoint, wszechświat DC się zresetował. Wszystkie postacie zaczęły z czystą kartą, z fabułą umieszczoną 5 lat po sformowaniu Ligi Sprawiedliwości.
Zaledwie kilka miesięcy temu, rozpoczął się Rebirth, czyli wielkie porządkowanie multiwersum. Większość statusów quo pozostała bez zmiany, ale rozpoczęła się historia w której okazuje się, że podczas ostatniego resetu wszechświata, ktoś ukradł naszym bohaterom kilka lat (dlatego są tak młodzi). Na odpowiedź kto za tym stoi, będziemy musieli poczekać, bo twórcy nie śpieszą się z tą historią (fani podejrzewają Dr Manhattan).
Jak pisałem, statusy quo w większości zostały bez zmian, ale na kilka rzeczy warto zwrócić uwagę. Przede wszystkim jest kwestia Supermana. Otóż wersja Kal-Ela z New 52 ginie w Rebirth i zostaje zastąpiona przez starszego Człowieka ze Stali, pochodzącego z wcześniejszej wersji wszechświata. Czyli zasadniczo wrócił Superman z lat 90-tych, ten, którego polscy czytelnicy mogą kojarzyć z komiksów wydawanych przez TM-Semic. Jest on żonaty z Lois i ma syna Jonathana, który przyjął rolę Superboya. Wiele obecnych historii kręci się wokół faktu, że nasi herosi muszą zaufać temu (z ich punktu widzenia) nowemu Supermanowi, który faktycznie wie, co robi i pamięta czasy, kiedy Batman biegał w tęczowym kostiumie.
Poza tym, jest dwójka nowych ziemskich Green Lanternów (Simon Baz i Jessica Cruz), którzy zajmują się ochroną ziemi przed kosmitami, w historii dużo łatwiejszej do ogarnięcia, niż kosmiczna saga Hala Jordana. I oczywiście teraz, kiedy zarówno Batman jak i Superman mają synów w podobnym wieku, przyszedł czas, by ustawić ich w świetle reflektorów. Brzmi to, trochę śmiesznie, niemniej mamy tu dwie bardzo ważne postacie, które nie posiadają jeszcze ustanowionego statusu quo, których przygody zapewne zdominują świat DC w ciągu kolejnych dekad. To dosłownie początek nowego pokolenia, które już w przyszłym roku zaowocuje serią Supersons, opowiadającą o wspólnych przygodach tej dwójki. Sam Damian Wayne został też przywódcą Teen Titans (w tym sensie, że porwał wszystkich członków drużyny i zmusił ich do współpracy).
Poza tym, jak wspomniałem, świat DC jest dosyć stabilny i łatwy do ogarnięcia posiadając podstawową wiedzę. Nie można tego niestety powiedzieć o Marvelu. Ale po kolei.

W zeszłym roku, multiwersum Marvela zostało zniszczone w wielkiej, epickiej historii. Następnie Dr Doom i Dr Strange stworzyli nowy świat, nazywany Battleworldem. Oczywiście część postaci z oryginalnego wszechświata przetrwała i podjęła walkę o przywrócenie wszystkiego do normy. Ostatecznie Reed Richards pokonał Dooma i z pomocą swoich dzieci odtworzył Multiwersum (po czym pomachał na do widzenia i zniknął, do czasu, aż Marvel odzyska prawa do filmów o Fantastycznej Czwórce). Tak rozpoczął się tak zwany All-New, All-Different Marvel, który miał być świetną okazją dla nowych czytelników, by wsiąść do tego pociągu. Osobiście byłem jednym z tych czytelników, po latach przerwy znów sięgnąłem po tytuły Marvela, spodziewając się, że będzie jak z New 52 DC. Nie było.
Marvel niestety stał się zakładnikiem trwających latami historii i stale zmieniającego się statusu qou, sprawiającego, że trudno jest nowemu czytelnikowi zrozumieć, co się dzieje. I ciągłe trzęsienia ziemi w stylu Civil War 2 nie pomagają. Nadmienię, że All-New już się skończyło i teraz jest Marvel NOW! 2.0, który jest jeszcze bardziej skomplikowany. Ale, spróbuję wyjaśnić kilka podstawowych kwestii:
Jest dwóch Kapitanów Ameryków (Falcon i faktyczny Steve Rogers, który był stary, później znów stał się młody, ale teraz jest agentem Hydry z powodu magicznej dziewczynki), dwóch Iron Manów (jednym jest Dr Doom, drugim czarnoskóra nastolatka z hologramem Tonego Starka do pomocy), dwóch Thorów (Jane Foster czyli postać Natalie Portman z filmów i faktyczny syn Odyna, który stał się niegodny i teraz próbuje zdobyć wersję Mjolnira z innego wszechświata), dwóch Spider-manów (Peter Parker, który teraz jest cynicznym milionerem jak Tony Stark i Miles Morales, którego przygody faktycznie wyglądają jak komiksy o Spier-manie), dwóch Wolverinów (X23 czyli żeński, nastoletni klon Wolverina i Old Man Logan, czyli stary Logan z alternatywnej, post-apokaliptycznej przyszłości).
Inne postacie, których mamy dwa zestawy to Hawkeye, Beast, Iceman, Angel itd. Przez chwilę było dwóch Hulków, ale później Hawkeye zabił Brucea Bannera.
Mutanci znów stoją na skraju zagłady, w związku z czym zamieszkali w Limbo i teraz idą na wojnę z Inhumans (i biorąc pod uwagę politykę Marvela wobec X-Men, w ostatnich latach, naprawdę boję się wyniku tej wojny).
I nie mogę zapomnieć o pięciu różnych drużynach Avengers (Avengers, Occupy Avengers, U.S.Avengers, Great Lakes Avengers i Uncanny Avengers).
To wszystko sprawia, że ogarnięcie tego, co dzieje się ogólnie w świecie Marvela jest bardzo problematyczne. Na szczęście poszczególne historie są znacząco łatwiejsze, do zrozumienia.

Gdzie zacząć
Najprostsza odpowiedź brzmi, od numeru pierwszego. Na zachodnim rynku, jak pisałem, obydwa giganty regularnie robią punkty przystankowe, jak Marvel NOW! 2.0 i Rebirth. Zawsze wiąże się to z całą masą numerów 1, które zwykle projektowane są tak, by łatwo wprowadzić nowego czytelnika w to, co się dzieje. Na ten moment DC radzi sobie z tym lepiej (poza dopiero upraszczającą się fabułą Supermana), ale poszczególne komiksy Marvela też nie są zbyt skomplikowane. I tu z nowszych tytułów mogę polecić szczególnie genialną serię Vision, Toma Kinga (12 numerowa, zamknięta historia) i nowe Champions, skupiające się na nastoletnich herosach. W DC z nowszych tytułów mamy zdecydowanie Batmana (w Rebirth również Toma Kinga) i Supermana (po raz pierwszy zdażyło mi się naprawdę lubić serię o stałą Człowieku ze Stali), jak i niedawną mini-serię Superman: American Alien, Maxa Landisa.

Tymczasem na polskim rynku sytuacja jest dużo prostsza, ponieważ ukazują się u nas tylko wydania zbiorcze. Mamy więc konkretne, nie wymagające dużo kontekstu historie, jak te wydawane w Wielkich Kolekcjach Komiksów zarówno Marvela jak i DC, czy serii DC Deluxe Egmonta. Konkretne serie, zarówno Marvela jak i DC również są wydawane przez Egmont z bardzo wyraźną numeracją tomów (polecam zwłaszcza Batmana i Wonder Woman). Na razie są to głównie serie z New 52 i sprzed Secret Wars, ale szybko zaczynają zrównywać się z amerykańskimi wydaniami (ponoć Rebitrh ma zawitać na nasz rynek już w 2017). Wydania zbiorcze zawsze są przygotowywane tak, by czytelnik nie miał problemu z nadążeniem, więc można zacząć od dowolnego tytułu z napisem "Tom 1", lub bez żadnego oznaczenia (bo to zwykle pojedyncza historia, często z założenia toczące się "gdzie indziej"). Tu z najciekawszych, które ukazały się w Polsce w ostatnich latach, należą Superman: Czerwony Syn, Batman: Ziemia Jeden i Nowa Granica.